środa, 31 sierpnia 2016

Poradnik pozytywnego myślenia

Nie będę dziś mówić o filmie z Jennifer Lawrence i gościem-którego-nazwiska-nie-umiem-zapamiętać (to chyba był Bradley Cooper, ale nie jestem pewna, a nie chce mi się sprawdzać) w rolach głównych. Jakby co, to zostaliście ostrzeżeni, bo ja raz się tak nabrałam, jak włączyłam filmik o tytule identycznym z tytułem mojej dzisiejszej notki i spodziewałam się, że go zaraz wyłączę, bo to będzie recenzja, a to było coś zupełnie innego.
W moim wykonaniu też będzie coś innego, i to bardziej wiążącego się z tytułem notki niż może wam się wydawać. :)


Jutro zaczynam ostatni rok szkolny w moim życiu (potem będą już tylko akademickie). Jak można się domyślić, w związku z tym za osiem miesięcy będę pisać maturę. Ponieważ już teraz, jeszcze przed początkiem roku, odczuwam lekki stresik, postanowiłam w tym roku szkolnym szukać w każdym dniu czegoś pozytywnego, jakiejś jednej rzeczy, która sprawiła mi radość. Nawet jeśli będzie to coś, o czym wcześniej wiedziałam, że sprawia mi radość i wpadłam na nią całkowicie nie przypadkiem, jak piosenka, którą znam parę lat i na słuchanie której naszła mnie ochota, to to odnotuję. Będzie mi w tym pomagał mój kalendarz książkowy na rok szkolny, bo gdybym nie pisała tu codziennie (a pewnie nie będę pisać, chyba że znowu zrobię Grudzień), to kalendarz będzie mi przypominał o zdarzeniach z kilku dni. Chociaż... tutaj i tak będę wspominać raczej tylko o takich najważniejszych. Pomijając fakt, że na tym blogu wszystko zdaje się ważne. xD I piszę tu o wszystkim. Gdyby nie to, że motto swoje i bloga wyznaczyłam na rok kalendarzowy, to bym sobie chyba zmieniła na to:
Wszystko, co jest negatywne, zawiera w sobie coś pozytywnego. Życie składa się ze sprzeczności między znakami plus i minus.
Ale nie teraz nie zmienię koncepcji, a na 2017 coś jeszcze wymyślę. Chyba zacznę zbierać też cytaty, żeby mieć co wybierać na motto i jeszcze na opis konta w przyszłym lipcu.
Dobra, bo przedłużam trochę.

Więc, przechodząc do rzeczy z dziś:

Na zakupach naciągnęłam mamę na kupno świeczki na Halloween, która prezentuje się tak:

video


Za dwa miesiące będę ją palić. :D
Udało mi się napisać rozdział na Życie jest podróżą. :)

W końcu poprosiłam tatę o zamówienie mi koszulki z Nie mam czasu, jadę czołgiem. :D

A ze szkolnych rzeczy to odkryłam, że matury pisemne będę miała za sobą już 10 maja. Zobaczymy, jak z ustnymi, bo to zależy, kiedy mi wyznaczy termin szkoła, ale mam nadzieję, że też w miarę szybko. I ta nadzieja mi będzie przyświecać.


I co, zrobiło się miło od razu, co nie? :D

Na koniec przedstawiam wam takie coś:


Nie wiem, co to jest, bo lista celów to nie do końca jest, ale mam zamiar to zweryfikować za kilka miesięcy - po napisaniu matur albo dopiero po odebraniu wyników - i sprawdzić, co się zmieniło w moim sposobie myślenia i takie tam. Trochę mi to smutne i głębokie wyszło, ale to właśnie daje mi dodatkową nadzieję na to, że nadchodzący rok będzie dla mnie łaskawy i w maju/czerwcu wyjdzie weselej.
Początki zdań wzięłam z tylnej okładki pierwszego tomu Ali Makoty.

A o tym filmiku mówiłam na początku :)

wtorek, 30 sierpnia 2016

"Oglądam Projekt Lady...

...więc wiem, co to maniery".

To hasło wymyśliłam sama dla siebie jakiś czas temu, kiedy na imprezie musiałam trzymać łokcie przy sobie podczas jedzenia, a przy piciu wina zerkałam do kieliszka zgodnie z zasadami.
W sumie z takim zamiarem dziewięć tygodni temu obejrzałam pierwszy odcinek Projektu Lady: zobaczę sobie, co niby taka dama musi umieć, a przy okazji będę miała zajęcie. Wytrwałam w swoim postanowieniu obejrzenia całego programu, ale ostatecznie zatrzymało mnie przy nim coś innego niż samo poznawanie zasad etykiety i innych takich. Nawet nie wiem, czemu było to aż tak rajcujące, ale po prostu nie mogłam doczekać się, żeby zobaczyć, jakie "przygody" będą mieć uczestniczki programu i która z nich ostatecznie wygra. Naprawdę, nie umiem powiedzieć, dlaczego, ale miałam takie naprawdę wielkie pragnienie oglądania, tylko że już nie z powodu tych zasad, tylko "czegoś innego".
Wczoraj TVN wyemitował ostatni odcinek pierwszej edycji, ja oglądałam go na komputerze u siebie w pokoju. Tak jak wcześniej zdarzyło mi się uronić trochę łez tylko w odpowiednich momentach, czyli jak ktoś coś powiedział smutnego na warsztatach z mentorkami albo jak odpadał ktoś, kogo polubiłam, to wczoraj przepłakałam calutki odcinek. Czaicie to? Czterdzieści minut przesiedziałam z chusteczką przy twarzy, bo albo mi ciekło z oczu, albo z nosa. A teraz... teraz czuję jakąś pustkę. Cieszę się, że wygrała dziewczyna, której - pomimo mojej sympatii również dla innych - kibicowałam od początku, ale też mi smutno. No bo jak to tak? Jak ja mam przetrwać? Przecież za tydzień nie będzie nowego odcinka, a nawet gdybym miała sobie całą edycję odświeżyć, to to nie będzie to samo. Dziwnie mi z tą myślą...
Ale jest jedno pocieszenie. Będzie druga edycja! Yay!


Poza tym to udało mi się dziś odebrać kartę ŚKUP, ale potem były cyrki z kupowaniem biletu przez Internet. W ogóle system jest porąbany.
Kupiłam sobie w Matrasie książkę po angielsku. W sensie taką do czytania, ale też do uczenia się, bo po każdym rozdziale są pytania. Może przez nią przebrnę.
Potem podreptałam na cmentarz żydowski, który - jak odkryłam niedawno w czeluściach Internetu - w Bytomiu i to w bliskich okolicach centrum handlowego, a nigdy tam nie zabrnęłam. Niestety nie mogłam się tam dostać, bo obeszłam go dookoła ze dwa razy i znalazłam tylko jedną bramę, w dodatku prowadzącą nie bezpośrednio na cmentarz, ale do budynku kancelarii cmentarza czy co to tam było i stwierdziłam, że tam nie wbiję, bo nie mam ochoty. Znajdę sobie cmentarz żydowski w Katowicach i tam pójdę przy kolejnej okazji, bo kto mi zabroni. Co prawda ta okazja może być dopiero za rok, bo teraz to będę zakuwać przed maturą dniami i nocami, ale zobaczymy, może w ferie mi się uda wyrwać. To znaczy może nie będę jakoś specjalnie uziemiona na weekendy w domu, bo już mam zaplanowany chociażby wyjazd na śląskie Targi Książki, ale też nie będę spełniać wszystkich kaprysów.

Mama mi dziś powiedziała, że nadużywam sformułowania "w sumie". W sumie to o tym wiem, bo wrzucam to co drugi akapit tutaj, ale chyba pora coś z tym zrobić.

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

"pytam siebie czym jest piękno"

Ale się zdenerwowałam dzisiaj po południu. Byłam w Bytomiu odebrać Śląską Kartę Usług Publicznych, która jest mi potrzebna, bo będę mieć na niej zapisany bilet miesięczny. Wystałam godzinę w kolejce, która powoli poruszała się do przodu, a jak już byłam prawie pierwsza, to się okazało, że jest awaria systemu, która potrwa co najmniej półtorej godziny, i pan z punktu ŚKUP może zrobić nic. Wkurzyłam się i poszłam posnuć się chwilę po sklepach, po czym poleciałam na przystanek.
Jutro jadę próbować jeszcze raz i mam nadzieję, że się uda, bo w środę nie będę jechać trzeci raz, a na czwartek już potrzebuję.


Za to odniosłam dziś jeden sukces w sferze pisarskiej. Dokończyłam opowiadanie do antologii, yay! Dotrzymywanie terminów nigdy nie było moją mocną stroną, a tu się udało.
Teraz pora dotrzymać innego terminu: napisać rozdział na Gorycz rozkoszy i Życie jest podróżą przed końcem wakacji, a potem jeszcze jeden rozdział na ŻJP na piątego września, bo rocznica. Wierzę, że się uda. Ja nie dam rady?


Ponieważ nie mam dalszych pomysłów na posta i dawno nie było śmiesznych obrazków z Internetu, to proszę bardzo:




Nic nie jest moje autorskie [a wszystko pochodzi stąd: https://www.facebook.com/groups/FunnyZSRR/?ref=nf_target&fref=nf], więc na błędy spuśćmy zasłonę milczenia, ale to i tak mnie śmieszy. :) Moim faworytem jest Adolf na sankach w piżamie.


A teraz zmykam oglądać Projekt Lady i przy okazji coś tam popisywać. Co prawda już wiem, kto wygrał, bo nieopatrznie zaczęłam przeglądać Facebooka, ale i tak muszę to zobaczyć, żeby uwierzyć, że to koniec. Jutro pewnie więcej o tym napiszę, więc już nie przedłużam.
Dobranoc!

niedziela, 28 sierpnia 2016

Dam radę!

No i już nie jestem sama w domu. Czas wrócić do rzeczywistości. I przy okazji do własnego łóżka.

Pamiętacie, jak w zeszłym roku zostałam gwiazdą filmową i pojawiłam się w filmiku urodzinowym dla Leny Katiny?
W tym roku postanowiłam kontynuować swoją karierę, tym razem jednak nagrałam dwa zdania do filmiku na 100 tysięcy widzów jednego kanału na YouTube. Oczywiście pochwalę się, jak pojawi się całość.


Oglądam sobie właśnie filmiki, które znalazłam na początku wakacji i mi smutno, bo wakacje się kończą. Chciałabym, żeby znowu był początek wakacji i żebym mogła znowu je znaleźć.
Chociaż wiecie co? Wolałabym, żeby był kolejny początek wakacji. Rozumiecie? Żeby już było po szkole, po maturach... Ech. Mam nadzieję, że to szybko minie.


W tym tygodniu nie przeczytałam żadnej książki, znowu tknęłam jedną tylko przy przenoszeniu z pokoju do pokoju. Ale za to naoglądałam się filmów - wczoraj i dziś były głównie takie, które już znałam. No dobra, tylko takie, które już znałam. Ale w jakiś sposób było mi to potrzebne, poza tym tak się stało dlatego, że odkryłam funkcję oglądania filmów zrzuconych na pendrive na telewizorze i stwierdziłam, że jak mam oglądać coś z magicznego pudełka, co nawet mi się nie podoba, to tak będzie nawet lepiej. Co prawda przez moment przy oglądaniu drugiej części Igrzysk Śmierci za bardzo mi odwaliło, ale przynajmniej było zabawnie. Nie będę cytować, co takiego sobie pomyślałam, powiem wam tylko, że po tym, jak w maju odświeżyłam sobie Złoto dla Zuchwałych, chyba nie powinnam oglądać innych filmów z Donaldem Sutherlandem (może wykluczając grudniowe seanse Obywatela X). Albo to kwestia nie tyle skojarzeń, co przedawkowania cukru w ostatnich dniach, w sensie że trochę nadaktywna się zrobiłam.
No i udało mi się skończyć jeden z rozdziałów na opowiadania, yay! Teraz tylko ogarnąć do końca sierpnia jeszcze dwa rozdziały i opowiadanie do antologii. Dam radę!

Ale żeby dać radę, muszę już się zmyć, więc się zmywam.

piątek, 26 sierpnia 2016

Szał tworzenia

Otrzeźwiona odrobinę słowackim piwem (jak to się nazywa? oksymoron? w sensie że po piwie nie można być trzeźwym - rozumiecie, co nie?) zasiadam do pisania tego posta.

Przez to piwo sponsorami tego posta zostali moja siostra i mój szwagier, ale i tak o tym nie wiedzą.
Poza tym dopadły mnie przemyślenia dotyczące alkoholu. Nie żebym się na tym znała, ale się wypowiem. Ze wszystkich zdegustowanych przeze mnie alkoholi piwo jest najbardziej obrzydliwe, chociaż to chyba kwestia marki i smaku, bo jabłkowe somersby, które piłam na swoich urodzinach, było dobre. Wódka była gorzka, ale miała swój urok w postaci soku, którym ją zapijałam. A wino jest samo w sobie dobre, nawet wytrawne.
Generalnie jeśli mam pić, to chcę wino.


Poszłam dziś rano do sklepu, a i tak wyszło na to, że paru rzeczy nie kupiłam, bo nie ogarnęłam lodówki, a jedną - chociaż na upartego więcej - kupiłam niepotrzebnie, ale tego w sumie nie mogłam przewidzieć.
Nie kupiłam Ramy do smarowania kanapek i margaryny do smażenia, a akurat potrzebowałam usmażyć jajka sadzone i posmarować dwie bułki. Skończyło się na tym, że jajka usmażyłam na odrobinie Ramy, a bułki posmarowałam tym, co zostało na ściankach pudełka. Na szczęście teraz już mam zapas, bo siostra i szwagier - wracając z podróży poślubnej - wdepnęli do sklepu i mi kupili.
Niepotrzebnie kupowałam sos do makaronu, bo mam jeden do spaghetti i jeden z pulpetami, czyli takie obiadki na dwa kolejne dni, a siostra mi dała lazanię z mrożonki, którą mogę zjeść na obiad, czyli teraz jeden z sosów będę musiała odrzucić i będzie się kisił pod szafką do nie wiadomo kiedy. Prawdopodobnie taki los czeka sos do spaghetti, ale to się jeszcze zobaczy. W sumie to zawsze mogę zjeść lazanię jutro na kolację. Poza tym trochę niepotrzebnie kupowałam jogurt pitny, którego mi się zachciało w sklepie, bo siostra mi przywiozła jeszcze jeden, i lody, bo dostałam lentilki (draże czekoladowe) i gorzką czekoladę, które są dla mnie przekąską równorzędną z lodami. Czyli albo jutro się nawpierdalam i będę na początek roku szkolnego jeszcze grubsza niż na koniec poprzedniego, a miałam schudnąć, albo coś mi zostanie. Pewnie skończy się na pierwszej opcji, bo mam jakieś gorsze dni - wystarczyła mi krótka zajawka Projektu Lady, żeby się rozpłakać, a to coś znaczy - a nauczyłam się zajadać stresy. Chociaż dzisiaj już osiągnęłam sukces, bo kiedy zważyłam się i pojawiły się u mnie wyrzuty sumienia, to nie użalałam się nad sobą, tylko wstałam i zaczęłam ćwiczyć. Jeśli będę robić tak za każdym razem, kiedy będę mieć wyrzuty sumienia, to chyba jednak schudnę.


Jednym okiem patrzę właśnie na jakiś niemiecki thriller. Nie wciągnął mnie, ale przynajmniej coś gra w tle. A propos niewciągających filmów - obejrzałam w któryś dzień pierwszy odcinek Dark Shadows. The Revival i w sumie cieszę się, że w pewnym momencie przestałam się nastawiać na oglądanie wszystkich, bo mnie nie porwało. Pierwszą połowę obejrzałam jeszcze z jako takim zainteresowaniem, ale na drugą już miałam kompletnie wywalone, leciała tylko, żeby nie było cicho.
Eh, muszę wziąć się za jakiś "nowy" film (w sensie niewidziany wcześniej, bo ostatnio lata sześćdziesiąte mocno, jeśli chodzi o filmy, jakie obczajam), bo mnie frustruje, że nie oglądam. Albo za serial (tu akurat również nowszy niż lata sześćdziesiąte), bo miałam oglądać seriale, a nawet Sabriny nie oglądałam ostatnio. Ale najpierw muszę coś skończyć pisać, bo znowu prawie miesiąc od aktualizacji rozdziałów minął, a jeszcze mam opowiadanie do antologii do dokończenia. Wrrr. Uprę się i jutro skończę pisać nawet parę rzeczy, ale chyba słodkości faktycznie pójdą w ruch.

Ale jestem dumna z jednej rzeczy: dziś na poważnie wzięłam się za naukę hebrajskiego. Prześledziłam słówka z pierwszego działu z nowego samouczka i jeśli jutro powtórzę, to coś powinno mi w głowie zostać. Powoli też zaczynam rozróżniać litery. Właśnie, znalazłam sobie w Internecie karty do ćwiczenia hebrajskiego pisma i będę mogła się go porządnie nauczyć. Hehe.


Idę do lodówki po jogurt pitny, bo mam zamiar trochę jeszcze posiedzieć i chcę to sobie urozmaicić, i biorę się za pisanie. Oczekujcie jakiegoś rozdziału już niedługo.

czwartek, 25 sierpnia 2016

2015 vs 2016 - ostateczne starcie

Zastanawialiście się kiedyś, ile może zmienić się przez rok?
Bo ja tak. I zaraz to sprawdzę.
 
Odgrzebałam mój post równo sprzed roku [Szkoła! + Przyjaźnie]. Stwierdziłam, że ciekawie będzie zweryfikować to, co tam napisałam, w sensie sprawdzić, co w tym roku jest inaczej albo co się zmieniło.

Szczerze mówiąc, sama nie wiem, czy lubię powroty do szkoły, zwłaszcza po wakacjach.
W tym roku jestem pewna - nie lubię.

W sumie już bym się pouczyła, zwłaszcza historii i geografii, bo mnie to ciekawi.
Tak naprawdę to wosu, a przynajmniej w zeszłym roku na wosie było w ostatecznym rozrachunku najciekawiej - w końcu czwórki z histy i z gegry nie wzięły się znikąd. Chociaż na historii dojdziemy (przynajmniej teoretycznie) do drugiej wojny, więc powinno być fajnie. 

W sumie to nie chce mi się spotkać ludzi, którzy [...] przez ostatnie dwa miesiące nie odezwali się ani słowem.

A w tym roku to - pomijając wos - właśnie ze względu za znajomych chciałabym wrócić do szkoły, bo - co mnie nawet trochę dziwi - praktycznie całe wakacje kontaktowałam się z jednym kolegą i w sumie już bym zobaczyła jego ryj.

W sumie to cieszę się, że wybrałam liceum i zostały mi dwa lata szkoły, w tym tylko jedne wakacje z tym nieznośnym poczuciem wpadania w inny świat po ich zakończeniu.

Tu nic się nie zmieniło, dalej się cieszę, zwłaszcza że został tylko rok.

Tak w sumie, to nie wierzę w wiecznie trwające, mocne przyjaźnie między niespokrewnionymi ludźmi.
Potwierdzam, dalej nie wierzę, z naciskiem na "wiecznie trwające", bo w ciągu ostatniego roku zaprzyjaźniłam się z jedną dziewczyną z Tumblra, ale już nie rozmawiamy.
Chociaż po tym roku jest kilka osób - kolega z klasy + parę ludzi z Internetów - których przyjaciółmi nie nazwę, ale po których odejściu (jak nam się ostatecznie i definitywnie urwie kontakt) będzie mi przykro.

Teraz nie przyzwyczajam się do nikogo, nawet jeśli trochę ze sobą gadamy, bo nauczyłam się, że ludzie przychodzą i odchodzą, a nawet jak zostają, to się zmieniają.

No właśnie się przyzwyczajam. xD Głupi głupek ze mnie jednak jest.

Co jeszcze u mnie, poza tym, że zaraz szkoła? Wczoraj, kiedy biegłam z pokoju do pokoju, zaryłam we framugę i mam teraz siniaka na pół ramienia. Zdarza się, ale trochę mi głupio, że praktycznie wlazłam w drzwi.

W tym roku nie wlazłam w drzwi, yay! :D


Więc tak wygląda 25 sierpnia 2015 vs 2016. W moje zmiany duchowe nie będę wnikać - poza tym, co wspomniałam wyżej - ale jeśli macie jakieś przemyślenia, to możecie dzielić się przemyśleniami w komentarzach.

środa, 24 sierpnia 2016

Kierowca wstał i zaczął klaskać

Tak się zastanawiam i chyba sobie w ostatnich miesiącach wyrobiłam limit wyjazdów do Katowic na najbliższy rok. xD Naprawdę, kiedyś jeździłam tam od wielkiego dzwonu, a teraz to jak tylko mi się zachce, to wsiadam w autobus i jazda. To aż dziwne.


Początek dnia minął bez większych fajerwerków. Obudziłam się, posiedziałam trochę przez magicznym pudełkiem, zjadłam śniadanie, a potem bardzo nagle wstałam i wyszłam z domu. Zmotywowana tym, że Tymbark mi powiedział, że ładnie dziś wyglądam, wsiadłam do autobusu.
Najpierw byłam w Silesii odebrać paczkę, która zawierała to:








Zakładki są magnetyczne i normalnie takich nie używam, ale tu podobał mi się wzór. Były podobne z Paryżem i z Amsterdamem, ale z Rzymem jakieś takie najładniejsze były.
Książkę Oro (więcej informacji tutaj: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/141116/oro) wybrałam, bo miałam wzmiankę o niej w kalendarzu szkolnym z pierwszej lub drugiej gimnazjum (4-5 lat temu) i niedawno mi się przypomniała. Po odświeżeniu sobie opisu stwierdziłam, że chyba warto przeczytać.
Notes rzymski ma fajny pomysł - to (z pozoru) zwyczajny notes, w którym co jakiś czas są zdjęcia z Rzymu albo cytaty o mieście. Kiedyś go wykorzystam w taki sposób, jaki jest zasugerowany przez Empik, czyli zapełnię notatkami z podróży, bo czemu nie. :D
Nie żałuję, że kupiłam drugi samouczek do hebrajskiego, bo ten jest lepszy na dobrzy początek. Poza tym zrozumiałam, że najbardziej boję się czytania i pisania, a tego było więcej w samouczku, który kupiłam jako pierwszy - ten tutaj jest bardziej do mówienia i słuchania, a jak to ogarnę, to do reszty będę zachęcona.


Po odebraniu paczki chciałam się posnuć po SCC w poszukiwaniu jasnych bojówek i białego golfu, których pożądam całym moim fangirlowskim serduszkiem, odkąd tylko obejrzałam film Wielka Stopa w Egipcie, ale weszłam tylko do H&M i zwątpiłam. A potem stwierdziłam, że mam czas - jak się będzie bardziej zbliżała zima, to pewnie golfów będzie w sklepach mnóstwo, to sobie kupię. Naciągnę mamę na to wszystko, hehe.


Po tym, jak zarzuciłam szukanie ubrań, poszłam z buta do Archikatedry Chrystusa Króla, bo mi mama z siostrą mówiły, że w środku jest ładnie. Google mówi, że to cztery kilometry, więc sporo przeszłam, a jeszcze wracałam też z buta, chociaż mniej, bo szłam na inny przystanek. W międzyczasie:
- uświadomiłam sobie, że wybrałam złe buty do przechodzenia takiego dystansu, bo mnie zaczęły obcierać
- dwa razy prawie się zgubiłam, dzięki czemu zrozumiałam, że (nie wnikając w to, co mi obniżyło ocenę) moja czwórka z gegry była całkiem zasłużona - bo moja orientacja w terenie leży i kwiczy (na szczęście miałam na tyle mało pecha, że mi bateria w telefonie nie zdychała i mapy wujka Google mnie poratowały)
- stwierdziłam, że chyba sama idea studiowania - nieważne gdzie - jest poroniona, bo z tą moją wyżej wspomnianą orientacją notorycznie będę spóźniać się na zajęcia
- widziałam siedzibę katowickiej gminy wyznaniowej żydowskiej.
A jak już byłam w tej archikatedrze, to przypadkiem usiadłam w ławce pod witrażem z Maksymilianem Kolbe i zastanawiam się ciągle, czy to na pewno był przypadek, czy może bardziej przeznaczenie albo mój instynkt. Zdaje mi się, że przypadek nie do końca, bo przez moment poczułam się dziwnie, jakby ktoś mi kazał usiąść w tej konkretnej ławce. No nie wiem, nie wiem.
Kiedy wracałam już autobusem, to jechałam linią, którą nigdy wcześniej nie jechałam [168] i niespodziewanie zatrzymaliśmy się na przejeździe kolejowym i pociąg z węglem sobie jechał. Chociaż sytuację i tak wygrał kierowca, który wstał i zaczął klaskać xD wyszedł z autobusu i zaczął jarać szluga.


Generalnie dzień obfitował w przygody, ale nie takie najgorsze, bo gorzej by było, gdybym musiała snuć się po Kato z rozładowanym telefonem i nie wiedziała, gdzie jestem. A tak to było spoko. :D

A teraz zmykam oglądać jednym okiem film w magicznym pudełku (chociaż ciągle nie wiem, czy wybór horroru był dobrym wyborem), a z pomocą drugiego pisać któreś z opowiadań.

Dobranoc :D

wtorek, 23 sierpnia 2016

Troska i plany

Przypomniało mi się, co jeszcze mogłam wczoraj napisać.
W kościele uświadomiłam sobie, że chyba jednak oglądam za dużo Sądu Rodzinnego, bo kiedy ksiądz powiedział: Małżeństwo przez was zawarte ja powagą Kościoła katolickiego potwierdzam i błogosławię, natychmiast rozbrzmiało mi w głowie hasło Wyrok w imieniu Rzeczpospolitej Polskiej wypowiedziane głosem Artura Lipińskiego.


Dowiedziałam się od dziś siostry, że siostra i jeden z braci jej męża martwili się, że mnie upili na weselu, ale zapewniła ich, że wczoraj po wstaniu byłam jak młody bóg, a nawet bogini. Ponoć bardzo im ulżyło.



Chciałam się ostatniej nocy wyspać, ale po tym, jak skończył się Projektu Lady, beczałam jak głupia przez dłuższą chwilę i nie mogłam się pozbierać, bo to był półfinał i bardzo mocno przeżyłam końcówkę odcinka. A za tydzień, jak będzie finał, to już w ogóle będzie czarna rozpacz. Z jednej strony pewnie będę się cieszyć szczęściem dziewczyny, która wygra, ale z drugiej... przecież to już będzie koniec... dwa miesiące spędzone z programem i z osobami, do których zdążyłam się przyzwyczaić... smutek :(
A rano wcześnie się obudziłam, bo po szóstej przyjechała śmieciara i śmieciarze walili kubłami jak opętani. Uroki mojego osiedla.



Jadę jutro do Katowic. Muszę odebrać kolejną paczkę z Empiku. Zamówiłam zakładki magnetyczne, jakiś notes, książkę i jeszcze jeden samouczek do hebrajskiego, bo z tego, który mam, nie umiem ogarnąć alfabetu. Inna sprawa, że jeszcze do tego dobrze nie przysiadłam, ale może z dwoma źródłami lepiej sobie poradzę z nauką. Poza tym chcę się trochę posnuć po mieście, tak po prostu. Muszę się rozchodzić, bo po prawie całym dniu zamulania przed kompem mam dość nawet tego. A po powrocie biorę się za układanie puzzli, bo nawet mam ochotę.


A teraz zmykam, bo pora faktycznie uzupełnić któreś z opowiadań.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Let's get this party started

Ogólnie to o weselu, na którym wczoraj byłam, nie będę za dużo mówić, bo nie było moje (wiadomo) i w sumie to nie wiem, ile mogę powiedzieć, ale jest parę rzeczy, którymi się pochwalę.


Pierwszy raz w życiu miałam na twarzy makijaż (no dobra, tak naprawdę to trzeci, ale raz był na potrzeby przedstawienia szkolnego w podstawówce, a drugi parę tygodni temu, żebym się przyzwyczaiła mieć coś na ryju przez cały dzień). Udało mi się, bo przy okazji był profesjonalny - moja siostra miała zamówioną wizytę zawodowej makijażystki, żeby zrobiła jej taki ładny makijaż, i ja zostałam umalowana przy okazji. Przy okazji dowiedziałam się, jaki kolor pasuje mi do twarzy, a pasuje taki ciemnoróżowy-jasnofioletowy (fachowo ten kolor to magenta, a wiem, że się tak nazywa, bo w bardzo podobnym kolorze miałam sukienkę i był na stronie sklepu opisany jako magenta). Wszyscy mi mówili, że ładnie tak wyglądam.


Mam wrażenie, że najlepiej - a na pewno najdłużej - bawiły się siostry państwa młodych, czyli ja i siostra mojego szwagra. Siedziałyśmy obok siebie i ona uparcie rozkręcała imprezę, a ja byłam pod ostrzałem. Co jakiś czas słyszałam takie No, czas rozkręcić wesele! Hania, chodź na parkiet! Weszłyśmy tam jako jedne z pierwszych - po parze młodej tańczącej pierwszy taniec i dwójce sześciolatków biegających dookoła sali, a zeszłyśmy jako ostatnie. Wytańczyłam się, że hej! A jak mnie teraz nogi bolą... Najgorsze jest to, że bolą mnie biodra - teraz już tak nie, ale po przyjściu do domu nie mogłam zasnąć, bo nie mogłam znaleźć pozycji, w której bym tego nie czuła.


W przerwach od tańczenia były oczywiście posiłki, a poza tym - picie alkoholu oczywiście. Nie wierzę, że chwalę się ilością alkoholu, jaką wypiłam, ale mam za sobą trzy kieliszki wina i sama-nie-wiem-ile kieliszków wódki. W pewnym momencie wspomniana wyżej siostra szwagra zaproponowała mi drinka, który w rzeczywistości był kieliszkiem wódki zapitym sokiem pomarańczowym. Po upewnieniu się, że mam już osiemnaście lat, jeden z trzech braci szwagra polewał mi już przy każdej kolejnej kolejce. A jak przy ostatniej wyszło na jaw, że to pierwsza moja zakrapiana alkoholem impreza (nie licząc urodzin spędzanych w domu) i przy okazji pierwsze posmakowanie wódki, przy podniesionych kieliszkach padło hasło No to Hania, twoje zdrowie! Miło.
Przy okazji przetestowałam, jaką mam głowę do alkoholu i chyba mam mocną. Chociaż wypiłam sporo, najwięcej w życiu jak na jedno posiedzenie, zachowałam trzeźwe myślenie, nie odleciałam. Co prawda miałam w pewnym momencie ochotę wyłożyć się na kilku stojących obok siebie krzesłach, ale to było już pod koniec imprezy + po średnio dobrze przespanej nocy. Na szczęście okazałam się być typem nieawanturującym się po alkoholu, czego się bałam. W sumie to po prostu byłam bardziej wyluzowana na parkiecie, a potem zamulałam. A dzisiaj nawet nie męczy mnie kac, przynajmniej tak sądzę. Jestem trochę skołowana i poszczypują mnie oczy, ale jestem po dwóch źle przespanych nocach i intensywnej imprezie, więc myślę, że małe problemy z głową, które mogą być przede wszystkim skutkiem zmęczenia, to pryszcz. Wiecie, poza reagowaniem agresją bałam się, że wczoraj lub dziś zarzygam jakiś kąt, ale obyło się bez tego.


Nawet nie miałam odjazdów, w sensie skojarzeń. Tylko tyle, że przy piciu wina przypomniał mi się film Tajemnica Santa Vittoria, który oglądałam ostatnio i w którym był mocno rozwinięty właśnie wątek wina. Jak poszłam do toalety, to przypomniałam sobie, że w tej grze z wątkiem ślubu została zamordowana siostra panny młodej i chyba powinnam unikać przebywania samej, ale potem pomyślałam, że nie ma co schizować. Poza tym z raz moje myśli odpłynęły w kierunku I, pet goat II, ale moje towarzystwo przy stole szybko zainterweniowało.


Generalnie wczorajszy dzień był udany. Zdjęć nie mam, bo w sumie nie było okazji, żeby robić, ale może będę miała potem na komputerze zdjęcia z aparatu szwagra i coś uda mi się wybrać.

A teraz siedzę sobie pod kołdrą i jednym okiem spoglądam na Projekt Lady. Spełniło się moje życzenie noszone od początku wakacji, czyli to, żeby być możliwie najbardziej na bieżąco. Skorzystałam z tego, że zostałam sama w domu, i zrobiłam bazę. Jak się skończy, to pójdę spać, bo padam na ryj.


Dobranoc!

sobota, 20 sierpnia 2016

Nie wiem jak to będzie

Ten post miał się pojawić wczoraj, czyli dziewiętnastego, ale że zorientowałam się o 23:45, że w sumie chciałabym coś napisać i raczej bym się nie wyrobiła, to zrezygnuję z publikacji.
Ale mogę wykorzystać stary sposób z wykorzystaniem dat, bo kto bogatemu zabroni.


19.08.2016

Naszła mnie dziś wielka ochota, żeby znaleźć jakąś nową grę, ale potem stwierdziłam, że i tak ich mam za dużo, bo dwadzieścia dwie to jednak sporo (jedna co prawda nie działa, ale kij z tym). Kiedyś może zrobię w nich porządek i wyrzucę te, które mnie naprawdę nudzą, i na ich miejsce znajdę nowe, ale to w bliżej nieokreślonej przyszłości.


Chciałam dziś napisać część rozdziału na któreś z opowiadań, ale zabłądziłam na YT i za dużo rzeczy mi siedziało w głowie. Chociaż tyle, że całkiem dobrze mi idzie pisanie opowiadania do antologii, które zdążyłam rozwinąć przed zgubieniem się w Internecie.
Ale ostatnio nocami mam więcej weny, to może zaraz coś stworzę.


A poza tym nic się nie działo u mnie. Tylko tyle, że coraz bardziej chcę, żeby przyszedł już przyszły tydzień, kiedy będę sama w domu.


Dzień kończę z tą nutą:


Zahipnotyzowała mnie. I melodia, i teledysk, i wszystko. Nowa miłość ♥


20.08.2016

Skończyłam dziś czytać książkę. Dziewczyna o kruchym sercu Elżbiety Rodzeń - oceniłam na 8/10, chociaż zastanawiałam się nad 9/10, bo znowu się prawie popłakałam na koniec.
Zaczęłam już czytać kolejną książkę, ale nie mam pojęcia, kiedy skończę, bo jutro nie będę miała czasu, a w poniedziałek będę leczyć kaca po butelce wódki weselnej. Żartuję, butelki na pewno nie wypiję, ale wiem, że zostanie mi polane.


Przesiadywanie w kółko na YT nie jest dobrą rzeczą, głównie dlatego, że jedna rzecz nie daje mi spokoju. Kiedy oglądam jeden filmik, na samym jego początku mam deja vu, ale nie wiem, czego to wina: tego, że w ciągu ostatnich czterech dni widziałam go przysłowiowy milion razy i już mi się miesza, czy tego, że może krótko po jego publikacji cztery lata temu mignął mi w netach, ale tego nie zapamiętałam. Hm.
Gdyby ktoś był ciekawy: mówię o filmiku I, pet goat II.



Jakoś tak dziś mnie naszło wrażenie, że tę kozę z początku znam nie od dziś i nie od czterech dni, ale od dawna, chociaż cały filmik widziałam po raz pierwszy na pewno w ostatnich dniach, bo co prawda sprawia, że czuję się nieswojo, ale w inny sposób - po prostu jest niepokojący, nie mam wrażenia, że to widziałam.
Ciekawe.


Ej, przed chwilą zrobiłam test, jaką wielką kobietą z przeszłości jestem, i wyszło, że Joanną d'Arc. Jednak wiedziałam, co robię, jak wybierałam patronkę na bierzmowanie. xD


Kończę, bo nie mam co dopisać, a później mogę być wykopana z pokoju, bo przed weselem nocuje u nas kuzyn i nie wiem, gdzie będę spać.
Odmelduję się w poniedziałek.

środa, 17 sierpnia 2016

Miało nie być tematu...

...ale że nic ciekawego się dziś nie wydarzyło, to przypomnę, że dziś jest rocznica śmierci Rudolfa Hessa. Nawet nie rozpaczałam w tym roku. Za rok będzie ciekawie, bo będzie równa rocznica.
Poza tym odgrzebałam gifa z zeszłego sierpnia i mi żal nie wykorzystać.


No.
Ponad tym przejdźmy teraz do innego tematu, którego nie mam, ale to nieważne! I tak przejdę.


Zabrałam się dziś za porządkowanie zdjęć z Tumblra, bo od dawna twierdziłam, że mam ich za dużo, a od jakiegoś czasu nie zaglądałam do folderu z nimi, bo to było zbyt bolesne. Poznałam na tej stronie zbyt dużo ludzi, z którymi już nie rozmawiam, i już nie mam zamiaru tam wchodzić. Trochę mi żal tych wszystkich rzeczy, które mogłabym tam znaleźć, ale nie znajdę, no bo nie, ale to, co mam, mogę wykorzystać, ale żeby wykorzystać, to muszę mieć to ogarnięte.


Nie przeczytałam dziś żadnej książki. Ogólnie to czytałam, ale nie skończyłam.
Ale za to skończyłam grać w grę. Nie policzę sobie jej, bo grałam poza kolejką - w tej jednej był motyw ślubu, a moja siostra bierze ślub w niedzielę. Kij z tym, że w grze było morderstwo, i w ogóle podwórko domu z gry przypomina podwórze domu weselnego xD Będę miała się z czego podśmiechiwać przez pół imprezy. A potem pójdę posiedzieć na ławce pomyśleć nad sensem życia. I nad tym, że nie mogę być w domu i grać w inne gry albo co.

A teraz idę coś napisać, pora uzupełnić też inne blogi.

wtorek, 16 sierpnia 2016

~bez tytułu, bo tak

No witam.
Ostatni raz pojawiłam się na którymkolwiek z blogów (czyli na tym, bo jakże by inaczej) w zeszłotygodniowy poniedziałek. Ale kogo to obchodzi... nikogo nie obchodzi. W każdym razie zażaleń, że mnie długo nie ma, nie dostałam. Było nie robić dwóch sześciodniowych przerw w maju i jednej tygodniowej w lipcu (innych tak długich nie pamiętam), może by się ktoś zastanowił. Nie żebym narzekała. A może to tylko kwestia tego, że zawsze wracam?
A mogłam nie wrócić.
Ale wracam i z góry przepraszam za przekleństwa, jakie się mogą dziś ewentualnie pojawić, nie chce mi się cenzurować samej siebie.


Nie było mnie tu chwilę, bo we wtorek i w środę do wieczora nie miałam nic ciekawego do powiedzenia, a potem dostaliśmy telefon, że osoba z rodziny zmarła i jakoś tak straciłam ochotę na pisanie. [Chociaż ostatnio wzięłam się za rozdział, więc najgorzej nie jest.] Nie pisałam też komentarzy - mimo że z tymi niewieloma blogami, z którymi obiecałam sobie lub autorom, że będę na bieżąco, faktycznie jestem na bieżąco - bo byłam (i trochę nadal jestem, ale powoli mi przechodzi) w takim nastroju, że byłabym w stanie zwyczajnie opierdolić kogoś za jedno zdanie albo nawet słowo, które mi się nie spodobało, mimo że całość była całkiem spoko, ewentualnie napisać o tym prześmiewczo, ale miałoby to podobny wydźwięk; tak samo mogłabym nie zgodzić się z czymś, z czym w głębi serca się zgadzam i w każdym innym tygodniu zgodziłabym się również w komentarzu, ale w ostatnich dniach przedstawiłabym inne stanowisko i najchętniej bym się o to pokłóciła, bo tak.
Tak jak powiedziałam: nie odzywałam się, ale w netach cały czas byłam, z blogami jestem na bieżąco (uwierzcie mi na słowo) i z YouTubem też jestem na bieżąco.

Mimo wisielczego humoru, który pojawiał się, gdy przychodziło załatwić coś w blogosferze - dlatego w końcu tego nie załatwiałam xD - dawałam radę pociskać głupoty z kolegą w rozmowie przez Facebooka. Mam wrażenie, że przez to udało mi się nie zwariować przez te dni. I może jeszcze przez filmiki na YT, ale to trochę inna sprawa.


Mimo braku chęci do większego udzielania się w netach, miałam w tym tygodniu ochotę na czytanie. Przeczytałam część Amore 14 Federico Mocci, ale znudziło mi się po 150 stronach, to zmieniłam obiekt moich zainteresowań na Fangirl autorstwa Rainbow Rowell. Nie jest to jakiś cud, ale naprawdę mi się spodobała. Nawet utożsamiłam się z główną bohaterką. Może nie do końca, bo jednak w identycznej sytuacji nie jestem i nie byłam, ale rozumiem jej chorobliwą nieśmiałość i aspołeczność (chociaż samego słowa "aspołeczność" nie lubię). Przez moment zdziwiłam się, że w pierwszym dniu studiów poszła na zajęcia w koszulce nawiązującej do ulubionej serii książek, ale potem mi się przypomniało, że sama chodzę do szkoły w koszulkach od youtuberów albo w tej ze Złota dla Zuchwałych i na studiach to raczej nie ulegnie zmianie, a nawet poszerzy mi się pula tego typu ubrań (nie zapomniałam o Nie mam czasu, jadę czołgiem, czekam tylko na dobry moment, który może przyjść nawet dopiero w święta, ale nadejdzie). Co prawda właśnie porównałam youtuberów i filmy wojenne do nieistniejącej serii książek i filmów o czarodziejach, ale sens jest ten sam, jak sądzę. No i temat fanfików jest mi bliski. Gdyby nie fanfiction, to nie byłoby mnie tutaj, bo ff do filmu było pierwszą rzeczą, jaką wrzuciłam na Blogspota i bez której nie byłoby mojej marnej, ale jednak swojego rodzaju "kariery" w necie.
Poza tym tytuł mnie opisuje. W ostatnich miesiącach fangirl to moje drugie imię.
Podsumowując, to na lubimyczytac.pl oceniłam Fangirl na 7/10, chociaż w rzeczywistości moja ocena to mocne 7,5. Mogłabym dać 8/10, ale to trochę za dużo (lc nie przewiduje połówek), tym bardziej że już te mocne 7,5 jest trochę podwyższone, a zaważyło to, że na końcu prawie płakałam. W tym miejscu chcę zaznaczyć, że na książkach nigdy nie płaczę, a prawie płakałam tylko nad ostatnim tomem Ali Makoty, jak czytałam ją w zeszłym miesiącu, i nad Złodziejką Książek. Aha, i jeszcze Jeden z nas. Opowieść o Norwegii wyprowadziła mnie z równowagi.
Jestem już w połowie kolejnej książki, ale opowiem o niej, jak dokończę.


Zarzuciłam w ostatnich dniach granie i oglądanie filmów. Jakoś nie mam na to ochoty, a nie chcę robić niczego na siłę, zwłaszcza w sytuacji, gdzie coś innego chce mi się robić, bo wenę na pisanie i czytanie naprawdę mam.



Znalazłam ten obrazek przy przeglądaniu notek z grudnia. Miał komentarz, że nie ma opcji, żebym mogła jeść ciastka i pić kakao w nocy w łóżku.
Tymczasem okazuje się, że jest opcja, bo w przyszłym tygodniu będę sama w domu przez kilka dni, to sobie będę dogadzać. Zrobię sobie kakao o dwudziestej drugiej, dołożę do tego specjalnie kupione ciastka i git. Oprócz tego będzie śmieciowe jedzenie (spaghetti, pizza, frytki) na obiady i trochę więcej niż zwykle słodyczy popołudniami. Chcę sobie też dogodzić świeczką zapachową, bo w sumie nigdy żadnej nie paliłam, więc wykorzystam okazję do nasmrodzenia w mieszkaniu (moja mama nie lubi takich rzeczy, więc wszystko wydarzy się za jej plecami - nawet jak się dowie, to nie poczuje). I kupię nowy płyn do kąpieli, bo mamy jeden w domu, ale mi się nie podoba zapach, to kupię nowy. Pewnie skorzystam z niego góra dwa razy, tak jak z tamtego, ale jak szaleć, to szaleć. Mam osiemnaście lat, wakacje i wolną chatę, więc mogę. Gdybym była kimś innym, to może wykorzystałabym sytuację na napicie się piwa - przeszedł mi przez głowę taki szalony pomysł - ale więcej niż jeden łyk wypiłam dwa razy w życiu i tak w sumie to jeszcze nie wiem, czy mi to piwo smakuje. I jeszcze tak jakoś głupio pić samemu i bez okazji.


Kończę, bo zaraz północ, a nie chcę, żeby ta notka zahaczyła o siedemnasty sierpnia. Siedemnasty ma swój własny temat, któremu pewnie w tym roku poświęcę mniej uwagi niż w zeszłym, ale jednak poświęcę, a teraz nie mam ochoty o tym pisać.
Idę, bo naprawdę północ coraz bliżej.

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Poliglotka

Jadę rano 860 do Katowic, w pewnym momencie mijamy 43, którym parę razy jechałam (spod szkoły). Odwracam się i (w myślach oczywiście) krzyczę: Cztery trzy, mój przyjacielu!

Nie kupiłam w końcu torebki, bo nie było takich, jakie potrzebuję. Kupiłam tylko czarną koszulę, bo też potrzebuję, a trafiłam na ładną.
Jakimś cudem uniknęłam nawet oglądania koszulek z nadrukami, a co dopiero kupowania. Muszę tego unikać, chociaż jest pokusa, bo już mam ich za dużo, a ciągle przede mną jest wydębianie od rodziców tej z Nie mam czasu, jadę czołgiem. Muszę być grzeczna, żeby od razu dostać.

Znowu spotkałam dziś samych miłych ludzi. Sprzedawczyni w H&M, gdzie byłam po koszulę, była trochę zmulona, ale nie była niemiła. W Empiku, gdzie odbierałam paczkę, pani już była uśmiechnięta. A w Starbucksie to już w ogóle pani, która mnie obsługiwała, była tak miła, że uh. Cały czas się uśmiechała, nawet sobie pozwoliła na żarty. Kupowałam gorącą czekoladę i było tak: - Bita śmietana ma zostać? - Nie, proszę bez - Okej... no tak, będzie więcej miejsca na czekoladę! - Dokładnie!
I tak dalej... prawie się rozpłynęłam po tej rozmowie. ♥ Wtedy sobie postanowiłam, że - oprócz częstych wizyt w Empiku po odbiór paczek - muszę też częściej odwiedzać Starbucksa. Tylko tak sobie teraz myślę, że jak tak będę szastać pieniędzmi, to pójdę z torbami. A o płatnych studiach w Kato to już w ogóle mogę pomarzyć. Chyba że pójdę na zaoczne, a na tygodniu będę zasuwać do pracy, ale musiałabym się zastanowić, gdzie tej pracy szukać.

A wracając do Empiku. Znalazłam tam samouczek do norweskiego, którego kupno rozważam, ale najpierw...

...bo najpierw trzeba ten hebrajski trochę ogarnąć. :)
Trochę mnie przeraża nauka alfabetu, ale jak mnie najdzie w któryś dzień, to przysiądę i się nauczę. I ja naprawdę będę umiała ten hebrajski, chociaż trochę.

W domu rodzice i siostra nawet się nie dziwili, że będę się uczyć nowego języka, chociaż trochę dziwili się, że hebrajski. Trochę mnie złapały wyrzuty sumienia, bo od dwóch lat mam na półce trzy tomy rozmówek (francuskie, hiszpańskie, włoskie) i wszystkie razem tknęłam w sumie może z 10 razy, ale jeszcze przyjdzie na nie czas. Za rok w wakacje pewnie mi się będzie nudziło, bo dłuższe i tak dalej, to nie będę wydawać pieniędzy na nowe książki (może poza tą do norweskiego), tylko skorzystam z tego, co mam, i się pouczę. Poza tym zawsze mogę wyjechać na Erasmusa do Hiszpanii czy gdzieś i uczyć się języka bardziej z życia, hehe.


A teraz zmykam, bo zaraz będzie Projekt Lady dostępny w netach. Będzie oglądanko!

niedziela, 7 sierpnia 2016

Johanna sama w domu

Przypomniało mi się, jaki film wczoraj oglądałam! Tytuł to Tylko góry znają prawdę i to taki niemieckojęzyczny dramat, może trochę zahaczający o thriller. Nawet fajny był. Mówię, że niemieckojęzyczny, bo fragment się dział w Wiedniu, ale w sumie nie wiem, kto produkował film (bo na dobrą sprawę Niemcy chyba mogli, chociaż chyba jednak bardziej Austriacy), ale nie chce mi się sprawdzać.

A wieczorem kończyłam oglądać film Tajemnica Santa Vittoria. Polecam, można się pośmiać. Serio. Zastanawiam się, co się działo na planie, jak to kręcili.


Ogólnie to nie jestem już sama w domu, ale wydaje mi się, że mogłabym już częściej zostawać sama. Chodzi mi głównie o to, że dałam sobie radę, ale też fajnie jest tak posiedzieć. Mogłam bezkarnie siedzieć o 23-24 przy włączonym telewizorze i komputerze i wpieprzać lody z pudełka. I chipsy.
Nie żebym chciała sobie zapeszać, ale możliwe, że tak będę miała jeszcze raz na koniec sierpnia i to dłużej niż tylko przez weekend, także tego. Znowu będzie rozpusta.

Szkoda mi tylko faktu, że przez te dwa dni nic nie przeczytałam. Książkę tknęłam dwa razy - jak ją przenosiłam z pokoju do pokoju. Ale od jutra się poprawię. Chyba.


Dostałam dziś po południu okresu. To dobrze, bo nie będzie mnie męczyło na ślubie siostry za dwa tygodnie. I przy okazji wyjaśniła się tajemnica tego, że przez ostatnie dwa dni beczałam z byle powodu - po prostu miałam pms.


Tak ogólnie to ten weekend uważam za udany. Poleniłam się trochę i nawet mnie to cieszy. W sumie to wczoraj dopiero poczułam, że mam wakacje.


A jutro wybieram się do Katowic. Dziś rano moja paczka się już o mnie upomniała - dostałam z Empiku maila oraz słodkiego smsa o treści:

Pamiętasz o mnie? Tu na Ciebie czekam: Salon Empik Katowice Silesia. Proszę zabierz mnie do domu. Twoja paczka

Tak mnie to rozczuliło, że miałam ochotę najpierw popłakać, a potem wstać i popędzić do Katowic. Z drugiej strony chyba już nigdy nie odbiorę paczki z Empiku na czas, żeby takie powiadomienia dostawać.
Żartuję, będę odbierać na czas. Jak już będę zamawiać... Przez najbliższy rok co prawda pewnie w ogóle nie będę nic zamawiać w Empiku, bo mam daleko, ale potem, jak już będę często bywać w Katowicach, to czemu nie. Zamawiałabym do Matrasa, bo mam bliżej, ale w Matrasie nie ma możliwości płacenia przy odbiorze. Teraz z tymi dojazdami jest problem, bo muszę kupować jednorazowe bilety na dojazd do Katowic i tłuc się 40 minut autobusem, ale jak będę jeździć na studia i będę tam kilka razy w tygodniu przynajmniej przejazdem + będę mieć bilet miesięczny, to co mi będzie szkodziło czasem podejść do księgarni.
Poza odebraniem paczki z wyczekiwanym samouczkiem muszę jeszcze kupić torebkę na ślub siostry. I pójdę na gorącą czekoladę do Starbucksa. Bo mogę.


A to tak na koniec posta, w temacie bycia samemu w domu.

sobota, 6 sierpnia 2016

Igrzysk ciąg dalszy

Kojarzycie, jak we wtorek żaliłam się tutaj, że zawiodłam się, bo list jeszcze nie przyszedł?
Dziś w nocy poczułam się jeszcze gorzej. Co prawda nie do końca się zawiodłam, to trochę inne uczucie, ale generalnie poczułam się gorzej.
No bo sobie czekałam na to otwarcie olimpiady i czekałam... Jakoś o dwudziestej drugiej stwierdziłam, że może bym się przekimała, bo długo będę siedzieć.
Skończyło się to tym, że mnie zmuliło około północy i obudziłam się po trzeciej, a - jak wspominałam - ceremonia trwała od pierwszej do czwartej. Załapałam się na część przemarszu reprezentacji, w tym na prezentację naszych sportowców. Panie miały ładne spódnice, serio.
Wracając do tego, że przegapiłam ceremonię - jak sobie uświadomiłam, że właściwie nic nie widziałam, to popłakałam się jak małe dziecko i przepłakałam dobrych 10 minut, bo mi było żal tego mojego czekania i nastawiania się. Żeby było śmiesznie, to a) siostra chciała do mnie zadzwonić jakoś wpół do pierwszej, ale stwierdziła, że jeśli położyłam się spać celowo i dam radę wstać na pierwszą, to mnie nie będzie budzić i b) miałam ustawiony budzik na 00:45, ale mnie nie obudził, na dobrą sprawę nawet nie jestem pewna, czy dzwonił. Ale rano obejrzałam skrót ceremonii i w sumie to nawet nie żałuję, że przegapiłam całość, bo nie było to jakoś specjalnie porywające, zwłaszcza jak się widziało dwa ostatnie otwarcia, zimowych IO w Sochi i poprzednich letnich w Londynie. Niby to Brazylia jest teraz organizatorem, ale nawet przyjmując, że mieli mniejsze fundusze niż taka Rosja, miałam jakiś taki niedosyt.


Ciągle mi się przypomina piosenka, którą napisałam cztery lata temu w czasie poprzedniej letniej olimpiady. Jak nie zapomnę, to wstawię w któryś dzień tekst.


Po przemarszu zaczęłam oglądać Koszmar z ulicy Wiązów, ale że widziałam to stosunkowo niedawno, to szybko wyłączyłam i poszłam spać.


A dzisiaj w sumie nic nie zrobiłam. Miałam cały czas włączone magiczne pudełko i wydaje mi się, że obejrzałam jakiś film, ale nawet nie wiem jaki. Na pewno widziałam dwa odcinki Szkoły.
Teraz w pudełku też leci jakiś film, ale nawet nie patrzę. Kończę tę notkę i wezmę się za kończenie jednego filmu na komputerze, bo go oglądam od miesiąca. A jutro może uda mi się coś przeczytać albo napisać, bo chciałam dziś, ale mi się nie udało.

piątek, 5 sierpnia 2016

Igrzyska czas zacząć!

Za mną długi dzień i przede mną długa noc. Ale zacznę od początku.

Obudziłam się jakoś o 5:40, bo moi rodzice wyjeżdżali na weekend, i już nie zasnęłam, chociaż i tak wylegiwałam się do 8:00, bo o tej porze moja siostra wstaje do pracy. Ostatecznie wstałam przed dziewiątą, zjadłam śniadanie, ubrałam się i popędziłam do sklepu po chleb, frytki, dwa sosy do spaghetti (miał być jeden sos i pizza z mrożonki, ale nie było dobrych smaków) oraz pudełko lodów, czyli generalnie jedzenie na dziś i weekend.
Wróciłam i się ponudziłam. Po trzynastej przyszła siostra, zjadłyśmy fryty, a potem - przy włączonym TVN-ie - pogadałyśmy trochę. Dowiedziałam się przy tym, że ona też ogląda Projekt Lady. ♥ Co prawda różnica jest taka, że nadrabiała wszystkie odcinki jakoś w tym tygodniu, a ja jestem od początku na bieżąco, ale przynajmniej znalazłyśmy na chwilę wspólny temat. I przy okazji się podbudowałam, bo nigdy nie miałam dobrej pamięci do imion, ale tym razem to ja wiedziałam, kto jest kim z imienia. Nie żebym chciała tu obgadywać, ale naprawdę, odczuwam swojego rodzaju satysfakcję z tego powodu.
Przed siedemnastą wyszłam odprowadzić siostrę na przystanek i przy okazji wstąpić do sklepu po chipsy, na które mam smaka i do których zjedzenia mam okazję, ale których zapomniałam kupić rano. Wróciłam do domu i już sobie siedzę sama, i tak do niedzieli po południu.

Ta specjalna okazja do zjedzenia chipsów to ceremonia otwarcia olimpiady w Brazylii. Ciekawi mnie, co pokażą, bo na razie Brazylia kojarzy mi się tylko z Amazonią i śmiercią doktora Mengele. Zaczyna się - ta ceremonia - o pierwszej w nocy, kończy o czwartej (według naszego czasu) i oglądanie jej to trochę szalony pomysł, ale pomyślałam, że jak już mam wakacje i jestem sama w domu, to mogę zaszaleć. Z tej okazji zrobiłam sobie w pokoju z telewizorem, który znacie z mojego półgodzinnego filmiku, bazę, ale tym razem bardziej zaawansowaną, bo oprócz komputera, telefonu i książki mam tu ze sobą też swoją kołdrę i poduszkę oraz miśka. Stwierdziłam, że nie będę kombinować z łażeniem od pokoju do pokoju, tylko będę łączyć przyjemne z przyjemnym. Poza tym, gdybym miała zasnąć przed magicznym pudełkiem, to przynajmniej zasnę pod kołdrą. Swoją własną!


A jutro będzie super leniwy dzień. Ach... Co prawda będzie to taki zwykły (w sensie typowy) wolny dzień, bo trochę pogram, trochę poczytam, trochę popiszę, może obejrzę film, jednocześnie nie robiąc przy tym tak naprawdę nic konkretnego, ale - co ważne - nie mam zamiaru składać kołdry i wychodzić z piżamy. Wiecie, takie całodniowe piżama party. Pierwszy raz w życiu! Pomijając chorowanie.

Nagrałabym jutro daily vloga, ale nie będę miała co pokazać. Już w marcu, w tym półgodzinnym filmiku, tak naprawdę nie pokazałam nic konkretnego. Teraz bym się tylko powtórzyła, o ile nie byłoby nawet gorzej, bo nie mam kota, którego mogłabym pokazać jako urozmaicenie. Ale wieczorem będzie notka, więc będziecie wiedzieli, co dokładnie robiłam i jak się czułam.


Bez odbioru, idę oglądać film w magicznym pudełku. Nie jest to żaden z serii z Karlem-Ottonem :( chociaż mam zamiar obejrzeć taki jutro, ale to też film, który od jakiegoś czasu mnie ciekawi. Życie Adeli, gdyby ktoś pytał.

Ciekawe, do której godziny dotrwam i o której jutro wstanę.

czwartek, 4 sierpnia 2016

Od września do wakacji

Wczoraj stało się coś niespodziewanego.
Byłam u fryzjera!
To znaczy ja to planowałam już jakiś czas, ale sądziłam, że wybiorę się "na ścięcie" dziś albo dopiero w przyszłym tygodniu, a tymczasem siostra wyciągnęła mnie z domu wczoraj.
Efekty są takie:

Samo zdjęcie jest - moim zdaniem - takie trochę fatalne, ale mistrzem selfie nigdy nie byłam, a przynajmniej w miarę widać to, co ma być widać.

Przez moment nie mogłam odżałować, że nie miałam robionej fryzury "na kogoś", to znaczy: nie poszłam do fryzjera ze zdjęciem i nie powiedziałam Proszę pani, ja chcę to, tylko fryzjerka cięła tak jakby na żywioł, ale potem mi się przypomniało, że chyba kiedyś widziałam zdjęcie Jeny Malone w podobnej fryzurze, więc nie jest tak źle.


A dzisiaj kupiłam sobie w Biedronce kalendarz książkowy na rok szkolny 2016/2017. Niby mam jeszcze ten taki zwykły na rok 2016, ale jakoś tak ciągle jestem ustawiona na tryb roczno-szkolny, wiecie, taki, gdzie żyje się od września do wakacji z uwzględnieniem świąt, a nie od stycznia do grudnia, i czeka mnie jeszcze jeden taki rok, a potem - w delikatnie zmienionym trybie - przynajmniej trzy. Także tego, stwierdziłam, że z takim kalendarzem więcej zrobię, bo się przyzwyczaiłam (miałam taki kilka razy). Wracając do tego, który kupiłam dziś - wygląda tak:

W sumie to gdybym nie znalazła tego z Londynem, to bym nie kupiła, ale znalazłam. I mam. :)

Chciałam sobie kupić jeszcze jakiś zeszyt, bo w sumie były ładne, ale średnio był czas. W sumie nic tam, w Kauflandzie też są ładne, wybierze się coś, jak będzie potrzeba.


Poza tym przyszedł do mnie dziś mail i sms z informacją, że paczuszka z samouczkiem czeka już na mnie w Empiku. Nie ma bata, jutro po to jadę. Kij z tym, że gorąco, nauka wymaga poświęceń.

wtorek, 2 sierpnia 2016

Shalom!

Dzisiaj rano pierwszy raz od dosyć dawna poczułam, co to znaczy być naprawdę zawiedzioną.
Byłam wyrzucić śmieci, i jak już wracałam do domu i wchodziłam po schodach do mieszkania (mieszkam w bloku na ostatnim piętrze), to usłyszałam, że ktoś wchodzi do klatki i wrzuca coś do skrzynek. Kiedy usłyszałam, że trzaśnięć było mało (ok. 5 przy 15 mieszkaniach, więc nie mogły to być ulotki, które dostają wszyscy, czyli to poczta), na złamanie karku popędziłam z powrotem, żeby sprawdzić, czy nie ma czegoś do mnie.
Nie było. :(


Wczoraj przeglądałam samouczek języka angielskiego, który mam w domu, i stwierdziłam, że w sumie nauczyłabym się jakiegoś nowego języka - wystarczą mi jakieś takie podstawowe podstawy, byle mieć z tego satysfakcję i też radochę.
Wklepuję sobie w wyszukiwarkę na stronie Empiku słowo "samouczek" z zamiarem znalezienia czegoś do nauki jakiegoś takiego w miarę popularnego języka, czyli hiszpańskiego albo francuskiego, ewentualnie włoskiego albo rosyjskiego (bo angielski znam i to całkiem zaawansowanie, a niemiecki mi szkoła obrzydziła, zresztą jakieś tam podstawy znam, to po co mam się tego uczyć na nowo). I ja naprawdę chciałam znaleźć coś do nauki tego cholernego hiszpańskiego...
...ale znalazłam samouczek do hebrajskiego.
Po godzinie zastanawiania się (serio) i anulowaniu jednego zamówienia (też serio, bo kobieta zmienną jest) złożyłam drugie. W czwartek lub w piątek samouczek będzie do odbioru w Empiku w Katowicach. I tak się tam wybierałam, więc zamiast pojechać jutro (bo chciałam jechać jutro) pojadę w piątek i odbiorę sobie paczuszkę. Na szczęście w Empiku jest możliwość płacenia przy odbiorze, to będę mogła zapłacić z własnych piniondzów (przy przelewie płacą mi rodzice, bo nie mam konta w banku). I przy okazji zrobię to za plecami rodziców, bo gdyby oni załatwiali mi przesyłkę, to by mnie chyba wyśmiali. Sama bym się wyśmiała, bo nie mam zielonego pojęcia, po co mi ten hebrajski. Próbuję sobie to wytłumaczyć tym, że jeżeli pójdę na anglistykę i będę siedzieć w szeroko pojętych tłumaczeniach, albo w pracy, do której będę chciała pójść, będzie kładziony nacisk na języki, to sobie wpiszę do CV podstawy hebrajskiego i a nuż mi to otworzy jakieś drzwi.
Poza tym będę mogła denerwować jednego kolegę w szkole, bo będę do niego mówiła, a on nie zrozumie. xD

Chciałam sobie przy tej okazji zamówić jakąś książkę, żeby zaoszczędzić kilka złotych (bo przez net jest taniej), i jak już się zdecydowałam na jedną, to się okazało, że jest niedostępna. Smuteczek. :( Nie wybrałam już innej, bo stwierdziłam, że nic na siłę, poza tym mam sporo nadrabiania. Zresztą dziś znalazłam tę książkę na Allegro, to kiedyś przy okazji sobie załatwię.


Stwierdziłam, ze trzeba urozmaicić post, więc znalazłam gifa. I ja go tu tylko zostawię. :)



poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Oszukać przeznaczenie

No witam. :D

W nocy oficjalnie oszukałam system. Chciałam zaktualizować wszystkie opowiadania w lipcu i w dosłownie ostatniej sekundzie mi się to udało, bo rozdział na Życie jest podróżą wrzuciłam o 23:59. Ale jest data lipcowa? Jest! :D
Co prawda to jeden z rozdziałów, za które mi najbardziej w życiu wstyd, ale to już swoją drogą.


W sobotę nudziło mi się i zmieniłam fragment tekstu jednej piosenki. Dokładnie tej:


Jeden fragment brzmi tam tak:

Dopijam zimną herbatę
Idę porzucać granatem
W fabryce ludzie o popękanych rękach
Słucham bicia bursztynowego serca

co przerobiłam na:

Dopijam zimną herbatę
Idę porzucać kurczakiem
W fabryce jajek o zbyt niskiej jakości
W której przez spółki nic więcej nie zarobię

I wbrew pozorom ten zmieniony tekst robi sens - jak się widziało Bitwę o Ardeny, bo to pasuje do jednej sceny z tego filmu.
Ze mną wszystko w porządku. To naprawdę pasuje do tego filmu, uwierzcie mi. Jakkolwiek głupio by nie brzmiało hasło o rzucaniu kurczakiem.
A tak na serio to mam wrażenie, że skutki niektórych decyzji jednak zjadają mi mózg i to w większym stopniu, niż się mogłam spodziewać na początku.


Ja wiem, że Projekt Lady jest w Top10 moich ulubionych tematów tego lata, jeśli nawet nie w Top3 czy coś takiego, i pewnie macie dość, ale muszę opowiedzieć o jednej rzeczy, którą zauważyłam ostatnio. A zauważyłam, że tak jak zawsze chciałabym, żeby wakacyjne tygodnie ciągnęły się w nieskończoność i żeby czas wolniej mijał, to w tym roku w weekendy już nie mogę wytrzymać, bo chcę, żeby już był nowy odcinek. A poniedziałki i to oczekiwanie na wieczór są już w ogóle najgorsze. Zwłaszcza dziś mi to ciąży, bo nie mam co ze sobą zrobić: mam dzień przerwy od pisania, żeby odetchnąć, na czytanie nie miałam ochoty, tak jak na oglądanie filmów, i w sumie na granie to też. I tak sobie chodzę od ściany do ściany i od podłogi do sufitu, czekając na dwudziestą drugą.

W sumie to pójdę dalej pochodzić. Albo może jednak coś przeczytam... w każdym razie do powiedzenia już nic nie mam.
Bez odbioru.