czwartek, 30 lipca 2015

Modyfikejszyn rusyfikejszyn, zboczeńcy, smutek wielki

Co to jest Modyfikejszyn rusyfikejszyn?
Dwugłowy (czyli zmodyfikowany) orzeł z rosyjskiego godła.


Da bum tss!
Suchar mojego autorstwa.
Wiem, nieśmieszny xd Debil to ja xd



Jest coś, czego nigdy nie zrozumiem... Dlaczego za każdym razem, jak się spalę na słońcu, to potem śmierdzę? Żeby to jeszcze był po prostu pot, ale to jest coś innego... i to jest obrzydliwe.
O, mogę iść się myć. Przestanę śmierdzieć!

Głowa mnie boli, skóra mnie boli (zachciało się opalania wczesnym popołudniem, mój naskórek dogorywa), mam okres, i jeszcze księżyc napierdziela w okno. Jak dziś w miarę szybko usnę, a jutro dam radę wstać, to będzie fajnie.




Po lekturze "Dzienników" wszyscy wiecie kogo i dorabianiu własnych teorii do cudzego życia śnią mi się dziwne rzeczy. Przedwczoraj - aż głupio mi się to pisze - przyśniło mi się, że Goebbels i Hess byli kochankami; dokładniej była sytuacja, że w wolnej chwili przed jakimś spotkaniem się podrywali, a potem Hitler musiał ich rozdzielać jak dzieci z przedszkola, jak to ujął Goebbels.
Zboczeńcy! A ja największy xd



Macie może czasem tak, że najchętniej zrobilibyście sobie takie jakby "wagary od życia", kiedy to na jeden dzień przeszlibyście na drugą stronę, gdzie poszukalibyście ukojenia w ramionach kogoś, kogo nie ma już wśród żywych?
Jeśli tak, to witam w klubie.
Gdybym dostała się na tamten świat, to odnalazłabym Hessa i przytuliłabym najmocniej jak umiem, powiedziałabym mu, jak mi smutno, i chociaż byłoby mi po powrocie "do domu" jeszcze bardziej smutno, bo chciałabym jeszcze więcej tego tulenia, to przynajmniej bym się wyżaliła, i może znalazła jakieś zrozumienie.


To idę poczytać jeszcze Dzienniki (a miałam próbować spać, taa...), a potem idę śnić dziwota.

poniedziałek, 27 lipca 2015

Samobójczy skorek, sąsiad, organizacje

Chciałam wstawić zdjęcie kominka, ale telefon mnie nienawidzi.


Wczoraj po południu byłam świadkiem samobójstwa skorka, który samodzielnie wskoczył do worka na śmieci, gdy mój tata czyścił grilla z popiołów. Odgwizdałam marsza pogrzebowego, ale że nie mam talentu ani do zapamiętywania melodii, ani do gwizdania (nad czym ubolewam), to skończyło się na kilku nutach.



Sąsiad hoduje świnie. Pamiętam z poprzednich lat wzmianki rodziców o tym, ale sama usłyszałam je w tym roku po raz pierwszy. Nie dość, że jestem debilem bez talentu muzycznego, to dodatkowo jestem przygłucha. xD
A dzisiaj facet czyścił pług, czego byłam świadkiem.


Ale tak jak podoba mi się tutaj na wakacjach, to czuję, że jestem z miasta. Gdy pomyślałam, że mogłabym cały rok mieszkać w takim wiejskim domku, aż się otrząsnęłam. Wychowałam się na blokowisku w ponadpięćdziesięciotysięcznym mieście, i nie zamieniłabym tego na coś innego.




Przy lekturze "Dzienników" Goebbelsa - niedługo będziecie mieli nas obojga dosyć - ogarnia mnie poczucie, że jak on mogłabym realizować się w pracy na rzecz jakiejś organizacji. Niekoniecznie politycznej, po zastanowieniu to nie byłoby dla mnie; tak samo nie mam w sobie tylu pokładów dobra, by udzielać się w organizacjach charytatywnych czy w jakimś schronisku. Ale już coś związanego z historią... ochrona zabytków, miejsca pamięci, muzea... Jednym z moich pomysłów na życie było zawodowe zajmowanie się ochroną zabytków (skończenie odpowiednich studiów i praca jako np. konserwator zabytków lub kustosz w muzeum), i chociaż ostatnio od tego odchodzę, to chęć takiej działalności pozostaje. Może to jest jakiś pomysł na siebie?

niedziela, 26 lipca 2015

Agresywna posadzka, lustra, Dzienniki

Dobra, w końcu mnie wczoraj nie było, ale to nic.


Dziś rano - kościół. Hostia o wyczuwalnym aromacie migdałów to chyba nie przypadek, zważywszy na to, jak często migdały z różnych powodów pojawiają się ostatnio w moim życiu. Jakkolwiek głupio to nie brzmi.
Zaatakowała mnie posadzka, po uklęknięciu zabolało mnie kolano. Tak jakby mało bolało na co dzień, bez chamskich posadzek. Boże, widzisz i nie grzmisz.



Powrót do domku z przeczytanym gdzieś kiedyś zdaniem "Książki są jak lustro - widzisz w nich to, co masz już w sobie" w myślach. Rozterka: jeśli czytam o narkotykach, to czy sama jestem naćpana? Dopiero dłuższe rozmyślania przyniosły konkluzję, że we wszystkim znajdzie się głębszy sens. Nie musisz być narkomanem, by mieć jak on przeróżne myśli o życiu, a potem znaleźć je w książce o narkotykach.
Ale jestem mądra.




Jeszcze można zrozumieć taki typ człowieka jak ja, jednak droga do śmieszności i karykatury nie jest już daleka.


Lektura "Dzienników" Goebbelsa daje mi swego rodzaju ukojenie. Świadomość tego, że nie jest się pierwszą osobą z określonymi problemami, strachami czy nienawiściami - choć czasem kierowanymi ku innym osobom - w pewien sposób umniejsza mój ból egzystencjalny. Z drugiej strony czytanie nie zwykłej książki, a Dzienników, i to jeszcze nie byle kogo, napawa swoistym przerażeniem. Ostatecznie jednak nie żałuję zakupu.

piątek, 24 lipca 2015

Hej, czy nie jest pięknie?

Błogosławmy Internet z pakietów. Siedzę sobie już jakiś czas na wsi i wdycham to powietrze, do którego mam dostęp raz w roku.
Chociaż przyjeżdżam tutaj tylko w wakacje, to jest to miejsce, w którym czuję się jak u siebie. Jakoś pociesza mnie świadomość, że mimo że sporo się tu pozmieniało, to ja przy tym w jakiś sposób jestem.
Jeszcze będę stąd nadawać, nie chcę stracić kontaktu ze światem.

W końcu do stosu dołożyłam i książkę, i czytnik. :D



Kurde, chciałam coś jeszcze dopisać, ale doznałam szoku tlenowego i nie umiem. Będę jutro.


czwartek, 23 lipca 2015

Cztery kilogramy książek na wakacje

Wiecie, że czas tak mi leci, że dopiero teraz zorientowałam się, że tego bloga założyłam tydzień temu?
Wydawało mi się, że później. xD






Tak na razie przedstawia się mój stos książek do przeczytania w trakcie wyjazdu na wieś. Jest w trakcie kompletowania, bo czuję, że tyle mi nie starczy na dwa tygodnie. Pierwsza książka z góry jest na jeden dzień, to już przetestowałam przez kilka lat (dwunasta część serii), przewiduję też wciągnięcie się w "Dzienniki".
Waham się pomiędzy wzięciem czytnika albo jednej dodatkowej książki. Jak znam siebie, skończy się na jednym i drugim. xD


Za każdym razem, kiedy wspominam o "Dziennikach", przypomina mi się, jak je kupowałam. Mina sprzedawczyni, gdy położyłam przed nią wszystkie trzy tomy - bezcenna. xD Wiem, że czasami jestem głupim szczylem, ale tamten moment szczególnie mnie w tym utwierdził.
A potem dostałam szlaban na kupowanie nowych książek...
Chociaż szczerze mówiąc, też bym chyba dała szlaban swojemu dziecku, gdyby przyszło do domu biedniejsze o dwie stówy i z czterema kilogramami książek w siatce.
Tak, specjalnie zważyłam "Dzienniki" Goebbelsa, żeby teraz udawać mądrą i strzelać liczbami. Ale to straszne, że to waży cztery kilo... A ja to jeszcze będę na wakacje wiozła...


Zaczyna mi odwalać, idę spać.

środa, 22 lipca 2015

22 lipca

Dziś miał być taki temat bardziej przemyśleniowy, o tym, co otacza mnie teraz, ale po obejrzeniu Teleekspresu, Panoramy i Wiadomości jestem nadaktywna.


W poszukiwaniu pewnej informacji - mam skłonności obsesyjno-kompulsywne i lubię być dokładna w tym, co mówię - natrafiłam na artykuł o Marszu Pamięci w 73. rocznicę likwidacji warszawskiego getta, który odbył się dziś. Szkoda, że nie wiedziałam, pojechałabym do Warszawy... udawać neonazistę i robić bojkot... xD
Oczywiście żartuję, szanuję wszystkich, zaraz przejdę do sedna.


Po trzykrotnym obejrzeniu materiału o oddaleniu kasacji obrońców Katarzyny Waśniewskiej oraz dwukrotnej wzmiance o czwartej rocznicy masakry na wyspie Utoya, której sprawcą był Anders Breivik, ilość endorfin drastycznie wzrosła.
Przypomniały mi się dobre, gimnazjalne czasy, które bez wyżej wymienionej dwójki nie byłyby takie same.
Ach, ile to ja godzin spędziłam przed magicznym pudełkiem wyświetlającym kolorowe obrazki, z wypiekami na twarzy śledząc najpierw poszukiwania półrocznej Madzi z Sosnowca, później - dramatyczne zeznania matki, aż w końcu sam proces. Do dziś na zmianę przepełnia mnie współczucie to dla niej, to dla jej rodziny.
A Breivik to już w ogóle inna bajka. Siedzenie przed telewizorem albo na stronie Gazety Wyborczej, gdy w każdej chwili mogło zacząć być o nim głośno, nie było nawet wyczekiwaniem - to była walka. Walka o przerwanie. Cała paleta uczuć przewinęła się przeze mnie w ciągu tych czterech lat: pogarda, wściekłość, neutralność, szacunek, ekscytacja, fascynacja, a nawet miłość, aż w końcu powrót do neutralności...

Teraz myślę o tym i choć z jednej strony stałam się mądrzejsza i poważniejsza, to z drugiej strony głupi szczyl głupim szczylem w pewien sposób pozostanie na zawsze. Mam sentyment do miesięcy, które już minęły, i do ludzi - tych ludzi, którzy mnie ukształtowali.





Dobra, to już jest... złe, ale ten obrazek mnie rozwala ZAWSZE, kiedy go widzę.




A więc, jeśli nie zraziłam was do siebie po moim poście o nazistach, to najprawdopodobniej zaczęłam robić to właśnie teraz. Ale przynajmniej coraz lepiej mi wychodzi bycie sobą.
Farvel!


Doceńcie moje starania, specjalnie ogarnęłam, jak jest "Do widzenia" po norwesku, czego nie zrobiłam przez ostatnie cztery lata. xD

wtorek, 21 lipca 2015

Bezcenne


Szukałam jakiegoś obrazka do postu i znalazłam zdjęcie z Tygodnia Kultury Śląskiej z podstawówki, piąta klasa dokładnie. Ja jestem ta, co stoi. Kocham swój region, występy na TKŚ były zarąbiste. (Bez ironii).



Jest wtorek, słońce świeci (teraz już nie, zaczęłam jeszcze wczesnym wieczorem), budowa prawie skończona*, oglądam obrazki - teraz dla odmiany na telefonie - i po raz kolejny ogarnia mnie to piękne uczucie wolności. Mieć tylko dwa blogi, gdzie nic mnie nie ogranicza, nie gonią terminy oraz gdzie nie mam zamiaru się przejmować - bezcenne!


*Mam z okna widok na budowę szpitala w zaawansowanym stadium, niedługo pewnie skończą.


A w piątek - wyjazd na wieś. Będzie fajnie, jak zawsze. Znowu będzie bieganie do sklepu po lody i soczki, szukanie kanałów w telewizorze, obserwowanie zachodów słońca z tarasu, opalanie się w hamaku, no i czytanie.
Na 200% zabieram ze sobą "Dzienniki" Goebbelsa i biografię doktora Mengele. Przepraszam, źle powiedziałam, będzie idealnie! < 3



Rozmowa z mamą sprzed chwili:
"- Ktoś się poszedł myć?
- Nie, tata się poszedł myć."


Tym radosnym akcentem kończę na dziś.

poniedziałek, 20 lipca 2015

Piosenki o nazistach

Będąc sobą, jesteś w tym najlepszy. A kto nie lubi być najlepszy w czymś?


Takie codzienne pisanie tutaj coraz bardziej mi się podoba, szczerze mówiąc. Nawet jeśli nie mam za dużo do powiedzenia, to... fajnie jest coś powiedzieć.



Macie może czasami tak, że jak zaczynacie się czymś interesować, to widzicie i słyszycie to właściwie wszędzie?

Pytam, bo ja tak mam. Od jakiegoś miesiąca. Czyli odkąd tak naprawdę interesuję się nazizmem.

Nie chodzi nawet o dokumenty, które lecą w telewizji i na które trafiamy z tatą przy przełączaniu kanałów, albo o książki w księgarniach, bo przecież sama wpuszczam się na dział z historią, przemilczę też te wszystkie obrazki z Internetu i opowiadania, których sama szukam.

Chodzi o te piosenki, które sobie znajduję, zaczynam słuchać, i nagle pada jakieś nawet pojedyncze stwierdzenie, a mi się zapala czerwona lampka i mówię sobie: "O kurde, przecież to może być o kimśtam".

prawie. każda. cholerna. piosenka. tak. ma.

Ludzie w komentarzach:
To taka piękna piosenka o miłości!
Jakie chrześcijańskie przesłanie...
Prawdziwe!
Najlepszy soundtrack.

Ja:
STULIĆ MORDY! To jest o nazistach!


A potem mi odwala.

Nie żeby mi nie odwalało zawsze, ale to szczegół.



Przeczytałam to o tych komentarzach. Ja na serio jestem dziwna. xD Ale przynajmniej jestem dobra w byciu dziwną sobą.
I nie rozumiem ostatniego zdania, które sama napisałam i przy pisaniu wydawało się w miarę normalne.
Chyba powinnam skończyć, co nie?




A w ogóle, założyłam bloga z opowiadaniem. Nie byłabym sobą, gdybym tego nie zrobiła.
Zapraszam na Historię nawiedzonego dworu: http://feeling-like-a-ghost.blogspot.com/

niedziela, 19 lipca 2015

Pomarańczowe zachody słońca




Tak to wyglądał dziś zachód słońca u mnie. Taki mam widok z wychodzącego na zachodnią stronę świata okna, samo zdjęcie robiłam na balkonie. Chociaż w godzinach największego nasłonecznienia jest w moim pokoju niemiłosiernie gorąco, zwłaszcza latem, kiedy to nasze Słoneczko napierdziela jak może i nie chce się opanować, to pod wieczór robi się idealnie. No i jakie widoki!

Kiedy byłam jeszcze w podstawówce, robiłam dziennie pierdyliard takich zdjęć, do dzisiaj zaśmiecają kompa tacie. Ja mam swojego laptopa, od roku mam nowego, i nie zgrałam na niego wszystkich zdjęć, których przez prawie dziesięć lat posiadania aparatu troszeczkę się nazbierało. Muszę to kiedyś zrobić, będzie czym spamić na blogu w razie deficytu tematów. Stare zdjęcia zawsze spoko.



Lubię kolor pomarańczowy. Pomarańcze zresztą też. A sok pomarańczowy to już w ogóle mogłabym pić na hektolitry. W zeszłym tygodniu, na wycieczce w Góry Świętokrzyskie, szczególnie skorzystałam z wakacji i taki soczek kupowałam właściwie codziennie, nawet po kilka razy - tu do obiadu, tu przy okazji wejścia do sklepu w poszukiwaniu deserku...
Ale żaden płyn z Tymbarka czy Tarczyna nie zastąpi takiego świeżo wyciskanego soku z pysznych zimowych pomarańczek. Mam w domu wyciskarkę do cytrusów, nie mogę się doczekać, kiedy po pojawieniu się pierwszych pomarańczy w tym roku wytrę ją z kurzu, włączę do kontaktu i wsłucham się w terkotanie silniczka. Mmm... Naprawdę, taki sok to jedna z tych rzeczy, dla których warto żyć. Co z tego, że może być kwaśny, co z tego, że pływają w nim te takie śmieci z miąższu (pf, one są najlepsze!) - jest w tym magia!
A może w najbliższym sezonie trochę poeksperymentuję? W razie mało soczystych pomarańczy mogę dopychać zbiornik mandarynkami albo nawet pocisnąć trochę cytryną, u mnie w domu zawsze się jakaś znajdzie, i to przez cały rok.



Miałam wcześniej chodzić spać i wcześniej wstawać. Dochodzi północ, jutro pewnie wstanę przed dziesiątą. Tak bardzo mi się udało. A potem narzekam na dziwne sny.
Ale przynajmniej są o nazistach. < 3

sobota, 18 lipca 2015

Cześć, pogadajmy o narodowych socjalistach

*do tego tytułu się nie przyznaję, ale nie umiałam wymyślić nic lepszego, co dobrze by oddawało temat i charakter tej notki*


Ten post, tak samo jak cały blog, nie ma na celu propagacji treści nazistowskich/niezgodnych z polskim prawem. Ja zwyczajnie jestem dziwakiem/debilem/whatever.


Witam!

Jak można się domyślić po wspomnianym wyżej tytule posta, dziś będę pisać o nazistach, narodowym socjalizmie, Trzeciej Rzeszy, Holocauście i tak dalej. Wybrałam to na temat pierwszej poważnej notki, ponieważ ta tematyka wpisuje się w krąg moich, że tak powiem, najważniejszych zainteresowań; będzie się pojawiać na blogu dosyć często, więc wszystko, co powiem niżej, możecie traktować jako swoiste preludium do mojej dalszej działalności jako Welcome here in my world.

Zacznijmy zatem od początku.


Odkąd tylko pamiętam, była we mnie jakaś taka fascynacja drugą wojną światową. Kojarzę przeglądanie książki mojego brata o takiej tematyce i oglądanie wszelakich filmów (fabularnych) rozgrywających się w tamtych czasach. Gdy pojechałam na wycieczkę do Warszawy, największą frajdę dało mi zwiedzanie Muzeum Powstania Warszawskiego.

Ale co jeszcze szczególnie pamiętam, to wczytywanie się w biografię Hitlera na Wikipedii. Do dziś mam przed oczami te wszystkie zapisane z wypiekami na twarzy i najbrzydszym charakterem pisma ever na początku nauki w gimnazjum w założonym niedawno pamiętniku notki o tym, co takiego o Adolfie udało mi się tego dnia zapamiętać.
Temu czytaniu i pisaniu o Hitlerze towarzyszyło takie nieopisane uczucie. Coś na kształt podniecenia wymieszanego z fascynacją... Nie umiem tego inaczej określić.

Po burzliwym okresie szukania swojej tożsamości w pierwszej klasie gimnazjum na jakiś czas moja fascynacja Hitlerem się wyciszyła.


A potem BANG! przyszła trzecia klasa gimnazjum i wycieczka do Oświęcimia.


10 lutego 2014 roku to jedna z niewielu dat z mojego własnego życia, które mogłabym przywołać obudzona o czwartej w nocy (nie mówię "w nocy o północy", bo ostatnio o tej porze dopiero kładę się do łóżka). Jakiś czas wcześniej zaczęłam się interesować eksperymentami przeprowadzanymi na ludziach, głównie pod wpływem poprzedniej fascynacji, jaką były creepypasty, a zwłaszcza jedna z nich - Efekt Gundschau. Choć najpewniej jest to "fejk" (jak większość past), to skutecznie nadała moim myślom jeden kierunek na najbliższe dni.
Wyobraźcie sobie mój zaciesz, kiedy przewodniczka w Oświęcimiu wspomniała o doktorze Josefie Mengele i eksperymentach, jakie przeprowadzał na więźniach obozu. Zaczęła się moja walka o wszystko. Gdy padło nazwisko Miklósa Nyiszli i jakże sugestywny tytuł jego napisanej po wojnie książki "Byłem asystentem doktora Mengele", wyjęłam cichcem telefon z kieszeni i zrobiłam notatkę. Wiedziałam, że to musi być moje. Z uciskiem w piersiach wytrzymałam kolejną godzinę, aż po zakończeniu zwiedzania przewodniczka zaprosiła nas do sklepiku z pamiątkami oraz książkami tematycznymi. Serce zatrzepotało, a w głowie zapaliła się lampka. To jest szansa! Wchodzę i zaczynam iść wzdłuż półki. To musi tu być - i jest! Bijąca po oczach zielona okładka i biały tytuł. Bez dalszego myślenia biorę cieńszy niż się spodziewałam tomik do ręki i biegnę do kasy. Płacę jedyne dwadzieścia złotych i... gotowe! Dziecko słońca spod szczęśliwej gwiazdy ma się czym cieszyć przez najbliższy tydzień.

"Właśnie widziałam, że tu dziewczyna tak pilnie słuchała, i to skupienie na twarzy..." - tekst przewodniczki o mnie do mojej wychowawczyni.
"Wiedziałam, że ty kupisz właśnie to!" - tekst koleżanki do mnie.
A w autokarze jeden z opiekunów mi zabrał, buuu. I zaczął se czytać. xD O ile dobrze go wtedy zrozumiałam, chciał kupić swój egzemplarz, ale nie zauważył polskiej wersji, znalazł tylko angielską czy niemiecką, tego już nie pamiętam dokładnie.



Przez kolejny rok z kawałkiem istniał dla mnie tylko Mengele. Książki o nim, filmy o nim - jeśli ktoś miał je czytać/oglądać, to tylko ja. Oczywiście najlepszą lekcją historii w liceum była ta, gdzie rozmawialiśmy o Auschwitz i nauczyciel nawiązał również do prowadzonych tam "badań" (wszyscy wiemy, kto je prowadził).

W końcu zdarzyło się coś, co skłoniło mnie do rozpoczęcia szerzej zakrojonych badań nad historią Trzeciej Rzeszy. Mianowicie już wkręciły mi się dwa nazwiska: Rudolf Hess i Rudolf Hoess. Pierwsze - nie miałam pojęcia gdzie zobaczyłam, drugie kojarzyłam z komendantem obozu w Oświęcimiu. Po pewnym czasie wytłumaczyłam to sobie tak, że są to dwie pisownie tego samego nazwiska i że jest to nazwisko właśnie tego komendanta co to miał dom tam pięć metrów od płotu obozu i więźniowie mu sprzątali w ogródku. No ale potem, pewnego dnia, coś mnie tknęło i wpisałam drugie nazwisko w Wikipedię.
Okazało się, że Hess i Hoess to dwóch zupełnie różnych panów - skleiłam sobie dwie osoby w jedną i Rudolf Hoess, czyli komendant obozu, otrzymał twarz Rudolfa Hessa, jednego z najbliższych współpracowników Hitlera; jego nazwisko zobaczyłam najpewniej na lekcji historii, gdzie nauczyciel puścił nam jedno z wystąpień Adolfa z angielskimi napisami i Hess był tam podpisany.
Jedyny myk związany z alternatywną pisownią to przełożenie ww. nazwisk z niemieckiego na polski.

Kiedy już skończyłam wyzywać się od debili (serio) i walić głową w biurko (dosłownie!), złożyłam sobie obietnicę, że nigdy więcej nikomu nie powiem, że interesuję się nazizmem, bo to, co zrobiłam, to kompletna porażka. Chwilę później wbiłam na Wikipedię i poczyniłam kolejny "risercz". Wtedy z kolei okazało się, że myliłam Göringa, Goebbelsa i Himmlera, ale w to już nie wnikajmy, bo to tak skomplikowane, że teraz sama nie ogarniam.

No i nie czarujmy się - mimo tego, że moja wiara w to, co wiem, upadła na stół z prędkością spadającego Tupolewa wraz z kliknięciem enteru i przejściem na nową stronę w Wiki, to już następnego dnia zaczęłam zgłębiać temat bardziej i lepiej niż wcześniej. I jest tak do dziś.


Tego tematu nie potrafię zgłębić w jednej notce, więc na razie tym skończę.
Chociaż nie, jeszcze jedno.


*wybaczcie słabą jakość obrazka, jest z netu*

Mimo porażek związanych z odkrywaniem tożsamości niektórych nazistów, od jakiegoś czasu mówię otwarcie, że interesuję się nazizmem, nazistami, historią Trzeciej Rzeszy i tak dalej. Jednak to i kilka innych rzeczy nie czyni mnie samej nazistką, neonazistką czy kimkolwiek innym. Chociaż mogłabym sprawiać takie wrażenie, wcale nie popieram masowego wybijania innych nacji. Wszystko, co robię, jeszcze udaje się ograniczać mojemu rozsądkowi.


Paa!



PS. Przeczytałam sobie notkę w ramach korekty i doszłam do jednego wniosku. Może i gadam jak jakaś dziwna, może i interesuję się dziwnymi rzeczami, ale przynajmniej jestem sobą.

piątek, 17 lipca 2015

Zaczynam

Dwa dni od podjęcia decyzji o zmianie swej internetowej tożsamości i dzień po tym, jak rzeczywiście to zrobiłam, czuję się wolna, tak wolna, jak nie czułam się od wielu miesięcy. Rozważam nawet całkowite wycofanie się z działania jako ThingsInsideOfMe. Zostawiłabym to konto, które stworzyłam wczoraj, razem z tymi wszystkimi blogami, ale bez publikacji. Jakoś pogodzę się z utratą swojej oraz - niestety - cudzej (szablony na zamówienie) pracy. Robi mi się co prawda trochę żal ludzi, którzy chcieli/chcą to wszystko czytać, ale jak ja przeboleję utratę swoich dzieci, to i oni chyba dadzą radę. Cóż, bywa.


Tak sobie myślałam nad tematami kolejnych notek, i w tym myśleniu zrozumiałam, co mi przeszkadzało w moim alter ego, jakim jest - a może winnam powiedzieć: była - ThingsInsideOfMe.
Kiedy tworzyłam "tam", na innych blogach, czasami ograniczałam się do jednego tematu na notkę, przez co trudno było mi ją dokończyć, bo ile można powiedzieć o tym samym, ale nie opublikuję przecież trzech zdań, w ostateczności opatrzonych zdjęciem/filmikiem z Youtube'a. Goniły mnie też terminy - chciałam jednej recenzji w miesiącu, jednego rozdziału w miesiącu na kilku blogach i podsumowania kwartału na czas.


Na tym blogu - mam przynajmniej nadzieję, że dotrzymam danej sobie obietnicy - nie będzie terminów; nie będzie ograniczania samej siebie. Będzie jedynie spontan i posty kiedy i o czym tylko będę chciała. Nawet jeśli zachce mi się napisać jakąś recenzję czy coś, to napiszę ją, gdy... no właśnie - gdy mi się zachce.


Wracając do tych tematów notek. W jakimś takim toku myślenia zaczęłam układać notki, w których nie mówię o jednym, tylko o tym, co ślina na język przynosi. I tak będę robić.



A teraz pójdę poszukać w necie jakiegoś szablonu. Taki prosty jest jednak zbyt nudny. Mam nadzieję znaleźć coś, co będzie mnie odpowiednio wyrażało.
Albo będę zmieniać co trzy tygodnie. Razem z profilowym.

czwartek, 16 lipca 2015

Witam tutaj w moim świecie

Założyłam przed tym blogiem z pierdyliard innych. Dużo rzeczy się zmieniło, ale jedna nie.

Nienawidzę pisać postów powitalnych.
Wiem, że powinnam napisać coś o sobie, ale nie mam pojęcia co.

Więc...


Kim jestem?

Jestem uczennicą liceum.
Jestem najmłodszym dzieckiem w rodzinie.
Jestem osobą, która biega po księgarni jak debil w poszukiwaniu tego, co naprawdę chce kupić.
Jestem Hanna. (miło mi).

A od dzisiaj pragnę być także szczera ze światem i bardziej otwarta.

Przez ostatnie (niecałe) półtora roku tworzyłam w necie jako ThingsInsideOfMe. Właściwie, poprzednia nazwa konta, z którego piszę teraz, to była ThingsInsideOfMe, ale podjęłam pewną decyzję, o której przeczytacie tu: http://story-of-my-lifes.blogspot.com/2015/07/thingsinsideofme.html. Stworzyłam więc nowe konto, gdzie przetransportowałam różnymi sposobami wszystkie moje blogi i nazwałam je wyżej wymienioną nazwą. Niestety posty, które pisałam z tego konta, mają dalej to konto za autora i nazwa na tamtych blogach zmieniła się wraz ze zmianą nazwy z ThingsInsideOfMe na Welcome here in my world, ale to już trudno.


No właśnie, nazwa. Czemu nazwałam konto Welcome here in my world, a bloga - My little world?
To z powodu mojego konta na Tumblrze, gdzie mam takie same nazwy jak teraz tutaj, a jest to miejsce, gdzie czuję się najbardziej komfortowo w Internecie i mam nadzieję, że tak samo będzie od dzisiaj tutaj.


Welcome here in my world to będzie zupełnie inna osoba niż ThingsInsideOfMe. Jak wspomniałam wyżej, chcę być bardziej szczera i otwarta. Mimo wszystko zamknięta w sobie TIOM nie ustawiłaby sobie na profilowe gifa z Hitlerem, serio.


[https%253A%252F%252F38.media.tumblr.com%252F1523a1c1ab983bd8c5f7a05b970822d4%252Ftumblr_noem5idWO11skf7v8o1_400.gif] 


 Na dzisiaj to tyle.
Jeżeli chcecie być ze mną na bieżąco, są na to dwa sposoby.

1) Odwiedźcie mój fanpage na Facebooku: https://www.facebook.com/welcome.here.in.my.world 
2) Zaobserwujcie mój blog! Najprościej jest użyć gadżetu gdzieś z boku. xD