wtorek, 30 sierpnia 2016

"Oglądam Projekt Lady...

...więc wiem, co to maniery".

To hasło wymyśliłam sama dla siebie jakiś czas temu, kiedy na imprezie musiałam trzymać łokcie przy sobie podczas jedzenia, a przy piciu wina zerkałam do kieliszka zgodnie z zasadami.
W sumie z takim zamiarem dziewięć tygodni temu obejrzałam pierwszy odcinek Projektu Lady: zobaczę sobie, co niby taka dama musi umieć, a przy okazji będę miała zajęcie. Wytrwałam w swoim postanowieniu obejrzenia całego programu, ale ostatecznie zatrzymało mnie przy nim coś innego niż samo poznawanie zasad etykiety i innych takich. Nawet nie wiem, czemu było to aż tak rajcujące, ale po prostu nie mogłam doczekać się, żeby zobaczyć, jakie "przygody" będą mieć uczestniczki programu i która z nich ostatecznie wygra. Naprawdę, nie umiem powiedzieć, dlaczego, ale miałam takie naprawdę wielkie pragnienie oglądania, tylko że już nie z powodu tych zasad, tylko "czegoś innego".
Wczoraj TVN wyemitował ostatni odcinek pierwszej edycji, ja oglądałam go na komputerze u siebie w pokoju. Tak jak wcześniej zdarzyło mi się uronić trochę łez tylko w odpowiednich momentach, czyli jak ktoś coś powiedział smutnego na warsztatach z mentorkami albo jak odpadał ktoś, kogo polubiłam, to wczoraj przepłakałam calutki odcinek. Czaicie to? Czterdzieści minut przesiedziałam z chusteczką przy twarzy, bo albo mi ciekło z oczu, albo z nosa. A teraz... teraz czuję jakąś pustkę. Cieszę się, że wygrała dziewczyna, której - pomimo mojej sympatii również dla innych - kibicowałam od początku, ale też mi smutno. No bo jak to tak? Jak ja mam przetrwać? Przecież za tydzień nie będzie nowego odcinka, a nawet gdybym miała sobie całą edycję odświeżyć, to to nie będzie to samo. Dziwnie mi z tą myślą...
Ale jest jedno pocieszenie. Będzie druga edycja! Yay!


Poza tym to udało mi się dziś odebrać kartę ŚKUP, ale potem były cyrki z kupowaniem biletu przez Internet. W ogóle system jest porąbany.
Kupiłam sobie w Matrasie książkę po angielsku. W sensie taką do czytania, ale też do uczenia się, bo po każdym rozdziale są pytania. Może przez nią przebrnę.
Potem podreptałam na cmentarz żydowski, który - jak odkryłam niedawno w czeluściach Internetu - w Bytomiu i to w bliskich okolicach centrum handlowego, a nigdy tam nie zabrnęłam. Niestety nie mogłam się tam dostać, bo obeszłam go dookoła ze dwa razy i znalazłam tylko jedną bramę, w dodatku prowadzącą nie bezpośrednio na cmentarz, ale do budynku kancelarii cmentarza czy co to tam było i stwierdziłam, że tam nie wbiję, bo nie mam ochoty. Znajdę sobie cmentarz żydowski w Katowicach i tam pójdę przy kolejnej okazji, bo kto mi zabroni. Co prawda ta okazja może być dopiero za rok, bo teraz to będę zakuwać przed maturą dniami i nocami, ale zobaczymy, może w ferie mi się uda wyrwać. To znaczy może nie będę jakoś specjalnie uziemiona na weekendy w domu, bo już mam zaplanowany chociażby wyjazd na śląskie Targi Książki, ale też nie będę spełniać wszystkich kaprysów.

Mama mi dziś powiedziała, że nadużywam sformułowania "w sumie". W sumie to o tym wiem, bo wrzucam to co drugi akapit tutaj, ale chyba pora coś z tym zrobić.

6 komentarzy:

  1. w sumie... ;)

    Już rozumiem twoją miłość do tego programu. Wybacz jeśli cię uraziłam tamtymi pytaniem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie uraziłaś mnie, spoko :) Gusta są różne, a że mnie się akurat ten program spodobał... w sumie to tak wyszło :)

      Usuń
  2. po prostu nie spodziewałam się po tobie haha! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. szczerze to też bym się po sobie tego nie spodziewała :D nigdy nie wiadomo jak się różne sprawy ułożą ;)

      Usuń
  3. Każdy ma swoje obsesje - Ty się wzruszasz przy Projekcie Lady, a ja za często oglądam Pitch Perfect. Lubię ludzi z obsesjami :D
    Cieszę się, że z kartą się udało.
    Do zobaczenia na ŚTK!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ludzie z obsesjami są fajni. :D
      Do zobaczenia. :)

      Usuń