wtorek, 21 czerwca 2016

Hej, czy nie jest pięknie?

Powiem wam, że chociaż nie kupiłam nic z tego, co naprawdę chciałam, dzisiejszy dzień był po prostu IDEALNY.
Ale zacznijmy od początku.


Wstałam o siódmej, żeby pojechać do szkoły i zostawić w sekretariacie coś dla jednej z nauczycielek. Już wtedy zaczęło się pasmo dobrych wydarzeń - okazało się, że moja wychowawczyni, z którą miałam mieć pierwszą lekcję, na którą w sumie planowałam pójść, była zajęta i zamiast wyjść na autobus jadący o 8:54, jechałam do Katowic już o 8:19, dzięki czemu byłam na miejscu... no, dużo wcześniej. :) Dodatkowo nie musiałam wracać do Piekar i przesiadać się na autobus do Kato, tylko pojechałam od razu spod szkoły.
Kiedy już wysiadłam z autobusu, który się nie zepsuł, chociaż kolega mi tego życzył, kiedy się dowiedział, że nie idę na żadną lekcję i pięć po ósmej już się zmywam - pozdrowiłam go środkowym palcem w odpowiedzi, bo mnie zdenerwował - podreptałam do Galerii Katowickiej do sklepu militaria.pl po bojówki. Nie mogłam znaleźć modelu, który namierzyłam na stronie internetowej i chciałam kupić, więc wzruszyłam ramionami i wyszłam ze sklepu. O dziwo, nie przyszło do mnie marudzenie, a myśl: "Spoko, nie teraz, to kiedyś, przynajmniej zaoszczędziłam trochę pieniędzy".

Kolejny etap jest naprawdę warty uwagi, ponieważ mogę go zacząć od mega pozytywnej rzeczy: nie zgubiłam się w Katowicach! Z Galerii Katowickiej musiałam przejść na przystanek tramwajowy Katowice Rynek, żeby dojechać do Silesia City Center. Co prawda żenujący fakt jest taki, że, kiedy już sprawdziłam na rozkładzie znajdującym się na bliższym przystanku, czy kolejnym faktycznie jest Katowice Rynek, zapomniałam wziąć pod uwagę ruch prawostronny, strony świata oraz wpływ faz Księżyca na pływy morskie i zaczęłam iść w zupełnie innym kierunku niż powinnam. Na szczęście z pomocą w porę przybył mi tramwaj, który jechał na wprost mnie, zamiast wyjechać mi zza pleców. Kiedy go zobaczyłam, zaśmiałam się po cichu i zrobiłam w tył zwrot. No i poszłam już w dobrą stronę i na dobry przystanek. I - pomijając to pójście w złą stronę - jestem naprawdę z siebie dumna! Bo przynajmniej na ulicy byłam dobrej. :D I wiedziałam, gdzie mam się znaleźć. :)

Bez przeszkód dotarłam do SCC i uwaga, bo teraz będzie historyczny fakt. Byłam pierwszy raz w Starbucksie! Byłam w SCC przed dziesiątą, kiedy jeszcze większość sklepów jest pozamykanych, to musiałam zagospodarować czas, w dodatku naszła mnie ochota na coś słodkiego, to stwierdziłam, że pójdę właśnie tam. Podeszłam, kupiłam sobie gorącą białą czekoladę i odeszłam. Była pyszna, nie mogłam odżałować, kiedy się skończyła, a jeszcze i tak miałam największy kubek. Szkoda tylko, że naprawdę sporo kosztuje, ale raz na jakiś czas można skorzystać.
Zdjęcie na dowód. :)


W ogóle uważam, że to pisanie imion na kubkach jest fajne. Nawet nie wiem czemu, ale to jakieś takie... miłe. I ciekawe.

Potem pobiegałam po sklepach w poszukiwaniu białego golfu i nie znalazłam. Smutek trochę :( Ale potem stwierdziłam, że w sumie nie powinno mnie to dziwić, że pod koniec czerwca w sklepach nie ma golfów, a raczej do zimy nie zapomnę, że miałam sobie kupić. :D

Na koniec poszłam pocieszyć się w Empiku. Miałam nadzieję kupić max jedną książkę, wyszłam z trzema. xD Ale i tak wydałam mniej niż rok temu na dzienniki Goebbelsa, także jest spoko.



Opis pierwszej: lubimyczytac.pl/ksiazka/190359/to-co-zostalo
Opis drugiej: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/194492/ostatnie-dni-naszych-ojcow
Opis trzeciej: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/151624/osobliwy-dom-pani-peregrine
Na pierwszą i trzecią polowałam już od dłuższego czasu, drugą miałam dziś w rękach drugi raz w życiu, ale zachęciła mnie tematyka i nazwisko autora, którego już znam i cenię.

No i potem poszłam już na przystanek tramwajowy. Przejechałam trzy przystanki, poszłam czekać na autobus, tradycyjnie kupiłam sobie w kiosku sok pomarańczowy i pojechałam. Tym razem obyło się bez skrętów w lewo zamiast w prawo. Kolejny sukces jest taki, że udało mi się wyjść z SCC o takiej godzinie, że nie musiałam patrzeć, jak mi autobus odjeżdża sprzed nosa i czekać z dwadzieścia minut na następny, ale czekałam bodajże pięć minut, w dodatku na busa, którym najszybciej dojechałam.


Ostatni sukces jest taki, że dzisiaj chyba pierwszy raz byłam sama na zakupach i nie padał deszcz. Zwykle jak sama gdzieś jadę, to potem łapie mnie ulewa albo chociaż zapowiada ulewa, a dziś nawet słoneczko świeciło. Trochę niepotrzebnie targałam ze sobą kurtkę przeciwdeszczową, ale to z powodu moich wczorajszych doświadczeń, kiedy zmokłam w drodze do szkoły. Poza tym tak sobie myślę, że pogoda nie dość, że lubi być przewrotna, to nie lubi mnie i gdybym tej kurtki nie miała, to by padało od rana przez cały dzień.


Dzisiaj dodatkowo przekonałam się, że Katowice to jednak wielokulturowa metropolia jest. W samej Silesii minęłam:
- dwie dziewczyny rozmawiające po angielsku
- parę rozmawiającą po niemiecku
- trzy Azjatki
- Murzynkę
- Arabkę/muzułmankę (kobietę o ciemniejszej karnacji z chustą na głowie, stąd takie przypisanie).
Oprócz tego widziałam jednego z członków kabaretu Łowcy.B, tego, który na zdjęciu niżej stoi po lewej.


https://i.ytimg.com/vi/u82c2ixWenQ/maxresdefault.jpg
Chyba że to był tylko ktoś bardzo, BARDZO do niego podobny, ale trochę wątpię. W sumie mogłam podejść i zapytać, ale był z (tak sądzę) żoną i dzieckiem, to mi było głupio.
Siostra mi mówi, że jeżeli mi się przynajmniej wydaje, że go widziałam, to znaczy, że go widziałam, bo takie skojarzenia nie biorą się znikąd.


Ogólnie to jakichś samych pozytywnych ludzi dziś spotykałam. Bałam się, jacy będą sprzedawcy w Starbucksie, ale dziewczyna, która mnie obsługiwała, była przesympatyczna i całkiem wyluzowana, mimo że dopiero się uczyła. Tak samo chłopak, który podawał mi gotową już czekoladę. I jeszcze taki pozytywny był chłopak w kiosku, w którym kupowałam sok. Sprzedawczyni, która mnie obsługiwała w Empiku, była najmniej pozytywna, ale też nie była jakaś bardzo gburliwa, taka normalna w sumie była.


Wracając na koniec do początku - niby nie kupiłam tego, co naprawdę chciałam, ale ten dzień chyba nie mógł być lepszy. :)
PS. Tytuł posta już się kiedyś na blogu pojawił (w ostatnie wakacje), ale powoli kończy mi się inwencja twórcza, poza tym dziś pasuje. :3

2 komentarze:

  1. A którym tramwajem jechałaś: 19 czy 6? :D Mnie też się czasami zdarza pomylić kierunki i to w miejscach, które znam :D
    Wiele narodowości krąży po Katowicach, ale jak sama zauważyłaś, jest też dużo sympatycznych osób. Uwielbiam ich spotykać.
    Nie piłam jeszcze białej w Starbucksie, teraz czekam na Berry Hibiscus - napój malinowy z dodatkiem kwiatu hibiscusa. Dla mnie pycha <3 Jak się spotkamy (bo się spotkamy!), to może już będzie i pójdę.
    Następnym razem może kupisz ubrania, golf nie macha jeszcze na pożegnanie.
    Fajnie, że dzień minął Ci miło :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 6 :) Do wyboru miałam też 11, zresztą to ten tramwaj mnie oświecił, że źle idę i uciekł chwilę potem sprzed nosa, ale na szczęście jak już się ma te kilka możliwości do wyboru, to potem co chwilę coś jedzie.
      Jak będzie, to może i ja się skuszę :) Zaczęłam od czekolady, żeby się nie zrazić przy pierwszym razie (jestem wybredna i nie wszystko mi smakuje), chociaż już biała była małym eksperymentem. Na szczęście się nie zawiodłam. :D

      Usuń