piątek, 30 września 2016

Bez szans na osiągnięcia

No i w końcu nie skończyłam rozdziału na Podróż. W sumie nie żałuję, bo wolę, żeby nawet przez ponad miesiąc nie było rozdziału, ale żeby był skończony na spokojnie, a nie na szybko. Poza tym mam teraz nieśmiertelną i niezbijalną wymówkę w postaci szkoły, hehe.


Dzisiaj znalazłam na mapie Niemiec w sali z niemieckiego Konstancję, czyli miasto, w którym w teatrze Karl-Otto debiutował jako aktor. Rozczuliło mnie to trochę i przy okazji wpadłam na diabelski plan, ciągle odrobinę mniej diabelski od stalkowania w Berlinie: pojadę do Konstancji, wkręcę się do teatru i będę sobie wyobrażać, że to koniec lat 50. i przyszłam na sztukę, w której on zagrał. Pomarzyć chyba mogę, nie?


W któryś dzień na angielskim pani pytała nas, jakimi jesteśmy typami osób, i powiedziałam, że jestem marzycielem i to chyba nie za dobrze, bo wyobrażam sobie rzeczy, których nigdy nie osiągnę, na co pani mi powiedziała, że nigdy sobie nie można mówić, że się czegoś nie osiągnie, bo zawsze jest szansa, jeśli się do czegoś dąży. Pomyślałam sobie na to "Phi, pani nie wie, o czym ja marzę". No bo serio, jak wiem, że czegoś nie osiągnę, to znaczy, że tego nie osiągnę.



Chciałam sobie dziś zacząć odświeżać Projekt Lady, ale jak zaczęłam oglądać pierwszy odcinek, to mi się serce złamało, więc wróciłam do moich planów oglądania Bitwy o Ardeny, którą zresztą muszę właśnie dokończyć.


Dobranoc!

czwartek, 29 września 2016

"Ty masz czas na wszystko"

Kolega mi dziś powiedział, że gadał z wampirem i ona - jak zrozumiałam - jest obrażona o to, że a) nie pojechałam na jakiś maraton filmowy czy coś (na który pewnie w końcu stwierdziłam, że nie pojadę i zapomniałam o tym do tego stopnia, że nikomu nie powiedziałam) oraz b) że zawsze, kiedy ona mi się rozgadywała, to ja jej odpowiadałam krótko, ale wiecie, tak bardzo krótko, "yhym", "no", "dobra" i takie tam.
Czyli chodzi o to, że nie umiałam rozwiązywać jej problemów. Tak jakbym własnych miała mało.
Aha, i jeszcze się dowiedziałam, że ona mnie uważała za dobrą przyjaciółkę, ale coś tam.
Jedna myśl, która mi krąży po głowie od kilku godzin i chyba jest jedynym dobrym podsumowaniem całej tej sprawy: To jest chyba jakiś kurwa żart.

No ale ej, jak można uważać za dobrego przyjaciela kogoś, kogo się prawie nie zna? Dobra, nie wiem, ile ona uważa, że o mnie, ale dla mnie to dziwne, że ja w sumie jej nic o sobie nie mówiłam, a ona to widziała jako przyjaźń. Pomijając już fakt, że uważam przyjaźń za pojęcie powszechnie nadużywane, to ja rozumiem, że są ludzie i parapety ludzie ufni i nieufni, no ale bez przesady.

Nawet nie wiecie, jak się w tej sytuacji cieszę, że do końca szkoły tylko siedem miesięcy, a potem matury i pozamiatane.
Tylko niech mi wampir książkę odda, bo jej na początku miesiąca pożyczyłam i zaginęła w akcji. Książka oczywiście zaginęła.


Dobra, pora zmienić temat, bo za dużo negatywnych fal.


Jutro będzie rozdział na Podróży do III Rzeszy. Nieważne, że napisałam dopiero ok. 550 słów na jakieś 4000, jakie chcę osiągnąć (ogólnie to sporo jeszcze akcji przede mną) i nieważne, że chciałam jeszcze nagrać coś na YouTube i może nawet to zmontować. Dam radę!
Bardziej mnie martwi to, że najpierw będę musiała napisać trzy kartkówki i to pod rząd.
I tak dam radę! Mam przecież czas.


Aż mi się przypomniała ta piosenka:


A ty kieruj życiem brachu tak byś był zadowolony
Nad bycie człowiekiem nie przekładał mamony
[...] Ty masz czas na wszystko, i setki wschodów słońca
i miliony ścieżek, prowadzących do końca

Trzy lata temu to znalazłam i dalej tak samo ją doceniam. Głównie za tekst, chociaż melodia też mi się podoba. Kojarzy mi się ze "starymi" czasami. Chciałam napisać, że starymi dobrymi czasami, ale czy one były dobre, w sensie lepsze? Chyba nie... Zawsze miałam upadki, ale miałam też wzloty, chwile złe i dobre. I muszę się trzymać myśli, że zawsze będzie coś, co mi rozjaśni drogę.
Bo bez deszczu nie byłoby tęczy.





Łuhuuu, chyba schodzę zbyt głęboko z tymi tekstami.

środa, 28 września 2016

Ja nie dam rady?

Po dzisiejszym dniu sama nie wiem, co mam czuć.

Pierwsza "dobra" wiadomość jest taka, że w środy będę miała dziesięć lekcji, bo nas szkoła wkopała w jakiś program, z którego mamy dodatkowe zajęcia przygotowujące do matury, w których słuszność nie wątpię, ale matma na dziewiątej i dziesiątej lekcji + powrót do domu ok. 17:30 co tydzień to chyba jakiś żart.
Trochę ponarzekałam, ale potem stwierdziłyśmy z mamą, że jak już będę na studiach, to może jeszcze zatęsknię za powrotami do domu przed szóstą tylko w jeden dzień.


W sobotę są Targi Książki w Katowicach, na które się wybieram od chyba pół roku, a im bliżej nich, to tym bardziej mi się nie chce. Mam więcej rzeczy do ogarniania w związku ze szkołą, niż się spodziewałam, że będę miała na przełomie września i października, poza tym mam katar i nie chce mi się robić nic, a co dopiero wychodzić z domu i gdzieś jechać
Dlatego zdecydowałam, że nie jadę. W sumie to nie chcę się bardziej pochorować, rodzice też stwierdzili, że nie ma sensu się szwendać po Kato "w moim stanie". Wiem, że miałam tam być i nawet to obiecałam, ale wyszło jak wyszło, mówi się trudno.



A najważniejsza i w sumie najpozytywniejsza informacja dzisiejszego dnia - bo do teraz wam głównie marudziłam - jest taka, że...
...będę prowadzić kanał na YouTube. I to tak poważnie. Nie na zasadzie, że wrzucam tam milion niepublicznych filmików na potrzeby bloga, tylko to będzie wszystko dostępne publicznie (oczywiście poza tymi filmikami które już tam są i które wtajemniczeni widzieli).
W sumie to byłam skłonna odwlec to w czasie, ale dziś rano kolega, który jest najbardziej wtajemniczony w sprawę i najbardziej namawiał mnie do założenia kanału, powiedział, że nie jest pewien, czy dam sobie radę z montażem. Oczywiście przekornie pomyślałam Że co? Ja nie dam rady zmontować? Zaraz zobaczysz, jak sobie daję radę! I ostatecznie zaplanowałam nagrywanie na piątek.
No ale ej, ja tam wierzę w swoje możliwości i to, że montować umiem. Co prawda w miarę porządnie zmontowane filmiki mam na koncie dwa, może trzy (Dzień ze mną + dwa zwiastuny opowiadań), ale z efektów końcowych jestem całkiem dumna. Gdyby nie to, że przy jednym zwiastunie korzystałam z dwóch filmów i gry i różnili się aktorzy oraz nie wrzuciłam jakichś wybujałych efektów specjalnych, to nikt by się nie połapał, że to robił kompletny laik, jakim wtedy byłam, bo wycięcie odpowiednich scen i sklejenie ich razem całkiem ładnie mi wyszło. 


Dziękuję, pozdrawiam, dobranoc.

poniedziałek, 26 września 2016

Za dużo uczuć

W moim magicznym kalendarzu szkolnym pod dzisiejszą datą zapisałam:

Gdybym była starsza i bliższa mu wiekiem
albo młodsza i głupsza
to bym była zakochana
a tak to nawet nie wiem jak się czuję

i jeszcze mam katar

Czyli cały mój dzień w skrócie. Wszystko przez to, że zachciało mi się przez weekend obejrzeć fragment jednego odcinka jakiegoś serialu, w którym zagrał Karl-Otto, i teraz znowu mam za dużo uczuć w sercu, takich uczuć, z którymi jestem tak rozczulona, że mam ochotę podchodzić do każdej osoby na ulicy i ją przytulać. A najchętniej to oczywiście pojechałabym do Berlina, odszukała i wyściskała jego.
A najgorsze jest to, że ja tych swoich uczuć nie potrafię nazwać. Wiem, że nie jestem zakochana, bo nie zostawia mnie myśl, że Karl-Otto jest ode mnie dużo za dużo starszy, ale to już coś o wiele większego niż podziw czy nawet fangirling, takie przynajmniej mam wrażenie.
Chciałabym dostać już odpowiedź na list, może by mi ulżyło, a tak to trwam w takim dziwnym zawieszeniu.
I - jak napisałam wyżej - jeszcze mi się katar zaczął. Żyć nie umierać normalnie.



Kończę, bo już tu nic mądrego nie napiszę, ale że nie chcę wam sprzedawać jesiennej chandry w nadmiernych ilościach, to wstawiam gifa ze zdjęć, jakie zrobił mi ostatnio kolega przed lekcją niemieckiego.

sobota, 24 września 2016

Bitwa o film

Patrzcie, jakiego mema znalazłam!


Daj mi trochę ciasta!
Adolf, dorośnij. Masz 53 lata.
CIASTO, CIASTO, CIASTO, CIASTO!

Heheheeeehehehe xD


Mam ochotę napisać do jakiejś dyrekcji telewizji, bo przeczytałam program i się zdenerwowałam.
W magicznym pudełku leci znowu Bitwa o Ardeny, ale nie jutro ani nie w poniedziałek po południu, tylko owszem, w poniedziałek, ale o dwunastej. Czaicie to? O dwunastej! Dlaczego jak ja zamulałam miesiąc w domu i mogłabym to na spokojnie obejrzeć o każdej porze, to to nie leciało wcale, a jak nagle leci, to mam wtedy cokolwiek innego do robienia.
Jak powiedziałam o tym mamie, to od razu odczytała moje myśli i stwierdziła, że chyba nie mogę pójść w poniedziałek do szkoły, żeby obejrzeć. Potem zapytała, czy może tego nie powtarzają w któryś dzień, ale właśnie nie powtarzają. Mama mi powiedziała, że pewnie da się znaleźć w Internecie, na co odpowiedziałam, że już widziałam, ale w telewizji bym sobie obejrzała.
Najpierw strzeliłam focha, zastanawiając się, czy zerwanie się z kilku lekcji w szkole dla filmu jest dobrą opcją, a potem znalazłam sobie w netach odpowiednie rozszerzenie i w piątek, jak będę po południu sama w domu, to sobie podepnę pendrive do telewizora i obejrzę. Nie będę może miała takiej samej satysfakcji jak po takim faktycznym obejrzeniu z telewizji, ale zawsze to większy ekran.


Poza tym niby miałam się ograniczyć do dwudziestu pięciu gier na komputerze, ale znalazłam ostatnio jeden zwiastun i stwierdziłam, że nie mogę się powstrzymać. Dziś zrobiła się dostępna do pobrania, to sobie właśnie ją załatwiam. Hehe.


Ciągle mam mnóstwo rzeczy do ogarniania, więc zacznę od czegoś prostego i pójdę wreszcie skończyć rozdział na Podróż do III Rzeszy, bo najwyższa pora na to.

czwartek, 22 września 2016

Wybory i symbole

Ja sprzed około trzech lat powiedziałaby sobie dzisiaj rano O kurde, ale miałam fajny sen dzisiaj!
Teraźniejsza ja niniejszym pyta wszem i wobec: O chuj tak właściwie chodzi?
Zaczęło się od tego, że śnił mi się nikt inny jak Anders Breivik we własnej osobie. Fabułę snu pozwolę sobie pominąć, bo była tak logiczna, jak to zwykle w snach bywa, czyli wcale nie była logiczna (bo po co miałby odmówić podania mi ręki, skoro potem siedząc obok mnie na kanapie otoczył mnie ramieniem i kazał ze sobą rozmawiać? #jebaćlogikę że tak się wyrażę), ale najlepsze działo się potem, czyli w szkole, jak zachciało mi się sprawdzać znaczenie w Internetach. Wpisałam w Google hasło "zabójca" - wyrosłam już z naiwnego wpisywania nazwisk w niektórych sytuacjach - i wiecie, co przeczytałam?
Przeczytałam, że zabójca widziany we śnie oznacza koniec trosk, ale też konflikt na łonie szeroko pojmowanej rodziny.
I tak jak mogę zrozumieć, że przyśnił mi się Breivik, bo to dla mnie nie byle kto (jak mogliście zauważyć), to nie mam pojęcia, jakim cudem przyśnił mi się akurat teraz, kiedy skończyły mi się pewne troski (milczący koniec bliższej znajomości z wampirem), ale jednocześnie w mojej rodzinie zaczyna się psuć? Ej, ja bym to bardziej ogarnęła, gdybym widziała we śnie wampira we własnej osobie albo ten mój konflikt rodzinny, albo gdyby Breivik przyśnił mi się pół roku temu, ale nie - ON śni mi się TERAZ i w dodatku jest tylko symbolem, ale jak akuratnym symbolem tego, co faktycznie się dzieje!
Tak mnie to dręczy, że głowa mała.

Poza tym, ciekawostka: w moim śnie Breivik miał włosy. I brodę. To mnie akurat rozczuliło, tęsknię za takim jego wizerunkiem.
Zauważyłam, że kiedy piszę tu o Breiviku, to zaczynam przeklinać. Poważne pytanie brzmi - dlaczego?


Autobusem, którym jeżdżę do szkoły, jeździ też facet, który od początku roku przypomina mi Gustava z Mystic Diary. Albo może Victora, czyli jego brata? Sama nie wiem.
Właściwie to jest tak, że od początku roku wiedziałam, że jest do kogoś podobny, a jakoś półtora tygodnia temu - albo to było dopiero w tym tygodniu? już mi się dni zacierają - doznałam olśnienia. Trochę to straszne.


Z takich innych rzeczy to los pokarał mnie tym, że w tym samym czasie są Targi Książki i urodziny mojego kolegi, który zaprosił mnie na imprezę. Oczywiście, że wybrałam Targi, i to nawet nie dlatego, że książkowe, tylko dlatego, że a) wybieram się na nie od dawna, b) bardzo chcę spotkać się z kimś, kto się tam pojawi, c) nie przepuszczę okazji na wyjazd do Katowic, z których nigdy wcześnie nie wracam, więc obskoczenie dwóch miejsc też nie wchodzi w grę. #leniwabułaalert
Używanie hashtagów na blogach niby nie ma sensu, ale chyba to polubię.

Tylko dalej się zastanawiam, czy zamówić książkę do Empiku. Dylemat, ach, dylemat...
Ech, najwyżej zamówię sobie w listopadzie czy jeszcze kiedyś i sobie pojadę do Kato jeszcze raz. Kto bogatemu zabroni!


Dobra, idę spać, przy okazji olewając zadanie domowe na polski (w końcu to rozszerzony xD) i powtarzanie na kartkówkę z matmy. Mam jutro okienko, to nauczyć się zdążę, no i od czego są nieprzygotowania?

wtorek, 20 września 2016

I'm a film star - znowu




Psst psst, 8:27 interesuje was - jako moich czytelników - najbardziej, bo ja tak mówię.
Ale kurde, czuję się z tym dziwniej niż z filmikiem na urodziny Leny Katiny, bo w tamtym byli różni ludzie z różnych miejsc i na tle niektórych całkiem dobrze wypadłam, poza tym tamto było po angielsku i to zawsze jest trochę inaczej, a tu mówiłam po polsku, i w ogóle moi znajomi mogą to znaleźć... Się spakowałam. -.- Ale tak na serio to chyba nie najgorzej wyszło. Nie?



Wróciłam na Tumblra i od razu mam jakoś tak bardziej uporządkowane życie. Wiem, że jak wrócę do domu, to będę mogła wejść i pooglądać obrazki, i nawet pogadać z kimś tak od serca. Od razu mi jakoś lżej.



Zastanawiam się, czy by sobie nie zamówić w przyszłym tygodniu książki do Empiku i odebrać po Targach Książki, bo i tak tam będę, żeby załatwić jedną rzecz. Mam świadomość, to głupie, żeby po Targach Książki lecieć jeszcze do księgarni, ale wiem, że na targach raczej jej nie dostanę, bo to angielskie wydanie, poza tym wiem, że się na targach generalnie nie obkupię, bo jak byłam na pierwszych i ostatnich w moim życiu dwa lata temu, to kupiłam niby 4 książki, ale dwie dotyczyły nauki angielskiego, a jedną kupiłam za dwa złote, bo jakaś biblioteka robiła wyprzedaż, zresztą zaczęłam ją czytać i nie skończyłam, bo mi się nie spodobała. Czyli na swój sposób kupiłam tylko jedną, o której nie mam opinii, bo jeszcze nawet nie zaczęłam. xD Zastanowię się jeszcze.


Lecę spać, jutro będzie ciężki dzień.

niedziela, 18 września 2016

Lajf is bjutiful

Pamiętacie może tego gościa z Estonii, który pisał do mnie na Tumblrze, że Polska jest fajna i takie inne?
Wczoraj, kiedy wróciłam na Tumblra - bo wróciłam, również w kontekście udostępniania obrazków - napisał do mnie i on, pogadaliśmy sobie chwilkę. Ogólnie było miło i przyjemnie.
Życie jednak jest piękne!

Szkoda tylko, że wraz z powrotem na Tumblra i odświeżeniem dwóch - niech będzie, że tak to nazwę - przyjaźni, nie odnalazłam motywacji. Co z tego, że jedna osoba mi powiedziała, że pewnie sobie dobrze poradzę na egzaminach, a druga, że filologia angielska to interesujący i w ogóle świetny wybór, skoro ja się nie mogę zabrać do nauki.
Ej, ale naprawdę, ja przez dwa dni prawie nic nie zrobiłam, to jakaś masakra jest.

No dobra, napisałam trochę do opowiadań. Zwłaszcza do Podróży do III Rzeszy. Tak szczerze to pozostałych nie tknęłam. xD Nie no, to nawet dobrze, bo do soboty wypadałoby wrzucić nowy rozdział, bo ostatni był w sierpniu (na pozostałych dwóch opowiadaniach już były we wrześniu). Tylko weź to teraz skończ, przez moje lenistwo mam teraz tyle rzeczy do zrobienia, że głowa mała. Przede wszystkim mam do przeczytania - teoretycznie na piątek - Ludzi bezdomnych Żeromskiego, ale to akurat powinno pójść łatwo, bo zapowiada się całkiem przyjemna lektura, tylko muszę w końcu do tego przysiąść. Mogłam to zrobić już dawno, bo znamy lektury właściwie od początku roku, ale nie bez powodu nazywam się leniwą bułą no.


Eh, no cóż. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że tak ogólnie to ten tydzień nie będzie najgorszy. Weekend był na dobrą sprawę przecudowny, to nie ma prawa być zapowiedzią czegoś złego.

sobota, 17 września 2016

Stara przyjaźń nie rdzewieje

Co prawda nie mam zamiaru wrzucać na tego bloga wszystkich moich pojedynczych opowiadań, jakie napisałam, ale pomyślałam, że te napisane od zeszłego lipca powinny się tu znaleźć. Dlatego opowiadanie z antologii wylądowało tutaj: http://welcome-here-in-my-world.blogspot.com/p/nie-do-zastapienia.html :)


Hasło dnia wczorajszego. Na lekcji geografii:
-Z czym wam się kojarzy Żyd?
-Z obozem!

Prawie o tym haśle zapomniałam, ale przypomniało mi się, jak zobaczyłam ten obrazek:

Miota się jak Żyd po pustym sklepie. xD Chyba ustawiłabym sobie to na tło na fanpejdżu albo na prywatnym profilu, gdyby nie to, że w obu miejscach mam sklejkę ze Złota dla Zuchwałych i jakoś nie mam serca, żeby to zmieniać. Poza tym chciałam sobie pobić prywatny rekord w niezmienianiu teł na Facebooku i Karl-Otto ma mnie do tego zmotywować.


Jeszcze a propos geografii. Pamiętacie, jak w zeszłym roku cieszyłam się ze zdjęcia z Auschwitz, które znalazłam w podręczniku z wosu? Teraz przyszedł czas na podręcznik z geografii i taką oto wzmiankę w temacie o konfliktach i zamachach:

Były chwile, w których żałowałam wybrania rozszerzenia z geografii - teraz nie żałuję wcale. :D Szukałam takiego podpisu na mapkach w podręcznikach przez całe gimnazjum (no dobra, może tylko przez większość) i dwa lata liceum, aż w końcu się doczekałam. :)


Od jakiegoś czasu nachodziły mnie myśli o napisaniu postu o efekcie motyla oraz o jego wystąpieniu w moim życiu, ale dzisiaj stwierdziłam, że jednak nie chcę go pisać. Bo to byłby smutny post, a ja nie chcę tu smutać. Ten blog ma tętnić życiem i wesołością! Zresztą, sporo postów okołotematycznych już napisałam (tzn. sprzedałam tu już sporo faktów związanych z moim życiem przed założeniem tego bloga - ba, przed pojawieniem się w blogosferze!) i chociaż w ostatecznym rozrachunku post o efekcie motyla byłby jedynie postem zbierającym wszystko do kupy, to chyba wolę poczekać na lepszą okazję. Albo bardziej melancholijny nastrój, bo ostatnio trzyma się mnie całkiem dobry humor.


Odważyłam się dziś odezwać do tej dziewczyny z Tumblra, z którą tak dużo kiedyś pisałam, ale urwał nam się kontakt. Napisałam jej zgodnie z prawdą, że się za nią stęskniłam i że chciałabym znowu popisać, nawet gdyby miała w pewnym momencie odejść, bo teraz będę na to gotowa i zrozumiem w razie czego.
I wiecie co?
Odpisała mi! Znowu będziemy rozmawiać! ♥ Naprawdę się cieszę! Brakowało mi naszych rozmów i tego, że mogę się komuś wygadać o naprawdę wszystkim.
Dzisiaj jest jeden z lepszych dni mojego życia, bo nawet jeśli to się pewnego dnia znowu skończy, to dobrze, że może potrwać jeszcze trochę. :)

czwartek, 15 września 2016

Zagłada

Chyba jednak nie jestem aż tak leniwą bułą, jeśli chodzi o sprawy blogowe, bo dziś włączyłam laptopa dopiero o 22:30 i tylko po to, żeby napisać ten post.
No dobra, i jeszcze żeby ogarnąć maila, bo codziennie przychodzi mi pierdyliard spamów i nie lubię tego usuwać po kilku dniach, wolę na bieżąco.

Ogólnie to doszłam dziś do wniosku, że powinnam coś w życiu zmienić, żeby więcej siedzieć nad nauką i potem w efekcie mniej się stresować. Doszłam do wniosku, że najlepiej by było nie korzystać z komputera, ale bym nie dała rady. Bez kompa? Zagłada! Dlatego stwierdziłam, że będę jedynie ograniczać. Tak jak dzisiaj. Jak nie musiałam, to nie włączyłam. Pierwszy kroczek już zrobiłam, zobaczymy, jak będzie dalej.


Dzisiaj moja polonistka usiłowała mi wmówić, że będę żałować, jeśli nie napiszę rozszerzonej matury z polskiego. Zaczęło się od tego, że na pierwszej lekcji polskiego (mieliśmy dwie) zapytała:
-Kto oprócz Hani będzie pisał maturę rozszerzoną z polskiego?
Zgłosiło się kilka osób. Po dzwonku poleciałam za nią na dyżur, żeby sprostować, że ja przecież rozszerzonego polskiego pisać nie mam zamiaru. Pani na to, że wie, że chcę pisać angielski i wos, ale powinnam to jeszcze przemyśleć. Wymiana zdań wyglądała mniej więcej tak:
Pani: Teraz jesteście w momencie, że nie wiecie, co chcecie robić.
Ja: Ale ja wiem, idę na anglistykę.
P: Przy rekrutacji na anglistykę czasem bierze się pod uwagę wyniki z polskiego.
J: Sprawdzałam, na Uniwersytecie Śląskim patrzą tylko na angielski.
P: No ale wiesz, zawsze możesz się rozmyślić w międzyczasie, a nuż będziesz chciała zmienić po pierwszym roku kierunek na taki, gdzie przyda się polski. Poza tym nawet po skończeniu studiów do bycia tłumaczem jest długa droga.
J: Proszę pani, ja się w angielskim czuję na tyle dobrze, że chcę dojść do końca tej drogi choćby nie wiem co.
Po drodze padł jeszcze z ust nauczycielki argument, który nie wiem, gdzie umiejscowić, ale brzmiał jakoś tak: Bo ty jesteś zdolna i wiem, że polski rozszerzony by ci dobrze poszedł, a a nuż twoi rodzice by chcieli zobaczyć takie ładne świadectwo maturalne z samymi wynikami sto procent...
Niestety powiedziała to w złej chwili, czyli kilka dni po tym, jak wymogłam na rodzicach oświadczenie, że będą się po maturze cieszyć moim szczęściem, czyli że jeśli ja będę zadowolona ze swoich wyników, to oni też. A ja będę zadowolona, jak tylko zdam. Ja mogę nawet mieć 30% z matmy, liczy się to, że wtedy zdam. Oczywiście celuję w wysokie wyniki z angielskiego, ewentualnie z wosu, ale wysokie rezultaty z matmy i z polskiego nie są mi potrzebne do szczęścia ani trochę. Poza tym, wolę iść napisać maturę z nastawieniem "byle zdać" i potem po zobaczeniu wyższych niż spodziewane wyników pomyśleć sobie O, ale mi zajebiście dobrze poszło niż nastawić się na jakiś nie wiadomo jaki wynik i zawieść wszystkich z sobą na czele.


Dobra, teraz naprawdę szybko idę spać, bo jutro mam dwie kartkówki i sprawdzian.
Nie żebym krakała, ale mam przeczucie, że te miesiące jednak będą zwariowane bardziej niż bym chciała.

środa, 14 września 2016

Krzyżyk na drogę

Znowu nie było mnie tu chwilę. Zdecydowanie mogę zacząć nazywać się leniwą bułą, bo jakoś nic mi się nie chce, zaczynając od spraw szkolnych, a na blogowych kończąc. Serio. Nawet mi się nie chciało przez te kilka dni otwierać nowego okna z postem.

Ale za to chyba znalazłam już sobie motto na 2017 rok, takie, które zastąpi w styczniu cytat z Goebbelsa w prawej kolumnie. Na razie nie będę zdradzać, jakie to motto i skąd pochodzi, bo to się może jeszcze zmienić, ale wstępnie wiem, czego chcę.


Byłam w poniedziałek u fryzjera i efekty są takie:

 

I chodzi o to, że znowu mam trochę krótsze włosy - będę je ścinać do oporu, bo mam ambicję mieć całkiem krótkie, w sensie że na chłopaka. Jak już mi przejdzie, to odrosną. xD


Wieści z frontu są takie, że wampir znalazł sobie nową ofiarę. Krzyżyk na drogę. Trochę to dziwnie brzmi w kontekście mówienia o wampirach generalnie, ale co tam.
W dalszym ciągu powstrzymuję się od głośnych uwag, ale przynajmniej bez oporów słuchałam koleżanek z klasy psioczących na wampira. Jeszcze kilka miesięcy temu byłabym rozdarta między lojalnością wobec "przyjaciółki" a słuchaniem tego, co w głębi serca sama uważałam, a teraz robiłam to jakby legalnie. Co prawda czasem zniżały ton, jakby wiedziały, że słucham, ale nie odważyłam się powiedzieć, że między mną a nią anioły w niepokoju drżą nie ma nic specjalnego i w związku z tym nic jej nie powiem, ale chyba wszystko przyjdzie z czasem.
Ale ze mnie wredota jednak.


Dzisiaj znowu zamulałam na matmie, obmyślając kolejne rozdziały opowiadań, i znowu pan mnie pytał. Przy wychodzeniu z klasy zapytał mnie, co się stało i czy przypadkiem się nie zakochałam. Odpowiedziałam szczerze, że nie - bo przechodzę etap, w którym osoba, której najbardziej się uczepiłam, fascynuje mnie, ale nie jest obiektem mojej miłości w znaczeniu, jakie zapewne przyszło nauczycielowi do głowy - i trochę żałuję, że bardzo poniewczasie przyszła mi do głowy odpowiedź "nie pańska sprawa". Poza tym powiedział, że ja jestem prymuską i muszę być pierwsza, na co niestety nie odpowiedziałam, że matma jest mi potrzebna mniej więcej po nic, a na maturze zdaję ją, bo muszę, i nawet te głupie 30% mnie zadowoli.
A potem zamyśliłam się nad słowami o zakochaniu i stwierdziłam, że dawno nie byłam zakochana taką miłością z niespełnialnymi marzeniami o pocałunkach i wspólnym życiu. Aktualnie mam tylko Karla-Ottona i całkiem realne marzenia o tym, że któregoś dnia znajdę w skrzynce kopertę z niemieckim znaczkiem i stemplem. Karl-Otto jest w moim życiu dopiero od maja (pozwolę sobie nie liczyć wcześniejszych dwóch lat, kiedy był po prostu "tym Niemcem z końca Złota dla Zuchwałych"), ale w sumie już wcześniej jakoś wyrosłam z zakochiwania się w ludziach, w których nie powinnam. Ostatni raz był trzy lata temu i trwał chyba z półtora roku, a potem chyba zrozumiałam, że takie miłości nie mają szans na przetrwanie. Albo to kwestia tego, że na skutek fascynacji nazizmem dostałam po ryju świadomością, że spotkanie niektórych osób nie jest mi pisane. W sumie to dobrze, bo mi się przynajmniej serce nie kraje z rozpaczy.
No dobra, tak na serio to zawsze mi się kraje z jakiegoś powodu, ale od półtora roku w jakiś taki inny sposób. Pozytywnie inny.
Ej, to jest takie głębokie; chyba zaczynam być faktycznie dorosła. Jestem przerażona! A co będzie po maturze!?


Kończę, bo się późno zrobiło, a jutro standardowo trzeba wstać. Jeśli mi się coś przypomni, to standardowo zamelduję.

niedziela, 11 września 2016

New New York skyline

To, że naoglądałam się swego czasu filmików o teoriach spiskowych na temat WTC trochę utrudnia mi myślenie o ofiarach zamachów sprzed piętnastu lat z należytą czcią. Chyba pora pozwać Michała ze Strasznie Ciekawe za rycie mi bani.
Ale przynajmniej jest piosenka o tym, którą lubię (o ile można lubić piosenkę dotyczącą takiej tragedii) i którą mogę tu wstawić.

Upadam na kolana i modlę się
Za bohaterów tamtego dnia
Nie mogę znaleźć więcej pocieszenia
Dla opuszczonych ukochanych

Tak przy okazji - czy to, że raczej dobrze pamiętam to, co się działo w dziesiątą rocznicę zamachów na WTC, czyli już pięć lat temu, oznacza, że jestem stara czy po prostu, że tak powiem, dojrzała z dobrą pamięcią? Bo jak sobie najpierw przypomniałam tamten dzień, a potem sobie uświadomiłam, że wtedy byłam w pierwszej klasie gimnazjum i takie tam, to poczułam się staro.



Trochę was wprowadziłam wczoraj w błąd - nie miałam na playliście ośmiu zwiastunów, tylko dziewięć. Ale dziś trzy wywaliłam. Powinno wystarczyć. Te sześć gier, które sobie zostawiłam, zapowiada się bardzo spoko. Pewnie i tak którąś wywalę po ograniu, bo ja mam talent do grania w grę raz (albo nawet nie, bo pół czy coś) i wywalania jej, bo mi się nie spodobała. W sumie lepiej tak niż potem walczyć z sentymentami. Chociaż ostatecznie wywaliłam pięć gier z pierwszych szesnastu, czyli tych, które miałam najdłużej, to chyba nie jest ze mną źle.


Ostatnio się zastanawiałam, czy powinnam w tym roku robić Grudzień. Z jednej strony ciągle miło wspominam to szukanie obrazków i pisanie codziennie, ale z drugiej nie wiem, czy będąc w klasie maturalnej dobrze zrobię, planując wyjmowanie sobie przez cały miesiąc przynajmniej piętnastu minut dziennie z życiorysu, żeby pochwalić się w Internetach, że skończyłam czytać książkę albo ludzie w szkole zrobili to czy tamto. Mogłabym sobie znaleźć listę ambitnych tematów, na które mogę pisać, ale a) ambitne tematy oznaczają rozpisywanie się i przeobrażenie się co najmniej piętnastu minut w co najmniej trzydzieści oraz b) pomysł pewnie upadłby równie szybko jak powstał, czyli... no, szybko, bo wymyśliłam to przed chwilą. W Wielkim Poście miały być posty o wierze i co? Był jeden. Nawet po Wielkim Poście już żadnego nie napisałam. To chyba zwyczajnie nie jest blog na takie tematy.
Well, mam jakieś dwa i pół miesiąca na myślenie, jeszcze się zastanowię.


A teraz pozwólcie, że oddalę się na chwilę i pouczę się na wtorkową geografię, bo (podobno) ma być kartkówka, a potem pójdę coś stworzyć na inne blogi. Miałam jakiś nowy pomysł na opowiadanie, ale mi uciekł, zanim zapisałam, więc napiszę coś, co wiem, jak ma wyglądać.

sobota, 10 września 2016

Fire is catching

Już wiem - moje opowiadanie do antologii pojawi się 13 września, czyli we wtorek. Fajnie się złożyło, bo lubię trzynaste dni miesiąca, zwłaszcza ostatnio [czyt. od maja]. Chociaż to oznacza jeszcze 3 dni denerwowania się, bo nie wiem czemu, ale udział w antologii mnie stresuje, mimo że uważam mojego "stworka" za udanego - cóż, rozliczymy się ze światem we wtorek.
Przy okazji wstawiam linka: https://www.wattpad.com/story/79496524-marzenie-mam-marzenie-mam (może wam jeszcze potem przypomnę).


Wczoraj zabrałam się za porządkowanie gier. W magicznym folderze mam ich teraz 19 zamiast 22 i wszystkie są grywalne, co znaczy, że wyrzuciłam przede wszystkim tę, która mi nie działa. Przy okazji w odstawkę poszły dwie, które mi się dłużyły. Oprócz tego zrobiłam sobie magiczną playlistę na YouTube ze zwiastunami gier, nad których załatwieniem sobie się zastanawiam - mam ich 8 i chyba będę musiała okroić listę, co powinno być łatwe, bo jeszcze nie czytałam oficjalnych opisów na stronie dystrybutora i może być tak, że chociaż zwiastun jest taki wow, to szczegóły opowieści mnie nie przyciągną. Mam na to czas, bo jestem dopiero na piątej w kolejności grze, a nie będę zaburzać kolejki specjalnie na ogrywanie nowych gier po raz pierwszy, tylko od razu będą integralną częścią listy.


Również wczoraj - sama nie wiem czemu - obejrzałam sobie po raz czwarty w życiu i po raz drugi w ciągu ostatniego miesiąca drugą część Igrzysk Śmierci, czyli W pierścieniu ognia. Właściwie to jest moja ulubiona część serii, a fakt, że byłam na niej w kinie, był kluczowy dla jakże fascynującej historii mojego życia i bez tego byłoby zupełnie inaczej, serio. Część dotychczasowego życiorysu miałabym jakby wyciętą. Co prawda to tylko jeden z elementów zbieranych już przez ponad pięć lat, ale to już całkiem długa historia. Jak będziecie chcieli, to kiedyś ją tu opowiem.


Nawet gifa z tego filmu na kompie odgrzebałam, wow.


Pracuję nad rozdziałem Goryczy rozkoszy i ciągle mi się wydaje, że jest za bardzo przegadany, w sensie że za dużo tam dialogów. Jakoś nie umiem wkręcić się w opisy w tym opowiadaniu, chociaż sama historia jakoś posuwa się do przodu. Cóż, najwyraźniej taka jego specyfika. Przynajmniej w Podróży do III Rzeszy i Życie jest podróżą umiem opisy. xD Nie można mieć wszystkiego.
To idę skończyć ten rozdział, bo miał być dwa tygodnie temu, a jakoś nie mogłam się zebrać.

czwartek, 8 września 2016

Pomiędzy snami a bezdomnymi

Dzisiaj chyba zrozumiałam, że koledzy, których mam, to może nie moi przyjaciele, bo to ciągle dla mnie za mocne słowo, ale to tacy prawdziwi koledzy. Przy okazji uświadomiłam sobie, że to, co było między mną a wampirem, nigdy nie było tym czymś. No kurde, ona nawet nie wie o Karlu-Ottonie, a jednak trochę ze sobą gadałyśmy w okresie maj-czerwiec. [Chyba, ale ja raczej pamiętam każdy raz, kiedy musiałam wypowiedzieć jego nazwisko i jak się przy tym zacinałam, a nie pamiętam, żebym wygłupiła się właśnie przed nią]. Dla ścisłości, jeden z kolegów czyta mojego bloga (co w ogóle jest abstrakcją dla mnie, ale jednak na tyle mu zaufałam) i zna wszelakie szczegóły, a drugi wie prawie nic, ale wie, jak Karl-Otto wygląda, bo ma dużo do czynienia z moim telefonem. Nawet mu dziś pokazałam przerobione Snapchatem zdjęcie, wiecie, to różowe z kwiatkami. Dobrowolnie. Czaicie to? DOBROWOLNIE (!) pokazałam mu chyba najdziwniejsze zdjęcie, jakie mam w telefonie. To coś znaczy, ja wam mówię.
Wydaje mi się, że pod względem relacji międzyludzkich to będzie dobry rok szkolny. Nawet już mam zaplanowane jedno wyjście z domu, bo jak się dziś kolega dowiedział, że nigdy w życiu nie jadłam kebaba, to powiedział, że muszę spróbować, i stanęło na tym, że w przyszłą sobotę jadę do niego i on mi pokaże, gdzie są dobre.


Dziś wystartowała antologia, w której biorę udział. Podlinkuję ją tutaj dopiero, jak pojawi się moje opowiadanie, bo jestem chamską egoistką leniwą bułą i nie chce mi się wchodzić na Wattpad. Ogólnie to nie wiem, kiedy to nastąpi, bo jestem dziwna i się nie dowiedziałam, ale sądzę, w ciągu najbliższych dziesięciu dni. Chyba.


A na historii rozmawialiśmy dziś o bezdomnych i bezrobotnych, i o tym, że ludzie pochowani na cmentarzu może i są bezrobotni, ale przynajmniej mają dach nad głową - jedni mieszkają bardziej w domkach, inni bardziej w blokach, a jeszcze inni są w wersji instant. Typowa historia.


Coś jeszcze chciałam... Aha. Gadałam dzisiaj z jednym kolegą o snach i przypomniał mi się mój sen z kwietnia, w którym byłam w ciąży. Trochę przegadaliśmy temat, ale to w sumie nieważne. Ważne jest to, że dziwnym trafem ktoś poruszył temat snów dziś na religii i katechetka zaczęłam nam mówić, że sny odpowiadają temu, o czym często myślimy, naszym marzeniom, pragnieniom, nadziejom i planom. Ja na to do kolegi:
-Ej, to dlaczego mi się ciąża śniła?
Bo to jest w sumie dziwne. Owszem, zachciało mi się być w ciąży, ale to już było po tym śnie.
Tak sobie teraz pomyślałam - może to był znak? W sensie takim, że może mój organizm chciał mi dać znać, że na ten moment mogłabym już poradzić sobie z ewentualną ciążą i wychowaniem potomstwa, czy coś. Nie żebym to planowała na najbliższe cztery lata, bo wolałabym najpierw skończyć studia. Poza tym studia dają mi szansę na poznanie partnera życiowego, bo jak na razie to ja nigdy w życiu w ogóle chłopaka nie miałam i nie zanosi się, żebym miała przez kolejny rok.


Tym optymistycznym akcentem kończę, bo pora iść spać, jutro na ósmą do szkoły.

środa, 7 września 2016

Bycie twórcą

Oho. Do przekierowującego na mojego bloga hasła "mariusz szczerski pogrzeb" dołączyło "mariusz szczerski śmierć". To uczucie, kiedy nie wiem, czy mam się cieszyć, czy się bać...
Ciekawi mnie w ogóle, co ludzie myślą, jak po wyszukaniu takiego hasła wbijają na mojego bloga. Bo może myślą, że ja jestem neonazistką/skinem, a okazuje się, że nie jestem, a mój blog to blog licealistki z mentalnością zakrawającą momentami jeszcze o gimnazjum, która ma po prostu takie a nie inne zainteresowania.


Kurde, tak bardzo chce mi się pisać, ale tak bardzo nie mam co. Nie chcę was ciągle zanudzać tym, co jest u mnie w szkole, ale nic innego się u mnie nie dzieje poza szkołą, przynajmniej teraz.

Chyba mam PMS, bo wampir jakoś szczególnie mnie irytuje. Dzisiaj praktycznie przez cały dzień cisnęły mi się na usta obelgi pod jej adresem, ale na szczęście udało mi się przy tym zachować trochę zimnej krwi i wszystkie kąśliwe uwagi zostawiłam dla siebie. Bo ja nie chcę się kłócić, chcę mieć tylko święty spokój od osób, które mnie denerwują. Na razie chyba udaje mi się odnajdować złoty środek, ale na jak długo?

Dzisiaj prawie zasnęłam na matmie. To znaczy nie pokładałam się na ławce ani nic, ale jakoś tak nie potrafiłam skupić się na lekcji, a akurat nauczyciel upodobał sobie pytanie mnie o ostatnią lekcję (dobrze, że nie robi tego na oceny). Jak patrzyłam na tablicę, to albo myślałam kompletnie o niczym (serio, nie umiem znaleźć żadnej konkretnej myśli z tamtych chwil), albo uciekałam myślami w kierunku ŻJP.

No właśnie, Życie jest podróżą. Tak jak wspominałam, dwa dni temu była rocznica tego bloga i przy okazji jest to:
- moje drugie opowiadanie, które przetrwa dłużej niż rok [pierwsze jest o, tutaj i tworzyła je jeszcze "stara ja" sprzed czasów MLW]
- moje pierwsze opowiadanie, które będzie aktualizowane dłużej niż rok [na tamtym ostatni post ukazał się w pierwszą rocznicę powstania, już nie jestem tam aktywna, ale też żal mi było usuwać, bo to jednak sporo pracy i wspomnień]
Ach... Nie chcę się rozpisywać, bo będę brzmieć, jakby ŻJP się kończyło, ale dziwnie mi z tym, że cały rok wytrwałam przy tym opowiadaniu. I jeszcze po drodze powstały dwa kolejne, z którymi sobie całkiem całkiem radzę. W sumie to jestem z siebie całkiem dumna.
Byłabym z siebie bardziej dumna, gdybym w najbliższych miesiącach mogła pisać tyle, ile chcę, ale nie mogę. Ot, paradoks: w wakacje miałam mnóstwo czasu, ale nie chciało mi się pisać, a jak już chce mi się pisać, to jest wrzesień i zapowiada się nauki po sufit.
Kurde, bycie twórcą to jednak trudne jest.

poniedziałek, 5 września 2016

Popularność

Zaraz wam opowiem historię o tym, jaki mój blog jest popularny.
Z ciekawości zajrzałam do statystyk, żeby zobaczyć, po wpisaniu jakich haseł do wyszukiwarki Google wyskakują ludziom posty z mojego bloga. Do egzystujących tam od dłuższego czasu "bij żyda szablą" (bo raz nazwałam tak posta i wrzuciłam gifa z takim podpisem) i "z pamiętnika mengele" (bo w jednym poście wypisywałam fragmenty z mojego pamiętnika dotyczące doktora Mengele) dołączył teraz tekst "mariusz szczerski pogrzeb". Sprawdziłam i po wpisaniu właśnie tego w wyszukiwarkę na pierwszej stronie (!) wyskakuje [ten post] sprzed roku. Nie wiem czemu, ale jakoś mnie ta sytuacja śmieszy.


Dziś odbyłam jakże fascynującą rozmowę z kolegą. Siadamy razem przed polskim, przełączam coś na telefonie.
Kolega: Masz nowy telefon.
Ja: No.
K: *zauważając zdjęcie na tapecie* O, i znowu inny aktor.
J: Ale to ten sam!
K: Serio? Inaczej wygląda.
J: Wiem.
K: Magia kina normalnie.
Oczywiście rozmowa tyczyła się Karla-Ottona, bo razem z telefonem na początku lipca zmieniłam też tapetę i wcześniej miałam kadr ze Złota dla Zuchwałych, a teraz mam to czarno-białe zdjęcie, które znalazłam w wakacje.


Na historii nauczyciel zauważył moją koszulkę. I wiedział, z jakiego filmu jest zdjęcie. Tak mi poziom endorfin wtedy podskoczył, że myślałam, że wybuchnę. Do teraz mam zaciesz z tego powodu. :D


A w ogóle, mój wampir energetyczny się do mnie odzywa. Co prawda sporą część dnia i tak się olewałyśmy, ale rozmawiała ze mną trochę i było normalnie. Nie wiem, jak to już jest z nami. Ale już się nie martwię.


Ogólnie to był pozytywny dzień. :)
Teraz radośnie idę kończyć rozdział na ŻJP, bo dziś rocznica (yay!) i chyba umrę, jak nie zdążę.

niedziela, 4 września 2016

Samochody, wojna i jeż

Wczoraj był wspaniały dzień!
Co prawda przede wszystkim siedziałam przy stole i słuchałam rozmów, ale szybko zaprzyjaźniłam się z kotami, za którymi nawet nie musiałam się uganiać, bo same przyszły.

Nie żebym się interesowała jakoś bardzo motoryzacją (może poza czołgami :P chociaż i tak wszystkie wyglądają dla mnie tak samo, a gdyby mnie to obchodziło, to rozróżniałabym modele), ale dwie rzeczy, które wczoraj mnie bardzo podekscytowały.
Pierwsza to taka, że brat szwagra, który jeździ na tirach, przyjechał wczoraj służbowym samochodem do domu i mogłam wbić do szoferki się rozejrzeć. Tak, musiałam być na boso, żeby nie nanieść brudu do środka - ponoć kierowcy tirów mają takie zboczenie zawodowe.


Druga rzecz to taka, że szwagier obwiózł mnie po wsi maluchem przerobionym na rajdówkę. Nowe, nawet fajne wrażenie.

Potem, czyli już pod wieczór, jakoś tak się zakotłowało, że wylądowałam w pokoju szwagra i zaczęłam z nim - w sensie ze szwagrem, a nie z pokojem - rozmawiać o drugiej wojnie światowej. Ahh, jak miło trafić na kogoś, kto interesuje się tym samym co ty. ♥ Obiecał mi, że przy najbliższej okazji pokaże mi ciekawe miejsca w okolicy. Po drodze zajebałam mu dwie książki z pokoju na wieczne nieoddanie xD pożyczyłam od niego dwie książki, bo jedna mnie zaciekawiła, a drugą mi polecił. Polecił mi też film, który bym nawet obejrzała, ale dziś przeczytałam spis postaci, i zaczęłam się wahać, bo jedną z postaci historycznych jest tam Otto Globocnik (o którym wspominałam tutaj), a że mam z tym nazwiskiem raczej jednoznaczne skojarzenia, to nie wiem, czy wytrzymam. Może kiedyś...

Tuż przed wyjazdem do domu spotkaliśmy jeszcze pana jeża dobierającego się do karmy dla kotów. Ponoć jest tam na podwórku stałym gościem.



Jak już wspominałam, to był całkiem spoko dzień, gorzej z dzisiejszym, bo zaczęłam się martwić tym, jaki będę miała plan lekcji oraz maturą, bo jak na razie mieliśmy tylko trzy przedmioty, ale wszystkie maturalne i ilość związanych z tym informacji powoli mnie przerasta.
Ale przynajmniej zostało mi tylko 236 dni do końca roku szkolnego. :D

piątek, 2 września 2016

Nie mam czasu

Mój wampir energetyczny strzelił sobie dzisiaj w kolano. Oczywiście nie dosłownie - już wyjaśniam, o co chodzi.
Zacznę od tego, że mój plan lekcji prezentował się dziś tak:
1. msza na rozpoczęcie roku
2. polski z jedną nauczycielką
3. okienko/niemiecki (pół klasy miało to, pół to)
4. polski z drugą nauczycielką
5. angielski/angielski
6. polski z powrotem z pierwszą nauczycielką
7, 8. matematyka
Byłam na mszy, potem poleciałam do szkoły. Pierwszy polski mieliśmy w klasie, gdzie stoły są poustawiane w rzędach po trzy lub cztery, a nie dwa. W pierwszej ławce usiadło dwóch moich kolegów - jeden to ten, o którym tu wspominałam, że utrzymywałam z nim kontakt całe wakacje, a drugi to bardziej kolega kolegi, ale czasem zamienię z nim jedno zdanie, ogólnie to jest całkiem spoko. Dosiadłam się do nich, a wampir - wspominając coś pod nosem, że zabrali jej ławkę, bo wcześniej siedzieliśmy w tym samym miejscu w czterech, a teraz były tylko trzy miejsca - usiadł za nami. I na tamten moment to tyle.
Później ja i kolega-od-utrzymywania-kontaktu mieliśmy okienko, a cała reszta osób, z którymi też czasem rozmawiam, poszła na niemiecki. Zaczęło nam już wtedy odwalać, i nie mogliśmy się nadziwić, że to tak szybko się zaczęło.
Potem przyszedł polski. Jako że mieliśmy z inną nauczycielką, byliśmy też w innej sali, z normalnymi (podwójnymi) ławkami. Usiadłam sama w ławce przed kolegą-od-kontaktu i jego kolegą. Po pewnym czasie przychodzi wampir z koleżanką z naszej klasy, koleżanka siada przed nami, a wampir rozkłada się obok mnie. W porywie szczerości mówię:
-Możesz usiąść z nią, jeśli chcesz [pokazując na koleżankę; w rozmowie użyłam imienia, ale tu nie chcę ich zdradzać)]
-Nie, posiedzę z tobą - ona na to.
Dzwoni dzwonek na lekcję, do klasy przychodzi kolega, z którym też mam spoko kontakt, z kolejną koleżanką. Siada po całkiem drugiej stronie klasy - ja siedziałam z "ekipą" z tyłu pod ścianą, on usiadł pod oknem w pierwszej ławce - i widzę, że woła mnie, żebym usiadła za nim i jego koleżanką. Najpierw nie chcę, ale w końcu się zgadzam. Zbieram rzeczy, wstaję i mówię, nie mając nic złego na myśli, do wampira:
-Przesuń się, idę do [kolegi; tu też było imię].
Do kolegi za mną rzucam:
-Idę cię zdradzać.
I poszłam. W wyniku zawirowań usiadłam ostatecznie w ławce z kolegą, który mnie wołał, a nie za nim. W pewnym momencie kolega mówi:
-Ej, czy [wampir] się obraziła? Bo popatrzyła się tylko i odwróciła głowę.
Zerkam przez ramię. Nie patrzy na nas. Wzruszam ramionami, a potem zaczyna się lekcja.
Potem porozchodziliśmy się na angielski, ponownie ja wylądowałam w sali i ławce z kolegą-od-kontaktu, a reszta gdzieś indziej. Na przerwie pośmieszkowaliśmy i posłuchaliśmy trochę muzyki... takie nasze szkolne rozrywki.
No i przed kolejnym polskim, na którym wróciliśmy do pierwszej sali, zaczęła się "jazda". Po angielskim chciałam jeszcze spytać o coś nauczycielkę, więc poprosiłam kolegę o zajęcie mi miejsca, i poszłam załatwiać, co chciałam. Załatwiłam co chciałam, więc idę do klasy, siadam obok kolegi, a on mi mówi:
-Podobno znowu się z [wampirem] nie odzywacie.
-Serio?
-Tak słyszałem.
-Ja nic o tym nie wiem.
Powiedziałam to ze śmiechem i dłońmi dla żartu podniesionymi do góry w obronnym geście, ale w środku się we mnie zagotowało. Ja wiem, że ja sama nie jestem święta w sprawach relacji międzyludzkich, ale kurde, nie było niczego, co mogłabym zrobić dzisiaj nie tak. Zaznaczam, że dzisiaj, bo wczoraj ze mną normalnie rozmawiała. Bo co, bo przesiadłam się do kolegi, z którym ona zresztą też się czasem zadaje? Nic innego mi nie przychodzi do głowy. Abstrahując od powodu, bo - jak wspomniałam - nie jestem święta i mojej winy mogło być więcej, niż mi się wydaje, ale czemu ja się dowiaduję od osób trzecich?
O nie, powiedziałam sobie wtedy, tak się nie będziemy bawić. Postanowiłam sobie, że nie będę się więcej przejmować. Trochę się poprzejmowałam na przystanku, bo dziś czekałam dłużej na autobus, i zaczęłam zastawiać się, ile w tym faktycznie jest mojej winy, ale potem pomyślałam sobie: Kurde, coś jest ze mną nie tak. Pogodziłam się ze śmiercią kota i z utraceniem kontaktu z ludźmi z Tumblra, czyli generalnie z odejściem wszystkich, których w ten czy inny sposób kochałam, a przejmuję się osobą, która i tak mnie denerwuje? Pora z tym skończyć.
Na szczęście mam innych znajomych, z którymi już zdążyłam się dziś powygłupiać, albo z którymi chociaż krótko gadałam. No i kochanych nauczycieli, co mówię bez ironii, vo naprawdę uwielbiam większosć tych, którzy mnie uczą.
A to, co dziś przeżyłam, oznaczam jako część mojego poradnika pozytywnego myślenia. Nie ma co walczyć o negatywnych ludzi, kiedy godzi się z odejściem ukochanych i odnajduje pozytywnych.
Ale to głębokie.


Ale, ale. Pora przejść ponad tym do najlepszej rzeczy tego tygodnia.
Dał dał dał...

Przyszła koszulka ♥
W poniedziałek idę w niej do szkoły. Ciekawe, co pan z historii powie, bo mam historię w poniedziałek. :D


Dobra, to dziś tyle. Mam nadzieję, że nikt nie ma mi za złe mojego narzekania.
Jutro raczej się tu nie odmelduję, bo nie będzie mnie cały dzień w domu, ale w niedzielę powinnam się odezwać. :)

czwartek, 1 września 2016

Odliczanie czas zacząć

Dziś na rozpoczęciu roku standardowo była wzmianka o rocznicy wybuchu drugiej wojny światowej. Ech. Nawet nie miałam ochoty hajlować i wybiegać z sali. Bardziej miałam ochotę wbić na scenę, zabrać mikrofon i dodać, że to też 35. rocznica śmierci Alberta Speera, ale w końcu się nie odważyłam.
Ale chyba powylewam z siebie żale, jak przyjadę odebrać wyniki matur w przyszłe wakacje, bo potem już nigdy do szkoły nie wrócę i nie będę musiała się zastanawiać, co mi ludzie powiedzą.

Cieszę się, że mogłam znowu spotkać niektórych kolegów z klasy, ale niestety nie mogłam za dużo z nimi pogadać, bo przyczepił się do mnie mój wampir energetyczny. Dla przypomnienia, jest to koleżanka, ale nie chcę przekombinować z formą żeńską dla wampira. Chociaż już wiem: wampirzyca. Ych, ciężkie życie. Jutro może uda mi się pogadać z kolegami, a jeśli nie, to mam zamiar spędzić przerwy z nosem w książce, żeby mieć wymówkę do ignorowania wampira. Metoda nie gra roli, jeśli będą efekty. Zacznę od tego, bo przynajmniej będą dla mnie podwójne korzyści. :D Nie napsuję sobie nerwów i jeszcze poczytam. Hehe :)


Poradnik pozytywnego myślenia na dziś:
Zostało mi 239 dni do zakończenia roku, yay! :D Gdybym była w innej klasie (w sensie niematuralnej), to byłoby to aż 302. Ale się cieszę! Dwa miesiące szkoły mniej! Dwa miesiące mniej z moją klasą! Dwa miesiące mniej wf-u!
Nie żebym nie miała mieć wf-u na studiach, ale z tego, co mi mówiła siostra, wf na studiach jest spoko. Co prawda trafię na inną uczelnię niż ona, ale może trafię na fajnych ludzi.


Hm... Zastanawiam się, co by jeszcze napisać.
Aha. Wakacje się dopiero skończyły, a ja już planuję następne! Po tym, jak pocałowałam klamkę cmentarza żydowskiego w Bytomiu, chcę znaleźć sobie takie cmentarze w innych miastach. Z tego co wiem, jest jeden w Katowicach, w Zabrzu i w Gliwicach, poza tym mam do odwiedzenia jeden komunalny w Rudzie Śląskiej. Ogarnęłabym to teraz, we wrześniu, ale będę miała dwa weekendy zajęte, bo teraz w sobotę jedziemy odwiedzić rodziców szwagra, a w następny albo jeszcze następny muszę jechać do Bytomia przedłużyć sobie ulgę na karcie ŚKUP, bo jest ważna razem z legitymacją. A potem to już nas będą tyrać w szkole.


A propos szkoły... muszę iść się spakować. Nie chce mi się, łee :( Spakuje mnie ktoś?