wtorek, 31 maja 2016

Achievement unlocked

Ej, ja ciągle o czymś zapominam. W zeszły piątek była rocznica zamachu na Heydricha, a ja sobie przypomniałam o tym wczoraj wieczorem. -.- Dobrze, że zmarł dopiero jakiś czas później, bo przynajmniej rocznicy śmierci nie przegapię. A rocznicy pogrzebu to już w ogóle, takich dat się nie zapomina xD


Mili państwo, ogłaszam niniejszym, iż dziś w nocy po raz pierwszy oficjalnie śnił mi się Karl-Otto Alberty. Na szczegóły pozwolę sobie spuścić zasłonę milczenia - chociaż jak się zastanawiam, to i tak był to jeden z moich najmniej żenujących snów ostatniego roku - ale musiałam się pochwalić, że "odblokowałam osiągnięcie". Nawet sobie nie wyobrażacie, jak mnie roznosi od samego rana. :)
Hasło z odblokowaniem osiągnięcia może trochę nie na miejscu, ale w piątek grałam w grę i mi się wkręciło. A "po raz pierwszy oficjalnie" mówię dlatego, że już miałam raz taki przebłysk, że chyba mi się śnił, ale nie pamiętałam dokładnie, to się nie jarałam. Ale teraz mogę :D


Dziś na polskim: rozmowa o motywach kulturowych wywodzących się z Biblii.
Pani pyta: A słyszeliście kiedyś o Lilith?
Ja: *w myślach* Tak, to taka mała dziewuszka z zębami.
Czyli ona:



Lilith z Wakoldy vel Anioła Śmierci Lucii Puenzo. Bang.

Właśnie sobie uświadomiłam, że w sumie wiecie, o kogo chodzi, bo poprzedni szablon, ale nie chce mi się zdjęcia kasować. xD Ba, nawet wam dodatkowo podam cytat, żebyście dokładnie wiedzieli, o co chodzi z zębami, bo to nieoczywiste w sumie.


Mulatki były stamtąd, blondynka była przyjezdna. [...] Ta buzia, pomyślał. Było w niej coś wyjątkowo brzydkiego. Nienaturalnie duże usta, królicze zęby, wszystko jakieś wilgotne, zimne.

Wycieczka do Oświęcimia jednak mi zniszczyła życie, bo to w sumie jej zawdzięczam takie skojarzenia.
Ej, ale w sumie to skojarzenie nie było takie złe. Nie chce mi się szukać cytatu - ten był w pierwszym rozdziale, co zresztą pamiętałam xD - ale w książce pada hasło wiążące wyżej wymienianą dziewuszką z demonem płodności i hipotetyczną pierwszą żoną Adama właśnie ze względu na to imię.
Nie wiem czemu, ale teraz, jak to opisałam, to się jakaś taka mądra poczułam.


Kończę, bo powoli się zbliża burza i nie wiem, czy nie będę wyłączać zaraz komputera, zresztą muszę iść się myć i spać.
Dobranoc!

poniedziałek, 30 maja 2016

No pff

Uwaga, robię podsumowanie dnia.
Dziś zaimponowałam: dwa razy nauczycielowi historii i raz sobie.

W poniedziałki kończę lekcje dwoma godzinami historii i na przerwie między nimi czytałam książkę, Rzeźnię numer pięć zresztą, co zauważył nauczyciel, kiedy my [uczniowie] siedzieliśmy już na korytarzu, a on wychodził z klasy. Wrócił po dzwonku i powiedział:
- Nie wiem, co z wami jest, ale wychodzicie na przerwę i 99% z was siedzi z nosem w telefonach. *patrząc wymownie na mnie* Tylko jedna osoba czytała książkę. Hania, co czytasz?
- Rzeźnię numer pięć.
- O, i co, fajna?
- Fajna.
- No, taka metafizyczna czasami. *do klasy* Wiecie w ogóle, o czym rozmawiamy? Książka, takie coś do czytania. *potem było jedno zdanie konkretnie o Rzeźni..., po czym zwrócił się z powrotem do mnie* A dlaczego zdecydowałaś się to przeczytać?
- E... y... no bo czytałam kiedyś jeden fragment i mnie zaciekawił, to stwierdziłam, że przeczytam całość.

Podsumowując: najpierw zaimponowałam nauczycielowi samym faktem czytania, potem tytułem, a potem sobie tym, że nie palnęłam wprost "Bo zależy mi na obejrzeniu filmu", tylko w porę znalazłam inne, w sumie też prawdziwe wyjaśnienie.
xD


Oglądając Jednego z Dziesięciu:
Sznuk: Jaka jest największa wyspa Norwegii?
Uczestnik: Y... Utoya?
Ja: *facepalm*
Ja rozumiem, że sobie mógł sobie Spitzbergenu nie przypomnieć (ja też sobie nie przypomniałam), że tylko Utoya mu przyszła do głowy, bo nerwy, ale pomyślałam sobie w pierwszej chwili: NO PFFF, PRZECIEŻ UTOYA JEST TAKA MAŁA.
Poza tym miałam ubaw, bo pytali o Erwina Rommla, a ja chwilę wcześniej oglądałam fragment filmu Powstrzymać Rommla. Zgadnijcie, dlaczego.


Okej, koniec tego, idę skończyć zadanie domowe z wosu i powtórzyć słówka na angielski. Oto skutki skrajnej dezorganizacji.

niedziela, 29 maja 2016

Bo kocyk był śliski

Ciągle zaczynam pisać tego posta za późno, żeby opublikować go po skończeniu, więc uwaga, bo będę zaznaczać daty.


27 maja [piątek]

Ej, musicie obczaić jedną rzecz. Tylko dajcie dźwięk w miarę głośno, bo trochę kijowa jakość mi się nagrała (chyba że to moje słuchawki tak mnie nie lubią, ale w sumie im się nie dziwię, bo nimi rzuciłam o biurko dzień po kupieniu), a dźwięk tu jest ważny.

video

Nie mogę się przestać śmiać z tego ptaka. xD Generalnie grałam sobie w grę i jak to zobaczyłam, to glebłam.
Jak grałam, to mi trochę odwalało, i w końcu stwierdziłam, że jak byłam mała, to musiałam mieć śliski kocyk, bo z moją głową chyba nie wszystko w porządku, a nie wierzę, że takie rzeczy się z powietrza biorą. Punkt dla was, jeśli załapaliście.


Wczoraj [czyli w czwartek] zapomniałam napisać o jednej rzeczy, mianowicie o instynkcie samozachowawczym, o którego istnieniu we mnie dowiedziałam się w dość widowiskowy sposób, chociaż w sumie ta widowiskowość zależy od punktu widzenia. W zeszłą sobotę koleżanka proponowała mi wspólny wyjazd do wesołego miasteczka i przez moment mnie kusiło, ale w końcu stwierdziłam: a, nie chce mi się. No to koleżanka pojechała sama i potem okazało się, że czymś się w tym wesołym miasteczku zatruła i nie było jej dwa dni w szkole. Sama mi potem powiedziała, że w sumie dobrze, że nie pojechałam. Brawo ja!


28 maja [sobota]

Nie wiem, co mi dzisiaj jest, ale cały dzień siedzę i śmieję się z byle czego. Wystarczy jedno zdanie w TV i już wybucham śmiechem. I to nawet nie są takie typowo śmieszne rzeczy, że każdy by się zaśmiał, tylko takie byle co... No nie wiem, nie wiem.

Chwilę później: zagadka rozwiązana, zaczął mi się okres. W sumie mnie nie dziwi to, że tuż przed miałam głupawkę zamiast zespołu napięcia przedmiesiączkowego. Ostatnio trzy dni przed okresem miałam ochotę zajść w ciążę, także tego... xD
Ale przynajmniej się trochę uspokoiłam, bo w ten sposób przestałam traktować poważnie teorię o śliskim kocyku. Może jednak byłam bezpieczna jako dziecko...

Korzystając z mojej dzisiejszej euforii, wzbogaciłam swoją kolekcję o dwa filmy z Karlem-Ottonem Albertym (i - mówiąc sobie: pieprzyć spojlery! - zdążyłam ogarnąć sceny z nim) oraz o nową grę, której się już boję, bo w opisie była wzmianka o dwóch alternatywnych zakończeniach, czyli pewnie będę musiała coś wybierać, a zazwyczaj unikam odpowiedzialności. W sumie nie mam cholernego pojęcia, czemu w takim razie ją ściągnęłam. W zwiastunie była fajna muzyka, może to dlatego. Propaganda przemysłu rozrywkowego wzięła mnie pod włos, kurczę pieczone.

Jeszcze a propos Karla-Ottona - zadziwia mnie moja determinacja związana z filmami, w których zagrał. W sensie że bardzo, bardzo, BARDZO chcę już je obejrzeć, nawet jeśli miał bardzo małe rólki [przynajmniej będę mogła się chwalić ilością filmów, jakie obejrzałam, i że w dodatku są w miarę ambitne]. W sumie mogłam dziś obejrzeć Rzeźnię numer 5, ale przegrała z Sądem rodzinnym, poza tym teraz nie o tym, bo zmierzam do tego, że jak parę miesięcy temu miałam fazę na Bena Crossa, to tak na dobrą sprawę obejrzałam jeden film z nim [William i Kate]. Oglądanie Dark Shadows: The Revival dalej jest w głębokim lesie, nie wspominając o tym, jak się wahałam, czy się na to w ogóle nastawiać, tak samo z Rydwanami Ognia. A teraz czytam książkę po to, żeby zobaczyć film, żeby chwilę zobaczyć ulubionego aktora. Naprawdę, nigdy nie byłam aż tak zdesperowana, i nawet nie chodzi o samą Rzeźnię, tylko ogólnie, nigdy nie czułam czegoś takiego.
I szczerze mówiąc wydaje mi się, że zaczynam być nienormalna (jeżeli już wcześniej nie byłam). A może jednak miałam rację z tym kocykiem...


29 maja [niedziela]

Ciągnąc rozkminę z wczoraj - oglądałam sobie ten filmik (który zresztą częściowo znacie):


i sobie mówię:
Kurde, czuję się, jakbym była coś winna Benowi Crossowi.
To dziwne uczucie, być coś winnym komuś, z kim tak w sumie się nie znamy...
Dobra, bez kitu, w pierwszych dniach wakacji oglądam Dark Shadows: The Revival. Karl-Otto zaczeka.
Zostawię to bez komentarza, bo chyba większego nie wymaga. xD

Ej, a może to wszystko to po prostu wina hormonów?
Trzymajmy się tego wyjaśnienia, bo to chyba brzmi najnormalniej. I bądź co bądź jest to na swój sposób optymistyczniejsze niż kocyk.


Ej, mam pomysł. I ciągle zaczynam zdanie od ej.
Chcecie serię "Wakacje z Johanną"? To by było coś takiego jak Grudzień, że codziennie bym się starała coś tu napisać. No, może nie codziennie, bo w wakacje mi się jednak wyjazdy przytrafiają i może nie zawsze będę mogła, ale jak będę zamulać w domu i mi się będzie wtedy nudzić, to w sumie mogę wtedy tu pisać dziwne rzeczy. To jak, chcecie?



Dobra, pora zakończyć ten post, bo już nic mądrego nie napiszę, a pisanie tu jednego posta trzy dni to chyba jednak mój rekord. xD

czwartek, 26 maja 2016

Bądź fajna, bądź jak Victor

Wywaliłam posta z TMI tagiem, filmik też pewnie usunę, bo się jedna moja odpowiedź mocno nieaktualna zrobiła. xD Może kiedyś nagram na nowo albo zrobię pisemnie, zobaczymy.


Nie ma to jak obejrzeć trzy i pół filmu w jeden dzień. Jakiś taki bloczek się trafił w TV xD Mam dziś za sobą filmy: Samoloty (animowany), Atramentowe Serce, Kontakt i Duża Ryba - ten ostatni to ten obejrzany w połowie, bo jak skończyły się Samoloty i czekaliśmy na Atramentowe Serce, to gdzieś znalazłam, i trochę sobie obejrzałam, ale nie wymagałam całości, bo to jeden z niewielu filmów, który widziałam kilka-kilkanaście razy i znam go właściwie na pamięć.
A w ogóle zaczęliśmy oglądać Kontakt, bo mi siostra powiedziała, że tam gra Jodie Foster i mówię - dobra, lubię ją, to oglądamy. Film się zaczyna i okazuje się, że kto tam jeszcze gra? Jena Malone, którą lubię jeszcze bardziej. :) Miła niespodzianka. A jaka byłam dumna z siebie, że ją rozpoznałam!

Oprócz tego czytałam dziś Rzeźnię numer pięć, bo chcę w końcu obejrzeć ekranizację. Mam za sobą około jednej trzeciej, czyli sporo, bo myślałam, że będzie się to trudno czytało, a czyta się na tyle dobrze, że zignorowałam połowę Atramentowego Serca, żeby czytać. W jednym i w drugim nie zgubiłam wątku, także jest spoko. :D
Ale tak poważnie mówiąc, to Rzeźnia mogłaby być moją lekturą szkolną. Bo to by była pierwsza lektura od dłuższego czasu, którą bym chętnie czytała i z której bym coś wyniosła. Co prawda jest trochę przekleństw i mogłoby być czasem ciężko z omawianiem fragmentów, ale jeśli chodzi o stopień zaciekawiania i tematykę, to jest więcej niż dobrze, przynajmniej jeśli dla mnie.


Wczoraj (czyli w środę) mój tata realizował swój prezent urodzinowy, czyli lot balonem i przyszło do zastanawiania się: a może ja też bym kiedyś poleciała? W końcu stwierdziłam, że jednak nie, bo bardziej mnie ciągnie do samolotów, balon by przeszedł tylko dlatego, że Victor z Mystic Diary leciał balonem [bądź fajna, bądź jak Victor - leć balonem xD], ale to jest durny powód, a jeszcze musiałby się ten balon rozwalić o ziemię dla lepszego efektu (bo w MD się rozwalił), a wątpię, żeby to się stało, bo to jednak wszystko profesjonaliści robią.


Z takich jeszcze innych rzeczy - ostatnio zdobyłam nagrodę w jednym konkursie literackim i moja polonistka kazała mi napisać wywiad z samą sobą na stronę szkoły, i wśród dwóch czy trzech pytań, które mi zaproponowała, było: Kto jest twoją ulubioną postacią literacką?
Zaczynam to pisać i mówię na głos: Ej, kogo mogę napisać, że jest moim ulubionym bohaterem literackim?
Siostra: Mengele!
xD Ale w sumie coś w tym jest... Były o nim książki? Były! I wszystko jasne!


Dobra, ode mnie to na razie tyle. Idę skończyć rozdział na Życie jest podróżą, bo już dawno miał być, a mi dosłownie parę zdań do dopisania zostało.

poniedziałek, 23 maja 2016

Już wiem!

Zapytałam dzisiaj polonistki, jak odmienia się imię Otto - stwierdziłam, że imiona będą raczej jej domeną, chociaż to konkretne jest pochodzenia germańskiego - i potwierdziła moje wczorajsze przypuszczenia: Otto wymienia się na Ottona :) Jednak jestem mądra xD


Zanim zapomnę - kartka z kalendarza:
23 maja 1900 - urodził się Hans Frank, niemiecki funkcjonariusz nazistowski, zbrodniarz wojenny, generalny gubernator w okupowanej Polsce
23 maja 1945 - zmarł Heinrich Himmler, niemiecki polityk, działacz nazistowski, minister spraw wewnętrznych



Miałam trochę przerwy w pisaniu, a to dlatego, że wciągnęła mnie nauka - sami wiecie czego, wczoraj o tym pisałam. Znaczy, geografię w sumie olałam - przeczytałam notatki i takie tam, ale nie nastawiam się na wysoką ocenę, zresztą nawet jeśli, to i tak nie wyjdę na 5 na koniec, bo nie chce mi się jednej oceny poprawiać iks de - ale do wosu się przyłożyłam. W ogóle wos mi jakoś łatwo wchodzi do głowy, zresztą dużo mi zostaje w głowie po lekcjach i nauce na kartkówki. Raz dostałam z odpowiedzi czwórkę, kiedy się w sumie wcale nie uczyłam, także tego. xD Ale tak poważnie to jednak chcę się uczyć tego wosu, bo bym chciała go pisać na maturze.
Jako "amulet" zakładam jutro do szkoły moją koszulkę ze Złota dla Zuchwałych. Niby nie traktuję poważnie takich rzeczy, ale możliwe, że poczuję się pewniej.


Dobra, dziś już nie będę przedłużać, bo nie mam ochoty, zresztą trochę jeszcze chcę się pouczyć.
Do kolejnego postu!

niedziela, 22 maja 2016

Co robimy, żeby się nie uczyć

Znowu wstawię filmik od Abstra, bo jest prawdziwy xD


Ostatnio mam tendencję do robienia wszystkiego poza nauką, zwłaszcza kiedy mam jej... no, sporo. xD
Wczoraj i dziś miałam się uczyć na jutrzejszą kartkówkę z niemieckiego i dwa wtorkowe sprawdziany i przeczytać Chłopów, to obejrzałam dwa filmy i jeden odcinek serialu, pokrążyłam trochę na YouTube, załadowałam szablon na nowego bloga, wstawiłam rozdział na nowego bloga, no i na koniec posiedziałam trochę na Filmwebie i doszłam do tego, że chcę obejrzeć 10 filmów z Karlem-Ottonem Alberty'm (ciągle nie wiem, czy jego imiona tak powinnam odmieniać, zwłaszcza drugi człon - niemiecki taki trudny, chyba jutro spytam nauczycielki), co wcale nie trwało tak krótko, jak by się mogło wydawać, bo musiałam fabuły poobczajać. Co prawda te dziesięć filmów wyewoluowało z sześciu, więc nie jest znowu tak źle, ale jednak dobre piętnaście minut poszło w las.


A propos Alberty'ego (imiona sobie na razie będę odpuszczać chyba, serio się spytam nauczycielki to będę wiedziała xD) - dzięki niemu wyleczyłam się z kompleksów dotyczących mojego uśmiechu. Ogólnie nie przepadam za uśmiechaniem się szeroko i z zębami w moim wykonaniu, bo to wygląda creepy, ale jak zobaczyłam JEGO zdjęcie, jak się uśmiecha, to stwierdziłam, że jego uśmiech jest bardziej przerażający. Chyba... Zresztą, zobaczcie sami:


Dla porównania - moje zdjęcie z legitymacji:

To "chyba" dodałam dlatego, że tak porównuję i się zastanawiam czy jest różnica... bo im bardziej się zastanawiam, to tym bardziej jej nie ma (pierwsze wrażenie czasem myli), ale nawet jeżeli nie ma, to przynajmniej nie ja jedyna mam creepy uśmiech z zębami. Mnie to podbudowało, serio. xD
W sumie to się cieszę, że do nowych dowodów nie wolno się uśmiechać na zdjęciach, bo uniknę takiego wyszczerzu którego się sama czasem boję.


Wracając jeszcze raz do nauki - nie potrafię zabrać się do nauki do szkoły, ale jak się zaparłam, to tej piosenki:


nauczyłam się w trzy dni. Brawo ja xD


Dobra, kończę, bo się późno zrobiło, a jeszcze chcę powtórzyć niemiecki przed kartkówką. Muszę myśleć o zapytaniu się o te imiona, to wtedy się będę pisaniem mniej stresować - pytanie nauczycieli o dziwne rzeczy jest... cóż, dziwne. ;)

sobota, 21 maja 2016

powracam

Z serii: kwiatki maturalne

Wokulski kupił Łęckiej dworek w Soplicowie.

Tetmajer i Mickiewicz poznali się w obozie koncentracyjnym.

-Gdzie rozgrywa się akcja Pana Tadeusza?
-We Wrocławiu.
- ... A gdzie przebywał Mickiewicz, gdy pisał Pana Tadeusza?
-E... nie we Wrocławiu, prawda?


Takie rzeczy opowiadała nam wczoraj nauczycielka polskiego - mieliśmy zastępstwo, to lekcja była luźniejsza, więc mogła.
Padłam na tym o obozie koncentracyjnym. *wink wink*


Wiem, że trochę mnie tu nie było i jak na razie to chyba najdłuższa przerwa między postami na tym blogu, bo prawie tygodniowa (dłuższej nie pamiętam). Najpierw byłam trochę zażenowana po poprzedniej notce - chociaż sama nie wiem czemu, w wakacje gorsze były xD - a potem jakoś nie miałam humoru. Dzisiaj w sumie też nie chciałam pisać, bo mam trochę nauki, byłam w szkole odrabiać przyszły piątek i jeszcze męczy mnie alergia na pyłki - jak czekałam na autobus rano, to akurat przy przystanku kosili trawę i potem pół dnia mnie oczy szczypały i dziwnie się czułam (dlatego nie przepadam za wiosną, bo tak ogólnie to mam przesrane przez dwa miesiące w roku), ale stwierdziłam, że nie chcę mieć jeszcze wyrzutów sumienia, że zaniedbuję blogosferę.
Bo w ogóle mam tyle rzeczy do robienia, że aż mi się nie chce nic robić, chociaż muszę. Najchętniej to bym siedziała i grała w gry, a nie mogę [chociaż wczoraj tak było xD].


Korzystając z tego, że w sumie nie wiem, co więcej napisać, a muszę czymś zapchać post, to zapraszam na bloga http://bitter-delight.blogspot.com/, na którym po otrzymaniu szablonu, czyli już niedługo (bo najpóźniej w przyszłym tygodniu) zacznę publikować opowiadanie. Zapraszam już teraz. :) Z trzema opowiadaniami chyba się zajadę, ale mam pomysły, a niedługo zaczyna się luźniejszy okres w szkole, więc najgorzej nie będzie. :)

niedziela, 15 maja 2016

Tropienie pokulonych na wyższym poziomie

Na początek, zanim zapomnę - pod tym linkiem: http://kcbblogmiesiacachat.blogspot.com/2016/05/chat-z-johanna-liesel-malone.html możecie mi dziś i jutro [niedziela - poniedziałek] zadawać pytania dotyczące mnie albo ŻJP w związku z jego zwycięstwem w konkursie na blog miesiąca. To czat, który miał się odbyć tydzień temu, ale tak wyszło, że jest teraz.


A teraz, z okazji tego, że a) od dziesiątego zażenowanie trochę ze mnie zeszło i b) dotarła już do mnie książka


przyszedł czas wytłumaczyć, dlaczego ją zamówiłam. Tak ogólnie już to mówiłam:


Chodzi o to, że - jak dziś się dowiedziałam - w ekranizacji zagrał jeden aktor którego sobie cenię (za małą rolę w jednym filmie, co jest ważne, bo dodaje mi tej pieprzniętości, ale na to na razie spuśćmy zasłonę milczenia) i ja teraz MUSZĘ zobaczyć ten film, ale najpierw chcę przeczytać książkę. Kurde, muszę ją mieć jak najszybciej! Korci mnie, żeby wam powiedzieć, jaki to aktor i jaki film, ale na to przyjdzie czas. :)

No i właśnie to jest ten moment, kiedy wam mówię, jaki to aktor i jaki film.
Znowu będę zażenowana przez tydzień, ale co tam! Lecimy z tym koksem!

No dobra, nie lecimy. Przeklinam mój mózg za jedną jego straszną właściwość: z jednej strony czepiam się jakiejś osoby, mogę o niej myśleć godzinami, robię się wtedy wesoła i takie tam, ale jak mam się wypowiedzieć, to się zacinam i stresuję. Serio, mam teraz taki ścisk w gardle, jakbym miała przedstawiać jakiś referat przed całą szkołą.
Okej, nieważne.

Postaram się powiedzieć krótko.
Zacznę od filmu Złoto dla Zuchwałych. Już wiecie, jaki to film, bo była o tym notka - i to właśnie film, w którym małą rolę miał pewien aktor, który pojawił się też - z tego co wyczytałam w ekranizacji Rzeźni numer pięć. I w paru innych filmach. Przechodząc do rzeczy, nazywa się on Karl-Otto Alberty. I jest Niemcem. I wygląda tak:



I wiecie, co wam powiem? Teraz jest jeden z tych okresów, kiedy zaczynam ogarniać obiektywizm i subiektywizm, bo mam świadomość, że tak obiektywnie to może nie jest przystojny, ale subiektywnie to mi się podoba, i rozumiem, że to tylko moje zdanie [ale jestem mądra hehe]. Od dłuższego czasu mam słabość do blondynów o niebieskich oczach, to dlatego. Ale tak ogólnie też mi się podoba. I ma fajny głos. W ciągu ostatniego tygodnia zdążyłam już nawet stwierdzić, że chcę, żeby mój przyszły mąż był do niego podobny. Czyli nie będę mieć męża, bo albo nikogo takiego nie znajdę, albo się przejadę na charakterze. Dobra, kończę ten wątek, bo to ten moment, kiedy jestem najbardziej zażenowana.

Tak bardzo ogólnie to wiedziałam o nim już dawno - w końcu widziałam Złoto dla Zuchwałych dwa lata temu - i to widać chociażby na szablonie, jaki mam na Podróży do III Rzeszy - jedna z postaci dostanie jego wygląd i to już jest zaplanowane dłuższy czas, bo mi jego wygląd pasował*, ale jak oglądałam ten film jeszcze raz te [niecałe] dwa tygodnie temu, to stwierdziłam: no kurde, muszę się gościem bardziej zainteresować. No to się zainteresowałam.

I - wyjaśniając tytuł - przy okazji tropienie pokulonych Niemców weszło na wyższy poziom, bo bardzo długo się zastanawiałam, jakie filmy z nim obejrzeć. I nie dość, że sam w sobie jest Niemcem, to jeszcze na razie we wszystkich filmach, które wybrałam, gra niemieckiego oficera z czasów drugiej wojny. No ale - jak stwierdził ktoś w komentarzach na YouTube pod jednym klipem ze Złota dla Zuchwałych - kogo innego mógłby grać?

A teraz znowu wychodzę i znowu nie wiem, kiedy wrócę, bo jednak jestem zażenowana. I to bardzo.

*Ej, ale ja to planowałam już jakieś pół roku temu. Przypadek?

Jakby ktoś pytał - na szablonie do Podróży... jest to zdjęcie:


Wylądowało też na ikonce tego bloga. :)

wtorek, 10 maja 2016

Jak z Augsburga do Wielkiej Brytanii

NIECH KTOŚ MNIE ZABIJE ALBO ZACZNIE LECZYĆ NA SKLEROZĘ, BŁAGAM.

Cały pieprzony dzień myślałam, co takiego się stało 10 maja, i dopiero teraz, o 21:42, olśniło mnie, że przecież to rocznica lotu Hessa do Wielkiej Brytanii. I żeby było śmiesznie, to jeszcze to jest równa rocznica, bo siedemdziesiąta piąta.

Ja nie wiem, czy ja mam się śmiać, czy rozpłakać, czy jedno i drugie...

Tylko to zdjęcie tutaj pasuje w tej sytuacji:

Facepalm xD

Kurde, nie wiem, co jeszcze napisać, bo nie bardzo chce mi się zmieniać temat, ale też nie chcę, żeby było za krótko...
A, już wiem. Muszę jedną rzecz wyjaśnić, a dziś okazja jest IDEALNA po prostu. To się przyda ludziom, którzy czytają opowiadanie Życie jest podróżą (chociaż wątpię, że kogoś ten fragment zastanawiał).

Hans jest dostępny(a)
     Rudolf: Kogo ja tu widzę!
Jak leci?
     Hans: Jak z Augsburga do Wielkiej Brytanii!
     Rudolf: Hahaha, płaczę :')
 
[cytat z rozdziału dziewiątego]
Bo Hess leciał z Augsburga do Wielkiej Brytanii.
 
Ale to jest suche. xD


Dobra, ja wychodzę i nie wiem kiedy wrócę, bo jestem coraz bardziej zażenowana i musi mi przejść.

niedziela, 8 maja 2016

Wciąż niczego nie żałuję

Witam po parodniowej nieobecności!

Nie będę was zanudzać tym, co się u mnie działo, bo w sumie nic się nie działo. xD I tak, yhym, wiem, że zapowiadałam, że być może będę pisać codziennie w wolnym czasie, no ale że tak jak powiedziałam - nie działo się zbyt dużo, to nie pisałam. :) Postaram się to nadrobić w wakacje, bo już jedne wakacje na tym blogu spędziłam i wiem, że pisanie tu w tym okresie jest fajne, więc wtedy może rzeczywiście będę pisać codziennie.

Jak zwykle na koniec wolnego złapały mnie wyrzuty sumienia, że prawie nic nie zrobiłam przez wolne. Miałam dziewięć dni wolnego - dziesięć, jeśli liczyć z poprzednim piątkiem, kiedy wróciłam do domu ze szkoły po dwunastej - i przez ten czas nie zrobiłam naprawdę nic konkretnego. Dobra, zrobiłam trochę rzeczy do szkoły, ale to robiłam w piątek i i tak nie zrobiłam wszystkiego. Napisałam też rozdział na Podróż do III Rzeszy (udało mi się przed upływem miesiąca od ostatniej aktualizacji, yay!), ale połowę dopisałam dziś. A tak poza tym to siedziałam przed kompem i grałam w gry - jedną dokończyłam, dwie przeszłam w całości i jedną zaczęłam, to dużo. Z jednej w sumie nic nie pamiętam - nie umiem przykleić twarzy postaci do tego, kim były, poza tym nie ogarnęłam końcówki, bo nie wiadomo, kto tak naprawdę był dobry, a kto zły - ale za to druga mi się wryła w mózg, no i wiedziałam od połowy, jakie będzie zakończenie.
Trochę żałuję, że nie skończyłam czytać żadnej książki (a był taki zamiar). No i miałam się pouczyć matmy, bo mamy ponoć mieć niedługo test podsumowujący to, co już zrobiliśmy - wzięłam się za to dziś i jeszcze zrobiłam prawie nic. xD Brawo ja.
A tak na serio to właściwie nie żałuję. Na czytanie mam czas, na matmę w sumie też. Wielokrotnie ogarniałam rzeczy na ostatnią chwilę i nawet mi to wychodziło na dobre. Parę razy już dostałam piątki ze sprawdzianów, na które uczyłam się 3-1 dni przed, raz na angielski wcale się nie uczyłam i dostałam 5, także tego. Teraz to niby matma, ale powinno się udać w razie czego.


Dzisiaj postanowiłam, że kupię i przeczytam Rzeźnię numer 5 Kurta Vonneguta. Słyszałam o tej książce już w gimnazjum, kiedy przerabialiśmy fragment z podręcznika, co mi się przypomniało, jak mi mignął na lubimyczytac.pl jeden cytat, z którego śmiałyśmy się wtedy z koleżanką. Jakoś szybko zapomniałam o tej książce, ale dziś mi się przypomniała i postanowiłam ją przeczytać, a powód, przez który mi się przypomniała i przez który chcę ją przeczytać, jest taki błahy, że zaczęłam się zastanawiać, do jakiego stopnia pieprznięta jestem... I nie, to nie jest za mocne słowo, może nawet za słabe. xD Chodzi o to, że - jak dziś się dowiedziałam - w ekranizacji zagrał jeden aktor którego sobie cenię (za małą rolę w jednym filmie, co jest ważne, bo dodaje mi tej pieprzniętości, ale na to na razie spuśćmy zasłonę milczenia) i ja teraz MUSZĘ zobaczyć ten film, ale najpierw chcę przeczytać książkę. Kurde, muszę ją mieć jak najszybciej!
Korci mnie, żeby wam powiedzieć, jaki to aktor i jaki film, ale na to przyjdzie czas. :)


Na razie życzę wam dobrej nocy i dobrego tygodnia (u mnie, mam nadzieję, będzie spoko), bo się późno zrobiło, a jutro muszę wstać o siódmej. Łeheheee ;_;

środa, 4 maja 2016

What a night - co za dzień!

Tak, yhym, wiem, że night to noc, ale mój tata czasem tak mówi, a dzisiaj to mi pasuje na tytuł.



Mój plan na dzisiejszy dzień był prosty. Zakładał wyjazd o 10:29 do Będzina w celu oddania koleżance książki i odebrania od niej zeszytów, jazdę z Będzina do Bytomia w celu zakupienia: książki w Matrasie, perfum w Rossmannie i może-czegoś-jeszcze w jakimś-innym-sklepie i - na sam koniec - powrót do domu autobusem, który na moim przystanku miał znaleźć się o 14:29. Realizacja tego planu szła mi całkiem dobrze... ale tylko do pewnego momentu. Zacznijmy jednak od początku.



Jak się okazało, najprostszym zadaniem z dzisiejszych było udanie się do Będzina. Autobus podjechał punktualnie, wymiana z koleżanką przebiegła gładko. Już o 11:30 wsiadałam w autobus linii 99 do Bytomia, gdzie przy okazji odzyskałam wiarę w ludzi, albowiem gdy dwa przystanki od mojego pojawienia się w pojeździe zwolniło się jedno miejsce, pewien mężczyzna pokazał mi je, proponując zajęcie go. Podziękowałam uśmiechem i usiadłam, myśląc "Wiara w ludzi odzyskana!", bo wiem, że nikt przy zdrowych zmysłach mało kto by tak zrobił.

Dotarłam do centrum handlowego, poszłam do Matrasa i już plan zaczął się sypać. Bardzo chciałam kupić książkę o pokulonych, ale z tych, które mam w planach, były tylko grube tomiszcza (w sumie jedna była o Göringu, to musiała być gruba xD), których nie miałam zamiaru nosić cały dzień, więc ostatecznie mój wybór padł na to:


Polska książka (rzadko takie czytam), ale zapowiada się ciekawie.

Widziałam też jedną książkę o żołnierzach wyklętych i wiecie, ile się dostało Rojowi? Jedna wzmianka.
JEDNA WZMIANKA! To nie uchodzi. Absurd!

W Rossmannie było prosto, bo wypatrzyłam sobie perfumy już wcześniej, to była kwestia tego, czy będą akurat na stanie. Były.



C•THRU Lovely Garden o słodkim, kwiatowym zapachu. Polecam.

Rozmowa w domu o tych perfumach:
Siostra: Ładnie pachną. Ile kosztowały?
Ja: 35 złotych.
S: A, to tanio.
[chwilę później] Mama: Fajne. Za ile kupiłaś?
J: Za 35.
M: A, to po taniości.
Nie wiem czemu, ale mnie to śmieszy. xD


Przeszłam się po sklepach i poskutkowało to kupieniem takiej bluzki:

Zawsze lubiłam Brawurkę, to dlatego. Jedyne 30 złotych, warto było.




I na tym się kolorowe rzeczy skończyły, bo jak już miałam wychodzić na autobus o 14:10, to się rozpadało. Po rozmowie przez telefon z mamą stwierdziłam, że zaczekam, aż przejdzie. Jak się okazało, to był błąd, a dlaczego - to zaraz wyjaśnię.
Padało coraz mocniej, trochę przeszło ok. 14:40, więc pobiegłam na autobus o 14:50. Pierwsze dziesięć minut jazdy było spoko, a potem, przy wjeździe do Piekar, wpadliśmy na korek. Mówię sobie: dobra, pewnie coś się stało, ale pewnie niedaleko i zaraz ten korek miniemy. Ale się pomyliłam! Okazało się, że tak, coś się stało, ale tuż przy moim osiedlu - które też jest na obrzeżach miasta, ale od trochę innej strony niż wjeżdżają autobusy z Bytomia i jednak jeszcze kawałek trzeba jechać - i prawie cała dzielnica była zakorkowana. Dało się jechać, ale bardzo powoli. Dlatego wysiadłam przystanek wcześniej i podryłowałam piechotą do domu. Byłam cała mokra, bo ciągle padało, ale przynajmniej dotarłam do domu jakieś dwadzieścia minut wcześniej niż autobus, którym jechałam i który już był opóźniony jakieś 15 minut, jak z niego wysiadałam.
Niepójście na autobus o 14:10 było błędem, bo w czasie, kiedy bym na niego szła, jeszcze nie padało, a przynajmniej dojechałabym spokojnie do domu.
A wiecie, co jest śmieszne w tej sytuacji?
Miałam trzy autobusy: o 14:10, 14:38 i 14:50 z dworca z Bytomiu.
Ten z 14:38 utknął w korku kilkaset metrów przed tym z 14:50, minęłam go na piechotę. xD

Jak przyszłam do domu, to sobie różne rzeczy myślałam:
Najpierw - co mnie podkusiło, żeby się wybrać na te zakupy? Mogłam siedzieć w domu i grać!
Potem - w sumie to nie mogłam przewidzieć, że akurat dziś będzie nawałnica i że akurat dziś coś się stanie za moim osiedlem i to tak, że pół miasta będzie stało przez kilka godzin
Ostatecznie - i tak dobrze, że nie tkwiłam w tym czasie w Rudzie Śląskiej i nie próbowałam właśnie stamtąd wrócić. xD
Dlaczego właśnie z Rudy Śląskiej, to opowiem wam innym razem, bo powód jest w sumie idiotyczny, ale głupi ma zawsze szczęście i widać, że ktoś nade mną czuwał, że w końcu podjęłam taką a nie inną decyzję i przynajmniej z Bytomia wracałam.


Tym optymistycznym akcentem kończę na dziś, muszę się w końcu wziąć za jakieś opowiadanie.

wtorek, 3 maja 2016

Złoto dla Zuchwałych

Dziś będzie krótko, bo znowu późno się biorę za pisanie, a chcę zdążyć przed północą.


A więc obejrzałam dziś Złoto dla Zuchwałych. Okazało się, że bardzo mało pamiętałam z tego filmu, bo widziałam go raz dwa lata temu, ale przyznam wam się, że teraz lubię go jeszcze bardziej. :) Nie wiem, czy to kwestia tego, że teraz mam go na świeżo, czy tego, że dwa lata temu byłam dwa lata młodsza (masło maślane xD) i trochę inaczej go odebrałam, ale naprawdę, teraz ten film był jeszcze lepszy.

A taki nadruk mam na koszulce, zamówionej te dwa lata temu. Oddball - grany przez Donalda Sutherlanda - to jedna z moich ulubionych postaci z filmu.

No i dopiero dziś zrozumiałam znaczenie oryginalnego tytułu, czyli Kelly's Heroes - Bohaterowie Kelly'ego.
Zacznę od tego, że film (w dużym skrócie) opowiada historię grupy amerykańskich żołnierzy stacjonujących w Europie w trakcie drugiej wojny światowej, którzy - znudzeni brakiem większych przeżyć - wybierają się na drugą stronę frontu po złoto znajdujące się w banku w Clermont, pilnowane oczywiście przez pokulonych. Organizatorem wyprawy jest Kelly, którego mamy w tytule.
W pierwszej części filmu, kiedy żołnierze szykują się do wyprawy, parokrotnie jest poruszana kwestia bohaterstwa. Kelly zwraca się do swoich towarzyszy mniej więcej tak: Nic nie robimy na tej wojnie. A czy nie chcecie być bohaterami? W innej scenie Oddball mówi: Nie zależy mi na byciu bohaterem, ale gdy w grę wchodzi złoto, mogę na chwilę się nim stać.
No i w oryginalnym tytule chodzi o to, że ci żołnierze stają się na swój sposób bohaterami, a że przewodniczył im Kelly - są bohaterami Kelly'ego.
To takie proste, a nie pomyślałam o tym przez dwa lata. xD


I może to dziwne, ale teraz obejrzałabym sobie ten film jeszcze jeden raz. Na szczęście mam go na komputerze, może zrobię sobie seans jeszcze w tym tygodniu. Zobaczymy.


Dobra, kończę. Trochę mnie głowa boli, a chciałam jeszcze napisać coś w którymś opowiadaniu.

niedziela, 1 maja 2016

Jestem zwycięzcą!

Kartka z kalendarza:
1 maja 1945 - Magda Goebbels wraz z doktorem SS Ludwigiem Stumpfeggerem otruła sześcioro swych dzieci, a następnie udała się wraz z mężem Josephem Goebbelsem do ogrodów kancelarii, gdzie Goebbels zastrzelił żonę, a następnie siebie lub też obydwoje zażyli truciznę i zostali zastrzeleni z broni maszynowej przez żołnierza SS.


Wczoraj generalnie miałam wybór: pojechać do koleżanki na cały dzień albo cały dzień siedzieć samotnie w domu. Wybrałam to drugie i nie żałuję. W towarzystwie innych coraz częściej czuję się tłamszona i zmęczona. A jak byłam sama w domu, to się rozchmurzyłam. Posłuchałam głośno muzyki (w tym tureckiej, żeby było zabawniej xD), pograłam w grę, pooglądałam Sąd Rodzinny i od razu się milej zrobiło. Gdybym musiała w tym samym czasie pojechać do Będzina, wchodzić w interakcje międzyludzkie i wrócić, to chyba bym umarła. Na szczęście byłam asertywna w ostatnich dniach i wprost powiedziałam koleżance, że chcę być sama w tym dniu, bo jestem w złym nastroju. Stwierdziła, że rozumie, chociaż jednocześnie powiedziała, że jej na pewno udałoby się mnie rozbawić (czy jakoś tak). No nie sądzę, nie jest tureckimi piosenkami ani Sądem Rodzinnym. Sorry, taki mamy klimat.
Trochę chamska się zrobiłam, ale taka prawda no.


A dzisiaj około południa odwiedzały mnie gołębie.


Wybaczcie ten palec. xD

Chyba mam fajny balkon :D


A w ogóle, jedno z moich opowiadań - Życie jest podróżą - zostało blogiem miesiąca katalogu Kocham Czytać Blogi. Trochę w to nie wierzę, ale udało się! Brawo ja! :D
Zanim zapomnę: 7 i 8 maja na podstronie katalogu odbędzie się czat ze mną. Czyli będzie mi można zadawać pytania w komentarzach, a ja na nie odpowiem. Zainteresowanych już teraz zapraszam, ale jeszcze będę o tym przypominać.
Ej... właśnie sobie uświadomiłam, że teraz naprawdę muszę skończyć to opowiadanie, bo jak już coś wygrało, to nie wypada usunąć... W sumie i tak mi dobrze idzie, także nie ma o czym mówić.


Dzisiaj chyba ze trzy godziny grałam w gry. Aż mnie głowa boli. Ale to takie pasjonujące! W dodatku zaczęłam nową grę o templariuszach i mnie wciągnęło. Chciałam ją skończyć, ale zajrzałam w menu, gdzie pojawiają się filmiki odblokowywane wraz z postępem i okazało się, że jeszcze trochę mi zostało, więc przełożyłam realizację tego szalonego pomysłu na inny dzień.


Dobra, kładę się powoli do łóżka. Może jeszcze coś popiszę albo trochę pogram, a potem muszę iść spać. Na szczęście jutro mam wolne. :D