czwartek, 30 czerwca 2016

Sukces!

Moi drodzy... ponieważ budowanie napięcia nigdy mi nie wychodziło, tak samo jak zbyt długie przekazywanie wiadomości, powiem wam to wprost...


MAM KUPON! :D :D :D



Co prawda tylko ja mogłam zapytać o kartę zamiast o kupon, ale podawałam całą nazwę i pani na poczcie wiedziała, o co chodzi.
Mega się wszystkim stresowałam, zaczynając od tego, że w ogóle chyba z 5 lat (jak nie dłużej) nie byłam na poczcie, nie mówiąc o załatwianiu tam czegokolwiek, a kończąc na tym, że bałam się braku kuponów, bo się w Internecie naczytałam, że nie wszystkie poczty mają kupony, zwłaszcza w mniejszych miastach (moje jest takie średniej wielkości). No ale na szczęście udało mi się kupić!
I powiem wam, że nie wiedziałam, jak dużo radości może dać jeden świstek papieru. Jak już wyszłam z poczty, to aż go ucałowałam, a potem uśmiechałam się całą drogę do domu.


Ech... No i teraz nie ma odwrotu. Trzeba się wziąć za to oglądanie filmów xD Wczoraj miałam jakiś obejrzeć, ale stwierdziłam, że jak nie mam jeszcze kuponu i nie wiem, czy w ogóle będę go miała, to ani nie ma sensu się spieszyć, ani niepotrzebnie nastawiać. A teraz wiem, że będę wysyłać ten list, więc... Zastanawiam się tylko, od czego zacząć i czy na pewno chcę mieć wszystko gotowe przed wyjazdem na wakacje, bo mam czas do przyszłego czwartku i to do rana, przyjmując, że to dzień, w którym musiałabym już pójść na pocztę, a jak mam właśnie w takim czasie obejrzeć 10 filmów, napisać list i jeszcze połączyć to z innymi obowiązkami, to się zajadę. Poza tym i tak nastawiam się na długie czekanie na odpowiedź, list wysłany tydzień wcześniej pewnie mnie nie zbawi.

Dobra, dosyć tego gdybania! Ważne, że mam kupon i moje drzwi na świat są już przynajmniej uchylone.

środa, 29 czerwca 2016

Niepokoje

Miałam się zameldować dziś, to melduję się dziś, bo i tak nie mam nic ciekawszego do roboty.


Na moich pozostałych blogach najprawdopodobniej będzie cicho gdzieś tak do 20 lipca, bo teraz daję sobie tydzień na ogarnięcie spraw związanych z listem do Karla-Ottona (oglądanie filmów, żeby mieć co napisać + samo pisanie), a potem nie będzie mnie tydzień w domu (wyjeżdżam ósmego, wracam czternastego lub piętnastego), w związku z czym średnio będę miała chęci/czas/możliwości na pisanie.
Przy czym zwracam waszą uwagę na słowo najprawdopodobniej, bo jutro zaważą się losy listu. To jest tak, że jeśli wysyła się do znanej osoby list i liczy się na odpowiedź, bo np. dołączyło się zdjęcie, to powinno się też dołączyć kopertę zwrotną oraz International Reply Coupon, w skrócie IRC, czyli Międzynarodowy Kupon na Odpowiedź, który polega na tym, że osoba, która dostanie list, może pójść z tym kuponem na swoją pocztę i bezpłatnie wymienić go na znaczki. Wtedy osoba, która prosi o autograf, płaci za przesyłkę w obie strony, żeby nie obciążać dodatkowymi kosztami tamtej znanej osoby, dla której sama odpowiedź na list i wysłanie autografu jest bardziej wyrazem dobrej woli niż obowiązkiem, nie mówiąc o opłacaniu go. Nie wiem, czy zrozumieliście, o co chodzi, bo ja to już ogarnęłam, ale w tłumaczeniu to nie jestem za dobra. :) Zmierzam w każdym razie do tego, że jutro idę na pocztę w moim mieście zapytać o ten kupon - jeśli będzie, to kupuję i zabieram się za załatwianie kopert, drukowanie zdjęcia do podpisu i takie tam. Jeśli nie będzie, to rezygnuję, bo szwendanie się po wszystkich okolicznych pocztach nie bardzo mi się uśmiecha. Próbuję być dobrej myśli, ale im bardziej myślę, że tego kuponu może nie być, tym bardziej mi smutno i źle. Pocieszam się tym, że może lepiej rozczarować się teraz tym kuponem niż brakiem odpowiedzi od Karla-Ottona, kiedy już włożę mnóstwo starań w wysyłkę.
No nie wiem, zobaczymy.


Tak w ogóle, zaczynam myśleć zachowywać się jak stalker. Wyszukałam dziś adres Karla-Ottona na Google Maps - tak z ciekawości, żeby zobaczyć, w jakiej okolicy mieszka. Obejrzałam, w pierwszej chwili mówię sobie: No spoko, fajna ulica. Ale już w drugiej chwili mój chory umysł stwierdził: Wiem! Pojadę do Berlina i przesiedzę cały dzień na tej ulicy, czekając, czy przypadkiem Karl-Otto gdzieś nie będzie szedł, a jak będzie, to do niego podejdę i porozmawiam!
Ja nie mówię, że to nie ma sensu, ale jednak lepiej by to wyglądało, gdybym sama mieszkała w Berlinie i wpadła na niego bardziej przypadkiem. Ale tak...
Jestem nienormalna. xD


A teraz idę zająć się graniem w grę, bo muszę się pozbyć negatywnych myśli.

wtorek, 28 czerwca 2016

[bez tytułu, nie mam siły na wymyślanie]

Cleo! Dziękuję Ci za dzisiejsze spotkanie. ♥ Było lepiej niż się spodziewałam, bo strasznie się bałam, jak nam się będzie rozmawiało w realu, a rozmawiało się świetnie. I wcale nie zagadałaś mnie na śmierć. :D


W ogóle dzisiaj miałam jakiś dobry dzień, bo zaczął się od tego, że dostałam informację ze szkoły, że (drugi rok z rzędu) zostałam nominowana do stypendium Prezesa Rady Ministrów. Można powiedzieć, że tego nie planowałam, a tu proszę. :)
Pojechałam do szkoły podpisać dokumenty, a potem do Katowic. Poszłam w Galerii Katowickiej do Matrasa, gdzie widziałam zakładki z napisem [po angielsku], który leciał jakoś tak: Nie każdy dzień musi być dobry, ale w każdym może być coś dobrego. Przemówiło to do mnie i trochę żałuję, że nie kupiłam, ale może jeszcze nadarzy się okazja.
Potem były najlepsze cztery godziny. ♥ Całe przegadane. Aż żal mi było jechać do domu. :)

Ogólnie to po dzisiejszym dniu jestem zmęczona, ale szczęśliwa, bo na dobrą sprawę same dobre rzeczy się działy.
Obejrzałabym sobie jakiś film z Karlem-Ottonem, bo mnie to frustruje, że ciągle jakieś lecą w telewizji, a ja ich nie widziałam, a jeszcze będę musiała do niego jakiś list napisać, a jak widziałam dwa i pół filmu, w których zagrał (przy czym Złoto dla Zuchwałych liczę dwa razy, bo tak faktycznie było), to byłoby mi ciężko się w jakikolwiek sensowny sposób wypowiedzieć, ale tak mnie ścina, że boję się, że mogę usnąć w połowie, a jakoś mi się to nie uśmiecha.
Więc dobranoc, zamelduję się jutro.


PS. Osiągnęłam wyższy poziom w budowaniu zdań wielokrotnie złożonych.
PS2. Chyba właśnie wracam do pisania stosunkowo krótkich postów o wszystkim i niczym jednocześnie, jak w zeszłe wakacje. W sumie fajnie, od kilkunastu dni czekałam na luz potrzebny do ich pisania i się doczekałam.

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Life goals

Muszę częściej wchodzić na Filmweb! Pooznaczałam sobie filmy z Karlem-Ottonem jako "do obejrzenia" i mi wyskakują powiadomienia, jak lecą w TV, i dzisiaj znowu jeden leciał po południu, a ja się dowiedziałam wieczorem. No kurde, a obejrzałabym sobie. I tak nic nie miałam do roboty. Wrrr.


Ale jak już chwilę ponarzekałam, to teraz dobre rzeczy. Uwaga!


Po pierwsze, znalazłam chyba najsłodsze zdjęcie Karla-Ottona.


Serio, nad żadnym się jeszcze tak nie rozczuliłam jak nad tym. Aż się popłakałam!

Ale ale, druga rzecz, jaką chcę powiedzieć, jest jeszcze lepsza.
Odnalazłam dziś w czeluściach Internetu jego adres i wrzucone przez fanów zdjęcia z autografami od niego!
W związku z tym wyznaczam sobie zadanie na wakacje - wysłać mu list ze zdjęciem do podpisu. Nawet jeśli nie dostanę odpowiedzi (bo tak może się zdarzyć), to przynajmniej będę mogła sobie powiedzieć, że próbowałam i że było może nawet bardzo blisko.
A jak dostanę odpowiedź, to chyba umrę ze szczęścia, ale nie uprzedzajmy faktów.

niedziela, 26 czerwca 2016

I believe in magic

Postu tematycznego jednak nie będzie, bo bardziej muszę wam się pochwalić muzyką, jaką wczoraj znalazłam przy robieniu filmiku.





Goście wymiatają :D Mogę słuchać godzinami!

Poza tym przykleiła się do mnie piosenka, którą koleżanka śpiewała na zakończeniu gimnazjum dwa lata temu. Nie mam pojęcia, czemu.
Oczywiście nie mam pojęcia, czemu mi się przykleiła, bo występ na koniec roku to inna inkszość. xD

Ej, a w ogóle to ciekawe, jak mi się gusta muzyczne zmieniły przez rok. To znaczy może nie tyle gusta, co zespoły/piosenki, których akurat słucham.
Rok temu o tej porze zasłuchiwałam się w Imagine Dragons, a teraz nawet mi się nie chce szukać w historii tych piosenek, bo nie.
O, w weekend do tego się przyczepiłam:


Flow mnie przy tym znowu łapie, więc musi być spoko. :D


Nic dzisiaj nie przeczytałam, chociaż planowałam, wyjątkowo nie napisałam też ani słowa ani nic nie obejrzałam, pomijając pół odcinka Sądu Rodzinnego.
Ale za to bilans skończonych gier wynosi, dam dam dam, 1/22. Mam ostatecznie 22 gry i pierwszą sobie dziś przeszłam. Jedna z moich ulubionych, jedyne półtorej godziny gry, było spoko. :)


Oooo, paczajcie, jaką super tapetę mam teraz na komputerze!


Sabrina ♥

Cieszę się, że dzisiaj dostałam tę tapetę, bo jakoś mi pasuje do mojego dobrego humoru. Rozpiera mnie jakaś taka pozytywna energia... Aż z niej skorzystam i pójdę coś potworzyć, bo gdybym jutro zaczęła zamulać, to nic nie ruszy. Chociaż... z tą tapetą i muzyką, którą dałam na początku, pozytywne wibracje mam zagwarantowane na kilka dni :D

sobota, 25 czerwca 2016

Wry wry wry

Bałam się, że nie wyrobię się z filmikiem rocznicowym, a skończyło się na tym, że zmieniłam trochę koncepcję i zrobiłam go już dziś. :) Spieszyłam się z tym, bo nie jestem do końca pewna, czy w okolicach 16 lipca będę w domu. Jeśli będę, to może zrobię jeszcze coś dodatkowego (pod warunkiem, że będę miała też chęci), a jeśli nie - coś mam już na pewno. :)


Poza tym, że zrobiłam ten filmik, to siedzę i się nudzę. Chciałam skończyć czytać jakąś książkę albo obejrzeć film, ale nie miałam siły się skupić, bo nie wyspałam się i mnie głowa boli od rana. Muszę dziś trochę wcześniej pójść spać (czyli w sumie za chwilę), bo jutro znowu staję trochę wcześniej.
Ale napisałam kawałek nowego rozdziału na Podróż do III Rzeszy, więc jakiś sukces jest.

No i jeszcze znowu gotowałam dziś obiad i tym razem się nie poparzyłam, yay! :D

Jeszcze a propos tego rozdziału i ogólnie pisania - żeby było ciekawie, dokładnie już wiem, jak ma się kończyć Podróż..., tak samo Życie jest podróżą (z Goryczą rozkoszy jest najgorzej, bo wszystko jest mi średnio znane xD), a co ma być pośrodku, to jeszcze nie wiem do końca. I mnie to tak trochę boli, ale powinnam wszystko ogarnąć w swoim czasie.


Jeju, uwolniłam się od mojego wampira energetycznego z klasy z liceum na dwa miesiące, to zaczęła do mnie koleżanka z gimnazjum pisać. -.- Wry wry wry, mam dość. Chociaż tyle dobrze, że dopiero wakacje się zaczynają i nie zdążyłam wpaść w wakacyjny nastrój, który mogłaby mi popsuć.
Ale teraz w sumie mam inspirację do napisania postu na jeden temat, bo nagle poczułam potrzebę wyżalenia się ze swojej opinii tutaj.


Dobra, idę już spać, bo nie wstanę jutro i będę zdychać znowu cały dzień, a ja nie chcę całych wakacji zamulać w Internetach, ja chcę przejść jutro grę! Nie spocznę, dopóki nie przejdę!

piątek, 24 czerwca 2016

Znowu są wakacje!

Mili państwo, witam was w dniu zakończenia roku szkolnego! Od siedmiu godzin (jest 18:10, gdy zaczynam to pisać, a ok. 11:10 już byłam w domku) oficjalnie siedzę i się nudzę, bo wakacje. Już zdążyłam nawet pomarudzić siostrze.
Przy rozdaniu świadectw było spoko. Moje oczywiście z paskiem. :D Średnia 5,0, najniższa w moim życiu, ale nie zeszłam do 4,coś i z tego jestem dumna :D Na nagrodę ze szkoły dostałam książkę świętych symbolach różnych ludów i religii, w sumie ciekawą, tak jak przeglądałam. W domu wyjątkowo nie dostałam nic, ale jestem zadowolona z ostatnich moich własnych zakupów (książkowych oczywiście) + mam obiecane dwa ciasta - czekoladowe od siostry i karpatkę od mamy, mniam. ^^


W moim domu prowadzone są gorące dyskusje po wczorajszym referendum przeprowadzonym w Wielkiej Brytanii. Wraz z siostrą stwierdziłyśmy, że Brytyjczycy strzelą sobie w stopę, jeśli po Brexicie będzie utrudniony ruch nie tylko migracyjny, ale i turystyczny na Wyspy, bo zapobieganie wielokulturowości przez np. utrudnienia w znalezieniu pracy albo mieszkania dla obcokrajowców to jedno, ale zaostrzone kontrole wszystkich i wszystkiego to drugie. Jak stwierdziła moja siostra: jeśli będziesz mieć do wyboru wyjazd do Francji, gdzie wjedziesz bez problemu, albo do Wielkiej Brytanii, gdzie spędzisz kilka godzin na granicy i takie tam, to jasne, że wyjedziesz Francję. Niby Brytania jest wielokulturowa - moja siostra to widziała na własne oczy w zeszłe wakacje, była tam kilka dni, faktycznie różnych ludzi można tam spotkać - i mogę zrozumieć narastającą niechęć do dawania pracy "innym", to ten ruch turystyczny daje zarobki całemu państwu. W rozmowie z tatą z kolei doszliśmy do wniosku, że wyjście z Unii to zbyt poważna decyzja, żeby dawać wybór ludziom, zwłaszcza że przeważyło kilka procent - było bodajże 52% za wyjściem i 48 przeciw - i, jakakolwiek nie miałaby być ta decyzja, ostateczną powinni podjąć ludzie, którzy faktycznie znają się na rzeczy, bo na przykład na co dzień zajmują się wpływem współpracy unijnej na krajową gospodarkę i mogą przewidzieć, co się stanie po wyjściu ze wspólnoty.
Cóż, pożyjemy, zobaczymy. W sumie to mam jedynie nadzieję, że przynajmniej na wakacje do Londynu będę mogła kiedyś w miarę normalnie pojechać, bo o tym marzę od maleńkości.


Tak a propos tego Brexitu. xD

 


Zaczęłam się ostatnio zastanawiać nad tym, gdzie studiować. Cały czas obstaję przy filologii angielskiej - chociaż patrząc na to, że przez moment miałam zamiar wyjechać po licencjacie, a Brexit wszystko zmieni, to nie wiem, jak to się skończy xD a tak na serio to filologia zostanie tylko z innymi perspektywami. Generalnie miałam iść na Uniwersytet Śląski i dojeżdżać do Sosnowca, co zresztą wiecie, ale kolega mi powiedział, że tam podobno profesorowie są minusem i już lepiej wyjechać do Krakowa na Uniwersytet Jagielloński. UJ byłby taką drugą opcją po UŚ, ale myślę też nad studiami w Wyższej Szkole Zarządzania Ochroną Pracy w Katowicach, z której ulotki dostaliśmy jakiś czas temu w szkole.
Pomijając już kadrę profesorską, problemy są zawsze dwa: dojazd i pieniądze. Najłatwiej byłoby mi dojeżdżać do WSZOPu, bo do Kato jadę jednym autobusem, ale tam z kolei muszę płacić czesne. Na Śląskim musiałabym tylko zapłacić wpisowe, ale mam już trudniejszy dojazd. Na Jagiellońskim też musiałabym zapłacić jedynie wpisowe, ale dojazd jest jeszcze inny + musiałabym wynajmować mieszkanie.
Łeheheee, to jest bez sensu. Pieprzyć studia, będę zarabiać z pisania.
Nie no, pójdę na te studia, ale zaczęłam mieć dylemat i to poważny. Mam nadzieję, że w ciągu roku zdąży mnie oświecić.


Kurde, właśnie sobie uświadomiłam, że został mniej niż miesiąc do rocznicy bloga, a ja dalej nie wiem, co na tę okazję zrobić. Chciałam niby nagrać filmik, ale nie bardzo mam na niego pomysł. Chociaż, może jednak mam... Właśnie wpadłam na coś fajnego i to jest do zrobienia. :) Tylko żebym się wyrobiła do tego szesnastego lipca...



A na koniec - obrazek, który był tu już w ferie, ale teraz też pasuje i to nawet bardziej. :D

czwartek, 23 czerwca 2016

Airbus 3: Ostateczne zniszczenie

...czyli efekty siedzenia na lekcji, na której nic nie robiliśmy, z dwójką kolegów obok. xD
Wychowawczyni popełniła błąd i dała nam kartkę, na której najpierw rysowałam tylko ja, potem też koledzy. Oto efekty końcowe:





Film "Airbus 3: Ostateczne zniszczenie" już wkrótce w kinach. W roli głównej [nie mylić z tytułową xD] Karl-Otto Alberty, jak ustaliliśmy.

Poza tym kolega "zniszczył" mi koszulkę z kotkami, bo powiedział, że one wyglądają jak małe Hitlery (z powodu ułożenia czarnych plam na futerkach) i to mi się teraz nie odzobaczy.


W sumie nic więcej się nie działo, bo byliśmy w szkole do 11:00 i nawet nie było lekcji, więc ja tylko to zostawię. :D


EDIT: Część pierwszego zdjęcia jest zamazana, bo miałam tam zapisaną klasową średnią i klasową frekwencję, a mam na tyle honoru, żeby akurat tego tu nie upubliczniać. ;)

wtorek, 21 czerwca 2016

Hej, czy nie jest pięknie?

Powiem wam, że chociaż nie kupiłam nic z tego, co naprawdę chciałam, dzisiejszy dzień był po prostu IDEALNY.
Ale zacznijmy od początku.


Wstałam o siódmej, żeby pojechać do szkoły i zostawić w sekretariacie coś dla jednej z nauczycielek. Już wtedy zaczęło się pasmo dobrych wydarzeń - okazało się, że moja wychowawczyni, z którą miałam mieć pierwszą lekcję, na którą w sumie planowałam pójść, była zajęta i zamiast wyjść na autobus jadący o 8:54, jechałam do Katowic już o 8:19, dzięki czemu byłam na miejscu... no, dużo wcześniej. :) Dodatkowo nie musiałam wracać do Piekar i przesiadać się na autobus do Kato, tylko pojechałam od razu spod szkoły.
Kiedy już wysiadłam z autobusu, który się nie zepsuł, chociaż kolega mi tego życzył, kiedy się dowiedział, że nie idę na żadną lekcję i pięć po ósmej już się zmywam - pozdrowiłam go środkowym palcem w odpowiedzi, bo mnie zdenerwował - podreptałam do Galerii Katowickiej do sklepu militaria.pl po bojówki. Nie mogłam znaleźć modelu, który namierzyłam na stronie internetowej i chciałam kupić, więc wzruszyłam ramionami i wyszłam ze sklepu. O dziwo, nie przyszło do mnie marudzenie, a myśl: "Spoko, nie teraz, to kiedyś, przynajmniej zaoszczędziłam trochę pieniędzy".

Kolejny etap jest naprawdę warty uwagi, ponieważ mogę go zacząć od mega pozytywnej rzeczy: nie zgubiłam się w Katowicach! Z Galerii Katowickiej musiałam przejść na przystanek tramwajowy Katowice Rynek, żeby dojechać do Silesia City Center. Co prawda żenujący fakt jest taki, że, kiedy już sprawdziłam na rozkładzie znajdującym się na bliższym przystanku, czy kolejnym faktycznie jest Katowice Rynek, zapomniałam wziąć pod uwagę ruch prawostronny, strony świata oraz wpływ faz Księżyca na pływy morskie i zaczęłam iść w zupełnie innym kierunku niż powinnam. Na szczęście z pomocą w porę przybył mi tramwaj, który jechał na wprost mnie, zamiast wyjechać mi zza pleców. Kiedy go zobaczyłam, zaśmiałam się po cichu i zrobiłam w tył zwrot. No i poszłam już w dobrą stronę i na dobry przystanek. I - pomijając to pójście w złą stronę - jestem naprawdę z siebie dumna! Bo przynajmniej na ulicy byłam dobrej. :D I wiedziałam, gdzie mam się znaleźć. :)

Bez przeszkód dotarłam do SCC i uwaga, bo teraz będzie historyczny fakt. Byłam pierwszy raz w Starbucksie! Byłam w SCC przed dziesiątą, kiedy jeszcze większość sklepów jest pozamykanych, to musiałam zagospodarować czas, w dodatku naszła mnie ochota na coś słodkiego, to stwierdziłam, że pójdę właśnie tam. Podeszłam, kupiłam sobie gorącą białą czekoladę i odeszłam. Była pyszna, nie mogłam odżałować, kiedy się skończyła, a jeszcze i tak miałam największy kubek. Szkoda tylko, że naprawdę sporo kosztuje, ale raz na jakiś czas można skorzystać.
Zdjęcie na dowód. :)


W ogóle uważam, że to pisanie imion na kubkach jest fajne. Nawet nie wiem czemu, ale to jakieś takie... miłe. I ciekawe.

Potem pobiegałam po sklepach w poszukiwaniu białego golfu i nie znalazłam. Smutek trochę :( Ale potem stwierdziłam, że w sumie nie powinno mnie to dziwić, że pod koniec czerwca w sklepach nie ma golfów, a raczej do zimy nie zapomnę, że miałam sobie kupić. :D

Na koniec poszłam pocieszyć się w Empiku. Miałam nadzieję kupić max jedną książkę, wyszłam z trzema. xD Ale i tak wydałam mniej niż rok temu na dzienniki Goebbelsa, także jest spoko.



Opis pierwszej: lubimyczytac.pl/ksiazka/190359/to-co-zostalo
Opis drugiej: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/194492/ostatnie-dni-naszych-ojcow
Opis trzeciej: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/151624/osobliwy-dom-pani-peregrine
Na pierwszą i trzecią polowałam już od dłuższego czasu, drugą miałam dziś w rękach drugi raz w życiu, ale zachęciła mnie tematyka i nazwisko autora, którego już znam i cenię.

No i potem poszłam już na przystanek tramwajowy. Przejechałam trzy przystanki, poszłam czekać na autobus, tradycyjnie kupiłam sobie w kiosku sok pomarańczowy i pojechałam. Tym razem obyło się bez skrętów w lewo zamiast w prawo. Kolejny sukces jest taki, że udało mi się wyjść z SCC o takiej godzinie, że nie musiałam patrzeć, jak mi autobus odjeżdża sprzed nosa i czekać z dwadzieścia minut na następny, ale czekałam bodajże pięć minut, w dodatku na busa, którym najszybciej dojechałam.


Ostatni sukces jest taki, że dzisiaj chyba pierwszy raz byłam sama na zakupach i nie padał deszcz. Zwykle jak sama gdzieś jadę, to potem łapie mnie ulewa albo chociaż zapowiada ulewa, a dziś nawet słoneczko świeciło. Trochę niepotrzebnie targałam ze sobą kurtkę przeciwdeszczową, ale to z powodu moich wczorajszych doświadczeń, kiedy zmokłam w drodze do szkoły. Poza tym tak sobie myślę, że pogoda nie dość, że lubi być przewrotna, to nie lubi mnie i gdybym tej kurtki nie miała, to by padało od rana przez cały dzień.


Dzisiaj dodatkowo przekonałam się, że Katowice to jednak wielokulturowa metropolia jest. W samej Silesii minęłam:
- dwie dziewczyny rozmawiające po angielsku
- parę rozmawiającą po niemiecku
- trzy Azjatki
- Murzynkę
- Arabkę/muzułmankę (kobietę o ciemniejszej karnacji z chustą na głowie, stąd takie przypisanie).
Oprócz tego widziałam jednego z członków kabaretu Łowcy.B, tego, który na zdjęciu niżej stoi po lewej.


https://i.ytimg.com/vi/u82c2ixWenQ/maxresdefault.jpg
Chyba że to był tylko ktoś bardzo, BARDZO do niego podobny, ale trochę wątpię. W sumie mogłam podejść i zapytać, ale był z (tak sądzę) żoną i dzieckiem, to mi było głupio.
Siostra mi mówi, że jeżeli mi się przynajmniej wydaje, że go widziałam, to znaczy, że go widziałam, bo takie skojarzenia nie biorą się znikąd.


Ogólnie to jakichś samych pozytywnych ludzi dziś spotykałam. Bałam się, jacy będą sprzedawcy w Starbucksie, ale dziewczyna, która mnie obsługiwała, była przesympatyczna i całkiem wyluzowana, mimo że dopiero się uczyła. Tak samo chłopak, który podawał mi gotową już czekoladę. I jeszcze taki pozytywny był chłopak w kiosku, w którym kupowałam sok. Sprzedawczyni, która mnie obsługiwała w Empiku, była najmniej pozytywna, ale też nie była jakaś bardzo gburliwa, taka normalna w sumie była.


Wracając na koniec do początku - niby nie kupiłam tego, co naprawdę chciałam, ale ten dzień chyba nie mógł być lepszy. :)
PS. Tytuł posta już się kiedyś na blogu pojawił (w ostatnie wakacje), ale powoli kończy mi się inwencja twórcza, poza tym dziś pasuje. :3

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Przegryw

Ten uczuć, kiedy w TV leciał film, w którym zagrał Karl-Otto, a ja go nie mogłam oglądać, bo rzecz się działa wczoraj i byłam w kościele. :'( Niby tego jednego akurat nie miałam w planach, ale gdybym była w domu, to bym obejrzała, ale mnie nie było i co?
Nie no, przegryw życia normalnie. Aż chyba jednak obejrzę ten film na własną rękę, bo mnie to boli, że taka okazja mi przeszła przed nosem.


Wkurzyłam się dziś na gry i skończyło się to tak, że zamiast 27 mam 23. Nie pytajcie, proszę.

Oprócz tego odwaliło mi dziś przed angielskim i śpiewałam koledze Katyushę i piosenki z Five Nights at Freddy's. xD


Regularnie zabijam sobie słuch. Albo już to zrobiłam. Albo to kwestia psychiki. Generalnie mam takie jakby ataki, kiedy potrzebuję słuchać głośnej muzyki. Takiej dosyć głośnej. I jestem sfrustrowana, kiedy mi się wtedy słuchawki zacinają (stają na pewnej głośności, której nie mogę zmniejszyć, ale nie mogę też zwiększyć) i niby słyszę, ale to nie jest to, czego chcę. Naprawdę jestem sfrustrowana.
Przed chwilą na przykład naszła mnie ochota, żeby rzucić tymi słuchawkami o ścianę, bo mnie denerwują. Wrr.


Jutro wybieram się do Katowic na te zakupy. Na pewno wrócę z tymi spodniami, bo mniej więcej wiem, jakie chcę i jak powinnam się w nich czuć, może jeszcze kupię jakąś książkę (tak jakbym miała mało). Nie wiem, jak będzie z tym golfem, bo na kupowaniu swetrów akurat znam się najmniej, ale w sumie jak coś się znajdzie, to kupię. A co mi tam.


Odmeldowuję się. Dziś znowu krótko, ale cała moja wena schodzi w tej chwili na opowiadania.

sobota, 18 czerwca 2016

Przeżywanie emocji

A więc byłam sobie dziś sama w domu. Może nie przeżywałam emocji jakoś specjalnie, ale widać różnicę w stosunku do poprzedniego takiego dnia (trzy tygodnie temu), bo wtedy dostawałam głupawki z byle powodu, a dziś już się tak nie śmiałam, ale jeszcze się nie rozpłakałam.


Chciałam dziś coś poczytać, ale wyszło jak zwykle, czyli tak, że żadnej książki nawet nie tknęłam. Ale... ale! Ale za to obejrzałam jeden film z Karlem-Ottonem ♥ Zrozumiałam mniej więcej nic, bo oglądałam w oryginale (po angielsku), a z rozumieniem angielskiego ze słuchu mam czasami jeszcze problem, więc pierwsza połowa to był dla mnie często po prostu bełkot, a potem - przyznaję się bez bicia - zaczęłam przewijać, ale jednak film sobie zaliczam jako obejrzany, bo spędziłam nad nim jakiś czas. No i był Karl-Otto. :)
Weszłam ostatnio w taką fazę fascynacji, że samo patrzenie na filmy mi nie wystarcza, chętnie odnalazłabym go i przytuliła. Bardzo, bardzo mocno przytuliła. W ogóle jest sporo osób, które bym chętnie przytuliła. A mam tylko mojego misia. Łeheheee, moje życie jest dobijające momentami.


Przypomniało mi się, że wczoraj albo przedwczoraj kolega oglądał mi pieprzyki na rękach (nie wnikajcie) i kiedy znalazł trzy układające się w trójkąt, stwierdził: "Illuminati confirmed!".
Nie wybrałam Illuminatów, to oni wybrali mnie. xD


W ogóle, gotowałam sobie dzisiaj sama obiad - spaghetti z kupnym sosem ze słoiczka. Ogólnie to mniam, ale jak odcedzałam makaron, to mi się gorąca woda rozlała i poparzyłam sobie stopę. >.< Teraz jest spoko, mam tylko bąbla, który bardziej wygląda niż jest - cokolwiek mam na myśli xD Nie no, mam na myśli to, że wcześniej bolało jak cholera i nie mogłam ustać, ale teraz nawet nie mam zaczerwienienia. Tylko ten bąbel jeszcze musi zejść.


Po dzisiejszym dniu muszę wam powiedzieć, że wczesne wstawanie w wolne dni nie jest takie najgorsze. Byłam o siódmej na nogach (moi rodzice wcześnie wychodzili, obudziłam się i już nie zasnęłam), teraz jest dwudziesta trzecia i nawet nie umieram. Najzabawniejsze jest to, że dwadzieścia po ósmej byłam już w domu z zakupami, czym zadziwiłam moją mamę. Napisałam jej smsa "Hej, ja już po zakupach" i odpisała mi "Myślałam że jeszcze śpisz". Hehe.



Jak jutro coś się wydarzy, to się zamelduję, jak się nie wydarzy, to może się nie zamelduję, a teraz idę pozamulać jeszcze przy grze albo skończyć rozdział na Gorycz rozkoszy, bo mnie wzięło i już sporo napisałam. Dobranoc!

piątek, 17 czerwca 2016

Opętanie Heydrichem

Kartka z kalendarza
17 czerwca 1900 - urodził się Martin Bormann, niemiecki działacz nazistowski, zbrodniarz wojenny (zm. 1945)
17 czerwca 1901 - urodził się Miklós Nyiszli, rumuński antropolog pochodzenia węgiersko-żydowskiego (zm. 1956)

Tego drugiego punktu nie przewidywałam (bo nie wiedziałam xD), ale jak już to zauważyłam na Wikipedii, to czemu miałam nie dodać. :)


Na blogu pojawiło się nowe krótkie opowiadanie - o, tutaj: http://welcome-here-in-my-world.blogspot.com/p/mieszkancymojego-miasta-nigdy-nie.html. Jeśli ktoś jest zainteresowany - zapraszam do czytania.


Dzisiaj znowu szpanowałam na historii, bo nauczyciel wystawiał oceny i nic nie robiliśmy, to czytałam biografię Heydricha. I jak mnie pan zawołał do biurka, żeby mi ostatecznie policzyć średnią i wpisać ocenę końcoworoczną długopisem, to przy okazji zapytał, co takiego czytam. Kiedy mu odpowiedziałam, stwierdził: "O! To mogłabyś tu koleżankom podpowiadać" (pierwszoklasistki pisały test z drugiej wojny). A potem dopytywał, w którym momencie jestem.
Muszę przyznać, że takie rozmowy z nauczycielem o książkach to nawet fajne chwile.


http://www.filmweb.pl/film/Anthropoid-2016-736601 - Dzięki, Cleo, za informację o tym filmie. :D Teraz tylko czekać na polską premierę!


Od paru dni jestem w głębi serca jakaś taka sfrustrowana. Brzuch mnie boli, owulacja mnie męczy, nie umiem już wytrzymać. Całe szczęście jutro będę sama w domu, będę mogła poprzeżywać emocje, gdybym potrzebowała.


Kończę, dziś znowu krótko, ale tak jak mówiłam - trochę się męczę, a poza tym wróciła do mnie wena na pisanie. O tyle dobrze!

czwartek, 16 czerwca 2016

A może golf?

Wiem, co miałam jeszcze wczoraj napisać!
Możliwe, że już o tym wspominałam, ale mogę wracać do domu ze szkoły trzema autobusami - dwa mają taką samą trasę i za przystankiem przy szkole jadą prosto, trzeci jedzie inaczej i skręca zaraz za szkołą. Wczoraj po szkole wsiadam do jednego z tych, które jadą prosto, po chwili patrzę, a kierowca skręca! Zapomniał się typ i chciał jechać trasą trzeciego autobusu, pewnie dużo jeździł nim ostatnio. I tak plus dla niego za refleks, bo nawet dobrze nie skręcił, a już zawracał. I przynajmniej trochę się pośmiałam w duchu, bo to nawet śmiesznie wyglądało. Co prawda przez moment pewnie mniej do śmiechu mieli ludzie, którzy przez pomyloną trasę mieliby problem z dotarciem do celu - dla mnie to tylko kwestia pięć minut dłuższej jazdy, i tak dojadę na swój przystanek, ale poza tym to bardzo spora część trasy się różni.




Znalazłam to przed chwilą i nie mogę przestać słuchać, w sumie nawet nie wiem czemu. Zwłaszcza pierwsze 15 sekund jakoś tak wymiata.


Ostatnio w szkole zadaję się z całkiem innymi osobami niż poprzednio (czytaj: w miarę skutecznie zlewam mojego wampira energetycznego) i przynosi to nawet efekty. Tak jak przez ostatnie trzy-cztery tygodnie przez szkołę miałam ochotę się zabić (no, może nie do końca, ale czułam się fatalnie), to teraz nawet zaczynam żałować, że zbliżają się wakacje i w szkole będę może jeszcze ze dwa razy (jutro i poniedziałek - może nawet niecały, potem to olewam). Mam też cichą nadzieję, że po wakacjach będzie tak samo, jak teraz, bo jeśli mam się kolejne 9 miesięcy denerwować, to podziękuję.


Wzięło mnie na kupowanie ubrań. Na razie jestem na etapie planowania. Potrzebuję spodni bojówek (ale takich prawdziwych, bo niby mam teraz jedne, ale podrabiane). I białego swetra z golfem. To pierwsze - bo tak, a drugie - bo taki sweter nosi przez moment Karl-Otto Alberty w jednym filmie i mi odjebało i to będzie moja wymówka, żeby nauczyć się nosić golfy! Nigdy ich nie lubiłam, a może w końcu się nauczę. Kij z tym, że zbliża się lato, nie straci się, a musiałabym kupić go, zanim się rozmyślę.
Najbliższe dwa tygodnie mam luźne, a jeszcze będę miała ważny bilet miesięczny, to się wybiorę do Katowic na szoping. Będę miała na co wydać piniondze z urodzin. xD


Zbieram się do spania, bo szkoła się kończy, a i tak muszę jeszcze wstać o 6:30. -.- Nie żebym jakoś bardzo narzekała, ale niektórzy nauczyciele są jednak trochę bezlitośni.

środa, 15 czerwca 2016

Wygrane życie

Z niemieckiego średnia roczna wyszła mi 4,53.
Piątka jest od 4,52.
Co wygrałam? :D
Ale w ogóle to z ocenami w tym roku jakoś tak mi się udało. W pewnym momencie tak mi się nic nie chciało robić do szkoły, że zastanawiałam się, czy w ogóle mi wyjdzie pasek, a tymczasem mam pasek na czystko. Ba, średnią 5,0 chyba będę miała. xD


Ej, zauważył ktoś, że teraz pulpit nawigacyjny Bloggera to panel informacyjny? Łeeehehe, wcześniej było lepiej.


Na wosie mieliśmy temat o subkulturach i rozkminialiśmy wczoraj z kolegą, czy przypadkiem nie jestem skinem. Bo się interesuję nazizmem i miałam fazę na słuchanie Honoru, a to są niektóre z cech skinów. Ostatecznie stwierdziłam, że w sumie coś jest na rzeczy, ale z całą subkulturą się nie utożsamiam. Bo subkultura to jednak coś więcej niż muzyka i ideologia... no dobra, ideologia jest jakąś podstawą, ale jednak nie jestem wygolonym na łyso mężczyzną, tak? Jaki tam ze mnie skin, jak nie mam tego xD


Miałam dziś mały kryzys, bo zostały mi tylko trzy gry do przejścia i zaczęłam się martwić, że to mi nie wystarczy. W związku z tym zdobyłam dwie nowe. Ostateczny bilans ilościowy wynosi 27 (dwie nowe zdobyłam, ale pozbyłam się jednej starej, bo stwierdziłam, że mi się nie podobała xD). Będzie fajnie :)


W przeciwieństwie do zeszłego miesiąca, jakoś nie chce mi się teraz pisać opowiadań. To znaczy z jednej strony bym chciała napisać, ale z drugiej a) nie bardzo mam wenę i b) wolę siedzieć i grać w gry. Najchętniej bym przechodziła jedną dziennie, ale jeszcze muszę iść parę dni do szkoły. Ale w sobotę może już mi się uda tak zrobić. Może dostanę też weny i jednak uda mi się coś napisać, ale to już zobaczymy.


Dobra, idę spać już, bo się zaczęłam głodna robić, i muszę przestać o tym myśleć.
Dobranoc!

niedziela, 12 czerwca 2016

Będzie sztosik

Oficjalnie Podróż do III Rzeszy to moje najbardziej udane opowiadanie.
Dlaczego tak uważam?
Bo mi dzisiaj wbił dwunasty obserwator i tym samym blog z Podróżą... pobił mój osobisty rekord ilości obserwatorów posiadanym na jednym blogu! Wohoo!
Ale kurde, to jest niesamowite! Zobaczyłam to i w pierwszej chwili pomyślałam: "Ej, co tu zaszło?". Rozdziałów mam tam dopiero pięć, średnio dodałam jeden na miesiąc, a ludziom się to podoba.
Jak dobije do 20 obserwatorów - taka równa liczba, hehe - to już w ogóle będzie sztosik. :D

Jak już tak sobie świętujemy, to przy okazji ten konkretny post jest dwusetnym na tym blogu. Yay :D Też niewyobrażalna dla mnie wcześniej liczba. Na poprzednim tego typu miałam bodajże 100 z hakiem i to po roku z paroma miesiącami. A tu proszę.

I jeszcze TubeRaiders wrzucili nowy odcinek, no ja nie mogę! :D
Tylko szkoda, że najpierw muszę dwa akty Wesela przeczytać, bo sprawdzian... A walić to, idę szukać streszczenia. I tak mi wyjdzie 6 na koniec (w gorszym układzie 5, ale to w sumie nic nie zmienia) i pasek na świadectwie, nic mi nie zaszkodzi.

By the way, przypomniałam sobie o czymś!


TADAAAM!
Nie wiedziałam, czy mam wrzucić selfiacza, czy zdjęcie samej koszulki, to macie oba. :D Już wyprana, jutro idę w niej do szkoły. A do tego pseudowojskowe spodnie (mają taki w miarę typowy krój, ale mają burozielony kolor, zazwyczaj nosiłam je do koszulki ze Złota dla Zuchwałych, teraz mogę i do tej :D) i jest git! :)

Muszę przyznać, że jak sobie obejrzałam nowych Raidersów i nacieszyłam się tym, że jutro mogę już iść w tej koszulce do szkoły, to sprawdzian z Wesela od razu się mniej straszny wydaje. Został mi do przetrwania tylko on i kartkówka z angielskiego we wtorek, potem już poleci. I będzie czas na granie w gry, oglądanie filmów, pisanie i czytanie, a nie tylko nauka i nauka. :)
W ogóle, muszę sobie dobrze rozplanować wolny czas na najbliższe dwa i pół miesiąca. Prowadzę 3 opowiadania, które chcę - korzystając z luzu - często uzupełniać, 26 gier, które chcę w tym czasie przejść, + od groma filmów i książek, które chcę nadrobić - wszystkiego nie dam rady, ale jakiś procent bym chciała... W sumie cieszę się, że przestawiam się na taki tryb częściowo nocny, gdzie mogę wysiedzieć do około pierwszej w nocy, wstać potem około siódmej i jestem w miarę ok - ok na tyle, żeby chociażby grać albo skupić się na filmie, bo będę oszczędzać więcej czasu. Co prawda w wakacje i tak pewnie będzie tak, że będę wstawać dziewiąta-dziesiąta - na razie sytuacja z powyżej przytrafiła mi się w któryś weekend - ale nie ma opcji, żebym leżała w łóżku o północy. Chyba że z odpaloną na laptopie grą albo filmem.


Krążę trochę na YouTube i właśnie usłyszałam genialne hasło: Dieta cud, czyli będę wpieprzać ile wlezie, a cud będzie, jak schudnę. Hahaha xD I ten krytyczny moment, kiedy uświadamiam sobie, że w sumie jestem na takiej diecie całe życie...
Ale mam plan od przyszłego tygodnia zacząć chodzić na długie spacery i w ten sposób w jakimś minimalnym stopniu poprawić sobie kondycję i takie inne. Nawet od jutra mogę zacząć, bo czekam pół godziny na autobus po szkole, to będę łazić dookoła przystanku. I tak całe wakacje w miarę codziennie chcę chodzić. Potem może zacznę biegać. Muszę przez jakiś czas myśleć o wojsku na poważnie, bo nawet jeśli już za rok wyląduję na anglistyce, nawet bez zgłaszania się do tej wojskowej komisji uzupełnień, a tak pewnie się stanie, to przynajmniej będę miała jakiś motywator przez ten czas. No dobra, może nie przez rok, bo mam nadzieję, że prędzej czy później samo chodzenie wejdzie mi w nawyk, ale od czegoś trzeba zacząć.

Włączyłam właśnie jeden filmik z adnotacją na początku "Przedstawiona treść jest nieodpowiednia dla osób niepełnoletnich". Myślę: "Życie na krawędzi, ale i tak obejrzę". Dopiero po chwili powiedziałam sobie: "Debilko, jesteś pełnoletnia od trzech dni".
No to idę oglądać CAŁKIEM LEGALNIE ten filmik i kończę tę notkę, bo długa wyszła. Zamelduję się w najbliższych dniach.

Bez odbioru!
(Jo)Hanna, [pełnoprawna] tropicielka pokulonych :D

sobota, 11 czerwca 2016

Życie jest niezdrowe

Z serii: szkoła - rozmowa z kolegą na polskim
Ja: *wyjmuję telefon, żeby policzyć średnią ocen*
Kolega: *namierza moją tapetę* Kto to jest na twojej tapecie? Jakiś aktor?
Ja: Aktor, nazywa się Karl-Otto Alberty.
Kolega: Aha. Fajne ma imię.
Nie wiem do końca czemu, ale jakoś mnie to rozczuliło. Pomijając żenujący fakt, że czasem mam problemy z bełkotaniem, zwłaszcza jak chcę coś wyrzucić z siebie za szybko albo się zdenerwuję, i początkowo zamiast powiedzieć "Karl" powiedziałam coś w stylu "Klałr". -.- Musiałam wziąć głęboki wdech i powiedzieć to spokojnie. Ale z drugiej strony to się nie dziwię sobie, bądź co bądź pierwszy raz wypowiadałam to nazwisko na głos.

Poza tym mieliśmy wczoraj w szkole targi pracy i pogadałam sobie z panią z wojskowej komisji uzupełnień. Dowiedziałam się, że kobieta może się zgłosić na ochotniczkę do wojska, przejść czteromiesięczne szkolenie przygotowawcze, i potem - jeśli chce - kontynuować naukę w szkole wojskowej, a jeśli nie, to wrócić do cywila, ale zawsze ma trening za sobą i jednak ma otwartą tę wojskową ścieżkę, i w ogóle różne takie. Przez moment pomyślałam o wojsku zupełnie na poważnie, dzisiaj już trochę poddaję to w wątpliwość, ale po tej rozmowie jakoś tak ostrzej zaczęło mi się to rysować.


Dzisiaj miałam imprezę urodzinową. Podziwiam moją kuzynkę-chrzestną za intuicję dotyczącą kupowania mi prezentów, bo dostałam od niej dwie książki, które w ciągu ostatnich dwóch tygodni wpisałam sobie na listę "do kupienia i przeczytania", a jeszcze ich nie miałam w domu:


Serio, to jest niesamowite. Jeden z lepszych prezentów, jakie ostatnio dostałam, zwłaszcza patrząc na to, że nikogo na niego nie nakierowywałam.
Poza tym dostałam sporo słodyczy - część oddałam do wspólnej rodzinnej szafki, bo jestem wybredna i sama ich nie zjem.
I pieniądze, które pewnie jednak przepieprzę na głupoty. W sumie nie mam na co innego, sporo moich znajomych przeznacza je na prawo jazdy, którego ja nie mam na razie w planach. Chociaż może wymyślę coś mądrego.
No i od groma kartek urodzinowych. Spodobało mi się hasło o życzeniach z okazji pierwszej osiemnastki. W sumie we wszystkich kartkach było coś fajnego. Bardzo mi się spodobał ten wierszyk:

Osiemnaście lat czekałaś,
by dorosłą wreszcie być.
Dziś marzenia swe spełniłaś,
zaczniesz pełną piersią żyć.
Lecz pamiętaj, że przed Tobą
jeszcze wiele, wiele lat.
Żyj więc mądrze, w zgodzie z sobą,
a cudowny będzie świat!

W pierwszej chwili po przeczytaniu o życiu w zgodzie z sobą pomyślałam o "spuszczeniu na drzewo" mojego wampira energetycznego i to w miarę wkrótce, z jednej strony to głupio brzmi, ale z drugiej szkoda mi trochę moich i tak już napsutych nerwów.
Tak przeglądam jeszcze te kartki... Co by tu jeszcze zapisać... O, to jest fajne:

Życzymy [...] cudownych uczuć, które zawsze trafiają w odpowiednie miejsce i do odpowiednich ludzi. Wytrwałości, by każdy dzień był lepszy od poprzedniego. Aby nieosiągalne cele stały się zdobyczami codzienności.

To ostatnie zdanie jest fajne. Takie trochę motto.
O, te życzenia też są piękne:

Życzymy Ci:
Uważnych oczu, które dostrzegą sprawy życia codziennego
Takich uszu, które wyłowią wszelkie przemilczenia
Takich rąk, które będą zawsze chętne do pomocy
Mądrych słów wypowiedzianych we właściwym momencie
Kochającego serca, któremu pozwolisz prowadzić się przez życie
Wiary, nadziei i miłości, które nadadzą sens Twojemu życiu

To jest takie... poruszające. I mówię to bez ironii.

Z życzeń to w sumie tyle. ;)

Z serii: złote myśli - przy rozmowie o (nie)zdrowym odżywianiu padło hasło Życie jest niezdrowe - kto żyje, ten umiera.
Musiałam to tu zapisać, bo jest przegenialne. Chyba pójdzie do mojego opisu od lipca. Przez opis mam na myśli zakładkę O mnie, gdzie teraz mam hasło Nie ma zdrowych ludzi, są tylko niezdiagnozowani. Miałam w planach je zmienić w lipcu na rocznicę tego bloga i istnienia mnie jako na początku Welcome Here In My World, teraz jako Johanna, i teraz przynajmniej mam konkretny pomysł.


I wiecie co? Po tej imprezie i poczytaniu sobie tych wszystkich życzeń jeszcze bardziej poczułam, że mam już osiemnaście lat. Co prawda rozmawiałam o tym z narzeczonym mojej siostry i razem doszliśmy do wniosku, że tak do końca poczuję bycie pełnoletnią, jak skorzystam z większej ilości przywilejów, jak pójście na wybory (dziś tylko legalnie wypiłam piwo), ale jednak dostałam jakiś taki zastrzyk energii.

A teraz dobranoc, idę trochę pograć w grę, bo mam dziś do tego wenę. Albo skończę pisać jakiś rozdział.

czwartek, 9 czerwca 2016

Pełnoprawna tropicielka pokulonych

Witam was wszystkich bardzo serdecznie w tę piękną i słoneczną [przynajmniej u mnie] siedemdziesiątą czwartą rocznicę pogrzebu Reinharda Heydricha! Nie, wcale nie jest po dwudziestej trzeciej, jak to publikuję, i hasło o słonecznej wcale nie brzmi źle...
Ej, i wiece co? To nawet ma swoją wzmiankę na polskiej Wiki xD Nie żebym miała z tym jakiś problem, ale trochę się zdziwiłam dzisiaj mimo wszystko, jak sprawdzałam na stronie 9 czerwca, czy to jest.

Przypomniało mi się, co jeszcze mogłam wczoraj napisać. Na godzinie wychowawczej czytałam biografię Heydricha i pomiędzy mną a kolegą, który ze mną siedzi w ławce, wywiązał się taki dialog:
On: Co czytasz?
Ja: *pokazuję okładkę*
On: O. Nazista.
Ja: No. Bo mnie to ciekawi.
On: Hania, a ty jesteś nazistą?
Ja: E... nie?
Jak już, to neonazistą xD Nie no, żartuję, tak na serio to nie jestem.


Kurde, zamiast uczyć się na sprawdzian z historii albo chociaż pisać tego posta, to przez dobrych dziesięć minut rozplątywałam łańcuszek. A i tak mi jeden supeł został.


Dobra, to ja przejdę może do tematu, bo nie czarujmy się, jest jeden, którego od dłuższej chwili unikam. A mianowicie: od dzisiaj możecie ze mną legalnie pójść na piwo. A przynajmniej ja będę legalnie piła to piwo.
Czyli jak dwa razy pośrednio powiedzieć, że tak, dziś mam urodziny i tak, mam już 18 lat. xD
I okazało się, że wszyscy, którzy mi mówili, że to tylko liczba i nic się nie zmieni - kłamali. Może to kwestia mojego indywidualnego nastawienia, ale jak sobie pomyślałam, że na przykład te wszystkie rzeczy, które wcześniej były dla mnie zakazane, jak kupowanie i picie alkoholu (tak jakbym piła jakoś specjalnie dużo xD) albo oglądanie filmów z ograniczeniem wiekowym (co już zdarzało się częściej) teraz są legalne, to od razu poczułam, że kurde, jednak coś jest inaczej.

To ja się może teraz pochwalę prezentami, bo już trochę ich dostałam. :)

Tutaj wisiorek i zmywalne tatuaże od siostry i częściowo też od jej narzeczonego. Nieświadomie sama sobie wybrałam wzór, bo początkowo miałam mieć tatuaż na stałe, ale tymczasowo zrezygnowałam, ale siostra mnie spytała, jaki bym wzór chciała mieć tego tatuażu na stałe i sprawiła mi taką niespodziankę. :)

Wszystkie (chciałam napisać "fszystkie", wtf?) trzy książki to kryminały osadzone w realiach Trzeciej Rzeszy, nie mogłam się powstrzymać, żeby nie zamówić. :)

Oprócz tego mam jeszcze jeden prezent, którego zdjęcie - jeśli nie zapomnę - wrzucę tu za kilka dni, bo musi się wyprać. A jest to koszulka od TubeRaiders ♥ Ostatnio pomyślałam sobie, że do bycia stuprocentową tropicielką pokulonych Niemców - poza, oczywiście, kolejnym mnóstwem książek o nazistach - brakuje mi właśnie tego, to sobie zamówiłam. I mam. :)

Pewnie coś jeszcze dostanę w sobotę, jak będę miała imprezkę dla większego grona rodzinnego. W sumie mam nadzieję, że to nie będą pieniądze, bo znowu przepieprzę na głupoty. W zeszłym roku cały hajs z urodzin wydałam na dzienniki Goebbelsa, i nie żeby to były głupoty, ale dostałam potem opiernicz i półroczny szlaban. Także tego.

Poza rzeczami otrzymanymi zrobiłam sobie sama prezent i wzbogaciłam się o kolejne (i ostatnie już) dwa filmy z Karlem-Ottonem, które mi były potrzebne do szczęścia. Teraz tylko czekać na wakacje i możliwość oglądania. ^_^


Dzisiaj w szkole nie miałam żałobnego nastroju. Z niektórymi osobami, z którymi się ostatnio zadaję było to niemożliwe - jeden kolega ostatnio ciągle napełnia mnie pozytywną energią, poza tym sporo osób złożyło mi życzenia urodzinowe i - o dziwo - nawet krótkie Wszystkiego najlepszego! okazało się być bardzo, bardzo miłe.
Ale są też niestety osoby, przez które mam dość wszystkich i wszystkiego i pragnę, żeby szkoła się już skończyła. To znaczy tak czy siak chcę, żeby się skończyła, bo chcę móc zamulać przed kompem do drugiej w nocy i wstawać o dziesiątej rano, ale trochę też dlatego, że chcę się odciąć od kilku osób, a zwłaszcza od jednej, która jest ostatnio moim wampirem energetycznym. O co mniej więcej chodzi wytłumaczy wam Olur, youtuberka, której filmik wstawię tutaj, powiem wam tylko, że zdaję się mieć do czynienia ze skrzyżowaniem mieszkańca ciemności i emocjonalnego pasożyta. Nie chcę oceniać, zwłaszcza że mogę to robić trochę mylnie, ale mam swoje odczucia i swój punkt widzenia, który jest taki, że to paskudne, kiedy wstaję rano z w miarę pozytywnym nastawieniem do świata, a potem jedynie zerkam na kogoś i czar pryska, bo wiem, że może być źle. Zdecydowanie potrzebuję dwóch miesięcy przerwy od tego.

Dobra, zostawiam was z filmikiem, a sama idę powtórzyć jeszcze historię. Nie, wcale nie zaczęłam uczyć się wczoraj, wiedząc o nim od tygodnia.




PS. Tak wygląda zrobiony tatuaż. :)

środa, 8 czerwca 2016

I'm a rebel

Jestem buntownikiem - jak wracałam dziś ze szkoły, to wysiadłam z autobusu pierwszymi drzwiami, które z założenia są tylko do wsiadania. xD Było dużo ludzi i zanim bym przeszła do środkowych to by mi życie przeminęło, to dlatego.


Pamiętacie może psa mojej cioci, którego zdjęcia wrzuciłam tu w wakacje? Tego, który miał tajną bazę w łazience? Otóż wczoraj przydarzyło się, że zdechł. Smuteczek :'(


W sumie to nie chce mi się dzisiaj tu pisać - chociaż trochę chce, ale muszę się uczyć - ale stwierdziłam, że z racji jutrzejszego "święta" wypada. Mam takie przyzwyczajenie jeszcze z gimnazjum, kiedy bardzo na bieżąco pisałam pamiętnik, żeby pisać dzień przed urodzinami i w dniu urodzin. Nie mam pojęcia po co, ale tak już jest. xD


Doszłam dziś do wniosku, że na co dzień mam zbyt smutny wyraz twarzy, bo dzisiaj mi było (psychicznie) szczególnie smutno, a nikt nie zauważył.
Ale ja zauważyłam, że ostatnio mam całodniowe huśtawki nastrojów, całodniowe w takim sensie, że w szkole zamulam i chce mi się płakać, a w domu dostaję głupawki i nawet nie wiem czemu.
No dobra, wiem czemu dostaję głupawki, ale o tym ciii... xD
A do zamulania chyba mnie już sama w sobie szkoła doprowadza. Dwa tygodnie do zakończenia roku (no, dwa + dwa dni, ale za dwa tygodnie już nikogo w szkole nie będzie), a jeszcze mam trzy sprawdziany, no błagam -.- Na szczęście ostatni będzie w przyszły wtorek, a potem już luz blues akwamaryna [nie pytajcie czemu tak, to moje hasło z gimbazjum].



W sumie nie mam nic więcej ciekawego do napisania (znowu), więc żegnam się z wami i idę wytrzymywać do północy, bo sobie obiecałam, że tak zrobię.

wtorek, 7 czerwca 2016

Koteły

No i znowu się nie odzywałam przez kilka dni. Ale to dlatego, że teraz na zmianę się uczę i zamulam przed kompem, w sensie tak typowo zamulam, bo siedzę w necie i nie chce mi się pisać ani nawet grać. Najważniejsze, żeby ten tydzień minął, potem to już z górki.


W sumie to czuję się w obowiązku uzupełnić kartkę z kalendarza z ostatniego tygodnia, bo ominęłam już dwie rocznice.

1 czerwca 1963 - W Izraelu powieszono nazistowskiego zbrodniarza Adolfa Eichmanna. [Egzekucja miała miejsce o północy z 31 maja na 1 czerwca, ja uznaję datę czerwcową, na Wiki znajdziecie maj].
4 czerwca 1942 - W wyniku ran odniesionych 27 maja w zamachu w Pradze umiera Reinhard Heydrich, niemiecki dygnitarz nazistowski.

I - o dziwo - nie zamulałam w sobotę, a przynajmniej nie tak, jak 17 sierpnia, co mnie samą zdziwiło. W czwartek będzie zabawnie. Ubrałabym się na czarno do szkoły, ale w sumie nie mam czarnych ubrań. Jedyne czarne spodnie, jakie mam, są galowe i głupio byłoby mi wyjść w nich z domu bez okazji, a koszulka od Smike'a poszła dziś do prania. Ale może uda mi się wkręcić w rozmowę typu: "Hania, czemu jesteś smutna? Coś się stało, ktoś umarł?" - "I tak nie zrozumiesz!". xD



Znalazłam to przed chwilą i musiałam wstawić. xD


Ale wracając tak trochę do tematu, to w wakacje mocno mi się nudziło (te ostatnie były wyjątkowo niezajęte dla mnie) i pewnie stąd w rocznicę śmierci Hessa mnie dopadła czarna rozpacz. A w sobotę miałam zajęcie. Byliśmy z wizytą na wsi u rodziny narzeczonego mojej siostry (i "narzeczony" to słowo bez ironii, ale o tym może kiedy indziej) i bawiłam się z małymi kotami. Patrzcie, jakie fajne były!





Tylko prawie za każdym razem, jak się rozczulałam i mówiłam, że są słodkie i fajne, to tata mnie gasił. -.- Nikt nie rozumie, że ja nie chcę mieć nowego kota i nic nie sugeruję, ale po prostu koty in general ciągle mi się podobają.
Poza bawieniem się z kotami spodobałam się podwórkowemu psu (i to też bez ironii, moja siostra mówi, że dawno nie był tak zadowolony jak w sobotę) i kilka razy na mnie skoczył. Skończyło się to malowniczym siniakiem na lewym ramieniu. Poniżej - stan z dziś.


Wczoraj w szkole najpierw powiedziałam koledze, że wyglądam jak ofiara przemocy domowej, a potem, że podam go na policję za pobicie i nikt mu nie udowodni, że to nie on. xD

Poza tym strzelałam z karabinu do puszki po piwie (parę razy trafiłam!) i miałam w rękach najprawdziwszy hełm z czasów drugiej wojny wykopany na polu, ale z tego już nie mam zdjęć. Następnym razem muszę pamiętać, żeby ktoś mnie nagrał, jak strzelam, chcę mieć z tego pamiątkę za kilka lat.


I to w sumie tyle na dziś. Muszę jednak pisać częściej, bo wtedy nie zapominam, co mam do powiedzenia.

piątek, 3 czerwca 2016

Byle do wakacji

Zaczniemy od suchara:
Jak śmieje się las?

Mech mech mech mech mech!
xD


Czerwiec to chyba pierwszy miesiąc, w którym nie pisałam pierwszego dnia. Nie licząc lipca, w którym zaczynałam dopiero pisać i to było szesnastego. Mówi się trudno.



Piosenka tygodnia! ↑
Jakoś tak od trzech dni nie mogę przestać tego słuchać. Nawet nie wiem czemu xD Ale serio, wpadło mi w ucho.


W sumie to nie wiem, czy powinnam to tu pisać, ale co tam. W wakacje nie miałam tu hamulców, a teraz to tam... :)
Zauważyłam, że im dłużej chodzę do szkoły, tym bardziej mam dość niektórych moich znajomych z klasy. Tak jak w ostatnie wakacje narzekałam, że nikt do mnie nie pisze (chociaż i tak trochę ironicznie), tak teraz chciałabym już mieć wakacje, żeby troszkę odpocząć od niektórych twarzy i rozmów z niektórymi. A paradoksalnie - a może to wbrew pozorom właśnie dlatego - najchętniej odpoczęłabym od koleżanki, z którą spędzam najwięcej czasu i co to wszyscy myślą, że się z nią przyjaźnię, a ja tego nie cierpię tak nazywać. Jak z nią rozmawiam, to coraz rzadziej wiem, co jej odpowiadać, a nie zmienię też tematu, bo może po blogu tego nie widać, ale zazwyczaj jestem średnio wylewna i większość rzeczy, które mi w trakcie takich szkolnych rozmów przychodzą do głowy, nie nadają się na szkolne rozmowy, jedynie na bloga, czasem do domu.

W ogóle uświadomiłam sobie właśnie, że mam zabawne pojmowanie prywatności. Uzewnętrzniam się w Internetach po to, żeby w szkole mówić prawie nic. Zdaje mi się, że z tych rzeczy, które opisuję na blogu, to ludki ze szkoły wiedzą w sumie tylko tyle, że się interesuję nazizmem.
No ale jak ja bym miała rzeczy z bloga powtarzać w szkole, jak mi tutaj było głupio napisać, że Karl-Otto jest teraz moim ulubionym aktorem, a co dopiero na głos to komuś opowiedzieć. xD


Idę powoli spać, bo jutro będzie męczący dzień.
Dobranoc!