niedziela, 8 maja 2016

Wciąż niczego nie żałuję

Witam po parodniowej nieobecności!

Nie będę was zanudzać tym, co się u mnie działo, bo w sumie nic się nie działo. xD I tak, yhym, wiem, że zapowiadałam, że być może będę pisać codziennie w wolnym czasie, no ale że tak jak powiedziałam - nie działo się zbyt dużo, to nie pisałam. :) Postaram się to nadrobić w wakacje, bo już jedne wakacje na tym blogu spędziłam i wiem, że pisanie tu w tym okresie jest fajne, więc wtedy może rzeczywiście będę pisać codziennie.

Jak zwykle na koniec wolnego złapały mnie wyrzuty sumienia, że prawie nic nie zrobiłam przez wolne. Miałam dziewięć dni wolnego - dziesięć, jeśli liczyć z poprzednim piątkiem, kiedy wróciłam do domu ze szkoły po dwunastej - i przez ten czas nie zrobiłam naprawdę nic konkretnego. Dobra, zrobiłam trochę rzeczy do szkoły, ale to robiłam w piątek i i tak nie zrobiłam wszystkiego. Napisałam też rozdział na Podróż do III Rzeszy (udało mi się przed upływem miesiąca od ostatniej aktualizacji, yay!), ale połowę dopisałam dziś. A tak poza tym to siedziałam przed kompem i grałam w gry - jedną dokończyłam, dwie przeszłam w całości i jedną zaczęłam, to dużo. Z jednej w sumie nic nie pamiętam - nie umiem przykleić twarzy postaci do tego, kim były, poza tym nie ogarnęłam końcówki, bo nie wiadomo, kto tak naprawdę był dobry, a kto zły - ale za to druga mi się wryła w mózg, no i wiedziałam od połowy, jakie będzie zakończenie.
Trochę żałuję, że nie skończyłam czytać żadnej książki (a był taki zamiar). No i miałam się pouczyć matmy, bo mamy ponoć mieć niedługo test podsumowujący to, co już zrobiliśmy - wzięłam się za to dziś i jeszcze zrobiłam prawie nic. xD Brawo ja.
A tak na serio to właściwie nie żałuję. Na czytanie mam czas, na matmę w sumie też. Wielokrotnie ogarniałam rzeczy na ostatnią chwilę i nawet mi to wychodziło na dobre. Parę razy już dostałam piątki ze sprawdzianów, na które uczyłam się 3-1 dni przed, raz na angielski wcale się nie uczyłam i dostałam 5, także tego. Teraz to niby matma, ale powinno się udać w razie czego.


Dzisiaj postanowiłam, że kupię i przeczytam Rzeźnię numer 5 Kurta Vonneguta. Słyszałam o tej książce już w gimnazjum, kiedy przerabialiśmy fragment z podręcznika, co mi się przypomniało, jak mi mignął na lubimyczytac.pl jeden cytat, z którego śmiałyśmy się wtedy z koleżanką. Jakoś szybko zapomniałam o tej książce, ale dziś mi się przypomniała i postanowiłam ją przeczytać, a powód, przez który mi się przypomniała i przez który chcę ją przeczytać, jest taki błahy, że zaczęłam się zastanawiać, do jakiego stopnia pieprznięta jestem... I nie, to nie jest za mocne słowo, może nawet za słabe. xD Chodzi o to, że - jak dziś się dowiedziałam - w ekranizacji zagrał jeden aktor którego sobie cenię (za małą rolę w jednym filmie, co jest ważne, bo dodaje mi tej pieprzniętości, ale na to na razie spuśćmy zasłonę milczenia) i ja teraz MUSZĘ zobaczyć ten film, ale najpierw chcę przeczytać książkę. Kurde, muszę ją mieć jak najszybciej!
Korci mnie, żeby wam powiedzieć, jaki to aktor i jaki film, ale na to przyjdzie czas. :)


Na razie życzę wam dobrej nocy i dobrego tygodnia (u mnie, mam nadzieję, będzie spoko), bo się późno zrobiło, a jutro muszę wstać o siódmej. Łeheheee ;_;

2 komentarze:

  1. Też czasami miewam wyrzuty sumienia, że czegoś nie zrobiłam, ale to chyba zależne od priorytetów - ciągle wybieram, co ważniejsze, staram się być zajęta przez dużą część dnia, by się z wszystkim wyrobić.
    Zaciekawiłaś mnie tym filmem i aktorem. Liczę na to, że powiesz, o co i kogo chodzi. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja właśnie się nie staram być zajęta przez większość dnia i chyba to mnie gubi, muszę coś w sobie zmienić, ale to trudne.
      Na pewno powiem :D

      Usuń