środa, 10 lutego 2016

Wiara (1) - Moja wiara

Tak jak obiecywałam, od dziś do świąt wielkanocnych co środę będę publikować posty dotyczące wiary.
Czasem będzie mocno subiektywnie - lojalnie ostrzegam; jeśli ktoś jest szczególnie drażliwy w tej sferze, to uprzedzam, że mogę go (przypadkowo) urazić.
Czasem będzie naukowo - mam nadzieję, że was nie zanudzę.
Tak czy inaczej - zapraszam!

EDIT: Jeśli czytasz to później niż w Wielkim Poście 2016 - wiedz, że nie kontynuowałam tej serii, jednak postaram się do niej powrócić, nie tylko w tym okresie, ale po prostu wtedy, kiedy natchnie mnie na rozkminy o wierze.


Moja wiara



Zostałam wychowana na katoliczkę. W niedziele i święta nakazane rodzice prowadzali mnie do kościoła, gdzie wyznawałam wiarę w jednego Boga w trzech osobach, Maryję, wszystkich świętych, siedem sakramentów i wszystkie inne rzeczy, które pewnie znacie.
I tak zostało do dziś. Zostało to, że chodzę do kościoła.
Ale zmienił się sposób mojego myślenia.

Kiedy byłam młodsza, bardzo lubiłam chodzić do kościoła. Z jednej strony nauczyli mnie tego rodzice, ale z drugiej znajdowałam w sobie energię i ochotę, żeby za nimi iść. W Bogu znajdowałam spokój, Jezus był kimś, za kim chciałam podążać, a Maryja była wzorem. Żyłam nie od pierwszego do pierwszego albo od weekendu do weekendu, tak jak teraz, ale od spowiedzi do spowiedzi albo od mszy do mszy. Potrafiłam co dzień uklęknąć przy łóżku i pomodlić się. Nawet jeśli to było "odklepanie" jednej modlitwy, tak aby było, to znajdowałam na to siłę. Któregoś roku cały październik modliłam się co wieczór dziesiątkę różańca - z własnej woli.
A potem się zepsuło.
Pewnego dnia zaczęłam się zastanawiać - w co tak właściwie wierzę? Nie zastanawiałam się wtedy nad konkretnymi zasadami wiary, ale nad tym, jak znalazły się w moim życiu. Urodziłam się z wolną wolą, z możliwością wyboru - ale czy na pewno? Przecież wyznaję po prostu to, co wyznaje duża część osób wokół mnie. Nie mogłam wybrać żadnej innej wiary, zresztą był czas, kiedy nawet nie miałam świadomości istnienia jakiejś alternatywny niż wyznanie rzymskokatolickie. Pamiętam nawet rozkminy, które prowadziłam jako małolata - po co jest Kościół rzymskokatolicki i greckokatolicki, skoro jest jedna wiara? A ten grekokatolicyzm to przecież tylko kropla w morzu wyznań, jak się później dowiedziałam.


Aktualnie przechodzę fazę buntu. Jeszcze chodzę do kościoła, ale coraz bardziej niechętnie. Wyznanie samo w sobie nie jest tak naprawdę moim problemem, bo ciągle jeszcze wierzę w prawdy katolickie (a przynajmniej ich część - skomentuję to w kolejnej części, jeśli nie zapomnę). W kościele jako budynku czuję się jednak skrępowana. To tak w sprawie tego narzucania - ślepo podążamy za ludźmi, wśród których się wychowaliśmy, którzy przekazali nam swoje poglądy. W kościele zaczynam czuć się przegrana, zdominowana, skrępowana. Nie mogę wyrazić siebie, tylko powtarzam słowa, które ludzie w kościołach powtarzają od lat, gubiąc ich sens. Jestem tylko jedną cyferką wśród wielu statystyk - tyle i tyle osób było w kościele tego czy tego dnia, jakiś procent młodzieży chodzi na religię...

Pamiętam takie momenty, kiedy zdarzyło mi się być w kościele praktycznie samotnie. Raz, kiedy po comiesięcznej spowiedzi dla gimnazjalistów zostało trochę czasu do nabożeństwa różańcowego, ale nie opłacało mi się wracać do domu i drugi - też w gimnazjum - kiedy zwolniono nas do domów lekcję wcześniej, więc wykorzystałam czas i poszłam na adorację żłóbka (czas bożonarodzeniowy). Z perspektywy czasu wiem, że to były momenty, kiedy najlepiej czułam swoją wiarę. W kościele byłam tylko ja i Bóg, nie pokazywałam się nikomu, nie musiałam też za nikim powtarzać tych wspomnianych już słów bez znaczenia. Tak, wymówiłam je, ale w tamtych momentach nabrały sensu, bo nie były wymuszone - nie było wokół mnie tłumu ludzi, który mógłby mnie ocenić za brak zaangażowania. (W zeszłym miesiącu kolędy śpiewałam aż do bólu płuc, ale to były kolędy). Chciałabym powrócić do tamtych chwil i znowu móc zrozumieć, czym jest prawdziwe przeżywanie wiary, przypomnieć sobie, jak ważne jest posiadanie jej przede wszystkim w sercu.


Nie wiem, jak bardzo to zdjęcie pasuje, ale trzeba czymś urozmaicić notkę.


Podsumowując:
Nie, nie uważam się za niewierzącą. Jeśli mam powiedzieć, jakiego jestem wyznania - ciągle podam wam rzymskokatolickie. Nie chcę jednak ślepo podążać za prawdami, których nie rozumiem, które zostały mi narzucone, które przestałam czuć we własnym sercu. Nie chcę sprawiać wrażenia idealnej chrześcijanki, bo wiem, że taką nie jestem.

Mam małe postanowienie na ten Wielki Post. Nie porzucę słodyczy ani Internetu, bo wiem, że nie podołam. Ale chcę odnaleźć sens - po prostu. Może na Wielkanoc już będzie inaczej.

4 komentarze:

  1. hmm... nigdy tak mocno nie rozkminiałam swojej wiary. niby też jestem katoliczką ale u nas w domu specjalnie się do kościoła nie chodziło a sakramenty mam pozaliczane bo tak trzeba. najbardziej w kościele wkurza mnie dwulicowość księży i branie kupy kasy za sakramenty (np 2000 zł za pogrzeb!!!!) dlatego kościół jakoś mi nie po drodze, a w Boga wierzę w sobie i dla siebie. idealna nie jestem ale kto powiedziała że muszę być? Bóg wybacza przecież :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie chyba wolałabym, gdyby u mnie w domu też się nie za bardzo chodziło do kościoła, bo ja to robię tak trochę z przymusu i z tym mi niewygodnie.
      Zgadzam się z ostatnim zdaniem :) To ściąganie kasy to też masakra!

      Usuń
  2. Cieszę się, że przez słowo "kościół" nie rozkminiałaś tego, jak zachowują się niektórzy księża. Wielu ludzi tak obecnie robi, zapominając, że w wierze to Bóg jest najważniejszy.
    Jestem katoliczką, ale po części z wyboru. Wychowałam się w rodzinie katolickiej, ale będąc nastolatką, czytałam o innych religiach, sprawdzałam, czy wierzę w to, w co chcę.
    Przez prawie pięć lat byłam w Oazie, tam moja wiara się umocniła. Wiara jest częścią mnie, postępuję zgodnie z sumieniem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie w parafii byli i są spoko księża, a na księżach co to mają mnóstwo hajsu albo są pedofilami już mają używanie dziennikarze, więc nie mnie to rozkminiać.
      Ja też trochę czytałam i nie znalazłam sobie pasującej w 100% religii, mam specyficzne poglądy. Chociaż musiałabym sobie odświeżyć pamięć, czytałam dawno i pobieżnie. Trochę mnie ciągnie do judaizmu, ale to bardziej przez żydowską kulturę niż samą wiarę.
      Możliwe, że zgubiło mnie to, że w końcu nie należałam do oazy (u mnie w parafii to się nazywa Dzieci Maryi), mimo że kiedyś chciałam. Chociaż jak patrzę na to, jak szybko niektóre dziewczyny stamtąd odchodziły, to nie wiem, czy to miałoby sens.

      Usuń