piątek, 26 sierpnia 2016

Szał tworzenia

Otrzeźwiona odrobinę słowackim piwem (jak to się nazywa? oksymoron? w sensie że po piwie nie można być trzeźwym - rozumiecie, co nie?) zasiadam do pisania tego posta.

Przez to piwo sponsorami tego posta zostali moja siostra i mój szwagier, ale i tak o tym nie wiedzą.
Poza tym dopadły mnie przemyślenia dotyczące alkoholu. Nie żebym się na tym znała, ale się wypowiem. Ze wszystkich zdegustowanych przeze mnie alkoholi piwo jest najbardziej obrzydliwe, chociaż to chyba kwestia marki i smaku, bo jabłkowe somersby, które piłam na swoich urodzinach, było dobre. Wódka była gorzka, ale miała swój urok w postaci soku, którym ją zapijałam. A wino jest samo w sobie dobre, nawet wytrawne.
Generalnie jeśli mam pić, to chcę wino.


Poszłam dziś rano do sklepu, a i tak wyszło na to, że paru rzeczy nie kupiłam, bo nie ogarnęłam lodówki, a jedną - chociaż na upartego więcej - kupiłam niepotrzebnie, ale tego w sumie nie mogłam przewidzieć.
Nie kupiłam Ramy do smarowania kanapek i margaryny do smażenia, a akurat potrzebowałam usmażyć jajka sadzone i posmarować dwie bułki. Skończyło się na tym, że jajka usmażyłam na odrobinie Ramy, a bułki posmarowałam tym, co zostało na ściankach pudełka. Na szczęście teraz już mam zapas, bo siostra i szwagier - wracając z podróży poślubnej - wdepnęli do sklepu i mi kupili.
Niepotrzebnie kupowałam sos do makaronu, bo mam jeden do spaghetti i jeden z pulpetami, czyli takie obiadki na dwa kolejne dni, a siostra mi dała lazanię z mrożonki, którą mogę zjeść na obiad, czyli teraz jeden z sosów będę musiała odrzucić i będzie się kisił pod szafką do nie wiadomo kiedy. Prawdopodobnie taki los czeka sos do spaghetti, ale to się jeszcze zobaczy. W sumie to zawsze mogę zjeść lazanię jutro na kolację. Poza tym trochę niepotrzebnie kupowałam jogurt pitny, którego mi się zachciało w sklepie, bo siostra mi przywiozła jeszcze jeden, i lody, bo dostałam lentilki (draże czekoladowe) i gorzką czekoladę, które są dla mnie przekąską równorzędną z lodami. Czyli albo jutro się nawpierdalam i będę na początek roku szkolnego jeszcze grubsza niż na koniec poprzedniego, a miałam schudnąć, albo coś mi zostanie. Pewnie skończy się na pierwszej opcji, bo mam jakieś gorsze dni - wystarczyła mi krótka zajawka Projektu Lady, żeby się rozpłakać, a to coś znaczy - a nauczyłam się zajadać stresy. Chociaż dzisiaj już osiągnęłam sukces, bo kiedy zważyłam się i pojawiły się u mnie wyrzuty sumienia, to nie użalałam się nad sobą, tylko wstałam i zaczęłam ćwiczyć. Jeśli będę robić tak za każdym razem, kiedy będę mieć wyrzuty sumienia, to chyba jednak schudnę.


Jednym okiem patrzę właśnie na jakiś niemiecki thriller. Nie wciągnął mnie, ale przynajmniej coś gra w tle. A propos niewciągających filmów - obejrzałam w któryś dzień pierwszy odcinek Dark Shadows. The Revival i w sumie cieszę się, że w pewnym momencie przestałam się nastawiać na oglądanie wszystkich, bo mnie nie porwało. Pierwszą połowę obejrzałam jeszcze z jako takim zainteresowaniem, ale na drugą już miałam kompletnie wywalone, leciała tylko, żeby nie było cicho.
Eh, muszę wziąć się za jakiś "nowy" film (w sensie niewidziany wcześniej, bo ostatnio lata sześćdziesiąte mocno, jeśli chodzi o filmy, jakie obczajam), bo mnie frustruje, że nie oglądam. Albo za serial (tu akurat również nowszy niż lata sześćdziesiąte), bo miałam oglądać seriale, a nawet Sabriny nie oglądałam ostatnio. Ale najpierw muszę coś skończyć pisać, bo znowu prawie miesiąc od aktualizacji rozdziałów minął, a jeszcze mam opowiadanie do antologii do dokończenia. Wrrr. Uprę się i jutro skończę pisać nawet parę rzeczy, ale chyba słodkości faktycznie pójdą w ruch.

Ale jestem dumna z jednej rzeczy: dziś na poważnie wzięłam się za naukę hebrajskiego. Prześledziłam słówka z pierwszego działu z nowego samouczka i jeśli jutro powtórzę, to coś powinno mi w głowie zostać. Powoli też zaczynam rozróżniać litery. Właśnie, znalazłam sobie w Internecie karty do ćwiczenia hebrajskiego pisma i będę mogła się go porządnie nauczyć. Hehe.


Idę do lodówki po jogurt pitny, bo mam zamiar trochę jeszcze posiedzieć i chcę to sobie urozmaicić, i biorę się za pisanie. Oczekujcie jakiegoś rozdziału już niedługo.

4 komentarze:

  1. ej ja nie kumam co jest takiego w tym Projekt Lady?!... nie przypadło mi to gustu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze mówiąc to sama nie umiem powiedzieć co takiego jest w Projekcie Lady, przypasowała mi tematyka i już :)

      Usuń
  2. Tak, otrzeźwiony piwem to oksymoron.
    Ze wszystkich degustowanych przeze mnie alkoholi nie mam ulubionego ani znienawidzonego (choć wino powinno je dostać, bo nim się upiłam jedyny raz w życiu); z piwem mam do czynienia najdłużej; podczas urlopu miałam okazję skosztować bananowe, które mi zasmakowało. Ale ja lubię smak bananów, więc... A wódkę to zdarza mi się bez popity - respekt wśród kolegów już zapewniony (czym ja się chwalę?! Ogarnij się, Miachar!).
    Miałam fajne zapasy :D Lentilky! Kojarzą mi się z dzieciństwem, kiedy chrzestny jeździł do Czech i przywoził. Mniam.
    Dla mnie ostatnio motywacją, by pilnować wagi jest to, że jestem zarejestrowana jako potencjalny dawca szpiku - przy dokumentach trzeba było podać swoje kilogramy. Choć mam lekki nadmiar, wierzę, że szybko się go pozbędę ;)
    Przyjemnej nauki hebrajskiego!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, czyli coś pamiętam z polskiego!
      Ja mam w sumie krótki "staż", jeśli chodzi o picie, i wszystko może się zmienić, ale na razie tak to wygląda.
      Dla mnie motywacją jest bardziej to, że ostatnio zrobiła się ze mnie hipochondryczka i wierzę, że jak będę szczuplejsza, to będę zdrowsza. To ponoć prawda, więc... :)
      Dzięki :D

      Usuń