sobota, 30 lipca 2016

Wyzwania

Miałam dziś poprowadzić jakąś śmieszną rozkminę, ale zapomniałam, na jaki temat, więc ograniczę się do zrobienia z siebie idiotki w trzech zdaniach i obgadania dwóch spraw.


Dzisiaj padało u mnie w mieście i w chwili największej ulewy postanowiłam wystawić głowę przez okno w kuchni. Okno w kuchni to tutaj zwrot-klucz, bo praktycznie nie ma nad nim żadnego daszku i podlałam sobie głowę, bo nic jej nie chroniło. Wycofałam się, jak mi takie wredne duże krople zaczęły padać na kark.
Zastanawiam się, co się ze mną ostatnio dzieje, bo coraz dziwniejsze rzeczy robię. xD



Skończyłam dziś czytać ostatni tom Ali Makoty. Tym samym w lipcu przeczytałam 7 całych książek (6 tomów AM + Tajemniczy Ogród), jedną dokończyłam i jedną doczytałam do połowy. Dobry wynik jak dla mnie. Robię podsumowanie już teraz, bo jutro nawet nie biorę się za czytanie, a to wynika z kolejnej sprawy.


Świat jest przeciwko mnie. Mam zamiar opublikować jutro rozdział na Życie jest podróżą. Problem jest taki, że mam napisanych tylko kilka zdań. Chciałam sobie dojść tak do połowy dziś w nocy (bo przecież do pierwszej mogę posiedzieć), skończyć jutro i wrzucić, nawet gdyby to miało być gdzieś tak o 21-22. Ale się okazało, że jutro idę do kościoła na 9:00, czyli muszę wstać o 8:00, a w praktyce to będę mieć pobudkę o 7:30, bo mnie rumory łatwo budzą, a jak poza mną są 4 osoby w domu, to ciężko, żeby ich nie było.
A prawda jest taka, że pewnie i tak dosiedzę do pierwszej. xD Choćbym miała jutro być trupem, chcę wrzucić ten rozdział, bo będę miała wyrzuty sumienia, że nie zdążyłam do końca lipca wszystkich opowiadań zaktualizować.


I to na dziś tyle. Lecę, może już coś napiszę w tym rozdziale.

piątek, 29 lipca 2016

Czas na zmiany

Coraz bardziej się zastanawiam, czy nie powinnam iść na studia do Katowic na WSZOP. Tak jak kiedyś wspominałam - tam się płaci czesne, ale niższe niż mi się wydawało, i czuję się przez to kuszona. Ale posłuchajcie, jak do tego doszło, że jestem kuszona, bo ta historia jest przegenialna.
Wczoraj z ciekawości sprawdziłam, jakie dokładnie jest to czesne, bo mi się strona WSZOPu na Facebooku wyświetliła w proponowanych i mi się przypomniało. I się okazało, że ta astronomiczna kwota kilkunastu tysięcy polskich złotych, którą już kiedyś widziałam, to koszt całych studiów (trzyletni licencjat), a nie jednego roku, jak się Johannie, waszej kochanej idiotce, wydawało.
Nieeeee no, ja na serio ślepa jestem i głupia. xD Bo ja sobie mówię - no kurde, kusi mnie, ale skąd ja wezmę piętnaście tysięcy rocznie na studia. A tam na rok jest pięć! To ja sobie przecież nawet sama mogę opłacić te studia, bo mam własne oszczędności z kilku lat, ja mogę nawet do pracy w wakacje chodzić, jak mi braknie, a i tak pewnie skończy się na tym, że trochę rodzice mi dołożą, jak się zdecyduję.
Tak więc... zobaczymy, zobaczymy.

Poza tym oglądam kierunki. Zaciekawił mnie "Film i kultura nowych mediów". Nie jest to typowe dziennikarstwo, ale mogłabym pracować w gazecie-wydawnictwie-telewizji albo nawet robić coś w Internetach, i to byłoby - za przeproszeniem - zajebiste, bo jednak odnajduję się w blogosferze i gdybym mogła mieć papierek, że mogę to (czytaj: pisanie do netów) robić zawodowo, i jeszcze ciągnąć z tego hajs, to byłoby to jeszcze lepsze. Niby najpierw trochę bym musiała zapłacić za te studia, ale potem... mmm...

No i studia w Katowicach! Katowice znam coraz lepiej i czuję się tam pewnie*, perspektywa studiowania tam jest dla mnie o wiele lepsza niż wizja dojazdów na anglistykę do Sosnowca, nawet, jeśli to ma się odbyć kosztem płatnych studiów.

Dobra, mam jeszcze kilka miesięcy na myślenie, więc już kończę truć.

*Przypomniało mi się coś a propos takiego czucia się dobrze w Kato. Kojarzycie taką piosenkę dotyczącą papieża Jana Pawła II, gdzie w refrenie leci To jest moje miasto, Wadowice? W moim gimnazjum obchodziliśmy hucznie dzień papieski, bo JPII był (i w sumie to nadal jest) patronem. Grupa uczniów śpiewała tę piosenkę na korytarzu w ramach przygotowań, i nauczyciel geografii, z którym moja klasa miała akurat lekcję, zaczął śmieszkować i przerobił to na To jest moje miasto, Katowice. Jakoś mnie to śmieszy do dziś. xD


Dzisiaj papież Franciszek był w obozie w Auschwitz i modlił się też w celi głodowej Maksymiliana Marii Kolbego. Jak włączyłam magiczne pudełko, to na tefałenie dwa cztery było akurat studio i prezenterka mówi coś w stylu: Ale nasi telewidzowie pewnie niewiele wiedzą o ojcu Kolbe, więc my trochę opowiemy... A ja na to: Pffff, wiem pewnie więcej niż pani, i jeszcze pani z kartki czyta.
A potem moja duma zdobywczyni pierwszego miejsca w konkursie wiedzy o ojcu Kolbe nakazała mi ostentacyjnie zmienić kanał.

Ciekawostka o mnie: nie zmieniałam zdjęcia profilowego na prywatnym Facebooku od konkursu o Kolbe, czyli od połowy marca, i to chyba na razie mój rekord, jeśli chodzi o czas posiadania jednego profilowego. Przyszedł czas na rewolucję!
Żartuję, rewolucji nie będzie, bo lubię to zdjęcie, poza tym nie mam innego ładnego chwilowo, a nie chce mi się na siłę robić.


Ej, szkoła się dziś o mnie upomniała. xD A raczej upomniała się o to, żebym zabrała swój hajs, bo mi się przynależy szkolne stypendium za wysoką średnią.
Mama mi powiedziała, żebym nie jechała, bo jak dostanę te pieniądze, to przepieprzę na głupoty, a jak odbiorę we wrześniu, to już będę miała inne rzeczy w głowie i ich nie wydam tak szybko.
Tak na serio to mama mi tylko powiedziała, że jak nie chcę, to mam nie jechać, bo mi się te pieniądze przynależą i we wrześniu też mi je szkoła powinna dać, a ja mogę być w tej chwili zajęta. Resztę dopowiedziałam sobie sama.


O, wiem, co jeszcze chciałam napisać. Osiągnęłam swój wakacyjny cel - późne chodzenie spać i późne wstawanie. W nocy z wczoraj na dziś poszłam spać o pierwszej, a rano wyciągnęłam się z łóżka o dziesiątej. I w sumie to nie pierwszy raz, od zeszłego tygodnia chyba już ze trzy razy tak zrobiłam. W sumie nie wiem, czemu mnie to cieszy, ale mnie cieszy. :)


A na koniec sierpnia definitywnie jadę na tę wystawę o van Goghu do Krakowa, bo stwierdziłam, że nie będę cały miesiąc w domu zamulała, a nie mam nic innego do roboty.


Idę sobie, bo chyba mnie wena naszła i normalnie czuję, że jeszcze dziś skończę rozdział na Gorycz rozkoszy (jeeee!).

czwartek, 28 lipca 2016

Niecierpliwość

Dłuższą chwilę mnie tu nie było - bo uważam, że po codziennym pisaniu dwa dni przerwy to już dłuższa chwila - ale pomyślałam, że jak obiecałam milczeć na temat listu, to sobie trochę pomilczę na temat wszystkiego, bo mnie ciągle roznosi i tylko o tym liście bym mogła pisać.
Chciałam już nie poruszać tego tematu, ale bardzo się muszę wygadać.
Wkurzam się sama na siebie i na swoją niecierpliwość. Już we wtorek mówiłam sobie: Kurde, czemu ta odpowiedź nie przyszła dziś? A potem policzkowałam się (serio), żeby się wrócić do rzeczywistości, i mówiłam: Ej, ogarnij się! Wysłałaś list wczoraj w południe! ON go jeszcze nie dostał, a ty chcesz mieć odpowiedź?
Z ciekawości zerknęłam jeszcze raz na tę stronę, gdzie wyczaiłam adres Karla-Ottona - z drugiego konta, założonego przez jeden z pierdyliarda moich zapasowych maili, bo po tygodniu się tam kończy darmowe użytkowanie i musiałabym zapłacić chyba 5 dolarów za miesiąc, co mi się nie kalkuluje - i sprawdziłam, ile ludzie czekali na odpowiedź od niego. I tak: ktoś dostał odpowiedź po pięciu dniach, ale to był jakiś typ z Niemiec, a wiadomo, że jak się wysyła coś na terenie jednego kraju, to to wszystko szybciej się dzieje. Potem okresy oczekiwania wahają się od 20 do 321 dni. Mam nadzieję, że będę miała szczęście i jednak będę czekała krócej niż prawie rok...
Poza tym dalej nie mogę nadziwić się typowi, który dostał od Karla-Ottona już dwie odpowiedzi i napisał już trzeci raz. I jeszcze mu wysyła ciągle te same zdjęcia, bo ciągle z tego samego filmu, w którym Karl-Otto grał dwie sceny. No mi byłoby głupio. Co z tego, że pomiędzy pierwszym i drugim listem było 8 lat xD Ja i tak bym się na to nie zdobyła.
Ale co w tym dziwnego, jak ja na wypowiedzenie głośno jego nazwiska nie potrafię się zdobyć, nawet pod nosem, jak mówię coś do siebie. Na blogu to inaczej wygląda, bo na blogu piszę, a nie mówię, i tak sobie piszę, że Karl-Otto to, Karl-Otto tamto, siamto i owanto, a w tym samym czasie (czyli od maja) na głos powiedziałam jego imię i nazwisko dwa razy: jak mówiłam koledze, kogo mam na tapecie, i jak mówiłam mamie pierwszy raz o liście. I jeszcze bełkotałam przy tym i się jąkałam. Trochę mnie to przeraża...


Jakiś taki zamulasty jest ten tydzień. Jak na razie nie zrobiłam nic! No dobra, wczoraj dokończyłam czytać jedną książkę, którą czytałam od pół roku. Dziś może skończę kolejną, bo nawet mam ochotę. Ale najpierw musiałabym coś napisać...
O, właśnie, i wrzuciłam rozdział na Podróż do III Rzeszy. Jakoś ostatnio to opowiadanie najlepiej mi się pisze. Ale nie ma tak dobrze, muszę jeszcze zaktualizować pozostałe dwa. Dałam sobie czas do końca tygodnia/miesiąca (bo to to samo) i jeszcze nie mam pojęcia, jak się wyrobię, ale się wyrobię! A w dodatku mam kolejne... cztery pomysły, w których zawiera się: jedno fanfiction, jedno zakamuflowane fanfiction, jeden odgrzewany kotlet (bo już coś podobnego próbowałam pisać) i jeden bardzo niesprecyzowany pomysł (bo natchnęło mnie na formę, ale treść jest pod bardzo dużym znakiem zapytania). Nie chcę bombardować netu moimi pomysłami w nadmiernych ilościach, tak samo jak nie chcę sobie dokładać obowiązków, więc raczej będę te nowe projekty będą sukcesywnie wprowadzane w życie po zakończeniu trwających opowiadań. Czyli w sumie będą je zastępować. Chyba że się wydarzy tak, że nie skończę żadnego z nich do matury (mam zamiar skończyć Życie jest podróżą trochę wcześniej, bo na ten moment prowadzę je bądź co bądź najdłużej, ale nie jestem pewna, jak się sprawy ułożą), to wtedy przez moment będę prowadzić cztery opowiadania, bo jak już skończę szkołę, to jednak będę miała troszkę więcej czasu. W sensie w wakacje, bo potem na studiach już może nie być tak kolorowo, zwłaszcza że chcę iść na dzienne. Chyba że nie zdam matury z matmy albo z polskiego ustnego i będę się uczyła do poprawki. xD Nie no, żartuję, mam zamiar wszyściuchno ładnie zdać w pierwszym terminie.

Trochę przeraża mnie fakt, że za rok o tej porze będę miała zdaną a przynajmniej teoretycznie xD maturę. Jakoś tak czas ostatnio szybko leci. Ej, ja dopiero do gimnazjum szłam niedawno! A tu się liceum prawie kończy. Chociaż bardziej mnie, że tak powiem, zastanawia to, że za rok ten blog będzie miał dwa latka. W sensie ciekawi mnie, jakie to będzie uczucie, mieć bloga, który przetrwał tyle. Niby mam dwa takie, ale nic tam nie dodaję i to co innego, bo tutaj mam zamiar pisać.


Dobra, kończę pisać, bo zaczynam na dziwne tematy schodzić. To pewnie z tych nerwów. Albo z głodu, bo za chwilę mam obiad.

poniedziałek, 25 lipca 2016

This is the end

Rano mama przed wyjściem do sklepu przychodzi do mnie do pokoju i mówi:
- Hania, ty chcesz iść na tą pocztę? Bo ja ci mogę wziąć ten list i tata pójdzie.
A ja na to rozpaczliwym tonem:
- NIE! Pójdę! Chcę pójść!
Czułabym się dziwnie, gdybym wszystko załatwiła sama, ale nie mogła postawić kropki na końcu zdania i zrobić najważniejszej rzeczy: wysłać listu. Bo co to za zabawa? No i będę potrafiła wysłać list. Co prawda nie wiem, ile jeszcze będę miała w życiu okazji, ale przynajmniej nie będę już się bała biegać na pocztę.


A więc:
Przed dwunastą wyszłam z domu.
Jakoś o 12:05 weszłam na pocztę.
O 12:15 napisałam smsa do mamy "List wysłany".
Tak, już po wszystkim. Mój list do Karla-Ottona Alberty'ego już czeka wśród wielu innych listów. I ja też już czekam.
Po wyjściu z poczty odetchnęłam z ulgą, bo już koniec załatwiania spraw w urzędach wszelkiej maści, ale też jestem trochę przerażona. Dopiero teraz uświadomiłam sobie do końca, co zrobiłam, a wysłałam list do znanej osoby. On będzie wiedział o moim istnieniu! On realnie przeczyta mój list i wyrobi sobie o mnie jakąś opinię, tak jak ja wyrobiłam sobie o nim! To mnie naprawdę paraliżuje strachem. Może mi przejdzie za jakiś czas...

Ale za jedno błogosławię los: za miłe panie na poczcie. Żyłam kilka-kilkanaście lat w przeświadczeniu, że panie na poczcie są jakieś gburowate, a tak naprawdę są uprzejme i uśmiechają się na do widzenia. A przynajmniej tak okazało się być na poczcie w moim mieście, gdzie chodziłam. I teraz nie będę bała się chodzić na pocztę.


Dziś krótko i wcześnie, ale muszę iść się czymś zająć, żeby w końcu przestać myśleć o tym liście. Od jutra przestanę też wam o nim truć. Może nawet uda mi się milczeć na temat Karla-Ottona, bo już pewnie macie dość. Jeśli nie, to bardzo mi miło, ale chyba jednak warto przystopować na kilka dni.
Teraz zajmę się grami. I książkami. O.

niedziela, 24 lipca 2016

Na finiszu

Uf... Jest 14:25, gdy to piszę. Przed chwilką skończyłam przepisywać list do Karla-Ottona i schowałam do koperty. Jeszcze tylko muszę przyciąć to zdjęcie i dołożyć do koperty, a jutro - pójść na pocztę. I skończone. Koniec z nerwami, że nie obejrzałam filmu, koniec z zastanawianiem się, co powiedzieć, koniec z bieganiem na pocztę!
Teraz dopiero zrozumiałam, ile tak naprawdę ten list napsuł mi krwi, bo gdy skończyłam, poczułam ulgę. Dobrze, bo z tych wszystkich nerwów prawie chodziłam po ścianach. Chociaż może okazać się, że to wszystko było czegoś warte, bo jeżeli Karl-Otto mi odpisze, to wiem, że będę bardzo zadowolona, a jeśli nie, to - tak jak mówiłam na samym początku tej całej "akcji" - przynajmniej będę wiedziała, że spróbowałam.

Nadeszła godzina osiemnasta, poszłam do taty i mówię:
- Tatoooo, mogę mieć do ciebie prośbę? Muszę przyciąć zdjęcie, żeby mi się do koperty zmieściło.
Tata się zgodził, a mama najpierw zapytała, czy mam koperty, a potem, jak pokazałam jej zdjęcie, to stwierdziła:


Ale morda!

Na co ja odpowiedziałam krótkim i treściwym:


Eeeeej...

A jak już dostałam wycięte zdjęcie do ręki, to dostałam też głupawki. Serio, przyszłam do pokoju i zaczęłam się śmiać. Chyba dlatego, że już wszystko gotowe.
Koperta już jest zaklejona i gotowa do wyjścia ze mną jutro na pocztę. Trzymajcie kciuki, żeby mnie wysyłka nie zaskoczyła niczym niespodziewanym, czy coś.


Pomijając fakt, że teraz będę czekać na list, w końcu będę mogła się oddać innym zajęciom. Ten ostatni tydzień lipca chciałabym spędzić w domu na pisaniu opowiadań i graniu w gry, chociaż w pierwszym tygodniu sierpnia może wybędę do Katowic na jeden dzień.

A w ostatnim tygodniu sierpnia być może pojadę do Krakowa. Wczoraj odkryłam, że od 20 sierpnia w Krakowie jest taka wypasiona wystawa o Vincencie van Goghu, i początkowo się przestraszyłam ceny, bo za bilet szkolny zapłacę 30 złotych, a trzeba jeszcze tam dojechać, ale rodzice zaczęli mnie namawiać, bo stwierdzili, że skoro mnie kusi, a wystawa jest taka multimedialna i zjeździła pół świata i takie inne sprawy, to czemu nie. I nawet nie będę musiała jechać sama.
Na ten moment w sumie ciągle się waham, ale mam jeszcze sporo czasu na decyzję. Skoro wystawa zaczyna się dopiero za miesiąc i jeszcze w razie czego ma być w Krk aż do listopada...


Na dziś to z mojej strony tyle. Trzeba się wziąć w końcu za coś :D Myślę, że skończę teraz jeden rozdział na opowiadanie. Albo po jednym na dwa opowiadania. A potem... zobaczymy, co potem. Może przejdę kolejną grę... Będzie fajnie. :)

piątek, 22 lipca 2016

"Ludzie listy piszą..."

Dzisiaj podpisałam koperty. O dziwo włączył mi się tryb ładnego pisma i nawet spoko to wyszło.
Zdjęć nie wrzucę, bo swojego dokładnego adresu nie chcę tu podawać. Musicie mi wierzyć na słowo.
Ale jak napiszę list i też będę zadowolona ze swojego pisma, to wtedy dam tu zdjęcia listu. To znaczy i tak będę miała te zdjęcia, żebym po hipotetycznym otrzymaniu odpowiedzi wiedziała, na co tak właściwie Karl-Otto odpowiadał (bo mogę zapomnieć, zwłaszcza jeśli będę trochę dłużej czekała), ale zobaczę, czy upublicznię.
Wiem, że to głupi problem, ale miałam problem, jakim długopisem pisać. Miałam kiedyś taki mój ulubiony, czarny, ale nieopatrznie pożyczyłam go koledze, który go potem zgubił. W sumie to nie wiem, czy zgubił, ale nie oddał mi już od pół roku. Szkoda mi tego długopisu, muszę gdzieś znaleźć taki sam i kupić. Gdybym miała ten długopis przy sobie, to pisałabym nim, ale że nie mam, to musiałam się zastanawiać. Koperty podpisałam takim z czarną obudową, ale piszącym na niebiesko, z wydawnictwa Sonia Draga, dostałam go na Targach Książki dwa lata temu. A list chyba przepiszę na czysto długopisem, który przywiozłam kiedyś z Wiednia. Też pisze na niebiesko, ale przynajmniej pisze ładnie.

Im bliżej poniedziałku - bo w poniedziałek chcę wysyłać list - tym bardziej jestem zdenerwowana. Niby nie mam czym, bo przekonałam się, że panie na poczcie są miłe i nie muszę martwić się wysyłką, bo jak powiem pierwsze zdanie, to potem samo poleci, tak samo list to jednak nie to samo co rozmowa twarzą w twarz (bo jakbyście mnie postawili twarzą w twarz z Karlem-Ottonem, to bym chyba nic nie powiedziała, a nad listem mogę myśleć), a jednak się denerwuję.


Skorzystałam z chwili samotności w domu i zdjęcie też już wydrukowałam. Ostatecznie zdecydowałam się na jedno.


Jeszcze muszę przyciąć, żeby się zmieściło do koperty, ale z tym już pójdę do taty. Nie będę ciąć sama i to nożyczkami, bo się boję, że zepsuję. Chociaż w sumie mamy jeszcze 19 arkuszy papieru fotograficznego na zbyciu...
Poza tym dziś postanowiłam wziąć sprawy swojego pokoju w swoje ręce i przyozdobić ścianę zdjęciami. Już wydrukowałam sobie dwa, tym razem na zwykłym papierze - mam to zdjęcie Karla-Ottona, które znalazłam przedwczoraj, i to, które będę mieć na koszulce. Innych sobie jeszcze poszukam.


Oglądałam Fakty na TVN. Nie było nic o Utoyi, więc strzeliłam focha i poszłam do siebie.
Ale mówili, że była dziś jakaś strzelanina w Monachium, zresztą o tej 19:00 to była wiadomość sprzed chwili. Szykuje się temat na najbliższe dni - oczywiście w magicznym pudełku, bo ja tam ostatnio mam jakoś wywalone na to, co się dzieje w świecie. Chociaż może jakieś informacje będę wyłapywać.

Co do Utoyi - na ten temat znalazłam tylko jakiś wywiad w Internetach. Nie jestem tym aż tak rozczarowana jak dwa lata temu (bo rok temu akurat się dziwnym trafem nasłuchałam, a trzy i cztery lata temu jeszcze było o tym głośno w rocznicę), ale i tak trochę smutam.


A tak w ogóle cały dzień nie potrafiłam sobie znaleźć miejsca ani rzeczy do roboty.
Nie skończyłam w końcu oglądać żadnego z filmów z Karlem-Ottonem. Mam mieszane uczucia, bo czuję, że wypadałoby obejrzeć chociaż jeszcze jeden, ale z drugiej strony nie wydaje mi się, żeby to uczyniło mój list mądrzejszym. Poza tym, sześć filmów to chyba nie jest mało?
Kurwa, to jest mało...
Mogłabym odłożyć wysyłkę listu na przykład o tydzień, ale boję się, że to i tak nic nie da, poza tym to kolejny tydzień chodzenia w nerwach z poczuciem, że tak czy siak robię z siebie idiotkę.
Jak ja żałuję, że mnie podkusiło :( Ale teraz to już w ogóle nie mogę się wycofać.
Spróbuję podbudować się tym, że on wydaje się być wyrozumiałym człowiekiem i cokolwiek nie napiszę, to będzie miłe. Tak, właśnie to sobie będę powtarzać.
Ciągle paplam o tym liście... aż mi głupio. Ale ja teraz tylko tym żyję; mam nadzieję, że mi wybaczycie. Po poniedziałku zamilknę na ten temat.

Pomijając filmy nie przeszłam też dziś żadnej gry, nie przeczytałam książki ani nie napisałam nic z opowiadań - tym samym nie aktualizowałam opowiadań już od miesiąca. W tym temacie też mi jest głupio. Ale jak się postaram, to szybko to nadrobię.
A więc zmykam. Może obejrzę kawałek jakiegoś filmu jednak... a potem siadam do pisania. Jak jutro się coś nie pojawi na którymś opowiadaniu, to możecie mnie zacząć ścigać.

czwartek, 21 lipca 2016

Post bez sensu

Jest 23:45, jeszcze 20 lipca, a ja właśnie poczytałam recenzje tego filmu, na który chciałam jechać do kina, i w sumie nie wiem, czy pojadę. Chyba jednak będę wolała zostać w domu i porobić coś innego. Pograć albo poczytać... albo popisać, bo to też muszę... albo obejrzeć jakiś film z Karlem-Ottonem...

A propos niego. Znalazłam to zdjęcie:


i nie wiem, co w nim jest takiego specjalnego - poza tym, że jest zdjęciem Karla-Ottona - ale zahipnotyzowało mnie w szczególny sposób. Chyba to kwestia tego, że to nie kadr z filmu, tylko zdjęcie robione osobno (jeśli wiecie, o co mi chodzi). I tego, że patrzy prosto w obiektyw. Nie uważacie, że ma coś smutnego w spojrzeniu? Chociaż... może to jeszcze coś innego... Trudno mi określić. Ale po prostu kiedy patrzę na to konkretne zdjęcie, czuję się inaczej niż przez cały pozostały czas.
Zaczęłam się wahać, czy nie wysłać dwóch zdjęć do podpisu. Zobaczę przy drukowaniu.

Umówiłam się na jutro z koleżanką z gimnazjum. Już pisałam o naszych spotkaniach, chociażby tym z zeszłych wakacji - z czasów, kiedy na blogu królowała Audrey Hepburn (by the way, nadal mam jakiś film z nią do nadrobienia). Mam niemiłe wrażenie, że wyjątkowo rozmowa nie będzie się kleić. W moim stanie... Wiecie, w stanie myślenia o liście... I jeszcze to zdjęcie...
Cóż, zobaczymy.


Jest już 21 lipca, mogę kontynuować.

Rozmowa jednak się kleiła - dwie i pół godziny coś znaczy. Ale momentami odpływałam.
Tak w ogóle, to chyba nie robię z siebie aż takiej idiotki na snapchacie, bo koleżanka ani słowem nie skomentowała mojej relacji z Projektu Lady i tym podobnych rzeczy. Jestem spokojniejsza.


Co do filmu - dobrze, że stwierdziłam, że nie jadę, bo i tak bym nie pojechała. Sprawdziłam repertuar, bo w czwartki pojawia się nowy na stronie Cinema City.
W mojej w miarę bliskiej okolicy jest tylko jeden seans dziennie.
W Katowicach.
O 20:00.
Czaicie to?
Dla dodania dramatyzmu dopowiem, że do Katowic jadę 40-50 minut (zależy od autobusu), no i wiadomo, że lepiej być wcześniej. O 18:00 wyszłabym z domu, wróciłabym po 23:00. Nie uśmiecha mi się to.


Kolejna uczestniczka Projektu Lady polubiła mój komentarz! Je, je, jeee... ale fejm ze mnie. xD


Stan gier: 4/22. Ciągle się zastanawiam, po co tu o tym piszę.
Wzięło mnie na granie, a powinnam w końcu skończyć pisać jakiś rozdział.
Albo może jakiś list?!
Na serio to najpierw muszę jeszcze jakiś film obejrzeć, chociaż jeden, żeby mieć co powiedzieć, ale też nie mogę się zebrać. Wrr.


Hehehehehe! Na pewnej grupie pojawiła się właśnie ankieta i nieważne, czego dotyczą, bo chodzi o to, że ktoś dodał opcję Adolf Hitler popiera otwarte ankiety. xD


W sumie to kolejny post bez sensu mi wyszedł. Chyba nie nauczę się pisać sensownych. A wakacje już na pewno temu nie sprzyjają.

środa, 20 lipca 2016

Olan Var Olmayan Var

Ej, coś sobie dzisiaj przypomniałam!
Ja zaczęłam pisać pamiętnik, bo chciałam być jak Ala Makota!
A ja tej książki tak nie doceniałam przez ostatnie lata!
Możecie zauważyć, że trochę się uniosłam, ale ostatnio się zastanawiałam, dlaczego tak właściwie zaczęłam pisać pamiętnik, i dziś połączyłam fakty.


Zestresowałam się rano. Zaczęłam pisać szkic listu, mam chyba trzy zdania i nie wiem co dalej. :( Mojej sytuacji nie poprawia to, że w angielskim tak naprawdę nie mówi do kogoś przez Pan/Pani i tam cały czas jest tylko You/Yours itd. Jedyne, co mogę, to pisać z wielkiej litery, bo to zwroty grzecznościowe. Dziwnie się czuję, pisząc do kogoś dużo starszego i dużo bardziej doświadczonego ode mnie przez Ty.
A ja chcę i muszę zrobić dobre wrażenie. Zazdroszczę trochę Karlowi-Ottonowi i ogólnie też innym starszym ludziom, nawet takim mniej znanym. Bo taki Karl-Otto ma już za sobą milion okazji, żeby zrobić dobre wrażenie, które wykorzystał, bo gdyby mu się nie udało, to ani ja bym do niego nie pisała, ani nie miałby grupki fanów w Internetach, ani w ogóle. A ja mam osiemnaście lat i ten milion okazji na zrobienie wrażenia jest dopiero przede mną i mnie to frustruje.
W co ja się wpakowałam... Niby mi zależy na tym autografie, na odpowiedzi oraz też na tym, żeby Karlowi-Ottonowi było miło, bo chyba taki list to jednak trochę radości daje (z naciskiem na chyba), ale teraz to, co najbardziej mnie odsuwa od myśli o odwrocie, to kupon IRC. Nawet nie chodzi o to, że już zdążyłam wydać pieniądze, tylko o to, że mi po nic innego nie jest potrzebny. Koperty kiedyś można zużyć, nawet nie na wysyłkę, tylko na przechowanie czegoś, ale kupon?! Gdybym go nie miała, to bym się właśnie odwróciła i stwierdziła, że to jednak był zły pomysł.

Przeszłam Mystic Diary (stan gier 3/22, wliczając tę, której nie mogę skończyć ze względów technicznych) i to mnie nawet dobiło. Świadomość, że Gustav umrze, też mi nie pomaga.


[jakiś czas później]
Mam już papier fotograficzny. W sumie to zmotywowało mnie to dodatkowo. Jutro będzie drukowanie. Albo może jeszcze dzisiaj to załatwię...


Skomentowałam gifa na fejsbukowej stronie Projektu Lady i Agata (uczestniczka) polubiła mój komentarz. ♥♥♥ Aż się odstresowałam po poranku. :)


Kurde, przypomniało mi się, że jednak nie będę mogła mieć dyżuru przy magicznym pudełku w piątek, bo mój bratanek przychodzi i będzie okupywał. Łeheheee, przegrałam życie. :( Trudno, obejrzę tylko jakieś Fakty wieczorem czy coś. Poza tym serwisy z informacjami w Internetach będą zalane rocznicą Utoyi, jakaś rekompensata to jest.
No i będę mogła jakoś wykorzystać ten czas. Gdybym siedziała tylko przed pudełkiem, to w sumie nie zrobiłabym nic konkretnego, a tak to jakiś film obejrzę albo przejdę grę...



W sumie już nie mam o czym dziś pisać. Ale wstawię piosenkę. I to wcale nie jest tak, że słucham jej już prawie trzy miesiące, ale wstawiam dopiero dziś.*




*No dobra, jest tak xD

wtorek, 19 lipca 2016

"Chaos prowadzi do nazizmu"

19 lipca 2011, dokładnie 5 lat temu, zaczęłam pisać pamiętnik. Ciekawostka jest taka, że to też był wtorek. Eh, wspomnienia...
Z ciekawości zajrzałam do pierwszego zeszytu z pamiętnikiem i znalazłam kwiatka w postaci wywróżenia sobie koloru sukienki, jaką będę mieć na weselu siostry, bo wśród kolorów, jakie sobie wtedy ustaliłam za dopuszczalne dla mnie, znalazł się ciemnoróżowy, i właśnie w takim kolorze mam faktycznie kupioną sukienkę. Nie pamiętałam tego... Ale ze mnie Nostradamus. xD
To porównanie do Nostradamusa jest celowe, bo mi po jednej grze trochę odbiło na jego punkcie i często się tak przez ostatnie lata nazywałam, jak mi się przypadkiem udawało coś przewidzieć.
By the way, właśnie te 5 lat temu kończyłam czytać po raz pierwszy Alę Makotę. Trochę żałuję, że zwlekałam aż tyle z drugim razem (bo drugi raz jest teraz). Ale w sumie lepiej późno niż wcale.


A ten filmik wyraża więcej niż tysiąc słów.


video


Po tym, jak w ostatnim (czyli zrelacjonowanym powyżej) odcinku dziewczyny z PL wybrały się do teatru oraz po tym, jak się naczytałam, że Karl-Otto jako aktor zadebiutował w teatrze, nabrałam ochoty na to, żeby samej pojechać do teatru. Na cokolwiek i gdziekolwiek, ale bym pojechała.
I tak się skończy tylko na tym, że pojadę do kina w przyszłym tygodniu. Teraz w piątek wchodzi do kin nowy film z Jeną Malone w jednej z ról. Przynajmniej będzie taniej. Chyba, nie wiem, ile się płaci za teatr.
Tylko muszę pojechać już po napisaniu listu, żeby mnie nie nosiło. To znaczy i tak będzie mnie nosiło, bo będę się zastanawiać, kiedy Karl-Otto odpisze, jeśli w ogóle odpisze, ale wolę to niż myślenie sobie przez cały film "Kurde, siedzę tu, a mogłam pisać list". Najprawdopodobniej w sobotę/niedzielę będę dopinać na ostatni guzik sprawy związane z listem, w poniedziałek wyślę, a we wtorek pojadę.

W sprawie listu - dziś kupiłam tylko koperty, bo jak szłam po papier fotograficzny, to zaczęło padać. Do Media Expert, gdzie chciałam kupić papier, można dojść u mnie z buta, ale jednak kawałek jest i wolałam zawrócić niż zmoknąć. Dobrze, że mnie tknęło i koperty kupiłam najpierw. Papier kupię jutro, bo mamy iść z mamą po buty na wesele, a CCC mamy obok tego Media Expertu, to wejdę. Albo ruszę się z domu w czwartek, i tak miałam więcej spacerować, a że nie przepadam za chodzeniem bez celu, to wyjdę, aby jakiś zrealizować.




Pora posprzątać biurko.
Żartuję, nie będę sprzątać. I tak jest lepiej, niż przed weekendem, bo w niedzielę mnie wzięło na sprzątanie. A nazizmu i zabijania Żydów się nie boję, ale to wiecie. xD

A propos Żydów - znalazłam kolejną melodię żydowską, która mi się bardzo spodobała.



Od rana przesłuchałam ją chyba z 10 razy. Wkręciła mi się.


Idę sobie, bo od wczoraj mi nie ubyło rzeczy do zrobienia. Tylko z Projektem Lady jestem na bieżąco. Gdybym do wszystkiego miała takie chęci, jak do oglądania tego programu...

poniedziałek, 18 lipca 2016

Korzyści obopólne

Chciałabym móc napisać, ze skończyłam coś dziś robić, ale nie mogę, bo jeszcze nie skończyłam. xD Ale dzień też się jeszcze nie skończył, więc coś na pewno zrobię do końca. Zawsze mogę pójść spać o trzeciej, zresztą patrząc na to, co planuję, tak się zapewne stanie.
Zostało mi pół godziny filmu i sobie coś zrobię, jak go nie skończę, bo mnie nosi. Wyjątkowo obejrzę Projekt Lady jeszcze w poniedziałek (chociaż może zahaczyć już o wtorek, bo w netach jest dostępny godzinę później niż leci w magicznym pudełku i właśnie sobie czekam, ale ostatecznie zasiądę do PL, to się pewnie późno zrobi). Mam wenę na pisanie, to sobie coś dopiszę. A jak mi starczy czasu i chęci, to oprócz tego może jeszcze dokończę kolejny tom Ali Makoty albo wezmę się za granie, bo jak na razie przeszłam tylko jedną grę i to mnie przeraża. Przynajmniej oglądanie filmów i programów idzie mi lepiej niż kiedyś, bo kiedyś było mi ciężko skupić uwagę na dłużej niż 30 minut (w sumie teraz też jest ciężko, ale po 3-5 minutach potrafię wrócić), z czytaniem też nie jest najgorzej (według lubimyczytac.pl w tym roku przez trzy tygodnie wakacji przeczytałam już więcej niż w zeszłym przez dwa miesiące, jak tak dalej pójdzie to normalnie aż nadrobię wszystkie zaległości).


A jutro wychodzę z domu po południu. Na zakupy, bo mnie roznosi. Muszę kupić koperty. I papier fotograficzny. Miałam wyżebrać kupno papieru od taty, ale patrząc na to, jaką mamy w tej chwili sytuację w domu - a mamy trochę napiętą, i nawet nie pod względem pieniędzy, tylko gorzej - to wolę sobie sama pozałatwiać swoje prywatne sprawy i najwyżej dostać zwrot hajsu, jak już przytargam ten papier do domu. Nie wiem też, kiedy bym ten papier dostała, bo tu ktoś nie miał czasu, a tu zamówiony przez neta i musi dojść... a będę spokojniejsza, jak wszelkie opóźnienia będą wynikały z wewnątrz, a nie z zewnątrz - inaczej mówiąc, wolę mieć już załatwione rzeczy potrzebne do wysyłki listu, który sobie w któryś dzień spokojnie napiszę i wyślę nawet następnego ranka, niż mieć napisany list, ale nie móc go wysłać, bo nie będę miała na przykład wydrukowanego zdjęcia.
A propos zdjęcia - zastanawiam się, czy to ja wymagam zbyt mało od życia, czy inni zbyt dużo. No bo na tej stronie, gdzie znalazłam adres Karla-Ottona, były też statystyki (to co już pisałam, że on ma inne niż inni itd.), i tam też ludzie mogli wpisać, ile zdjęć mu wysłali do podpisu i takie tam. I niektórzy mu wysłali po dwa-trzy zdjęcia. Jeden typ nawet do niego dwa razy pisał. A ja będę wysyłała tylko jedno zdjęcie, bo mi się wydaje, że więcej nie wypada. Wczoraj nawet miałam zawahanie i się zastanawiałam, czy w ogóle wysyłać zdjęcie, bo może tylko bym mu napisała coś miłego, ale potem dałam sama sobie w ryj i stwierdziłam, że jak już robię takie zamieszanie, to czemu mam nie dawać zdjęcia. Niech to zadziała z korzyścią obopólną - on będzie miał miły (hehe) list, a ja zdjęcie z autografem.


Jakoś tak mi się przypomniało, że w zeszłe wakacje zachciało mi się dołączyć do grupy rekonstrukcyjnej, ale przez rok nie zrobiłam nic w tym kierunku. W sumie to mi się odechciało. Jeśli dołączę, to raczej po maturze, bo będę miała dłuższe wakacje, więc nawet gdyby to było tylko na wakacje, to jednak cztery miesiące to nie jest takie nic. A teraz jednak będą przygotowania do matur, nie chciałabym zaniedbywać albo nauki, albo grupy rekonstrukcyjnej, bo spodziewam się, że to wiąże się z czymś żrącym czas - już pomijam same rekonstrukcje, ale takie grupy pewnie mają spotkania raz na jakiś czas albo chociaż członkowie kontaktują się ze sobą, jak jest potrzeba, a to jednak absorbuje cenne minuty i cenną uwagę.
A więc najpierw zdam maturę, a potem pomyślę o spełnianiu pasji wymagających wychodzenia z domu.
W sumie już w związku z listem muszę się dużo ruszać z domu, ale ciii... to co innego xD Poza tym już za tydzień powinno być po sprawie.


Nie mam już co napisać, to zarzucę może jakimś obrazkiem, bo dawno nic nie było. Dobra, było w poście z relacją z wakacji, ale tak poza tym to nie.




Jak ja tego gifa dawno nie widziałam... leżę i nie wstaję ze śmiechu. xD O, przy okazji mi się przypomniało, że w piątek będę mieć wartę przy magicznym pudełku, żeby sprawdzić, ile razy będą o Utoyi mówić. Bawię się w tę grę co roku i w końcu doczekałam piątej rocznicy, takiej "pięknej", w miarę równej - mam przeczucie, że powiedzą więcej, ale na takie "więcej" liczyłam co roku i z roku na rok było coraz mniej. Cóż, zobaczymy.

Dobra, idę ten Projekt Lady oglądać, bo faktycznie się późno zrobiło. Szkoda czasu!

niedziela, 17 lipca 2016

Kontynuuję

Dobra, przechodzimy ponad rocznicą do codziennego trybu życia.

Wczoraj wieczorem dostałam takiej głupawki, że myślałam, że się nie uspokoję. Ale zacznijmy od początku.
Początek jest taki, że w tym filmie, o którym opowiadałam przedwczoraj, Karl-Otto grał typa, który nazywał się Otto Globocnik.
Wczoraj szukałam jednej informacji do opowiadania i dotarłam do tego, że ktoś o nazwisku Otto Globocnik faktycznie istniał. xD
Co prawda nie jest to ta sama osoba, bo ten film nie był oparty na faktach, a nawet jeśli był, to ciągle różnią się oni od siebie... no, wieloma rzeczami, przede wszystkim to profesją (jeden był gauleiterem w Trzeciej Rzeszy, drugi rządził plantacją w bliżej nieokreślonym momencie historii), i zbieżność nazwisk była przypadkowa (a jeśli nieprzypadkowa, to i tak bez znaczenia), ale i tak śmiechłam i to tak, że myślałam, że się nie uspokoję.



Przez moment chciałam wczoraj dołączyć do grupy fanów Projektu Lady na Facebooku, ale stwierdziłam, że pewnie sporo osób ogląda PL na bieżąco i bym miała w poniedziałki wieczorem spojlery na tablicy, która z dziewczyn odpadła, a ja nadrabiam dopiero we wtorki i by nie było zabawy. Ani smutku, bo bym się nastawiła.


A w nocy z wczoraj na dziś śniło mi się, że Karl-Otto był znajomym czyjegoś znajomego i w związku z tym pojawił się w moim domu na jakiejś imprezie, urodzinach czy coś w tym stylu. Ja go rozpoznałam, przyczepiłam się do niego na czas trwania imprezy i z nim rozmawiałam, a wszyscy dookoła się dziwnie patrzyli. Na koniec dał mi swój numer telefonu i powiedział, że jak znowu będę potrzebowała się wygadać, to mam dzwonić.
To było takie cudne ♥ A jak mi żal, że to tylko sen był! Ale częściowo proroczy, bo niedługo będziemy znajomymi. Jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale jeden list znajomość - może... Nie mówię, że wielką, ale to już coś, tak? Przynajmniej będzie wiedział, że istnieję. xD


Nie żebym się chwaliła, ale znowu przeczytałam jedną książkę w jeden dzień. Ala Makota uzależnia. Ale przynajmniej się podbudowuję, bo sobie tym udowadniam, że mogę przeczytać dużo w miarę krótkim czasie.


W ogóle, znowu większość dnia kminiłam, co takiego jest 17 lipca, i dopiero pod wieczór się dowiedziałam, że dziś Donald Sutherland ma urodziny.
Nie mam innego wyjścia jak znowu wyjść stąd z zażenowaniem, bo z moją pamięcią do dat jednak coraz gorzej. *flies away*

sobota, 16 lipca 2016

To już rok!




Zaznaczam, że powyższy filmik widziałam ostatni raz przed moim wyjazdem, bo po zrobieniu był fajny, a jak go kilka dni później sobie odświeżyłam, to zrobił się żenujący, a teraz się jeszcze bardziej boję.

Ale jak sobie pomyślę, że faktycznie pierwszy post tutaj był rok temu (zresztą dokładnie rok, specjalnie sprawdzałam godzinę żeby ustawić na identyczną xD), to mi się wierzyć nie chce, głównie dlatego, że jak miałam poprzedniego bloga "codziennego", to już po miesiącu jakoś tak straciłam ochotę do pisania go, tylko jedno opowiadanie trzymało mnie przy życiu, a jak je zakończyłam, to się posypało. A teraz minęło dwanaście miesięcy, a mnie się dalej chce. Ba, nawet opowiadania chce mi się pisać, a z tym to już w ogóle było u mnie kiepsko. xD


Chciałabym podziękować wszystkim, którzy zaglądają na tego bloga; największe ukłony kieruję jednak w stronę Cleo i Sandry, bo - mówiąc prostym językiem - z wami przez ten rok miałam najlepsze kontakty (które - mam nadzieję - nie zmienią się przez kolejny rok), na wasze komentarze też zawsze czekałam i będę czekać. Ściskam was, kochane! ♥



Nie mam pojęcia, co tu jeszcze napisać, więc już zakończę.
Wspominałam tu rok temu, że nie lubię pisać powitalnych postów - rocznicowych też nie lubię.

piątek, 15 lipca 2016

Na bieżąco

Przyznaję, że faktycznie chciałam oficjalnie powrócić na bloga dopiero jutro z notką rocznicową, a ta poniższa miała wjechać w niedzielę, ale stwierdziłam, że nie chce mi się jej pisać, a że im później się za nią wezmę, tym mniej będzie mi się chciało, to miejmy to z głowy dziś.
Także tego, zapraszam na krótką i zwięzłą relację z mojego wyjazdu, z której nie wyniesiecie nic mądrego, ale będzie jak zwykle w moim stylu. Będę pisać z pomocą notatki, którą pisałam na bieżąco na wakacjach, więc wartość merytoryczną tego wpisu - a raczej jej brak - zwalmy na moje zmęczenie każdego dnia.

EDIT wstępu poczyniony już przy pisaniu: Coraz bardziej zdaję sobie sprawę, jak mało mam do powiedzenia o samym wyjeździe. xD Bo przyznaję, że a) minimalnie się wynudziłam i b) w sumie to nie planowałam pisać zbyt wiele o zwiedzanych miejscach, bo nie umiem. No nic, zapraszam do czytania.



PIĄTEK 08.07. (przyjazd do Inowrocławia)

W trakcie podróży pociągiem czytałam Sekretne życie Rudolfa Hessa. Jeden fragment szczególnie przykuł moją uwagę.


W razie gdyby nie chciało wam się tego fragmentu ogarniać (bo chodzi o całą stronę), to tam pisze o tym, że przez jakiś czas strażnikiem Hessa był typ o nazwisku Malone.
Mówię wam, TO NIE JEST PRZYPADEK.

A widok z okna w miejscu noclegu był taki:


Jak już napisałam jednemu koledze w rozmowie na Facebooku, bez przerwy przypominało mi to obóz w Oświęcimiu-Brzezince, zwłaszcza w nocy, jak nie było dokładnie widać, i brakowało tylko ludzi biegających dookoła i wrzeszczących po niemiecku. xD

W trakcie spaceru po Inowrocławiu stwierdziłam, że to taka trochę wieś małe miasto, bo po trzech godzinach mijaliśmy już tych samych ludzi.

SOBOTA 09.07 (Bydgoszcz)

Jak już niektórzy wiedzą z fanpejdża na Facebooku, w Bydgoszczy widziałam małe łabędzie! Przyznajcie, ze są słodkie! :)




Oprócz tego zobaczyłam ten banner (tak, ten ze słowem Propaganda):

i nie wiem, czy jest reklamą jakiegoś klubu czy Bóg wie czego innego, ale natychmiastowo wpadło mi do głowy hasło "O, Goebbels tu był". xD

I jeszcze jakoś tak do gustu mi przypadło to zdjęcie:


NIEDZIELA 10.07 (Toruń)

Przyznaję się: z Torunia nie mam ciekawych zdjęć ani ciekawych przeżyć, poza kupieniem magnesu w kształcie nadgryzionego piernika z napisem "Ten piernik gryzł Kopernik".
Chociaż chwilę, może coś znajdę jeszcze.
Nie znalazłam. Przeżyjecie, co nie?
A nie, jednak znalazłam.
Smok toruński oraz mój sklep firmowy. :D




PONIEDZIAŁEK 11.07 (Gniezno)

Jedziemy do Gniezna, tam nikt nas nie zna - powiedział mój tata na dworcu. Śmiechłam.
Nawiązując do mojej ostatniej notki - na dworcach poczyniłam obserwacje, z których wynika, że Berlin Główny = Berlin Hauptbahnhof, bo dużo pociągów tam jechało. Znowu jestem mądrzejsza.
W Gnieznie poza katedrą nic nie ma, właśnie stamtąd będą dwa zdjęcia.





WTOREK 12.07 (Poznań)

Jak już się chwaliłam na fanpejdżu, widziałam w Muzeum Uzbrojenia mausera odnalezionego kiedyś przez TubeRaiders. Jestem z siebie trochę dumna. :D


Mam sporo innych zdjęć z MU, ale może pochwalę się nimi kiedy indziej na Facebooku.
Poza tym było dużo chodzenia po mieście. I tyle.
Na jednym ze straganów widziałam magnes z chytrym Żydem i podpisem "na dużą kasę". Nie kupiłam, ale znowu śmiechłam.
W pociągu powrotnym - tym też się już chwaliłam - widziałam dziewczynę z koszulką z hasłem "Nie mam czasu, jadę czołgiem", które całkowicie podbiło moje serce. Planuję mieć z nim swoją własną koszulkę - proponowany wzór znajdziecie gdzieś poniżej.

ŚRODA 13.07 (Inowrocław)

Dzień spędzony na włóczeniu się po mieście. Tym razem naprawdę nic wartego uwagi.


CZWARTEK 14.07 (Powrót)

Z większych przygód w trakcie powrotu wydarzył się trzy rzeczy:
- w Poznaniu na dworcu kupiłam sobie książkę (zaległą za świadectwo) o Afrika Korps. Decyzja inspirowana tym, że Karl-Otto Alberty zagrał w filmie na ten temat
- również w Poznaniu jakiś typ mnie pytał, czy jadę może na Woodstock, bo akurat pilnowałam plecaków
- we Wrocławiu nagle zmienili peron, z którego miał jechać pociąg, i musieliśmy biec

Poza tym nic bardziej specjalnego się nie działo. :)

Po powrocie szybko wróciłam do normalności, nadrabiając po nocy Projekt Lady i oglądając połowę filmu, w którym zagrał Karl-Otto.
Przy Projekcie Lady tym razem nie płakałam na końcu, bo odpadła dziewczyna, której nie polubiłam. Tylko jakoś w połowie się wzruszyłam, jak jedna z uczestniczek opowiadała swoją historię. Poza tym dziewczyny były w tym odcinku u fryzjera i bardzo mi się spodobała nowa fryzura jednej z nich, ale mam chwilowo za krótką grzywkę, żeby się tak obciąć - musiałabym mieć równe włosy sięgające co najmniej do podbródka, żeby je tylko skrócić i może troszkę ułożyć.
Film skończyłam oglądać dziś i - mimo zaskakującego końca - uważam, że był dziwny. Nie chcę za bardzo wchodzić w fabułę, ale wypowiem się na temat jednej sprawy, bo średnio ją mogę ogarnąć. No bo wyobraźcie sobie sytuację, w której babka mówi facetowi, żeby powstrzymywał się od seksu, bo musi być czysty, jak będzie przejmował kontrolę nad światem, przy okazji konsekwentnie go spławiając, a potem sama się ugania za jednym typem i się z nim puszcza. I bądź tu mądry, człowieku. Żeby jeszcze ten drugi typ był przystojniejszy, ale nie! Już swoją drogą, że muszę go porównywać z Karlem-Ottonem, czyli nie mam co porównywać, bo moje zdanie jest z góry wyrobione i powszechnie znane, ale nawet obiektywnie był jakiś taki dziwny ten gość. Ale był młodszy i od faceta, którego grał Karl-Otto, i od tej babki, która się za nim uganiała, i to jest chyba klucz. No i jednak rozumiem, że tak ktoś ułożył scenariusz. Co nie zmienia faktu, że jakby to było prawdziwe życie, to ja bym się bez wahania Karlowi-Ottonowi oddała (co w kontekście tego filmu wcale nie brzmi źle).

Jak już prawie zasypiałam nad tym filmem, to w zmęczeniu odpaliłam Snapchata i popełniłam to zdjęcie:
Będzie ono przypominało zarówno mnie, jak i wam, jak bardzo chorą głowę mam. xD Aż zrymowałam, tak trochę!
Nie dodałam go do My Story na snapie, bo wtedy mogłoby go zobaczyć parę niezbyt świadomych mojej nienormalności osób, jak koleżanka z gimnazjum, kuzynka, znajoma z Tumblra i youtuber. Niech żyją w tej nieświadomości. xD Ale zaraz po zrobieniu zdjęcie poleciało na fanpage, to może być i tu. Nawet musi.

Ponad tym zdjęciem przechodzimy do mojej kolejnej rozkminy, którą prowadziłam dzisiaj, zresztą już po raz któryś. Zastanawiałam się, ile mogłabym oddać, żeby móc urodzić się w latach czterdziestych i biegać do kina na pokazy filmów, w których Karl-Otto zagrał. I do teatru, bo grał też w teatrze, zresztą właśnie w teatrze zaczęła się jego kariera aktorska (według angielskich Internetów zadebiutował na scenie w 1959 r., w pierwszych filmach zagrał w 1961 r.). Chyba dużo bym oddała. Ale im dłużej się zastanawiam, tym bardziej sądzę, że może jednak nie. Wydaje mi się, że 50 lat temu były jednak inne czasy, inna mentalność i obyczajowość, co ograniczałoby mnie w byciu taką fangirl, jaką jestem teraz, a nawet gdybym wielbiła Karla-Ottona tak samo, jak teraz, to jednak po prostu w pewnym wieku przestałoby mi wypadać, bo u schyłku jego kariery, kiedy miał już 50-55 lat, również i ja byłabym dojrzałą, dorosłą kobietą.

Ale wiecie co... zawsze można taki hipotetyczną biografię przerobić na fanfiction. xD Nie no, bez przesady. W życiu napisałam jeden pełny, w miarę porządny fanfik, planuję jeszcze jeden (ten o Mystic Diary) i na tym chcę poprzestać. Ale gdyby tak zmienić nazwiska, to może dałoby się z tego zrobić całkiem dobrą obyczajówkę... Hm... Seems legit! Trzeba o tym pamiętać.

Za pamięci - ten wzór ma wylądować na koszulce. Mnie się w takiej formie w sumie podoba, ale przyjmuję uwagi, bo jeszcze mogę zmieniać.





Z trochę innych rzeczy to przeczytałam dziś drugi tom Ali Makoty. I przy okazji przeczytałam więcej w jeden dzień niż łącznie przez cały poprzedni tydzień, bo na wyjeździe zmęczyłam tylko połowę Sekretnego życia Rudolfa Hessa i dwa rozdziały Cmentarza w Pradze, czyli razem ok. 200 stron [Ala Makota miała 230]. Niby mogło być gorzej, ale też spodziewałam się skończenia jednej z tych książek.
No ale spójrzmy optymistycznie - jednak dziś przeczytałam jedną książkę. Znowu jestem wartościowym człowiekiem.


Tym pozytywnym akcentem kończę na dziś, bo pora wrócić również do rozdziałów, a jednak troszkę późno się zrobiło.

czwartek, 7 lipca 2016

Dobrze jak nie za dobrze

Jakoś tak z ciekawości zaczęłam dziś sprawdzać połączenia kolejowe z Katowic do Berlina, bo może bym sobie tam kiedyś pojechała, i albo to ja nie ogarniam wyszukiwarki internetowej PKP, albo nie da się tam jechać inaczej jak 10 godzin z pięcioma przesiadkami i nie przesadzam pisząc to, bo takie połączenia też są. xD Co prawda to te najgorsze - są też takie, gdzie jedzie się 8 godzin z trzema przesiadkami - ale jednak.
Pomijając już fakt, że wyszukiwarka wywala chyba z dziesięć stacji, które nazywają się "Berlin cośtam", ale żadna z nich nie jest stacją w stylu "Berlin Główny" albo "Berlin Centralny".
Przepraszam za wyrażenie, ale to wszystko jest jakieś pojebane.
No dobra, przyznaję się do tego, że to nie tyle kwestia ciekawości, co tego, że chcę pojechać do Berlina i naszła mnie ochota na jednodniowy wyjazd na własną rękę kiedyś w przyszłości, ale w takim układzie to nie ma to większego sensu.
Phi, pojadę do Pragi. xD Albo chociaż do Warszawy czy gdzieś.
I tak pewnie ani do niczego nie dojdzie, czasem nie umiem się zebrać, żeby wyjść z domu i obejść dookoła własną dzielnicę, a co dopiero gdzieś dalej jechać.


Odbyłam dziś dosyć żenującą - z mojej perspektywy, bo byłam tak zażenowana, że najchętniej zapadłabym się pod ziemię, ale po drodze są cztery piętra bloku, a nie uśmiecha mi się spadanie z balkonu - rozmowę z moją mamą na temat autografu od Karla-Ottona, bo stwierdziłam, że mnie roznosi i muszę się przyznać. Po dłuższej chwili mówienia: że chcę autograf ("Nigdy nie zbierałaś autografów!" - "Ale teraz mnie naszło noooo..."), od kogo chcę autograf ("Pamiętasz Złoto dla Zuchwałych? Tam na końcu jest ten taki Niemiec co miał ten czołg. No, to od niego."), tłumaczenia, czego potrzebuję do jego wysłania (ale do tego, że już posiadam kupon IRC, się nie przyznałam, hehehe) i o innych takich sprawach ("A to gdzie musisz wysłać ten list? Do Ameryki? Do Anglii?" - "No nie, do Niemiec, bo on jest Niemcem" - "A to spoko w sumie, szybciej dojdzie") wymusiłam na mamie stwierdzenie, że jak mi zależy, to przecież mogę sobie ten autograf załatwić.
No i załatwione. xD Teraz jedyne co muszę to chodzić za tatą, żeby kupił papier fotograficzny, bo nie mamy w domu, a nie uśmiecha mi się osiągać kolejnego poziomu żenady i iść do fotografa wywoływać zdjęcia Karla-Ottona. Tak zdesperowana nie jestem. No i jeszcze potrzebuję kopert, ale to się sama przejdę na pocztę albo do papierniczego po powrocie.


W ogóle, rejestrowałam sobie dzisiaj w salonie Orange numer na kartę, i jak już wyszłam, to siostra - z którą byłyśmy przy okazji na zakupach - pogratulowała mi, że właśnie samodzielnie załatwiłam swoją pierwszą sprawę urzędową. Pomyślałam sobie wtedy "Nic nie wiesz, sama kupiłam kupon na poczcie". Poza tym sama odbierałam sobie dowód w urzędzie dwa lata temu (miałam wyrabiany tymczasowy na potrzeby wyjazdu), więc aż tak źle ze mną nie jest.
Byłyśmy też na poczcie nadać jakąś paczkę i siostra mnie spytała, czy wysyłałam kiedyś coś na poczcie. Odpowiedziałam, że nie, ale w myślach dodałam, że jeszcze wyślę.
Prośba o autograf - mała rzecz, a ile doświadczenia można przy tym zdobyć!


Kurde, miałam dziś napisać jakiś rozdział, ale nie potrafiłam się zebrać. Nie jest tak, że nie napisałam nic, ale na Gorycz Rozkoszy dopiero zaczęłam pisać, a na Życie jest podróżą mam zaczęty 20. rozdział, a musi się jeszcze 19. stworzyć. xD Mogłabym zarwać nad tym nockę, ale to oznaczałoby jeszcze mniej snu niż zazwyczaj, bo pewnie nie położyłabym się spać wcześniej niż wpół do pierwszej w nocy, a wstać muszę o piątej. W sumie zawsze mogę spać w pociągu, ale jeszcze się zastanowię, jaką opcję wybiorę.
EDIT: Zdecydowałam, że jednak pójdę wcześniej spać. Żadnego z rozdziałów nie dałam rady dokończyć, więc do notki rocznicowej Internet będzie całkowicie wolny od moich bzdet. Ale jak po powrocie przysiądę do pisania, to będzie się działo. :D


Ostatnia rzecz - a propos wyjazdu. TubeRaiders są z okolic Poznania, może ich tam spotkam? :D W sumie nie liczę na to jakoś bardzo, ale kto wie, kto wie...


No to... do przeczytania szesnastego! :)
[Jezu, jak ja ten tydzień bez kompa przeżyję... I jeszcze mnie będzie do oglądania filmów z Karlem-Ottonem ciągnęło... Zawsze zostają zdjęcia na fonie xD]

środa, 6 lipca 2016

Szał wszystkiego

Dzisiejszy dzień to takie trochę pasmo niepowodzeń, ale nie chce mi się tego komentować. Generalnie skończyło się na tym, że sobie kupiłam w Kauflandzie zeszyt, kołonotatnik i mały notesik. Miałam wyjść z tego Kaufa z kopertami, ale nie było takich, jakich potrzebuję do wysłania listu (format się nie zgadzał), a że 1. nie lubię wychodzić ze sklepów z niczym (co mnie często gubi) i 2. byłam już tak zdołowana, że musiałam się czymś pocieszyć, to znalazłam wzory, które mi się spodobały i kupiłam. Jak nie zapomnę, to się pochwalę zdjęciami za jakiś czas.



Hahaha, patrzcie to:


Nie wiem, ile zrozumieliście z filmiku - sama zrozumiałam niewiele, mówiłam już, że z rozumieniem angielskiego ze słuchu u mnie średnio - ale w sumie da się wyłapać sens, podsumowany na końcu zdaniem: Gry typu ukryte obiekty w prawdziwym życiu byłyby dziwne. Zgadzam się z tym stuprocentowo.


Jutro się pewnie jeszcze odmelduję, bo a nuż coś się wydarzy, ale już dziś zapowiadam/uściślam, że w piątek wyjeżdżam, powrót mam zaplanowany na przyszły czwartek lub piątek, to zależy od tego, czy będziemy z wycieczki w okolice Poznania wracać prosto do domu czy zahaczymy jeszcze o znajomych. Zmierzam do tego, że przez ten czas będę raczej trudna do schwytania w Internetach; pomijając jutrzejszy dzień, kiedy wrzucę jeszcze notkę tu (chociaż nie obiecuję, bo może się nic nie wydarzy ciekawego) i - mam nadzieję - jakiś rozdział, do blogosfery wrócę dopiero z rocznicową notką 16 lipca. Tego samego dnia nadrobię zaległości u innych, bo wiem, że będę miała. Może odmelduję się w międzyczasie na fanpage'u, ale i to tak trochę poddaję w wątpliwość, bo w sumie nie wiem, jak wyjdzie. Tak trochę chcę odpocząć od netów, jak również od telefonu, ale potem powrócę z nową siłą. Jeszcze będziecie mieli mnie dosyć w te wakacje, zwłaszcza że już potem nigdzie nie wyjeżdżam i mało co będzie mnie odciągać od częstego pisania. :D

wtorek, 5 lipca 2016

Idź na całego!

Nie przeczytałam dziś żadnej książki, bo skończyło się na tym, że jednak oglądałam ten film, co zagrał w nim Karl-Otto i który był wyświetlany w magicznym pudełku. Mówiąc dokładniej było tak, że pierwszą godzinę obejrzałam w telewizji, bo akurat o dziesiątej moja mama poszła z moim bratankiem do sklepu i mogłam robić, co chciałam, a resztę oglądałam na komputerze. I problem z głowy. :) I przyznaję, że faktycznie oglądanie filmu z Karlem-Ottonem w magicznym pudełku ma całkiem inny urok niż oglądanie na komputerze. Nie żebym nie przerabiała tego wcześniej ze Złotem dla Zuchwałych, ale to co innego, wtedy jeszcze go tak nie doceniałam.
Przyznam, że teraz coraz bardziej wiem, co chcę napisać w liście. Nie mam jeszcze konkretnych zdań, ale tak jakby czuję, co bym chciała mu przekazać. Myślę, że gdy już siądę do pisania, to będzie całkiem dobrze.

Znalazłam dziś takie zdanie, które trochę kojarzy mi się z tym, że zaczęłam planować napisać o autograf:

Jeżeli już o coś zabiegasz, idź na całego, w przeciwnym razie nawet nie zaczynaj.


Poza filmem oglądałam dziś w Internecie drugi odcinek Projektu Lady, programu, który leci w poniedziałkowe wieczory na TVN i polega na tym, że biorą w nim udział dziewczyny/kobiety, które tak trochę sięgnęły dna (dużo się upijają, niektóre kradły, niektóre ćpały, tego typu rzeczy) i z pomocą specjalistek będą mogły odbić się od tego dna, a jak się naprawdę postarają, to zostaną prawdziwymi damami. Jakoś zaczęło mnie ciągnąć do tego programu, odkąd tylko pojawiły się w magicznym pudełku zapowiedzi i powiem wam, że nie pomyliłam się, myśląc, że mi się spodoba. Jestem na bieżąco (trudno nie być, skoro się planowało oglądać, a drugi odcinek to ten wczorajszy) i już zżyłam się z uczestniczkami. Nie wiem w sumie dlaczego, ale jakoś poruszyły mnie ich historie, to, że za maskami buntowniczek chowa się zagubienie, zła sytuacja w domu, takie rzeczy. Dzisiaj, jak na koniec odcinka najpierw niektóre dziewczyny, które złamały kilka zasad programu, zostały zaproszone na prywatną rozmowę, aż w końcu jedna została wykluczona, to się szczerze popłakałam. Trochę się zdziwiłam, bo ogólnie oglądam mało rzeczy w TV, a co dopiero mówić o wzruszaniu się. A jednak - chociaż to należy do zasad programu, że część dziewczyn odpadnie przed ostatnim odcinkiem - było mi żal, że jedna musiała już odejść, i nie potrafię się z tym pogodzić. Poza tym zaczęłam współodczuwać, bo tak naprawdę to siedziałam i ryczałam razem z uczestniczkami.
Teraz pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że uczestnictwo w programie mimo wszystko dało Róży do myślenia i jednak spróbuje coś zmienić swoim w życiu oraz trzymać kciuki za resztę dziewczyn.



Zmykam, bo chciałabym przed wyjazdem napisać rozdział na któreś z opowiadań i dziś się tym zajmę, bo mam trochę weny.
Dobranoc!

poniedziałek, 4 lipca 2016

Cambio dolor

Zdjęcie profilowe zmieniłam sobie na Facebooku w zeszły czwartek, a na Bloggerze dopiero dziś, jak mi coś przestało pasować po dodaniu komentarzy na trzech blogach. Jestem głupia xD Obiecałam sobie ostatnim razem, że będę robić to od razu, i już za pierwszym razem tego nie dopilnowałam. Wrr!
Pocieszenie jest takie, że w najbliższym czasie i tak nie będę tego zdjęcia zmieniać, bo teraz jest idealnie.


Uwaga, wjeżdża bilans ostatnich dwóch dni.

+ Przeczytałam jedną część Ali Makoty.
Dopiero po skończeniu czytania zrozumiałam, jak mało pamiętałam z tej książki, z całej serii nie pamiętam pewnie wiele więcej - mam w miarę jasny obraz ostatniej części, ale to dlatego, że była ostatnia. I tyle. Cieszę się, że jednak zdecydowałam się ją sobie odświeżyć.
W stosunku do tego, co planowałam, jedna część to mało, ale i tak jestem z siebie zadowolona, bo przeczytałam jedną książkę w dwa dni, co mi się w ostatnich tygodniach rzadko zdarzało. Jutro wezmę się za kolejną część.

+ Okazało się, że jednak umiem sobie naprawić tę grę, co mi nie działa, ale ma wtedy słabą grafikę i źle się w nią gra, zresztą jakoś się pogodziłam z tym, że już w nią nie zagram. No nic, zostaną wspomnienia.

+ Obejrzałam - w całości! - jeden film, w którym zagrał Karl-Otto.
I z tego chyba się najbardziej cieszę. :D Nawet poprawił mi się humor dzięki temu.
A tak w ogóle to mam ochotę tłuc głową w ścianę, bo jutro w magicznym pudełku wyświetlającym kolorowe obrazki* leci film, w którym zagrał Karl-Otto, i to nawet o normalnej porze, bo o dziesiątej rano, i niby mogłabym obejrzeć, ale akurat jutro przychodzi do mnie mój bratanek i albo pudełko będzie musiało być wyłączone, albo będzie okupowane przez niego. Zdenerwowałam się trochę zaistniałą sytuacją, ale jak już powiedziałam rodzicom o niej i na pytanie, na którym kanale leci film, odpowiedziałam "Nie wiem, na jakimś dziwnym z filmami", tata stwierdził, że na pewno niedługo powtórzą, a mama dodała, że gdyby mi bardzo zależało, to się znajdzie w netach.
Nie żebym nie miała tego filmu na komputerze od kilku tygodni, ale mam wrażenie, że obejrzenie go w magicznym pudełku dałoby mi innego rodzaju satysfakcję.
*Nie wiem, czy już nie użyłam tego sformułowania, ale spieszę wyjaśnić, że przez magiczne pudełko wyświetlające kolorowe obrazki mam na myśli telewizor. W filmie animowanym "Piorun" było hasło tego typu.


Rozkminiałam trochę, czy powiedzieć w domu o tym, że planuję napisać do aktora po autograf. Doszłam do wniosku, że postawię wszystkich - łącznie z sobą - przed faktem dokonanym: obejrzę wszystkie potrzebne mi filmy, napiszę list i pójdę wyżebrać koperty i papier fotograficzny, bo nie mam pojęcia a) gdzie zdobyć koperty i b) gdzie wywołać zdjęcie, a takie rzeczy czasem mamy w domu. To tak asekuracyjnie, żebym ja się nie rozmyśliła ani żeby nikt mnie nie odwodził od tego pomysłu. Jak będę miała list, to się nie rozmyślę, bo to za dużo włożonej pracy, a dla rodziny to będzie oznaka, że mój zapał jest nie do ostudzenia i nawet jeśli uznają, że to głupi pomysł, to nawet nie będą próbowali tego zapału gasić.
Boję się tylko, że jak list nie będzie ostatnią rzeczą, którą będę załatwiać, to będę go potem kilkanaście razy przepisywać, bo coś ciągle będzie mi się wydawało źle. W sumie mam nadzieję, że tak nie będzie.




RATUNKUUU, przykleiła się do mnie ta piosenka! Podoba mi się, ale to, jak nie chce mi wyjść z głowy, jest irytujące.


Zmykam napisać kilka zdań w jakimś opowiadaniu, a potem pójdę spać. Albo zacznę oglądać kolejny film... Zobaczę jeszcze. Tak czy inaczej mam nadzieję, że będzie mi się spało lepiej niż ostatniej nocy, bo było kiepsko trochę.

sobota, 2 lipca 2016

"Wbrew obawom mam nadzieję"

W okolicach dziś wypada połowa roku, mamy bliżej niż dalej do śmierci.
Śmierć to pierwsze, o czym pomyślałam rano, a "w okolicach" wzięło się stąd, że drugiego lipca w południe mija połowa roku w latach zwykłych, a teraz mamy rok przestępny i nie chce mi się zastanawiać, w którą stronę i na którą godzinę to się przesuwa.


Przeglądałam dziś z ciekawości stronę, na której znalazłam adres Karla-Ottona. Generalnie wpisałam kilka innych nazwisk, żeby sprawdzić adresy, gdyby mi za jakiś czas znowu odbiło i znowu bym chciała do kogoś pisać po autograf (chociaż wątpię). I okazuje się, że nie mogłam lepiej trafić z osobą, do której napiszę pierwszy list (pierwszy i ostatni, hehe). Chodzi o to, że Karl-Otto ma ogólnie mniejsze statystyki niż popularniejsi aktorzy, ale jednocześnie ma dużo mniejszy odsetek braku odpowiedzi na listy, bo u niektórych osób są wielkie problemy z ustaleniem adresu, na który trzeba pisać. Czasem nie ma go wcale. Zaczynam być naprawdę dobrej myśli!



Mam spory dylemat. Skończyłam dziś czytać Tajemniczy Ogród i zupełnie nie wiem, co czytać jako kolejne. Nie żebym nie miała z czego wybierać, właśnie mam z czego wybierać i to jest problem. Mam ochotę wrócić do serii Ala Makota, którą już czytałam - pięć lat temu, ale jednak czytałam. Jednocześnie posiadam po sufit książek, których nie czytałam jeszcze ani razu + kilka, które zaczęłam i muszę dokończyć. I co teraz mam począć?
Pewnie skończy się to na tym, że jutro przysiądę i przeczytam Alę Makotę, bo niby posiadam 6 tomów, ale szybko się je czyta, a od poniedziałku wezmę się za inne książki.
W ogóle z Alą Makotą mam ten problem, że nie znam zakończenia, bo kupowałam wznowione wydanie i nie mam wszystkich tomów, bo trzy tomy przed końcem wydawnictwo przerwało wznawianie serii, i te trzy niewznowione tomy są ciężko dostępne. Kiedyś miałam przez to focha na świat, ale teraz zdaje mi się, że nie chciałabym ich czytać. Mam określone wspomnienia związane z tą serią, bo jest serią z mojego dzieciństwa (ostatni posiadany tom czytałam w wakacje przed pierwszą klasą gimnazjum, czyli jednak była ze mnie małolata) i chociaż chcę sobie odświeżyć fabułę, którą czuję, że zawsze będę wspominać dobrze, to zakończenie nie jest mi do życia potrzebne. Pamiętam, że moment, w którym zakończyłam przygodę z Alą, jest całkiem satysfakcjonujący.



Nie wiem czemu, ale przypomniała mi się dziś rozmowa przeprowadzona z koleżanką z równoległej klasy pod koniec roku szkolnego, w której przyznałam się jej, że nie mam ambicji i przychodząc do liceum tak naprawdę nie nastawiałam się na oceny wyższe niż czwórki, bo tak naprawdę nie są mi do szczęścia potrzebne. Zdziwiła się wtedy i powiedziała, że nie spodziewała się tego po mnie, bo jednak mam teraz te czwórki-piątki-szóstki a nie tróje-czwórki, poza tym wydaje się jej, że liceum to szkoła dla ambitnych i to osoby takie jak ona, czyli uczące się słabo, tam nie pasują.
Ja tam uważam, że najwięcej ambicji i jakiegoś takiego zapału do nauki trzeba mieć w technikum, bo z jednej strony to cztery lata nauki zamiast trzech, ale po technikum masz i maturę, i tytuł technika, który ci już otwiera jakąś drogę. Druga strona medalu jest taka, że musisz mieć zdecydowane, co chcesz robić, bo po co się męczyć rok dłużej w szkole, skoro i tak będziesz robić coś innego niż to, do czego się przygotowałeś? Przynajmniej ja tak uważam. Sama może poszłabym do technikum, ale nie było dla mnie kierunku w okolicy, bo się dwa lata temu mocno wahałam, co chcę robić. Moim zdaniem kwestia liceum jest taka, że musisz po nim tak czy siak iść na studia albo chociaż na jakieś kursy, bo kończysz szkołę tylko z maturą.
Aaa, w sumie to nieważne. Wakacje są, a ja o szkole gadam xD



Z takich innych rzeczy to zabrałam dziś mamie perfumy, bo ich nie używa, a mi się zapach podoba, to mi je oddała. Przez moment nie miałam perfum wcale, a teraz mam w pokoju trzy flakoniki. xD W dodatku wygrałam tyle, że płaciłam tylko za jeden, bo jedne to ciągle te ze świąt, drugie kupowałam w maju, a trzecie dostałam dziś - tak za nic. Brawo ja! :)

Tym pozytywnym akcentem kończę na dzisiaj.
Już mi się zakończenia kończą, za często tu piszę.

piątek, 1 lipca 2016

Tak to już bywa

Witam w lipcu! :D


Zdenerwowałam się! Nie dość, że jakiś czas już mi się zacinał telefon, to teraz jeszcze mi karty pamięci nic nie czyta. -.- Ale przynajmniej teraz wiem, na co wydać pieniądze z urodzin, hehe.
Muszę pamiętać, żeby sobie nie zajechać nowego telefonu - i karty też! - po miesiącu nadmiarem wszystkiego, bo podejrzewam, że te poprzednie zabiłam sobie mnóstwem zdjęć ściągniętych z Tumblra. Teraz będę się hamować.


A teraz uwaga, bo zarzucę paradoksem.
Kiedyś nie miałam nowych książek do czytania, więc czytałam Tajemniczy Ogród.
Teraz mam mnóstwo nowych książek do czytania, ale i tak czytam Tajemniczy Ogród.

Jakoś tak mnie dzisiaj wzięło na przypomnienie sobie TG, no to mam za sobą już 180 stron z 250.


I poza tym to w sumie nie zrobiłam dziś nic konkretnego. Chciałam pograć w grę, ale jedna mi nie działa - włącza się, ale grafika źle się wyświetla. Niby nie współpracowała ze mną już rok temu, jak grałam w nią pierwszy raz na nowym komputerze (który teraz już nowy nie jest, bo ma dwa lata, ale ciii), ale wtedy sobie poradziłam, żeby jakoś to działało, a teraz próbuję tych samych metod i nie działa. Aktualnie jestem na etapie rozterek - próbować to naprawić czy olać to i grać dalej? Nie pomaga mi wcale w tym fakt, że kolejna gra na liście to pierwsza część Mystic Diary i już mi się chce wyć, jak o tym myślę.

Chociaż w sumie udało mi się dopisać dziś kilka zdań do rozdziału Podróży do III Rzeszy i może uda się kilka kolejnych, więc może nie będzie tak źle.


Kończę, pójdę władować się do łóżka i porobić coś. Może nawet konkretnego.