poniedziałek, 29 lutego 2016

29 lutego 2012 - 29 lutego 2016

29 lutego 2012, środa
Dziś w szkole uświadomiłam sobie, że następny taki dzień jak dziś będzie dopiero za 4 lata. Potem uświadomiłam sobie, że wtedy, w tym tamtym roku, kończę 18 lat. A jak wracałam ze szkoły, to uświadomiłam sobie, że to jest ten rok, w którym umiejscowiłam akcję polskiego science-fiction*. Jeżeli omdlenie zaczyna się od bólu głowy, to zaczęłam mdleć.


29 lutego cztery lata temu był zupełnie innym dniem niż ten dzisiejszy.
Pierwsze, co mam przed oczami, to śnieg leżący na chodniku. Chodziłam wtedy pieszo do szkoły (gimnazjum miałam bliżej niż teraz liceum) i był taki fragment chodnika, który właśnie w 2012 roku był szczególnie zaśnieżony, bo ten śnieg się taki twardy zrobił i długo nie topniał.
Drugie to to, że wtedy cztery lata wydawały mi się bardzo długim okresem czasu. Teraz też mi się wydaje, ale tylko jeżeli mówię o czterech latach ogólnie. Te ostatnie cztery lata minęły absurdalnie szybko. A może tak mi się tylko wydaje? Wszystko wydaje się krótsze, kiedy się to wspomina, niż kiedy się na to czeka. Wtedy byłam w pierwszej klasie gimnazjum i pójście do liceum oraz bycie (prawie) osiemnastką to była dla mnie kompletna abstrakcja. Teraz to skończenie osiemnastu lat nadal jest dla mnie abstrakcją, ale trochę się przez te cztery lata podziało i strach, że będą ciągnęły się w nieskończoność, też wydaje mi się absurdalny. Swoją drogą, ciekawe, gdzie będę za kolejne cztery lata.
No i trzecia, ostatnia rzecz to moje mocne wspomnienia dotyczące śmierci małej Madzi. Nie, to nie było dokładnie tego dnia, ale jak cała Polska tym żyła i to dosyć intensywnie, a ja mam jeszcze stosunkowo blisko do Sosnowca, to trudno nie mieć skojarzeń. Wiecie, w gimnazjum jest się podatnym na rycie psychy, a że mi coś takiego miało okazję zryć psychę, to już nie moja wina. Tylko pani Kasi.


Polskie science-fiction jest opowiadaniem, które pisałam w gimnazjum i nie jest tym, o czym myślicie. Generalnie to było fanfiction o mnie i obsadzie musicalu Notre Dame de Paris (miałam wtedy wielkiego kręćka na tym punkcie), ale jak do mnie dotarło, że większość zdarzeń z tego opowiadania i tak się nie wydarzy, to musiałam to przydzielić do innej kategorii niż romans/obyczajówka (pojęcia fanfiction wtedy nie znałam, nie wiem czy w ogóle wtedy istniało i nawet mnie to nie obchodzi) i tylko science-fiction mi w tej sytuacji pasowało. xD


Jak czekałam na autobus po szkole (a właściwie po rekolekcjach), to widziałam łabędzia na rzece (chociaż nie wiem, czy to można nazwać rzeką - to chyba nawet oficjalnie potok). O proszę:




Zastanawiałam się dziś nad nowym szablonem i nie wiem, czy hasło o pokulonych Niemcach na pewno pasuje do mojej koncepcji optymizmu i wesołości. Ogólnie to niby tak, ale nie wiem, czy będzie pasowało do zdjęć, które miałam. Pomyślałam, żeby wykorzystać jednak inne zdjęcie/zdjęcia i na cytat dać po prostu hasło: Na tropie pokulonych Niemców. Naprawdę musiałabym się postarać przy szukaniu tego zdjęcia, żeby znaleźć odpowiednie, ale generalnie mam pomysł.

sobota, 27 lutego 2016

Pokuleni Niemcy

Zbieram się do tego postu od czwartku, ale popołudniami mózg mnie bolał od czytania Lalki i potem nawet nie myślałam o zbieraniu myśli do kupy [masło maślane]. Swoją drogą, że jeszcze nie skończyłam (chociaż jestem za połową), ale jak przeczytałam kilkadziesiąt stron dziennie, to potem cierpiałam katusze, bolały mnie oczy i płat czołowy.
Uprzedzając pytania: nie, nie znam się na budowie mózgu, a biologia mnie średnio kręci, ale o płacie czołowym było w Five Nights at Freddy's i mi się tak wkręciło w zeszłym roku. Za każdym razem, jak boli mnie głowa, to mówię sobie samej: "O, płat czołowy się odezwał".
Nieważne, czytajcie dalej. xD


Nie lubię, jak się ferie kończą... Nawet nie chodzi o to, że kończy się wolne i zaczyna szkoła - chociaż w tym roku mnie to trochę boli, bo nauczyłam się chodzić spać po północy i wstawać o dziesiątej - tylko zawsze robię sobie na ferie plany, a potem się okazuje, że nic z tego nie spełniłam.
Chociaż przyznaję, że uznaję za mały sukces skończenie czytania biografii Mengelego i pierwszego tomu Dzienników Goebbelsa. Co z tego, że mogłam wtedy przeczytać kolejnych kilka stron Lalki... To się wytnie. xD
No i w sumie czas do Wielkanocy nie będzie takim złym czasem. Osiemnaście dni szkolnych, w tym trzy dni rekolekcji i dwa wyjazdy na konkursy. Seems legit.


Coś takiego znalazłam wczoraj na Tumblrze:


Brutalne, ale prawdziwe no xD
Dopiero przy ściąganiu na komputer zauważyłam link repostuj.pl, czyli generalnie Tumblr nie zaczął, ale mam w obserwowanych typa z Estonii czy innej Łotwy (dla mnie to to samo, nigdy się nie zagłębiałam w różnice między Estonią a Łotwą), który sobie ceni Polskę i Polaków i tak dalej, i czasem mi się przez stronę główną przewijają jakieś takie polskie rzeczy. No i zauważyłam.



Na fanpejdżu na Facebooku napisałam, że wymyśliłam hasło na nowy szablon. Tak naprawdę to nie wymyśliłam, ale obejrzałam kilka z dawniejszych filmików TubeRaiders i na nowo zaczęło mnie śmieszyć ich stwierdzenie "pokuleni Niemcy". Chcę, żeby tu było. Myślę, że całość hasła na szablon byłaby czymś w stylu "Witaj w świecie magii, książek, filmów, gier i pokulonych Niemców". Wiecie, że będzie to wyliczanka zawierająca Niemców na końcu, ale nie wiem, czy formuła zaczynająca się od "witaj w świecie..." jest dobra. I nie wiem, co dać do wyliczanki. Nie jestem pewna tej magii, i może wrzuciłabym Tumblr albo YouTube. Muszę to przemyśleć.


A teraz idę brać się zapisanie. Mam do skończenia dwa opowiadania na konkursy, no i wypadałoby wrócić do Życia jest podróżą.

wtorek, 23 lutego 2016

Problemy na Śląsku

Witam!

Zrobiło się późno, więc przyszła pora, żebym opisała wam mój dzień.
Wybrałam się dziś sama do centrum handlowego. Tak ogólnie to wszystko poszło aż za dobrze jak na samodzielny wyjazd - nie pomyliłam autobusów, nie przegapiłam przystanku ani nie sprawdziłam źle rozkładu. Tak, wszystkie przykłady są wzięte z mojego życia - dziś wyjątkowo stało się tylko tyle, że pada od rana. Wczoraj nie padało i nie zdziwię się, jak jutro przestanie. Takie mam szczęście.

Zacznę może tak właściwie od końca, bo od rzeczy, które sobie kupiłam - dwóch bluzek i dwóch książek.
Te koszulki to pierwsze ubrania w życiu, które kupiłam sobie samodzielnie, bądźcie ze mnie dumni!






Spodobała mi się dziewczyna na tej koszulce, musiałam ją mieć! *.*
Pytanie mojej siostry, gdy zobaczyła wzór: "To jest ktoś konkretny?" - "eee, nie?" - Mi się w sumie z kimś kojarzy, ale to tak bardziej luźno niż konkretnie, sądzę, że tak wyobrażałam sobie jakąś bohaterkę książkową, albo ktoś podobny był w jakimś filmie. Myślę, że to wina fryzury, bo jest dosyć popularna (tak mi się zdaje).
Stwierdzenie mojej mamy: "Będziesz tak wyglądać, jak zetniesz włosy!" - myślę o ścięciu włosów, ale nie patrzyłam tak na tę koszulkę. xD

Kupno drugiej koszulki zrozumiecie, jeśli pamiętacie, jaki miałam tu szablon w wakacje i o kim pisałam w kilku notkach.


Audrey! ♥ I ta rozmowa z moją mamą:
-To jest jakaś aktorka, co nie?
-Tak, Audrey Hepburn.
-To ty ją lubisz?
-Yy... no tak...
Niby nic w tej rozmowie nie ma, ale nie widzę innego powodu do kupna właśnie tej bluzki niż lubienie Audrey. Chyba że kolorystyka, ale za czarno-białymi rzeczami ostatnio średnio przepadam, a w tej się zakochałam!

No i jeszcze książki:


Opis Fangirl znajdziecie tutaj: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/189500/fangirl
Opis Rzymskiego Poranka znajdziecie tutaj: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/289603/rzymski-poranek 

O Fangirl sporo słyszałam, chcę sobie wyrobić własną opinię. A z kolei Rzymski Poranek miał premierę jakoś w zeszłym tygodniu, ale że ma do trochę do robienia a) z Włochami (to już widać po tytule) i b) z drugą wojną światową, to stwierdziłam, że zaufam losowi i zapoznam się z tym tak trochę w ciemno. 

W księgarni kusiła mnie jeszcze książka o zeszłorocznym poszukiwaniu złotego ciopongu, ale potem stwierdziłam, że i tak jej w najbliższym czasie nie przeczytam, a że nie chciało mi się ogarniać stylu, w jakim jest napisana, to zrezygnowałam. Myślałam też nad paroma innymi powieściami (do kupienia zamiast Poranka, bo na Fangirl byłam zdecydowana), ale stwierdziłam, że chociaż raz przeczytam jakąś książkę w miarę od razu po premierze, bo nigdy mi się to nie udało. Teraz pewnie też się nie uda, ale przynajmniej kupiłam tydzień po. xD

Miałam też ochotę zabić kogoś za przyprawienie mnie o stan przedzawałowy tym:



Przeszłam tuż obok tego i widziałam to tylko kątem oka, i nagle mi twarz tuż przy mojej się pojawia - no kurde! Jakbym była jeszcze trochę mniej odporna, to bym chyba umarła.
Piszę tak chamsko przez "to", bo to już nie plakat, ale jeszcze nie manekin, człowiek też nie, także...


Kusiło mnie kupienie sobie gorącej czekolady w Starbucksie - nigdy tam nic nie kupowałam i trochę chciałam spróbować - ale z Internetu wiem, że nie jest tam najtaniej, to stwierdziłam, że nie będę przepłacać za coś, co mi może nie posmakować, i zrezygnowałam. Jutro sobie kakao zrobię w domu. ;D

Wbiłam też do Douglasa, bo chciałam sobie powąchać perfumy, ale jeden gościu z obsługi na mnie krzywo spojrzał, wtedy pomyślałam: "Chyba nie wyglądam na osobę, która chodzi do takich sklepów... bo nie chodzę do takich sklepów!" - odwróciłam się i wyszłam. xD Kiedyś przy okazji pójdę do Rossmanna, tam jest lepiej.


Z dzisiejszego dnia to w sumie tyle.
Wczoraj zapomniałam jednej rzeczy napisać: byłam rano sama w domu i oglądałam Sąd Rodzinny, i była sprawa, że ojciec chciał odebrać swoją córkę matce, bo ją źle wychowywała. Warto wspomnieć, że córka miała chyba z 4 lata, a państwo mieszkali w Sosnowcu. No i jak się okazało, że rzecz się działa w Sosnowcu, to stwierdziłam: Tam się nie takie rzeczy działy, pan niech się cieszy, że ta córka panu w ogóle żyje! xD To tak w sprawie Katarzyny Waśnieskiej i małej Madzi, bo to też w Sosnowcu było.
Żeby było jeszcze śmieszniej, to możliwe, że będę studiować w Sosnowcu, bo na razie mam w głowie anglistykę, a podobno wydział filologii jest właśnie w Sosnowcu. Mam przerąbane xD

poniedziałek, 22 lutego 2016

Smile!

Dzisiaj stwierdziłam, że w sumie mogę pokazać wam zdjęcia, jakie planuję wstawić na nowy szablon. Wybrałam te trzy:


Rooney! ♥ Przy tej fazie, jaką mam na nią ostatnio, nie mogło jej tu zabraknąć. No i to zdjęcie jest super! Stwierdziłam, że potrzebuję jasnego i przy okazji wesołego szablonu, podobnego do tych, jakie wstawiałam tutaj w wakacje, i pomyślałam, że uśmiechnięta Rooney będzie pasować idealnie. 



Jeżeli bycie trzynastolatką można jeszcze zaliczyć jako dzieciństwo, to Lena Katina jest moją ulubioną piosenkarką jeszcze z czasów dzieciństwa. Ma cudowne piosenki - i te z czasów t.A.T.u, i te solowe. No i uwielbiam jej rude włosy.


Na ostatnim zdjęciu widzimy Melissę Joan Hart, w roli Sabriny - nastoletniej czarownicy. To serial mojego dzieciństwa, w tym przypadku tak typowo dzieciństwa (miałam 10-11 lat jak leciał na Polsacie), który - jak wiecie - ostatnio zaczęłam oglądać. Pomyślałam, że coś, co kojarzy mi się właśnie z beztroskimi latami sprzed okresu dojrzewania, też się przyda.


Jeśli chodzi o cytat, który się pojawi na szablonie - bo jakiś będzie na pewno - to mam wybranych kilka. Najbardziej skłaniam się ku temu:

Like a sketch that I once drew
I thought time was my partner

bo mi się kojarzy z grami oraz z Paryżem - mam taki notes, na którym jest katedra Notre Dame i właśnie ten cytat, a w środku moje stare notatki z gier.

Mam jeszcze kilka, nad którymi myślę. Są głównie z piosenek i z jednej strony by mi pasowały, ale z drugiej są trochę dołujące i nie wiem, czy by mi tu pasowały. Ale czegoś jeszcze poszukam.
Możliwe, że będzie cytat po polsku, bo w sumie mam fazę na takie ostatnio. Na szablonie do Podróży do III Rzeszy - który jest już zamówiony i przyjęty - będzie taki już na pewno.
Zobaczymy, jak to będzie. :)

niedziela, 21 lutego 2016

Wielki comeback!

Tytuł dzisiejszego posta ma podwójne znaczenie:
a) nie było mnie tu od środy - przyznajcie się, tęskniliście!
b) wróciłam dziś na Tumblra! Miałam się tylko zalogować na komputerze - ostatnio wywaliłam całą witrynę z historii wyszukiwarki, a dziś stwierdziłam, że wolę jednak mieć linka pod ręką i wpisany login - i jak już się zalogowałam, to zobaczyłam, że ostatnio napisała do mnie jedna dziewczyna, z którą pisałam już wcześniej. Jako że jestem grzeczna, miła i poukładana, to nie wypadało mi nie odpisać. Zaczęłyśmy rozmawiać, w międzyczasie scrollowałam stronę główną i stwierdziłam, że to fajne, i tak samo fajnie byłoby robić to codziennie. Więc wróciłam.

Niedługo sobie ściągnę na telefon (i komputer) nowe obrazki. Już mam namierzone takie ładne, hehe.

No dobra, robię to teraz, zamiast kończyć pisać tę notkę. No sorry no, muszę trochę nadrobić. :D



Planuję złożyć niedługo zamówienie na nowy szablon na tego bloga. Mam już zdjęcia, muszę tylko znaleźć jeszcze jakiś cytat.
Nie chcę, żeby był (ten cytat) za smutny, bo dobrałam sobie zdjęcia z uśmiechniętymi postaciami, to nie chcę, żeby mi z nimi kontrastował. Mam czas, pewnie coś znajdę.



A w tym gifie to się zakochałam!


Rooney, Rooney, Rooney! ♥
Chcę iść do kina na film Carol, w którym zagrała Rooney - i z którego zresztą jest ten gif, ale premiera jest dopiero 4 marca. Dlaczego...! ;_; Czekam już ze dwa miesiące. W Polsce ten film będzie chyba najpóźniej. A im bliżej premiery, tym bardziej umieram.
Dlatego mam dylemat, bo z jednej strony bardzo miło, że mam jeszcze tydzień ferii, ale z drugiej już by się mogły skończyć, bo będzie bliżej do filmu.
Litości!

środa, 17 lutego 2016

Coś drgnęło i drży do dziś

Tak, dzisiaj miała być notka o wierze, ale postanowiłam z niej zrezygnować, kiedy nie potrafiłam zebrać myśli. Sądzę, że może pojawi się kiedyś jeszcze jakiś luźny post o tym, ale nikt nie zna dnia ani godziny - ja też nie. Ale stwierdziłam, że i tak mogę sobie tutaj napisać.


Jeżeli ktoś czyta moje opowiadania, mam małą informację. Do końca tego miesiąca najprawdopodobniej już nie pojawią się żadne rozdziały - naprawdę chcę skończyć szybko Dziwne życie Judyty Ross, będę pisać do końca ferii. Potem, jak już rozplanuję publikację, to wrócę do pisania na zmianę dwóch pozostałych opowiadań i wrzucania ich na bieżąco.
Chociaż w sumie możliwe, że uda mi się skończyć rozdział na ŻJP przed końcem miesiąca, bo Dziwne życie idzie mi bardzo dobrze i może nawet skończę do końca tego tygodnia. Ciągle nie jestem pewna, ile będzie mieć rozdziałów, ale na pewno nie więcej niż te 20.


Słuchałam ostatnio trochę muzyki, którą znalazłam jeszcze w podstawówce (tak, znowu). Z jednej strony teraz czuję, jakbym momentami dziecinniała, ale z drugiej strony mam wrażenie, że szybko dojrzałam, może trochę za szybko.
Tak jak coś tam wspominałam miesiąc temu, pięć lat temu (szósta klasa podstawówki) zaczęłam mieć fazę na film animowany Dzwonnik z Notre Dame. Za tym przyszła faza na pierwowzór książkowy Katedra Marii Panny w Paryżu Wiktora Hugo i dwie inne adaptacje: film z 1982 oraz musical. No i gdy teraz do tego wracam, to duszą wracam do późnej podstawówki/wczesnego gimnazjum, ale wydaje mi się też, że przez tą fascynację szybko dojrzałam. Miałam trzynaście lat i przebrnęłam przez książkę, która niektórym dorosłym sprawia problemy, i jeszcze prawie się popłakałam na końcu, tak jak na co drugiej piosence z musicalu mogłabym wyć z rozpaczy. Coś drgnęło i drży do dziś.
No po prostu magia.




Dziś nie zapomniałam, jaki obrazek chciałam wstawić. :) Jest już późno, ale i tak wszystkiego dobrego wszystkim kotom!

wtorek, 16 lutego 2016

Szybko, zanim zrozumiemy swój błąd!

Nosz k*rwa. Chyba się zabiję.
Przez jakieś 2 tygodnie planowałam, jaki obrazek tutaj wstawię w Walentynki, a jak już przyszło co do czego, to zapomniałam. -.- I tak dobrze, że dzisiaj mnie podkusiło, żeby zajrzeć do galerii na telefonie, a nie za miesiąc, bo wtedy to już w ogóle bym się załamała.
Także tego, w Walentynki miałam dodać to:



Nie wiem jak wy, ale jak ja zobaczyłam to pierwszy raz, to się popłakałam. x'D
Co prawda ja zamiast Hitlera wstawiłabym tu Hessa (dalej shippuję go z Goebbelsem i to mocno), ale co się będę kłócić... Z Führerem się nie dyskutuje no...


Dziś w nocy (z 15 na 16) zrozumiałam, że nie potrafię uczyć się na błędach - zwłaszcza na własnych.
Dwa lata temu, kiedy obejrzałam filmy z serii Silent Hill, obiecałam sobie, że nie będę oglądała horrorów, zwłaszcza siedząc w ciemnym pokoju. Skończyło się na tym, że dwie noce z rzędu oglądałam o północy Koszmar z ulicy Wiązów (wersja 2010). A potem nie potrafiłam pójść do łazienki, bo się bałam, że w ciemnościach czeka Freddy Krueger. To znaczy w końcu poszłam, ale cała spanikowana. Uprzedzając pytania: nie, nie było go.
Tak, przerabiałam to samo dwa lata temu z Piramidogłowym z SH, tylko wtedy byłam na tyle mądra, że przynajmniej filmy oglądałam nie w nocy, a wieczorem i ktoś siedział obok. Chociaż wtedy byłam u cioci, gdzie do toalety się chodzi przez taki ciemny korytarzyk (brrr!), więc schizowania nie udało mi się uniknąć.
Z jednej strony tak jak mówiłam, mogłam się nauczyć czegoś z własnych błędów, ale z drugiej - idiota zawsze idiotą pozostanie.

Jeszcze a propos samego filmu: chyba nic wcześniej nie zaskoczyło mnie tak bardzo swoimi ostatnimi trzema sekundami - dosłownie. Końcowa scena rozwaliła system!
No i znowu odezwała się we mnie wewnętrzna lesbijka - na Rooney Marę (czy tak się odmienia jej nazwisko?) nie mogę się napatrzeć, taka jest śliczna! Gdybym ją kiedyś spotkała, to nie odstępowałabym jej na krok i podziwiałabym!
Dobra, muszę skończyć temat, bo zaczyna mi odwalać.


Moja skrajna dezorganizacja czasem mnie dobija. Chciałam napisać rozdział na Walentynki - jest 16 lutego, a ja nawet nie jestem w połowie. xD Właśnie dlatego nie ustalam sobie terminów publikacji - i tak bym się nie wyrabiała.
Mam jednak niecny plan wobec jednego mojego opowiadania. Stwierdziłam, że nie chcę go przeciągać zbyt długo (15-20 rozdziałów będzie spoko), więc mam zamiar napisać wszystkie rozdziały w miarę szybko (mam nadzieję zrobić to w 2-5 dni, korzystając z ferii). Potem sobie tylko ustalę daty publikacji i będę wrzucać. Z jednej strony to głupie, patrząc z perspektywy ludzi dowalających się do wszystkiego i liczących na zmiany w mojej pisaninie (jak wpadnę we flow i napiszę całość to nie będę potem nic zmieniać), ale z drugiej strony ja się opiniami i tak średnio przejmuję, także tego... Tylko muszę to szybko zrobić, zanim do mnie dotrze, że to może jednak rzeczywiście jest głupie. xD

niedziela, 14 lutego 2016

(nie)poradnik walentynkowy

Witam!

Dzisiaj czternasty lutego, dzień powszechnie kojarzony z wykonaniem wyroku śmierci na Andrieju Czikatile, uruchomieniem YouTube'a, urodzinami Anny German i chorymi na padaczkę (Wikipedia najlepszym źródłem wiedzy wszelakiej). I dzień po urodzinach Andersa Breivika.
Tak więc pójdźmy wypić za zdrowie wszystkich wyżej wymienionych i wróćmy za tydzień.




Żartowałam! Najpierw musimy skończyć notkę!

Wszyscy wiemy, że normalna część społeczeństwa (która szczęśliwie żyje bez świadomości, kim był Czikatiło) świętuje dzisiaj Walentynki. Jeżeli podobnie jak ja możecie dziś liczyć jedynie na zrozumienie łóżka/komputera/poduszki/przytulanki/książki/czekolady/inne..., to przyjmijcie kilka moich rad dotyczących tego, jak nie umrzeć ze zgryzoty w tym dniu pełnym miłości, której my - single - nie doświadczymy.




1. Brutalnie uświadom komuś, że dzisiejszy dzień to nie tylko Walentynki.
Wymyśliłam wczoraj jeden sposób, którego nie przetestowałam, ale myślę, że mógłby zadziałać. Mianowicie: daj komuś kartkę, na której z jednej strony napiszesz: "Dziś 14 lutego. Czy poświętujesz ze mną...", a z drugiej: "...dzień chorych na padaczkę?". Z wydarzeniami do wyboru, do koloru - ja oczywiście wybrałabym śmierć Andrieja Czikatiły.
(Niech ktoś mi da znać, jak to działa, jeśli spróbujecie. xD)


2. Obejrzyj film o miłości z negatywnym nastawieniem.
Osobiście polecam w każdym dniu, w którym pojawia się żałość związana z brakiem miłości. Na takiej zasadzie obejrzałam Gwiazd Naszych Wina - albo, jak niektórzy mówią, Gwiazd Naszych Ślina (pozdrawiam Sandrę :D) - celowo nastawiłam się negatywnie i potem krytykowałam głównych bohaterów za wszystko (uwaga, spoilery!): od całowania się w Domu Anny Frank (no trochę szacunku!), przez seks (no ej, oboje macie raka, brakuje wam choroby wenerycznej albo ciąży do zestawu?) aż do wyglądu (nigdy nie spodoba mi się aktor, który grał Augustusa). Wbrew pozorom dzięki krytyce nie musiałam walczyć z myślami, że jednak ja mam gorzej, bo mnie nikt nie kocha. I nie płakałam na końcu, epickie zwycięstwo!


3. Obejrzyj film, w którym nie ma miłości (ew. śladowe ilości). Albo w którym wszyscy giną.
Okaże się, że nie tylko ty nie znasz miłości. No i przynajmniej żyjesz.
Polecam też głośno i wyraźnie kibicować głównym bohaterom, którzy nie są zakochani (a potem skrytykować gdy taki minimalny wątek się pojawi) - w celu pokazania światu swojego ambiwalentnego stosunku zarówno do Walentynek, jak i do miłości w ogóle.
Filmy mniej więcej wpisujące się w którąś z powyższych zasad, które polecam: Sucker Punch, Granice Bólu, 1408, Hanna, Merida Waleczna, Anioł Śmierci.
Szczególnie polecam film, który stali czytelnicy już znają, czyli Obywatel X - to tak w temacie pokazania innym innego znaczenia dzisiejszego dnia.


4. Spędź ten dzień z kimś, kogo kochasz.
Wybierz tylko kogoś, kto cię zawsze zrozumie i nigdy nie porzuci. Ja mam komputer i przytulankę, a ty?
Normalnie wpisałabym tu mojego kota, ale jak szłam spać o wpół do drugiej, to go wywaliłam z pokoju i nie wiem, czy dziś do mnie przyjdzie.


5. Żyj tak, jak żyjesz na co dzień!
No nie czarujmy się, Walentynki to dzień jak każdy inny - nieważne, czy wypada w niedzielę czy w środę, na początku albo na końcu ferii. Jeśli nie ma specjalnego powodu, to i fajerwerków nie trzeba odpalać.
Wiadomo, że cudza miłość sprawia dziś podwójny ból, ale głowa do góry! Przecież jednocześnie "ciśnięcie beki" z zakochanych jest przy tej okazji dwa razy zabawniejsze!



Niestety z moich rękawów wysypały się już wszystkie porady, jakie mogłam wam zaoferować, więc teraz możemy iść pić.

sobota, 13 lutego 2016

Kasiu, i po co ci to było?

Miałam dziś nie pisać, ale zobaczyłam pewien obrazek na Kwejku i MUSZĘ go tu wstawić.

No i co, Kasiu? Po co ci to było?

Wiem, że to mem z gatunku niewygodnych, w dodatku z przekleństwem... ale ja tu leżę i nie wstaję ze śmiechu xD Takie rzeczy mi się chyba nigdy nie znudzą xD
Dajcie mi jakieś leki albo od razu zabijcie, świat będzie lepszy, bo mam wrażenie, że zaczynam zanieczyszczać powietrze. Chociaż tak na dobrą sprawę pewnie wszyscy je w jakiś sposób zanieczyszczamy.


A już jutro dwudziesta druga rocznica śmierci Andrieja Czikatiły Walentynki! Jak zapowiadałam, pojawi się tutaj post tematyczny. Tylko w sumie nie wiem jeszcze jaki. Waham się między subiektywnym poradnikiem walentynkowym a jakimś zestawieniem, np. ulubionych par książkowych i filmowych czy coś. W sumie zestawienie chyba byłoby lepsze, bo z poradnika pewne nikt (łącznie ze mną xD) nic nie wykorzysta, a przynajmniej w tym roku, bo znając mnie pojawi się to po południu. Ale macie obiecane, że będzie.
Poza tym przysiądę nad rozdziałem na ŻJP i - tak jak zapowiedziałam - na pewno będzie. Znowu będę siedzieć do pierwszej w nocy, ale co tam - w końcu od tego są ferie. :D

W tym przypadku ferie, ale wychodzi na to samo. :D

czwartek, 11 lutego 2016

Grasz w grę?

Miałam dziś zrobić coś do szkoły albo napisać opowiadanie - poszłam grać w grę. xD

Planowałam specjalne opowiadanie na Walentynki, ale okazało się, że nie mam pomysłu, więc nawet się nie brałam. Ale za to spróbuję opublikować rozdział na Życie jest podróżą, a tutaj będzie jakiś post tematyczny. Tylko nie wiem jeszcze jaki dokładnie.


Dziś na sprawdzianie z wosu mi odwaliło, bo przerabialiśmy dział o polityce i był też temat o ideologiach. No to siedzę przed sprawdzianem i mówię sobie: niech będzie o ideologiach totalitarnych, niech będzie, błagam! No i było! Uniosłam zaciśniętą pięść na wysokość piersi i przymknęłam oczy z szeptem: zwycięstwo...
Ja wiem, że koledzy się pewnie na mnie spojrzeli jak na debila, ale co tam! Ważne, że mogłam nazizm opisać. :D



Znowu nie mam nic więcej do napisania i znowu mnie wzięło na "stare" piosenki, więc no.



I kiedy stanie w ogniu dom uciekaj bracie stąd, bo
strzelają
Miasto udławi się gradem bomb
W pewną zimową noc kontrolowaną
W ruinach, zgliszczach znajdziesz mnie tam gdzie trzymamy broń naładowaną

środa, 10 lutego 2016

Wiara (1) - Moja wiara

Tak jak obiecywałam, od dziś do świąt wielkanocnych co środę będę publikować posty dotyczące wiary.
Czasem będzie mocno subiektywnie - lojalnie ostrzegam; jeśli ktoś jest szczególnie drażliwy w tej sferze, to uprzedzam, że mogę go (przypadkowo) urazić.
Czasem będzie naukowo - mam nadzieję, że was nie zanudzę.
Tak czy inaczej - zapraszam!

EDIT: Jeśli czytasz to później niż w Wielkim Poście 2016 - wiedz, że nie kontynuowałam tej serii, jednak postaram się do niej powrócić, nie tylko w tym okresie, ale po prostu wtedy, kiedy natchnie mnie na rozkminy o wierze.


Moja wiara



Zostałam wychowana na katoliczkę. W niedziele i święta nakazane rodzice prowadzali mnie do kościoła, gdzie wyznawałam wiarę w jednego Boga w trzech osobach, Maryję, wszystkich świętych, siedem sakramentów i wszystkie inne rzeczy, które pewnie znacie.
I tak zostało do dziś. Zostało to, że chodzę do kościoła.
Ale zmienił się sposób mojego myślenia.

Kiedy byłam młodsza, bardzo lubiłam chodzić do kościoła. Z jednej strony nauczyli mnie tego rodzice, ale z drugiej znajdowałam w sobie energię i ochotę, żeby za nimi iść. W Bogu znajdowałam spokój, Jezus był kimś, za kim chciałam podążać, a Maryja była wzorem. Żyłam nie od pierwszego do pierwszego albo od weekendu do weekendu, tak jak teraz, ale od spowiedzi do spowiedzi albo od mszy do mszy. Potrafiłam co dzień uklęknąć przy łóżku i pomodlić się. Nawet jeśli to było "odklepanie" jednej modlitwy, tak aby było, to znajdowałam na to siłę. Któregoś roku cały październik modliłam się co wieczór dziesiątkę różańca - z własnej woli.
A potem się zepsuło.
Pewnego dnia zaczęłam się zastanawiać - w co tak właściwie wierzę? Nie zastanawiałam się wtedy nad konkretnymi zasadami wiary, ale nad tym, jak znalazły się w moim życiu. Urodziłam się z wolną wolą, z możliwością wyboru - ale czy na pewno? Przecież wyznaję po prostu to, co wyznaje duża część osób wokół mnie. Nie mogłam wybrać żadnej innej wiary, zresztą był czas, kiedy nawet nie miałam świadomości istnienia jakiejś alternatywny niż wyznanie rzymskokatolickie. Pamiętam nawet rozkminy, które prowadziłam jako małolata - po co jest Kościół rzymskokatolicki i greckokatolicki, skoro jest jedna wiara? A ten grekokatolicyzm to przecież tylko kropla w morzu wyznań, jak się później dowiedziałam.


Aktualnie przechodzę fazę buntu. Jeszcze chodzę do kościoła, ale coraz bardziej niechętnie. Wyznanie samo w sobie nie jest tak naprawdę moim problemem, bo ciągle jeszcze wierzę w prawdy katolickie (a przynajmniej ich część - skomentuję to w kolejnej części, jeśli nie zapomnę). W kościele jako budynku czuję się jednak skrępowana. To tak w sprawie tego narzucania - ślepo podążamy za ludźmi, wśród których się wychowaliśmy, którzy przekazali nam swoje poglądy. W kościele zaczynam czuć się przegrana, zdominowana, skrępowana. Nie mogę wyrazić siebie, tylko powtarzam słowa, które ludzie w kościołach powtarzają od lat, gubiąc ich sens. Jestem tylko jedną cyferką wśród wielu statystyk - tyle i tyle osób było w kościele tego czy tego dnia, jakiś procent młodzieży chodzi na religię...

Pamiętam takie momenty, kiedy zdarzyło mi się być w kościele praktycznie samotnie. Raz, kiedy po comiesięcznej spowiedzi dla gimnazjalistów zostało trochę czasu do nabożeństwa różańcowego, ale nie opłacało mi się wracać do domu i drugi - też w gimnazjum - kiedy zwolniono nas do domów lekcję wcześniej, więc wykorzystałam czas i poszłam na adorację żłóbka (czas bożonarodzeniowy). Z perspektywy czasu wiem, że to były momenty, kiedy najlepiej czułam swoją wiarę. W kościele byłam tylko ja i Bóg, nie pokazywałam się nikomu, nie musiałam też za nikim powtarzać tych wspomnianych już słów bez znaczenia. Tak, wymówiłam je, ale w tamtych momentach nabrały sensu, bo nie były wymuszone - nie było wokół mnie tłumu ludzi, który mógłby mnie ocenić za brak zaangażowania. (W zeszłym miesiącu kolędy śpiewałam aż do bólu płuc, ale to były kolędy). Chciałabym powrócić do tamtych chwil i znowu móc zrozumieć, czym jest prawdziwe przeżywanie wiary, przypomnieć sobie, jak ważne jest posiadanie jej przede wszystkim w sercu.


Nie wiem, jak bardzo to zdjęcie pasuje, ale trzeba czymś urozmaicić notkę.


Podsumowując:
Nie, nie uważam się za niewierzącą. Jeśli mam powiedzieć, jakiego jestem wyznania - ciągle podam wam rzymskokatolickie. Nie chcę jednak ślepo podążać za prawdami, których nie rozumiem, które zostały mi narzucone, które przestałam czuć we własnym sercu. Nie chcę sprawiać wrażenia idealnej chrześcijanki, bo wiem, że taką nie jestem.

Mam małe postanowienie na ten Wielki Post. Nie porzucę słodyczy ani Internetu, bo wiem, że nie podołam. Ale chcę odnaleźć sens - po prostu. Może na Wielkanoc już będzie inaczej.

poniedziałek, 8 lutego 2016

"Am I still in your head?"

Weekend + dzisiejsze popołudnie upłynęły mi pod znakiem oglądania filmów Pitch Perfect. Oceniam obydwie części na takie średnio mocne 4/10 (2/5 bo się skraca xD) - widziałam gorsze filmy, ale też spodziewałam się czegoś, co bardziej mnie porwie. Chyba jednak nie mój typ.

Zapytałabym was o jakieś ciekawe filmy, ale już mam ich za dużo do obejrzenia. Na ferie planuję - tak jak wspominałam - Rydwany Ognia, Williama i Kate oraz dwanaście odcinków Dark Shadows. The Revival, a to i tak nie wszystko, co mam w planach tak ogólnie. xD
Chociaż jak się komuś coś przypomni, to w sumie możecie pisać.


Ja chcę już ferie! Padam powoli na ryj ze zmęczenia. Chcę chociaż przez kilka dni móc chodzić spać o drugiej w nocy i wstawać o dziewiątej-dziesiątej rano. To pisanie opowiadań i oglądanie filmów w ciemności, ach... ♥ No i w końcu będzie więcej czasu na czytanie książek!
Nie, wcale nie marnuję wolnego czasu w dni szkolne na siedzenie przy komputerze, chociaż mogłabym właśnie wtedy czytać...


W każdym razie, muszę tylko przeżyć sprawdzian z geografii (którego może nie być) i z wosu (ale to dopiero w czwartek). W sumie trzy i pół dnia - jutro, środa, czwartek i pół piątku, bo po powrocie do domu w piątek zrobię sobie olewanie wszystkiego.
Z jednej strony to tak blisko, a z drugiej jeszcze tak daleko...



Do napisania w sumie nie mam więcej, ale żeby nie było zbyt nudno, to wstawię jeszcze kilka piosenek/melodii. Znowu mnie wzięło na wspominki, więc wstawiam takie, co to ich słuchałam 5 lat temu. Wszystkich nie znajdę, ale te mi się dzisiaj przypomniały. I nie, nie obrażę się, jeśli nie przesłuchacie całości, wiem, że kawałki są długie (zwłaszcza dwa ostatnie), ale ogólnie polecam.









If I
Was to walk away
From you my love
Could I laugh again?

niedziela, 7 lutego 2016

Mengele i Oświęcim - kartka z pamiętnika

Kartka z kalendarza:
1979 – zmarł Josef Mengele, niemiecki lekarz, zbrodniarz wojenny.

Uczcijmy go minutą ciszy. *składa ręce do modlitwy*
Żartuję, wy nie musicie, ale nie wiedziałam, jakim jednym zdaniem to podsumować.

Przy okazji w środę mijają dwa lata od mojej wycieczki do Oświęcimia, kiedy to pewne sprawy się zaczęły. Jako że w tym dniu będzie pierwszy wielkopostny post o wierze (wypowiedziała się na ten temat jedna duszyczka i był to głos pozytywny, więc seria będzie), którego nie chcę zaśmiecać - wspomnę o tym dzisiaj. Wykorzystam do tego notatki z pamiętnika, który wtedy prowadziłam.


Chciałam odwołać się do dnia wycieczki, ale nie napisałam wtedy nic, czego byście jeszcze nie wiedzieli (a nawet mniej), więc pokażę wam, jak się pewne sprawy rozwijały kilka dni później:

15 lutego 2014, sobota
...i postanowiłam zobaczyć, czy nie leci coś ciekawego w kinach. Kliknęłam na tytuł Anioł Śmierci [...], i okazało się, że to jest o... powojennych losach doktora Mengele! O tym że gdzieś wyjechał i się ukrywał!
[...] Okazało się, że Anioła Śmierci nie grają w kinach. Ale grają w Bytomskim Centrum Kultury, w piątki o 19:00. Chcę tam pojechać! Jak nie, to zrobię sobie zastrzyk z fenolu w serce. [jaki śmieszek xD]

20 lutego 2014, czwartek
Muszę zarzucić takim hasłem, no muszę - Mengele chyba nade mną czuwał. Takie fajne słówka były na sprawdzianie [z niemieckiego], że uch. Wszystko napisałam i oddałam kartkę po chyba 10 minutach. No ale w końcu pisaliśmy test z chorób i tym podobnych duperelstw, a Mengele był przecież lekarzem.

22 lutego 2014, sobota (dzień seansu)
[po pisaniu na pół strony, że ciekawie byłoby popłakać się na filmie] W końcu nie ryczałam, ale wstrząsnął mną ten film. Kiedy wyszliśmy z sali, to mnie trzęsło, musiałam chwycić M. [siostrę] za rękę, a oczy zaszły mi łzami. Już w domu [siostra] dziwiła się, że tak przeżyłam ten film. [...] Nie rozumiem tego niezrozumienia czasami.

Miiiłoość roośnie woookół naaas! xD Po paru dniach już mi waliło.

Z tyłu pamiętnika znalazłam pamiątki z tamtego okresu:





Ulotka reklamowa z kina i recenzja wycinana z gazety zawsze spoko. :D


Z takich ciekawszych, późniejszych rzeczy w tekście znalazłam jeszcze:
11 marca 2014, wtorek
Dostałam dziś 6 z historii z testu powtórkowego i pan Z. [nauczyciel] mi powiedział, że jestem nadczłowiekiem. Skojarzyło mi się to z Mengelem i Sonnemenschen, czyli rasą nadludzi, w którą wierzyli naziści. Jestem Sonnemenschen!

A po śmierci pójdę do nazistowskiego nieba i zostanę żoną Hessa, co już ustaliliśmy jakiś czas temu.
xD


To tyle. Jeśli spodobał wam się mój taki powrót do przeszłości i notatek z pamiętnika, które przepisuję tutaj, to oczywiście skomentujcie odpowiednio dzisiejszy post.
Do napisania!

czwartek, 4 lutego 2016

Notka na Tłusty Czwartek

Dzisiaj już pojawił się jeden post - sporo osób go zresztą pewnie widziało - ale przeniosłam go do kopii roboczych (a za jakiś czas pewnie całkiem wywalę), bo stwierdziłam, że w sumie po co siać nienawiść... Jak już mi się układa w życiu prywatnym, to po co sobie psuć nerwy...
Przekopiuję z niego tylko takie "hasło", że doszłam do wniosku, że jestem panią swojego życia - a zwłaszcza opowiadań, w których będzie to, co ja chcę napisać. I w sumie tyle.


Poznałam dziś takie niesamowite uczucie... Nie żebym się przechwalała czy coś... Ale cieszę się z tego, że komuś zaimponowałam tym, jak dużo czytam, i to go zachęciło do robienia tego samego.
Sandra, mam nadzieję, że emocje z Gwiazd naszych ślina jednak Cię nie zniechęcą do dalszego czytania! ;)


Mam ostatnio wielką ochotę pojeździć sobie autobusami. Niekoniecznie gdzieś konkretnie, tylko tak po prostu - wsiąść na moim przystanku, dojechać na końcowy i wsiąść do autobusu w drugą stronę, znowu pojechać na końcowy i wrócić do domu, oczywiście kolejnym autobusem.
A tak na serio to nie wiem, jak by to wyszło, dlatego na początek wakacji planuję sobie konkretną wycieczkę. Ale o tym na razie cicho, nie chcę zapeszać, bo na razie to niepewne.


A teraz przyznajcie się - ile dziś zjedliście pączków? Ja cztery - jeden w szkole (koleżanka mi przyniosła) i trzy w domu. Plus obowiązkowo kakao do picia. :)

 
Jadłabym.

środa, 3 lutego 2016

Stare zdjęcia

Ja do żebraka podobne mam chęci
On szuka wsparcia, a ja - pamięci

Oglądałam dziś z mamą stare zdjęcia - z jej młodości, młodości taty oraz te z okresu, kiedy moje sporo starsze rodzeństwo i kuzynostwo było jeszcze dziećmi - i taki cytat znalazłam z tyłu zdjęcia, które mama dostała od znajomego z liceum.
Zaczęło się w ogóle od rozmowy o studniówce i od tego, że mama powiedziała mi, że na swojej była w spodniach. Jako że trochę nie dowierzałam, to zaczęłyśmy szukać zdjęć z mamy studniówki, gdzie to widać.
Tak sobie oglądałyśmy te zdjęcia i muszę przyznać, że gdyby ktoś mi pokazał niektóre bez mówienia, kto na nich jest, to bym nie poznała. Chodzi głównie o moją mamę, tatę, no i o rodzeństwo i kuzynów, którzy na fotografiach mieli po pięć-dziesięć lat, a teraz część jest już po trzydziestce. Niby są jakieś rzeczy, po których się dało rozpoznać, np. mojej kuzynce nie zmienił się uśmiech, ale tak ogólnie to szok!

Lubię oglądać stare zdjęcia... Takie czarno-białe... Jakaś taka nostalgia mnie przy tym ogarnia. Ale to miłe uczucie.
Podoba mi się w ogóle moda gdzieś tak z lat... no dobra, z dwudziestego wieku. :D Bo i taka z lat dwudziestych-czterdziestych i potem z 70-tych. Z takich konkretnych rzeczy to moja mama miała fajny mundurek w liceum, też bym mogła mieć.
No i doszłam do wniosku, że jak już będę brała ślub, to nie chcę mieć welonu, chcę mieć toczek!

Zabrałam trzy zdjęcia mojej mamy do swojego pokoju, tak mi się spodobały.
A może bym zaczęła kolekcjonować takie zdjęcia...? W sensie stare, czarno-białe?
Żartuję, przestałabym po paru miesiącach, za mało mam samozaparcia. Jedyne, co w życiu zbierałam - poza książkami, jeśli to można zaliczyć - to figurki kotów, co też ostatnio porzuciłam.


Tu miałam wstawić jakieś fajne stare zdjęcie, ale w Google nie umiem nic znaleźć, a tych rodzinnych nie wstawię, bo nie mam zgody.
Wpiszecie sobie coś w wyszukiwarkę, jak bardzo będziecie chcieli, no nie?



Na koniec tylko jeszcze jedna rzecz:
Wczoraj chciałam napisać, że śmiałabym się, gdybym dostała 3 z testu z Ojca Goriot, bo to byłoby genialne dostać taką ocenę za lekturę, której się nie przeczytało - nie skończyłam zdania, żeby nie zapeszać. I wiecie co?
Dostałam 4! xD Pani nie uznała mi tylko tego jednego zadania, o którym mówiła mi już wczoraj.
Ale dziecko szczęścia ze mnie! Normalnie leżę i nie wstaję.

wtorek, 2 lutego 2016

Luty!

Witam w lutym! :)
Uwaga, zapodaję gifem na dobry początek miesiąca:

Jakby co: cat to kot, a caterpillar to gąsienica. (xD).


Dzisiaj na polskim:
- piszemy test z Ojca Goriot - oddaję pracę - pani przegląda
Pani: - Hania, jesteś pewna odpowiedzi?
Ja: - Nie! (ciszej do koleżanki) Improwizowałam, bo przeczytałam tylko strzeszczenie.

Będę się śmiała, jeśli... dobra, nieważne co, nie zapeszajmy. :P


Wydarzenie dnia: dzisiaj jest koncert Imagine Dragons w Łodzi. Od wakacji trochę ich słucham, ale to jeden z tych zespołów, których składu i takie tam nie ogarniam. Ignorantka muzyczna xD Zmierzam do tego, że ich szanuję i w ogóle, ale miałam już dosyć spamu mojej koleżanki, który robiła od jakiegoś czasu w niektórych mediach społecznościowych, jako że na ten koncert pojechała.
Bez obrazy dla tych, którzy są w tej sprawie mniejszymi ignorantami niż ja, ale ile można no. ;_;



Takie pytanie: wiem, że jest dopiero lutym, ale pierwsze plany już poczyniłam i jest sprawa. Jest ktoś chętny, żeby spotkać się ze mną w pierwszym tygodniu wakacji w Katowicach? Będę tam na pewno w którymś z ostatnich dni czerwca (żeby jeszcze korzystać z biletu miesięcznego), ale jeszcze nie wiem dokładnie kiedy, w którym miejscu i o której godzinie - zależy, czy pewien mój plan wypali. Jeżeli ktoś będzie bardzo chciał na mnie wpaść, to dajcie znać. Szczegóły podałabym pewnie dopiero w tym czerwcu, ale chcę wiedzieć, jak sobie zaplanować wyjazd.


Dobrego miesiąca życzę! :D