poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Let's get this party started

Ogólnie to o weselu, na którym wczoraj byłam, nie będę za dużo mówić, bo nie było moje (wiadomo) i w sumie to nie wiem, ile mogę powiedzieć, ale jest parę rzeczy, którymi się pochwalę.


Pierwszy raz w życiu miałam na twarzy makijaż (no dobra, tak naprawdę to trzeci, ale raz był na potrzeby przedstawienia szkolnego w podstawówce, a drugi parę tygodni temu, żebym się przyzwyczaiła mieć coś na ryju przez cały dzień). Udało mi się, bo przy okazji był profesjonalny - moja siostra miała zamówioną wizytę zawodowej makijażystki, żeby zrobiła jej taki ładny makijaż, i ja zostałam umalowana przy okazji. Przy okazji dowiedziałam się, jaki kolor pasuje mi do twarzy, a pasuje taki ciemnoróżowy-jasnofioletowy (fachowo ten kolor to magenta, a wiem, że się tak nazywa, bo w bardzo podobnym kolorze miałam sukienkę i był na stronie sklepu opisany jako magenta). Wszyscy mi mówili, że ładnie tak wyglądam.


Mam wrażenie, że najlepiej - a na pewno najdłużej - bawiły się siostry państwa młodych, czyli ja i siostra mojego szwagra. Siedziałyśmy obok siebie i ona uparcie rozkręcała imprezę, a ja byłam pod ostrzałem. Co jakiś czas słyszałam takie No, czas rozkręcić wesele! Hania, chodź na parkiet! Weszłyśmy tam jako jedne z pierwszych - po parze młodej tańczącej pierwszy taniec i dwójce sześciolatków biegających dookoła sali, a zeszłyśmy jako ostatnie. Wytańczyłam się, że hej! A jak mnie teraz nogi bolą... Najgorsze jest to, że bolą mnie biodra - teraz już tak nie, ale po przyjściu do domu nie mogłam zasnąć, bo nie mogłam znaleźć pozycji, w której bym tego nie czuła.


W przerwach od tańczenia były oczywiście posiłki, a poza tym - picie alkoholu oczywiście. Nie wierzę, że chwalę się ilością alkoholu, jaką wypiłam, ale mam za sobą trzy kieliszki wina i sama-nie-wiem-ile kieliszków wódki. W pewnym momencie wspomniana wyżej siostra szwagra zaproponowała mi drinka, który w rzeczywistości był kieliszkiem wódki zapitym sokiem pomarańczowym. Po upewnieniu się, że mam już osiemnaście lat, jeden z trzech braci szwagra polewał mi już przy każdej kolejnej kolejce. A jak przy ostatniej wyszło na jaw, że to pierwsza moja zakrapiana alkoholem impreza (nie licząc urodzin spędzanych w domu) i przy okazji pierwsze posmakowanie wódki, przy podniesionych kieliszkach padło hasło No to Hania, twoje zdrowie! Miło.
Przy okazji przetestowałam, jaką mam głowę do alkoholu i chyba mam mocną. Chociaż wypiłam sporo, najwięcej w życiu jak na jedno posiedzenie, zachowałam trzeźwe myślenie, nie odleciałam. Co prawda miałam w pewnym momencie ochotę wyłożyć się na kilku stojących obok siebie krzesłach, ale to było już pod koniec imprezy + po średnio dobrze przespanej nocy. Na szczęście okazałam się być typem nieawanturującym się po alkoholu, czego się bałam. W sumie to po prostu byłam bardziej wyluzowana na parkiecie, a potem zamulałam. A dzisiaj nawet nie męczy mnie kac, przynajmniej tak sądzę. Jestem trochę skołowana i poszczypują mnie oczy, ale jestem po dwóch źle przespanych nocach i intensywnej imprezie, więc myślę, że małe problemy z głową, które mogą być przede wszystkim skutkiem zmęczenia, to pryszcz. Wiecie, poza reagowaniem agresją bałam się, że wczoraj lub dziś zarzygam jakiś kąt, ale obyło się bez tego.


Nawet nie miałam odjazdów, w sensie skojarzeń. Tylko tyle, że przy piciu wina przypomniał mi się film Tajemnica Santa Vittoria, który oglądałam ostatnio i w którym był mocno rozwinięty właśnie wątek wina. Jak poszłam do toalety, to przypomniałam sobie, że w tej grze z wątkiem ślubu została zamordowana siostra panny młodej i chyba powinnam unikać przebywania samej, ale potem pomyślałam, że nie ma co schizować. Poza tym z raz moje myśli odpłynęły w kierunku I, pet goat II, ale moje towarzystwo przy stole szybko zainterweniowało.


Generalnie wczorajszy dzień był udany. Zdjęć nie mam, bo w sumie nie było okazji, żeby robić, ale może będę miała potem na komputerze zdjęcia z aparatu szwagra i coś uda mi się wybrać.

A teraz siedzę sobie pod kołdrą i jednym okiem spoglądam na Projekt Lady. Spełniło się moje życzenie noszone od początku wakacji, czyli to, żeby być możliwie najbardziej na bieżąco. Skorzystałam z tego, że zostałam sama w domu, i zrobiłam bazę. Jak się skończy, to pójdę spać, bo padam na ryj.


Dobranoc!

2 komentarze:

  1. Oby Cię to mieszanie kiedyś nie zaskoczyło *wciąż pamiętam swoje pierwsze upicie, bo było raptem miesiąc temu xD* ;)
    Oho, Johanna duszą towarzystwa na parkiecie :D Cieszę się, że dobrze się bawiłaś :)
    Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przynajmniej poznam wtedy swoje możliwości :P A serio to postaram się uważać ;)
      Tak się złożyło. :D Też się cieszę, bo bawiłam się lepiej, niż się spodziewałam.

      Usuń