środa, 14 września 2016

Krzyżyk na drogę

Znowu nie było mnie tu chwilę. Zdecydowanie mogę zacząć nazywać się leniwą bułą, bo jakoś nic mi się nie chce, zaczynając od spraw szkolnych, a na blogowych kończąc. Serio. Nawet mi się nie chciało przez te kilka dni otwierać nowego okna z postem.

Ale za to chyba znalazłam już sobie motto na 2017 rok, takie, które zastąpi w styczniu cytat z Goebbelsa w prawej kolumnie. Na razie nie będę zdradzać, jakie to motto i skąd pochodzi, bo to się może jeszcze zmienić, ale wstępnie wiem, czego chcę.


Byłam w poniedziałek u fryzjera i efekty są takie:

 

I chodzi o to, że znowu mam trochę krótsze włosy - będę je ścinać do oporu, bo mam ambicję mieć całkiem krótkie, w sensie że na chłopaka. Jak już mi przejdzie, to odrosną. xD


Wieści z frontu są takie, że wampir znalazł sobie nową ofiarę. Krzyżyk na drogę. Trochę to dziwnie brzmi w kontekście mówienia o wampirach generalnie, ale co tam.
W dalszym ciągu powstrzymuję się od głośnych uwag, ale przynajmniej bez oporów słuchałam koleżanek z klasy psioczących na wampira. Jeszcze kilka miesięcy temu byłabym rozdarta między lojalnością wobec "przyjaciółki" a słuchaniem tego, co w głębi serca sama uważałam, a teraz robiłam to jakby legalnie. Co prawda czasem zniżały ton, jakby wiedziały, że słucham, ale nie odważyłam się powiedzieć, że między mną a nią anioły w niepokoju drżą nie ma nic specjalnego i w związku z tym nic jej nie powiem, ale chyba wszystko przyjdzie z czasem.
Ale ze mnie wredota jednak.


Dzisiaj znowu zamulałam na matmie, obmyślając kolejne rozdziały opowiadań, i znowu pan mnie pytał. Przy wychodzeniu z klasy zapytał mnie, co się stało i czy przypadkiem się nie zakochałam. Odpowiedziałam szczerze, że nie - bo przechodzę etap, w którym osoba, której najbardziej się uczepiłam, fascynuje mnie, ale nie jest obiektem mojej miłości w znaczeniu, jakie zapewne przyszło nauczycielowi do głowy - i trochę żałuję, że bardzo poniewczasie przyszła mi do głowy odpowiedź "nie pańska sprawa". Poza tym powiedział, że ja jestem prymuską i muszę być pierwsza, na co niestety nie odpowiedziałam, że matma jest mi potrzebna mniej więcej po nic, a na maturze zdaję ją, bo muszę, i nawet te głupie 30% mnie zadowoli.
A potem zamyśliłam się nad słowami o zakochaniu i stwierdziłam, że dawno nie byłam zakochana taką miłością z niespełnialnymi marzeniami o pocałunkach i wspólnym życiu. Aktualnie mam tylko Karla-Ottona i całkiem realne marzenia o tym, że któregoś dnia znajdę w skrzynce kopertę z niemieckim znaczkiem i stemplem. Karl-Otto jest w moim życiu dopiero od maja (pozwolę sobie nie liczyć wcześniejszych dwóch lat, kiedy był po prostu "tym Niemcem z końca Złota dla Zuchwałych"), ale w sumie już wcześniej jakoś wyrosłam z zakochiwania się w ludziach, w których nie powinnam. Ostatni raz był trzy lata temu i trwał chyba z półtora roku, a potem chyba zrozumiałam, że takie miłości nie mają szans na przetrwanie. Albo to kwestia tego, że na skutek fascynacji nazizmem dostałam po ryju świadomością, że spotkanie niektórych osób nie jest mi pisane. W sumie to dobrze, bo mi się przynajmniej serce nie kraje z rozpaczy.
No dobra, tak na serio to zawsze mi się kraje z jakiegoś powodu, ale od półtora roku w jakiś taki inny sposób. Pozytywnie inny.
Ej, to jest takie głębokie; chyba zaczynam być faktycznie dorosła. Jestem przerażona! A co będzie po maturze!?


Kończę, bo się późno zrobiło, a jutro standardowo trzeba wstać. Jeśli mi się coś przypomni, to standardowo zamelduję.

2 komentarze:

  1. A ja byłam zadurzona (zakochana to chyba już będzie za mocne słowo) jeden jedyny raz w wieku niespełna trzynastu lat. Moje serce o wiele bardziej lgnie do aktorów i fikcyjnych bohaterów niż jakichkolwiek prawdziwych mężczyzn.
    Czy mnie się zdaje, czy w poprzednim roku szkolnym nie było psioczenia na wampira?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pod koniec roku szkolnego trochę było, bo pamiętam, że mnie o to pytałaś, jak spotkałyśmy się na koniec czerwca.

      Usuń