sobota, 18 lipca 2015

Cześć, pogadajmy o narodowych socjalistach

*do tego tytułu się nie przyznaję, ale nie umiałam wymyślić nic lepszego, co dobrze by oddawało temat i charakter tej notki*


Ten post, tak samo jak cały blog, nie ma na celu propagacji treści nazistowskich/niezgodnych z polskim prawem. Ja zwyczajnie jestem dziwakiem/debilem/whatever.


Witam!

Jak można się domyślić po wspomnianym wyżej tytule posta, dziś będę pisać o nazistach, narodowym socjalizmie, Trzeciej Rzeszy, Holocauście i tak dalej. Wybrałam to na temat pierwszej poważnej notki, ponieważ ta tematyka wpisuje się w krąg moich, że tak powiem, najważniejszych zainteresowań; będzie się pojawiać na blogu dosyć często, więc wszystko, co powiem niżej, możecie traktować jako swoiste preludium do mojej dalszej działalności jako Welcome here in my world.

Zacznijmy zatem od początku.


Odkąd tylko pamiętam, była we mnie jakaś taka fascynacja drugą wojną światową. Kojarzę przeglądanie książki mojego brata o takiej tematyce i oglądanie wszelakich filmów (fabularnych) rozgrywających się w tamtych czasach. Gdy pojechałam na wycieczkę do Warszawy, największą frajdę dało mi zwiedzanie Muzeum Powstania Warszawskiego.

Ale co jeszcze szczególnie pamiętam, to wczytywanie się w biografię Hitlera na Wikipedii. Do dziś mam przed oczami te wszystkie zapisane z wypiekami na twarzy i najbrzydszym charakterem pisma ever na początku nauki w gimnazjum w założonym niedawno pamiętniku notki o tym, co takiego o Adolfie udało mi się tego dnia zapamiętać.
Temu czytaniu i pisaniu o Hitlerze towarzyszyło takie nieopisane uczucie. Coś na kształt podniecenia wymieszanego z fascynacją... Nie umiem tego inaczej określić.

Po burzliwym okresie szukania swojej tożsamości w pierwszej klasie gimnazjum na jakiś czas moja fascynacja Hitlerem się wyciszyła.


A potem BANG! przyszła trzecia klasa gimnazjum i wycieczka do Oświęcimia.


10 lutego 2014 roku to jedna z niewielu dat z mojego własnego życia, które mogłabym przywołać obudzona o czwartej w nocy (nie mówię "w nocy o północy", bo ostatnio o tej porze dopiero kładę się do łóżka). Jakiś czas wcześniej zaczęłam się interesować eksperymentami przeprowadzanymi na ludziach, głównie pod wpływem poprzedniej fascynacji, jaką były creepypasty, a zwłaszcza jedna z nich - Efekt Gundschau. Choć najpewniej jest to "fejk" (jak większość past), to skutecznie nadała moim myślom jeden kierunek na najbliższe dni.
Wyobraźcie sobie mój zaciesz, kiedy przewodniczka w Oświęcimiu wspomniała o doktorze Josefie Mengele i eksperymentach, jakie przeprowadzał na więźniach obozu. Zaczęła się moja walka o wszystko. Gdy padło nazwisko Miklósa Nyiszli i jakże sugestywny tytuł jego napisanej po wojnie książki "Byłem asystentem doktora Mengele", wyjęłam cichcem telefon z kieszeni i zrobiłam notatkę. Wiedziałam, że to musi być moje. Z uciskiem w piersiach wytrzymałam kolejną godzinę, aż po zakończeniu zwiedzania przewodniczka zaprosiła nas do sklepiku z pamiątkami oraz książkami tematycznymi. Serce zatrzepotało, a w głowie zapaliła się lampka. To jest szansa! Wchodzę i zaczynam iść wzdłuż półki. To musi tu być - i jest! Bijąca po oczach zielona okładka i biały tytuł. Bez dalszego myślenia biorę cieńszy niż się spodziewałam tomik do ręki i biegnę do kasy. Płacę jedyne dwadzieścia złotych i... gotowe! Dziecko słońca spod szczęśliwej gwiazdy ma się czym cieszyć przez najbliższy tydzień.

"Właśnie widziałam, że tu dziewczyna tak pilnie słuchała, i to skupienie na twarzy..." - tekst przewodniczki o mnie do mojej wychowawczyni.
"Wiedziałam, że ty kupisz właśnie to!" - tekst koleżanki do mnie.
A w autokarze jeden z opiekunów mi zabrał, buuu. I zaczął se czytać. xD O ile dobrze go wtedy zrozumiałam, chciał kupić swój egzemplarz, ale nie zauważył polskiej wersji, znalazł tylko angielską czy niemiecką, tego już nie pamiętam dokładnie.



Przez kolejny rok z kawałkiem istniał dla mnie tylko Mengele. Książki o nim, filmy o nim - jeśli ktoś miał je czytać/oglądać, to tylko ja. Oczywiście najlepszą lekcją historii w liceum była ta, gdzie rozmawialiśmy o Auschwitz i nauczyciel nawiązał również do prowadzonych tam "badań" (wszyscy wiemy, kto je prowadził).

W końcu zdarzyło się coś, co skłoniło mnie do rozpoczęcia szerzej zakrojonych badań nad historią Trzeciej Rzeszy. Mianowicie już wkręciły mi się dwa nazwiska: Rudolf Hess i Rudolf Hoess. Pierwsze - nie miałam pojęcia gdzie zobaczyłam, drugie kojarzyłam z komendantem obozu w Oświęcimiu. Po pewnym czasie wytłumaczyłam to sobie tak, że są to dwie pisownie tego samego nazwiska i że jest to nazwisko właśnie tego komendanta co to miał dom tam pięć metrów od płotu obozu i więźniowie mu sprzątali w ogródku. No ale potem, pewnego dnia, coś mnie tknęło i wpisałam drugie nazwisko w Wikipedię.
Okazało się, że Hess i Hoess to dwóch zupełnie różnych panów - skleiłam sobie dwie osoby w jedną i Rudolf Hoess, czyli komendant obozu, otrzymał twarz Rudolfa Hessa, jednego z najbliższych współpracowników Hitlera; jego nazwisko zobaczyłam najpewniej na lekcji historii, gdzie nauczyciel puścił nam jedno z wystąpień Adolfa z angielskimi napisami i Hess był tam podpisany.
Jedyny myk związany z alternatywną pisownią to przełożenie ww. nazwisk z niemieckiego na polski.

Kiedy już skończyłam wyzywać się od debili (serio) i walić głową w biurko (dosłownie!), złożyłam sobie obietnicę, że nigdy więcej nikomu nie powiem, że interesuję się nazizmem, bo to, co zrobiłam, to kompletna porażka. Chwilę później wbiłam na Wikipedię i poczyniłam kolejny "risercz". Wtedy z kolei okazało się, że myliłam Göringa, Goebbelsa i Himmlera, ale w to już nie wnikajmy, bo to tak skomplikowane, że teraz sama nie ogarniam.

No i nie czarujmy się - mimo tego, że moja wiara w to, co wiem, upadła na stół z prędkością spadającego Tupolewa wraz z kliknięciem enteru i przejściem na nową stronę w Wiki, to już następnego dnia zaczęłam zgłębiać temat bardziej i lepiej niż wcześniej. I jest tak do dziś.


Tego tematu nie potrafię zgłębić w jednej notce, więc na razie tym skończę.
Chociaż nie, jeszcze jedno.


*wybaczcie słabą jakość obrazka, jest z netu*

Mimo porażek związanych z odkrywaniem tożsamości niektórych nazistów, od jakiegoś czasu mówię otwarcie, że interesuję się nazizmem, nazistami, historią Trzeciej Rzeszy i tak dalej. Jednak to i kilka innych rzeczy nie czyni mnie samej nazistką, neonazistką czy kimkolwiek innym. Chociaż mogłabym sprawiać takie wrażenie, wcale nie popieram masowego wybijania innych nacji. Wszystko, co robię, jeszcze udaje się ograniczać mojemu rozsądkowi.


Paa!



PS. Przeczytałam sobie notkę w ramach korekty i doszłam do jednego wniosku. Może i gadam jak jakaś dziwna, może i interesuję się dziwnymi rzeczami, ale przynajmniej jestem sobą.

2 komentarze:

  1. Przecież o to chodziło, czyż nie? Miałaś być sobą i tak jest.
    Dobrze opisane początki związane z Twoim zainteresowaniem. Nie twierdzę, że jesteś dziwakiem (whatever?), każdego kręci coś innego. Ciebie interesuje druga wojna światowa i jej aspekty, ale to nie czyni z Ciebie fanatyczki.
    Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Whatever - cokolwiek (innego). Dałam to zamiast "i tak dalej", zaczęłam tak robić w rozmowach z koleżanką i zostało.
      Cieszę się, że nie masz mnie za dziwaka. :)
      Dziękuję bardzo za komentarz i również pozdrawiam ;)

      Usuń