wtorek, 16 lutego 2016

Szybko, zanim zrozumiemy swój błąd!

Nosz k*rwa. Chyba się zabiję.
Przez jakieś 2 tygodnie planowałam, jaki obrazek tutaj wstawię w Walentynki, a jak już przyszło co do czego, to zapomniałam. -.- I tak dobrze, że dzisiaj mnie podkusiło, żeby zajrzeć do galerii na telefonie, a nie za miesiąc, bo wtedy to już w ogóle bym się załamała.
Także tego, w Walentynki miałam dodać to:



Nie wiem jak wy, ale jak ja zobaczyłam to pierwszy raz, to się popłakałam. x'D
Co prawda ja zamiast Hitlera wstawiłabym tu Hessa (dalej shippuję go z Goebbelsem i to mocno), ale co się będę kłócić... Z Führerem się nie dyskutuje no...


Dziś w nocy (z 15 na 16) zrozumiałam, że nie potrafię uczyć się na błędach - zwłaszcza na własnych.
Dwa lata temu, kiedy obejrzałam filmy z serii Silent Hill, obiecałam sobie, że nie będę oglądała horrorów, zwłaszcza siedząc w ciemnym pokoju. Skończyło się na tym, że dwie noce z rzędu oglądałam o północy Koszmar z ulicy Wiązów (wersja 2010). A potem nie potrafiłam pójść do łazienki, bo się bałam, że w ciemnościach czeka Freddy Krueger. To znaczy w końcu poszłam, ale cała spanikowana. Uprzedzając pytania: nie, nie było go.
Tak, przerabiałam to samo dwa lata temu z Piramidogłowym z SH, tylko wtedy byłam na tyle mądra, że przynajmniej filmy oglądałam nie w nocy, a wieczorem i ktoś siedział obok. Chociaż wtedy byłam u cioci, gdzie do toalety się chodzi przez taki ciemny korytarzyk (brrr!), więc schizowania nie udało mi się uniknąć.
Z jednej strony tak jak mówiłam, mogłam się nauczyć czegoś z własnych błędów, ale z drugiej - idiota zawsze idiotą pozostanie.

Jeszcze a propos samego filmu: chyba nic wcześniej nie zaskoczyło mnie tak bardzo swoimi ostatnimi trzema sekundami - dosłownie. Końcowa scena rozwaliła system!
No i znowu odezwała się we mnie wewnętrzna lesbijka - na Rooney Marę (czy tak się odmienia jej nazwisko?) nie mogę się napatrzeć, taka jest śliczna! Gdybym ją kiedyś spotkała, to nie odstępowałabym jej na krok i podziwiałabym!
Dobra, muszę skończyć temat, bo zaczyna mi odwalać.


Moja skrajna dezorganizacja czasem mnie dobija. Chciałam napisać rozdział na Walentynki - jest 16 lutego, a ja nawet nie jestem w połowie. xD Właśnie dlatego nie ustalam sobie terminów publikacji - i tak bym się nie wyrabiała.
Mam jednak niecny plan wobec jednego mojego opowiadania. Stwierdziłam, że nie chcę go przeciągać zbyt długo (15-20 rozdziałów będzie spoko), więc mam zamiar napisać wszystkie rozdziały w miarę szybko (mam nadzieję zrobić to w 2-5 dni, korzystając z ferii). Potem sobie tylko ustalę daty publikacji i będę wrzucać. Z jednej strony to głupie, patrząc z perspektywy ludzi dowalających się do wszystkiego i liczących na zmiany w mojej pisaninie (jak wpadnę we flow i napiszę całość to nie będę potem nic zmieniać), ale z drugiej strony ja się opiniami i tak średnio przejmuję, także tego... Tylko muszę to szybko zrobić, zanim do mnie dotrze, że to może jednak rzeczywiście jest głupie. xD

2 komentarze:

  1. Po walentynkach, ale takie obrazki to ja bym mogła codziennie widzieć :D Rozbawiłaś mnie nim!
    Nie przepadam za horrorami, od kiedy skończyłam czternaście lat. Nawet te psychologiczne budzą we mnie strach, o obejrzeniu "Serbskiego filmu" nawet nie śnię, by mnie nie naszło. Brr.
    Ja miałam schizę po Egzorcyzmach Emily Rose; całą noc bałam się obrócić w stronę środka pokoju, bo się bałam, że ona tam leży i się wygina. Ciarki mnie przeszły, jak to napisałam. Jakiś znak?
    Rooney Mara jest śliczna, tu się zgadzam.
    Masz dobry system: brak terminów. Żadnego stresu, nie piszesz na siłę. To też jest swego rodzaju organizacja!
    Powodzenia, dużo weny! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To zawsze bawi :D
      Ja za horrorami w sumie też nie przepadam, ale jak fabuła dobrze się zapowiada albo lubię kogoś z obsady, to czasem się skuszę.
      W sumie to racja, że jakaś organizacja w tym jest. :)
      Dziękuję! :3

      Usuń