czwartek, 1 października 2015

Hello October!

Witam w październiku!

Po dzisiejszym poście spodziewam się, że ktoś mi w końcu powie, że jestem przesadnie płaczliwa i przesadnie wrażliwa. Nie żeby sama tego nie wiedziała, ale ciekawe, kiedy usłyszę to od kogoś obcego. xD




"Nie podjąłem żadnej naprawdę złej decyzji w ostatnim czasie, zaczynam się nudzić!" - powiedział mój mózg wczoraj i stwierdził, że pora przerzucić zdjęcia z Tumblra, które mam na telefonie, na komputer. No to dawaj, wyjęłam kabelek z szuflady, podpięłam telefon z jednej strony, komputer z drugiej, Ctrl + C, Ctrl + V i do przodu. W pewnym momencie przesyłania wyskakuje mi błąd i na komputerze zostaje tylko połowa zdjęć. Tak jak jestem niskociśnieniowcem, tak w tamtej chwili musiałam mieć ciśnienie powyżej normy. Zaczęłam kombinować. Przerzuciłam zrzuty ekranu z Tumblra do innego folderu. Nic to nie dało!
Próbuję przesłać zdjęcia Bluetoothem. Znowu zacięło się w połowie. Zdenerwowana, ale z mocnym postanowieniem zrobienia tego następnego dnia, poszłam spać.
Dzisiaj wracam do domu, zjadam obiad, najszybciej jak mogę odrabiam zadania domowe i próbuję po raz kolejny.
W ferworze walki, której już nie będę opisywać, okazało się, że było wśród tych zdjęć jakieś takie "lewe", które nie chciało się kopiować i przez to zepsuło się wszystko. Poza tym zacinało mi też telefon od jakiegoś czasu.
Jak się okazało, że to wszystko wina jednego zdjęcia - zresztą nie wiem jakiego, ale w sumie czy to ważne? - i po jego wywaleniu zaczął mi działać i komputer, i telefon, to można powiedzieć, że zaczęłam płakać.
Bój był ciężki, ale jaka radość...!

A potem przeglądałam te obrazki z Tumblra na telefonie i wybrałam sobie jeden do postu, i chciałam go przesłać Bluetoothem na komputer. xD A przecież po to się męczyłam, żeby już się nie męczyć za każdym razem, jak chcę "pokolorować" posta i dać obrazek. Jestem głupia. xD


Z takich innych rzeczy to zapisałam się na tandem językowy z wolontariuszkami zza granicy, które przez rok będą gościć w mojej szkole. Przez to mój plan na razie wygląda tak, że w poniedziałki wracam do domu po 9 lekcjach, we wtorki i czwartki - po 8, a w środy będę wracać po 7. Jedynie w piątki mam na trzecią lekcję i kończę po szóstej. Nauczyciel historii jest na zwolnieniu (na razie jest zastępstwo), jak wróci, to będę mieć 8 lekcji w poniedziałki i w piątki będę jeździć na rano.
Dzisiaj zaczęłam się zastanawiać, czy mi takie życie będzie odpowiadało, i doszłam do wniosku, że tak! Szczerze mówiąc, jakoś podoba mi się perspektywa bycia zapracowaną. Tym bardziej, że miesiąc już za mną.
No i:

To, że koniec wieńczy dzieło nie oznacza wcale, że jak się dobrze nie zaczęło, to się musi skończyć źle.


2 komentarze:

  1. Tyle pracy, wow. Gratuluję podjęcia się tak żmudnego zajęcia. ;)
    Jak człowiek lubi być zapracowany, to narzekać nie będzie. Raczej będzie się samorealizował.
    Andrus! I przypomniało mi się słuchanie "Cynicznych cór Zurychu" przy ognisku :3

    Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! :3
      Ja słucham teraz Andrusa codziennie, tata dostał płytę na urodziny. :)

      Usuń