niedziela, 30 października 2016

Wiara (2) - Bóg nie umarł?

Mam godzinę na napisanie tego posta, ale zaakceptowałam wyzwanie i piszę.

Bóg nie umarł - wyślij to chociaż do kilku swoich znajomych

Takiego smsa dostałam przed chwilą od koleżanki, zagorzałej katoliczki. Przez moment chciałam jej odesłać jakąś głupią odpowiedź, ale się powstrzymałam. Chciałam się ograniczyć do napisania posta na Facebooku, ale mnie natchnęło.
Z tą wiadomością moja koleżanka - która o tym absolutnie nie wie, bo chodziłyśmy razem do gimnazjum, kiedy byłam ślepo wierzącą katoliczką - trafiła do złej osoby, nawet nie dlatego, że nie mam do kogo tego wysłać, żeby się nie skompromitować, tylko dlatego, że - jak można chyba wywnioskować z wcześniejszej części tego zdania - nie jestem już aż tak wierząca.

Widziałam film Bóg nie umarł i wiem, o co chodzi z tą akcją (bo domyślam się, że tym filmem była inspirowana). Chodzi o to, żeby szerzyć "jedyną słuszną" wiarę, czyli w tym przypadku rzymskokatolicką (przynajmniej tak to pamiętam). Gdyby się czepiać, to rzymskokatolickie jest wyznanie, a wiara chrześcijańska, ale to już jest czepianie się, zwłaszcza że tu o rzymskokatolików (wiem, źle to określam, Blogger mi podkreślił, ale nieważne).

W związku z tym, co mnie przed chwilą spotkało, i z tym, o czym sobie dzisiaj rozkminiałam - o ironio - na niedzielnej mszy w kościele, spróbuję odpowiedzieć na pytanie:
Czy Bóg umarł?

Siedziałam sobie dziś w kościele i doszłam do wniosku, że wierzę w to, co wierzą Żydzi, a przynajmniej częściowo, bo wiem, że się jeszcze muszę doinformować. Ale [heretyk alert] ostatnio odrzuciłam boskość Jezusa i uważam, że zbawiciel dopiero przyjdzie. Gdybym była bardziej pewna tego, w co naprawdę wierzę i przy okazji bardziej stabilna w podejmowaniu decyzji, to mogłabym przejść na judaizm nawet jutro, ale że wiem, że potrafię zmienić zdanie w ważnej sprawie w ciągu paru miesięcy, tak jak było z kierunkiem studiów, to wolę przeczekać jeszcze trochę. Co nie zmienia faktu, że a) w katolicyzmie czuję się źle i b) coraz częściej zastanawiam się, jakby to było być wyznawczynią judaizmu. Nawet dziś postanowiłam, że przeczytam Pięcioksiąg, a jak ksiądz skrytykował Żydów na kazaniu za ich postrzeganie Boga, to z trudem się powstrzymałam, żeby nie wstać i nie wyjść z kościoła. [No i muszę się do tego hebrajskiego w końcu przyłożyć.]
Ale wracając do pytania o śmierć Boga. Tak się zastanawiam - na dobrą sprawę Bóg nigdy nie umiera. To w sumie tak jak z różą w Romeo i Julii:

To, co zowiem różą,
Pod inną nazwą równieby pachniało... 

To, czy twój Bóg jest Bogiem, Jahwe czy Allahem, nic nie oznacza - umiera dopiero wtedy, gdy zakłada to cała twoja wiara albo jej brak, bo jeśli jesteś ateistą i kompletnie nie wierzysz w żadnego Boga (nawet takiego, co niby istnieje, ale cię dawno olał), to wtedy ten Bóg umiera w twoim sercu.


Całkiem inna sprawa niż to, czy Bóg żyje, jest taka, że muszę się poważnie nad swoją własną wiarą zastanowić. Jak już wspomniałam wyżej, ciągnie mnie do judaizmu, ale z drugiej - no helou, ja tu wczoraj wrzuciłam piosenkę o Rudolfie Hessie i wychwaliłam pod niebiosa, to się tak trochę wyklucza.
Musi mnie w końcu oświecić, bo trochę mam wrażenie, że wariuję.

sobota, 29 października 2016

Historia mojego życia

Tak bywało już często i będzie jeszcze raz - zapraszam na dwudniowy post.

[28.10 - piątek]
Chyba powinnam wrócić do prowadzenia notatek związanych z tym, co chcę tu pisać, bo ostatnio zaprzestałam i jak sobie próbuję przypomnieć, co robiłam od ostatniej notki, to z powodzeniem przypominam sobie tylko dzisiejszy dzień.

Jedyne, co pamiętam z poprzednich dwóch dni, to to, że w środę znalazłam tą piosenkę:


To jest coś jak ta piosenka Honoru, co ją wstawiałam w zeszłym roku, tylko że wydanie niemieckie, i przesłuchałam tego już kilkanaście razy.
Większego komentarza to chyba nie wymaga.

Chociaż... coś tam mi się przypomina.
W któryś z tych dni dwaj koledzy próbowali mnie przekonać, żebym zdawała prawo jazdy, bo to się przyda i coś tam jeszcze. I tak im się nie uda, nie będę zdawać i już, bo nie mam po co.
Poza tym zostałam pożałowana przez rodziców, że nie dostałam odpowiedzi na list (ten temat wyszedł, jak tata drukował jakieś zdjęcia i wypomniałam mu, że gdyby nie ja, to byśmy nie mieli w domu papieru fotograficznego). Jakoś tak mi się zrobiło lepiej przez to.


Dzisiaj byliśmy w Sosnowcu, na Wydziale Nauk o Ziemi Uniwersytetu Śląskiego, na spektaklu teatralnym (wiem, jak to brzmi, ale tak było).
Przygody zaczęły się od tego, że na geografii robiliśmy sobie z kolegą zdjęcia i wrzucałam je na Snapchata. Na angielskim natomiast kolega potrząsnął butelką ze Sprite'm, a potem zachciało mu się pić, to ją odkręcił. Na szczęście wykazałam się refleksem i wstałam, zanim połowa wylała mi się na spodnie. Wywiązał się przy tym taki dialog:
-Trzęsiesz butelką z gazowanym i ją otwierasz? Naprawdę? Co miałeś z fizyki?
-No dwa miałem!
-Widać!
A pani tylko się z nas śmiała.
Jak czekaliśmy na przystanku na autobus, to rozmowa zeszła na naukę języków i pochwaliłam się nauczycielce polskiego, że będę się uczyć hebrajskiego. Stwierdziła, że to nietypowy, ale ciekawy wybór.
Z samego spektaklu w sumie nie ma co wspominać, może poza tym, że byliśmy na Ferdydurke. Całość mi się podobała, ale i tak najlepsze było spotkanie z aktorami po spektaklu, jak interpretowali niektóre sceny na nowo. Śmiałam się tak, jak dawno się nie śmiałam.


[29.10 - sobota]
W sumie nie chciało mi się publikować posta wczoraj, dlatego opublikuję dziś. Ale najpierw - opis dnia.

Zaczęło się od tego, że pojechałam do Katowic odebrać książki. W autobusie "w tamtą stronę" trochę zamulałam i tak jak od jakiegoś czasu czasem bywam tą osobą, która się uśmiecha bez powodu i zaraża wszystkich dookoła optymizmem, to dziś siedziałam sobie przy oknie i patrzyłam na to okno, a raczej to, co za nim, i prowadziłam rozkminy egzystencjalne, zaczynające się na sensie istnienia kart ŚKUP, a kończące się na sensie istnienia w ogóle - generalnie byłam tą osóbką, która nikomu nie zawadza, ale też nie pomaga. Po wyjściu z autobusu zdążyłam na tramwaj do Silesii, ale musiałam pobiec i chyba właśnie tego, czyli adrenaliny, było mi trzeba, bo od razu jakoś weselej się zrobiło. Potem zaliczyłam najkrótszą wizytę w centrum handlowym w moim życiu, bo weszłam, odebrałam paczkę i wyszłam. Dzięki temu, że tylko tyle miałam do załatwienia - mogłam jeszcze iść po czekoladę do Starbucksa i poszukać białego golfa, ale zwalczyłam pokusy - wyszłam z domu o 9:30, a wróciłam już o 12. To sukces, naprawdę.

Ciekawostka: dwa razy sprawdzali mi dziś bilet, to znaczy kartę - w autobusie w jedną i w drugą stronę. I to dzień po tym, jak moja koleżanka z klasy stwierdziła, że w autobusach to tak teraz nie sprawdzają, bardziej w tramwajach. Tssss.

Wracając do tematu - kupiłam sobie Ten jeden dzień i Ten jeden rok Gayle Forman w oryginale. Czytałam rok temu po polsku i się zakochałam w tej historii, ale że pożyczałam od siostry i nie miałam tych książek dla siebie, to stwierdziłam, że sobie kupię, ale żeby nie wydawać hajsu na coś, co i tak już czytałam, to stwierdziłam, że przynajmniej sobie angielski podszkolę przy czytaniu. Kto bogatemu zabroni? I tak jest spoko, bo miały być tylko dwa tomy, a się okazało, że jest jeszcze nowelka (niewydana w Polsce), która opowiada, co się działo tuż po drugiej części, i jest dodawana do angielskiego zestawu za darmo. Deal życia normalnie.
Wydanie prezentuje się tak:



Piękne jest, nie? W ogóle zagraniczne wydania mi się podobają. I jest milusie w dotyku.
Nie no, zakochałam się w tym wydaniu. Nawet nie wiecie, jak się cieszę, że je mam.


Trochę krwi mi napsuła wizyta na cmentarzu, bo jest jeden, który mi się kojarzy z czasem Wszystkich Świętych trzy lata temu, kiedy się nieszczęśliwie zakochałam i które to uczucie noszę w sobie w sumie do dziś, co nie jest miłe. Ale dziś nie płakałam z tego powodu, więc chyba jest lepiej. Może kiedyś mi przejdzie.


Nie mam już więcej do powiedzenia, więc pora kończyć. Dziękuję, dobranoc.

wtorek, 25 października 2016

Z poradnika ogrodnika

Czytajcie dalej, to się dowiecie, co tu robi ogrodnik xD


Chociaż mój weekend nie obfitował w ciekawe wydarzenia, to mogę przynajmniej powiedzieć, że opłacało mi się jechać do szkoły na odrabianie. Najpierw na historię przyszły dwie osoby nie licząc nauczyciela, więc oglądaliśmy na tablicy multimedialnej Polimaty. Potem byłam sama na polskim, więc pani mnie odpytała i wstawiła mi 5. Później był angielski i trochę rozmawiania z panią, a na sam koniec katechetka kazała mi iść do domu, to poszłam. Było spoko.


Do tej pory ten tydzień, jeśli spojrzeć na oceny, może nie jest zbyt dobry - dwója z geografii tak bardzo - ale z drugiej strony jest wspaniały, bo coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że mam prawdziwego przyjaciela. Wczoraj - właściwie przypadkiem - przyznałam się mu do jednej z najwstydliwszych rzeczy w moim życiu i nie zaśmiał mi się w twarz, tylko przyjął to ze zrozumieniem. Nie wierzę, że mu powiedziałam, ale też ciągle nie mogę wyjść z podziwu, że tak fajnie zareagował.
Oprócz tego dowiedziałam się z wymienianego wielokrotnie zaufanego źródła, że wampir chciałby, żeby było jak dawniej, bo przez dwa lata siedziałyśmy razem i było dobrze, a teraz nagle nie jest.
Ważna rzecz to to, czego ona nie wie i czego nigdy jej nie powiem, czyli to, że wcale nie tak nagle, bo ja się praktycznie od początku źle czułam w tej znajomości, zresztą już w zeszłym roku dwa tygodnie się do siebie nie odzywałyśmy - to coś oznacza. Poza tym ej, nie po to od jakiegoś pół roku zaprzyjaźniałam się z kolegą, co ona zresztą dobrze widzi (albo właśnie nie widzi? skoro opowiada mu różne rzeczy, o których on może mi potem donieść), żeby teraz się z tego wyłamywać i wracać do niej. Nie, za bardzo mi zależy na tym, co jest teraz.
Aż mi się przypomniał mój własny, jakże głęboki cytat sprzed dwóch lat, który specjalnie odkopałam z czeluści Tumblra, bo tylko tam go kiedykolwiek zapisałam:

Jeżeli masz dwa kwiaty, z których jeden usycha, a drugi się rozwija, który z nich będziesz pielęgnować? Dbając o usychający, możesz zaniedbać ten rozwijający się, i w efekcie stracisz oba. Dbając o rozwijający się, zostaniesz z jednym, ale pięknym kwiatem.

Nie żebym się znała na kwiatkach, poza tym kontekst, w jakim go stworzyłam, był bardziej niż chory (byłam niewyżytą szesnastolatką, nie oceniajcie mnie), ale metafora jest pierwszorzędna.
I to jest moje ostatnie słowo w tej sprawie.
Przynajmniej mam taką nadzieję.

piątek, 21 października 2016

Niespodzianki od losu

Siedziałam dziś w szkole do prawie szesnastej, i nie dość, że sam ten fakt jest niezmiernie irytujący - no bo błagam, w piątek?! - to jeszcze zajęcia, na których musiałam zostać, obudziły we mnie najgorsze wspomnienia.
No dobra, może nie najgorsze, ale są rzeczy, do których bądź co bądź nie chciałabym już wracać.
Mieliśmy zajęcia z pedagogiem szkolnym i musieliśmy zrobić... analizę SWOT. Żołądek mi się wywrócił do góry nogami, jak to usłyszałam, bo taką samą analizę musieliśmy robić w geografii w trzeciej klasie gimnazjum. Znienawidziłam ją do tego stopnia, że była jednym z pierwszych tematów, na które narzekałam na moim starym blogu, a dokładniej w tym poście: http://story-of-my-lifes.blogspot.com/2014/03/na-co-to-komu.html, który - co ciekawe - napisałam już ponad dwa i pół roku temu. Jedyna różnica jest taka, że wtedy musieliśmy zrobić analizę porównawczą paru szkół średnich, a teraz było o dobrych i złych stronach pracy, jaką chcemy podjąć w przyszłości. Dodatkowo dostaliśmy dziś kartki, na których mieliśmy opisać zadania, jakie chcemy wykonywać w pracy, jej rodzaj i charakter, ludzi, z jakimi chcę pracować, i ja tak sobie patrzyłam na tą kartkę i nie miałam pojęcia, co napisać poza tym, że chcę być tłumaczem z angielskiego.
Najlepszy był moment, jak pani pedagog przeczytała moją kartkę i zobaczyła, że chcę być tłumaczem, a nie prawnikiem, i to ją tak trochę zbiło z tropu, bo kiedyś trąbiłam na lewo i prawo, że chcę iść na prawo (jak to brzmi xD). Kiedyś chciałam iść na prawo, bo się trochę bardziej niż teraz fascynowałam Breivikiem i Waśniewską i miałam fazę, że chciałam bronić ludzi takich jak oni, ale potem stwierdziłam, że tak w sumie to to chyba nie jest moim przeznaczeniem, poza tym teraz wiem, że takie sprawy to się zdarzają raz na... bardzo dużo. Byliśmy ze szkoły w sądzie dwa lata temu i się dwóch typów kłóciło o słupki w płocie - jakbym miała w czymś takim siedzieć, to chyba bym sfiksowała i to prędko. Zdecydowanie wolę zostać przy oglądaniu Sądu Rodzinnego.



Bardzo się dziś zdenerwowałam, jak mi kolega powtórzył słowa wampira na mój temat. Dowaliła się tym razem do tego, że zdarzało mi się nosić książki do szkoły przez dwa miesiące i tak długo je czytać, a ona przecież by je przeczytała o wiele szybciej, tak w dzień czy tam w parę dni.
Eh, tak to jest, jak ktoś myśli, że kogoś zna, a wcale tak nie jest - koleżanka (i tego słowa używam ironicznie) nawet nie wie, dlaczego tak robiłam (a miałam jedną książkę do czytania w szkole i inne do czytania w domu). Zresztą, czy to ważne? Jak masz na tyle czasu i chęci, żeby przeczytać książkę w trzy dni, to czytaj, ale nie wpierdalaj się z butami w moje czytelnicze życie. Poza tym chyba nie muszę mówić, kto mi przetrzymywał książkę przez półtora miesiąca. Powinna mi ją oddać po tygodniu w takim układzie. Suka. Aż żałuję, że jej nie zapytałam, dlaczego mi tak długo jej nie oddaje, jak miałam w międzyczasie ochotę.
Najbardziej ironiczne w tej sytuacji jest to, że mój kolega jest bliższy mi niż jej i wiernie donosi mi o każdym jej złym słowie. A ona o tym nie wie! Ale właśnie takie sytuacje pokazują, kto jest ci naprawdę bliski - wystarczy zacząć poważnie rozmawiać. Zresztą, powiedzieliśmy sobie dzisiaj z kolegą, że jeśli mamy kogoś nazwać przyjaciółmi, to właśnie siebie nawzajem, i zadeklarował się, że jeśli mam jakiś problem, to mogę się mu wygadać, bo on zrozumie i będzie próbował pomóc. Zrobiło mi się tak miło, że ach...!
A mnie się głupiej wydawało, że przyjaciół to muszę w nie wiadomo jakich zakątkach Internetu szukać. Okazało się, że wystarczyło dobrze rozejrzeć się w szkole. Taka niespodzianka.



Pamiętacie, jak pisałam kiedyś o tekście piosenki przerobionym tak, że pasuje do sceny z Bitwy o Ardeny? Tym o rzucaniu kurczakiem?
Dziś znalazłam ową scenę na YouTube, bo chciałam pokazać innemu koledze rzut kurczakiem. Oto ona:


Pierwsze czterdzieści sekund wyjaśni wam wszystko. xD



Dobra, kończę, bo jutro jadę do szkoły odrabiać 31 października. Sobota, a ja będę wstawać wpół do siódmej, super po prostu.

środa, 19 października 2016

Skrajna dezorganizacja

Ej, wampir podszedł wczoraj do mnie i powiedział:
- Hania, ja cię przepraszam, że tak ostatnio nie gadałyśmy, ale wiesz, ja teraz mam ciężko i [tu padło imię koleżanki] mi pomagała, ale teraz jest już lepiej.
Coś tam jej potaknęłam, myśląc sobie przy tym coś w stylu No dobra, tylko na ten moment mnie to nie obchodzi, idź już sobie. Na szczęście uratował mnie dzwonek na przerwę - rozmawiałyśmy na koniec wolnej lekcji - i mogłam pobiec na dwór, żeby pogadać z kolegą.
Plus jest taki, że w trakcie tej rozmowy zarobiłam jakieś 65 złotych, bo a) odzyskałam książkę, którą jej pożyczyłam we wrześniu i zaczynałam myśleć o kupnie nowego egzemplarza, w razie gdybym tego starego nie odzyskała, oraz b) obiecała mi pożyczyć w zamian książkę, która mnie ciekawi i którą w sumie chciałam kupić, ale teraz nie będę musiała. Wszystko ma swoje plusy dodatnie i ujemne, jak to mówią.


Od jakiegoś czasu regularnie dochodzę do wniosku, że szkoła zabija mi wenę twórczą, bo pisanie w ogóle mi nie idzie. Ponad miesiąc nie aktualizowałam żadnego z własnych opowiadań, bo albo nie mam pomysłu, co napisać, albo średnio mi się chce. Najgorsze jest to, że wkopałam się w jakiś konkurs i muszę napisać opowiadanie do szkoły. A już w ogóle największy hit to to, że tematem są wampiry i to, że... sama ten temat wymyśliłam! To jest tak, że każda szkoła ma napisać zbiór opowiadań na temat wybrany przez uczniów (czyli każda szkoła ma - przynajmniej teoretycznie - inny), i jak polonistka spytała mnie o propozycje, to palnęłam właśnie jakieś takie istoty nadnaturalne, licząc na to, że to nie przejdzie, ale wszyscy uczestnicy się zgodzili. Chciałam z tego wybrnąć, mówiąc, że istoty nadnaturalne to też duchy czy inne anioły, ale stanęło na wampirach. I tak sobie siedzę i myślę... Nawet nie mam się czym zainspirować. Do głowy przychodzą mi tylko historie w stylu Zmierzchu, co wydaje mi się oklepane, albo Dark Shadows: The Revival, ale musiałabym osadzić akcję jakoś w XIX wieku, przy czym czułabym się zobowiązana naśladować styl epoki, co mi średnio wychodzi. Ja się muszę hamować, żeby nie pisać Podróży do III Rzeszy stylem potocznym, a co dopiero coś, co się dzieje jeszcze wcześniej. Normalnie strzeliłam sobie w stopę z rakietnicy.
Jutro ponoć polonistka ma nas pytać, w jakim momencie tkwimy z opowiadaniem, a ja nawet nie wiem, o czym będę pisać. Ciekawe, co jej powiem. Mogę sobie tylko pogratulować.
I nie, wy już nie musicie mi gratulować. Rzadko proszę o to, żeby czegoś nie pisać w komentarzach, tak jak rzadko się do tego, co już zostało napisane, odnoszę (chociaż mi się zdarza, jak jestem szczególnie poirytowana), ale tym razem odpowiednio wcześniej uprzejmie poproszę, żebyście mi nie pisali, jak mogłam wcześniej o wszystkim myśleć i jak mogłam wcześniej się za wszystko zabrać i jak mogłam być bardziej zorganizowana. Ja to sama wszystko bardzo dobrze wiem i nie mam ochoty jeszcze o tym czytać. Leżącego się nie kopie, pamiętajcie.


Ale za to coś mi się dziś udało! A udało się to, że odrobiłam zadane jakieś trzy tygodnie temu zadanie domowe z niemieckiego. Miałam go nie robić i wziąć nieprzygotowanie, ale tak się złożyło, że przepadały nam lekcje i jakoś tak się prześlizgiwałam, że udało mi się ani nie oberwać po ryju jedynką, ani nie zmarnować nieprzygotowania, a to wszystko bez wysiłku; dzisiaj natomiast przyszłam do domu i stwierdziłam, że mam na tyle mało rzeczy do roboty, że je zrobię, bo może przez te kilka tygodni do końca semestru wydarzy się coś, co będzie lepszą wymówką do niezrobienia zadania niż moje lenistwo.


Dobra, kończę, bo mam jeszcze trochę rzeczy do zrobienia - muszę się pouczyć na polski, bo pani na podstawach ostatnio mocno pyta, no i może oprócz tego w końcu coś napiszę - a znowu trzeba jutro wstać. Całe szczęście, że nie jest znowu tak późno. Mogłabym jutro wstać o 8:20 i jechać do szkoły na trzecią lekcję, ale kolega potrzebuje pomocy z polskim i wszystko się przesunęło o pół godziny w tył. Ale dostanę za to pączka, więc nie jest źle.
Swoją drogą, kolega mi powiedział, że musi się mnie trzymać, bo jak ze mną rozmawia, to mu się milej siedzi w szkole i różne takie inne. Schlebia mi to, ale też mnie trochę dziwi. Zawsze mi się wydawało, że raczej mną jest łatwo manipulować, a tymczasem to ja mam na kogoś wpływ i to zbawienny. Śmieszne uczucie.

Dobra, idę, bo tak kończę od dziesięciu minut. xD

sobota, 15 października 2016

Surowi rodzice

Po trzech dosyć zakręconych dniach w końcu mogę coś niecoś napisać.


W czwartek zaprowadziłyśmy z mamą mój trądzik do dermatologa. Na 5 tygodni dostałam antybiotyk i jakąś szczypiącą maść, a potem, jeśli to nie pomoże - a prawdopodobnie nie pomoże - wejdzie izotretynoina, czyli pochodna witaminy A. Żeby było śmiesznie, nie można stosować tego w ciąży, bo uszkadza płód, i istnieje prawdopodobieństwo, że będę musiała robić test ciążowy. Przynajmniej tak powiedział Internet, zobaczymy, co mi każe moja lekarka przy zmianie leku. No ale ej, ja nie mam żadnego życia, tym bardziej seksualnego, a tu mi test ciążowy grozi. xD


Wczoraj miałam wolne, bo Dzień Nauczyciela, i byłyśmy z mamą na zakupach. Kupiłam sobie bluzkę w klucze (trochę dziwnie to brzmi, ale chyba wiecie, że chodzi o wzór w klucze), buty, które przyjdą kurierem za parę dni, bo na tych w sklepie było jakieś zadarcie i nam przyślą lepsze, oraz dwie bluzy, w tym jedną na dziale męskim. Przynajmniej będzie wygodna.


A dziś znowu - żeby nie powiedzieć: tradycyjnie - byłam dużą część dnia sama w domu. Znowu naoglądałam się głupich programów w magicznym pudełku. No dobra, może nie do końca głupich, bo obejrzałam półtora odcinka jakiegoś serialu naukowego o Trzeciej Rzeszy. Ale poza tym oglądałam Dlaczego ja?, trochę Projektu Lady, no i dwa odcinki programu, którego nigdy nie oglądałam, ale o którym słyszałam i który zawsze chciałam obczaić, czyli Surowi Rodzice. Nawet mnie wciągnęło i będę miała co oglądać przy kolejnej samotności. Tylko ciągle mi chodził po głowie ten obrazek:

Także tego.

Dziękuję, dobranoc.
Izotretynoina

http://www.poradnikzdrowie.pl/zdrowie/skora/tradzik-czy-izotretynoina-jest-skuteczna-w-leczeniu-tradziku_40466.html

środa, 12 października 2016

Z życia dziwaka

Dziś rano mama mówi do mnie:
-Coś ci drugi podbródek rośnie
Ja, głaszcząc się po brodzie:
-Oooo, będę przynajmniej miała przyjaciela

Nie wiem, czy mi ktoś coś do jedzenia dosypuje ostatnio czy co, ale niektóre teksty mam naprawdę ekstra.
No ale ej, drugi podbródek to dobry przyjaciel. Będzie akceptował to, że lubię dużo jeść, zwłaszcza słodyczy.


Wiem, że to, co teraz powiem, może niektórych zirytować, bo to ten moment, kiedy zaczynam zachowywać się jak małolata i takie tam jeszcze, ale cóż, taka już moja natura. A więc uwaga, bo zaczynam.
Wydaje mi się, że odkąd się dowiedziałam, że prawdopodobnie nie dostanę odpowiedzi na list - tak, yhym, wiem, że czekam dopiero dwa i pół miesiąca, ale jednak uważam, że fakt, że w międzyczasie ktoś inny wysłał swój list i już dostał odpowiedź, mówi sam za siebie - stałam się na dobrą sprawę spokojniejsza. Bo wcześniej żyłam od popołudnia do popołudnia, w nerwach, że nie zauważę listu w skrzynce i przeczytam go aż dzień po przyjściu, albo że przyjdzie poniszczony przez pocztę, albo coś jeszcze innego. A teraz? Teraz to mi nawet wszystko jedno. Jak list przyjdzie, to się będę cieszyć, a jak nie, to jakoś przejdę ponad tym do najnormalniejszego życia.
Zaczynam też poddawać w wątpliwość słuszność pomysłu wyjazdu do Berlina wyłącznie po to, by wyśledzić Karla-Ottona, który siedzi mi w głowie od jakiegoś czasu. Ułożyłam w głowie kilka scenariuszy, bo często sobie je układam w różnych sprawach, i każdy kończył się tym, że robiłam z siebie idiotkę. Chyba wolę porażkę niż to.


Mam wielką ochotę na zamówienie sobie książek do Empiku i odebranie ich jeszcze w tym miesiącu. Wyjdę sobie wtedy z domu i pojadę do Katowic, przynajmniej coś się będzie działo, bo rutyna sprawia, że jestem niespokojna. I przy okazji sobie odbiję niepojechanie na Targi Książki, bo chociaż ostatecznie nie żałuję, że mnie tam nie było - już po fakcie, ale dowiedziałam się, że były tam osoby, których nie miałam ochoty spotkać, to dawno nic nie kupowałam i pora to znowu zmienić. Druga strona medalu jest taka, że pogoda nie zachęca. W tym miejscu wolę lato od jesieni i zimy: jak mam wyjść, to wolę na ciepło, bo nie muszę ubierać miliona warstw ani nie obrywam deszczem/śniegiem po ryju. Eh, ciężkie życie. Jeszcze zobaczę, co zrobię.


Na koniec muszę się polansować trochę, bo kupiłam sobie etui na telefon.


Zakochałam się w tym wzorze od pierwszego wejrzenia. Mam nadzieję, że długo mi posłuży.


Kończę, bo się wyjątkowo późno zrobiło, a jutro będzie długi dzień.

poniedziałek, 10 października 2016

Z miejsca na miejsce

Dzisiaj w mojej szkole oficjalnie zawitały wolontariuszki, które będą u nas siedziały cały rok i będą prowadzić jakieś zajęcia po angielsku, w tym rozmowy indywidualne, do których przymusiła mnie moja mama i nauczycielka z angielskiego. Szlag mnie jasny trafia na samą myśl. W pierwszej klasie te rozmowy był fajnie, bo wolontariuszami byli Austriak i Niemka i byli w miarę młodzi (tuż po liceum) i fajnie się z nimi gadało, ale w zeszłym roku, jak były dziewczyny z Hiszpanii i Ukrainy i były już trochę starsze (po studiach), poziom spadł i w drugim semestrze już z tych zajęć uciekałam, bo mi się nie chciało chodzić, a miałam je na ostatniej lekcji. Obawiam się, że w tym roku może być podobnie jak w zeszłym, bo wolontariuszki są z Ukrainy i z Azerbejdżanu i też takie trochę starsze. A najgorsze jest to, że mam trzy okienka w trakcie lekcji i najprawdopodobniej przyjdzie mi chodzić na rozmowy na którejś z tych godzin, więc raczej nie będę mogła uciekać, bo wątpię, żeby chowanie się w szkolnej toalecie przez cały rok wypaliło.
Mogłam się nie chwalić w pierwszej klasie, że umiem angielski, nie musiałabym teraz na to chodzić, a naukę do rozszerzonej matury jakoś bym sama ogarnęła.
I tak nie będę chodzić. Załatwię se to.


Jak na razie załatwione mam to, że nie będę jednak chodzić na dodatkową matmę. Rodzice uparli się, że będą mi pomagać z matmą w domu (tak jakby mi się chciało w tym domu uczyć), i stwierdziliśmy, że jak już tak będziemy robić, to w sumie mogłabym się wypisać z zajęć. Poleciałam dziś do pani wicedyrektor zapytać, czy tak się da, bo to zajęcia z jakiegoś projektu, ale ja się zapisałam też na angielski, a można było też tylko na jedno; wytłumaczyłam przy okazji, że się okazało, że w domu mi ktoś może pomagać i to dla mnie wygodniejsze niż siedzieć w szkole. Sądziłam, że pani mnie będzie przekonywać, że to mi się przyda i w ogóle, ale - o dziwo - powiedziała, że zadzwoni do koordynatorów projektu i spróbuje mnie wypisać z tej matmy, a w najgorszym razie będę tylko podpisywać listy obecności.
Żegnaj, siedzenie do siedemnastej w szkole!
(Nie żebym już tak musiała siedzieć, ale się cieszę, że nie przydarzyło się to ani razu, hehe).



Miałam się uczyć wosu na kartkówkę, ale - jak zwykle - zaistniało milion innych ciekawszych zajęć. Dzisiaj poobczajałam dojazdy do Berlina i do Amsterdamu. Czaicie, że pociągiem z Katowic do Amsterdamu się jedzie nawet do osiemnastu godzin? A do Berlina sześć z hakiem, ale to pekaesem. Sprawdzałam, bo bym sobie chętnie tu albo tam pojechała, najlepiej sama, ale jak zobaczyłam te godziny, to mi się odechciało, bo jestem jedną z tych osób, które potrafią zgubić same siebie w swoim pokoju, a co dopiero w takiej podróży. Chociaż, może kiedyś... Przede wszystkim muszę zarzucić plan na wyjazd w ferie, bo ferie raczej będę mieć zawalone nauką. Ale w wakacje - w sumie to czemu nie?
Do wakacji będę ograniczać się do zwiedzania "własnego podwórka", czyli okolicznych miejscowości, które nie są mi bliżej znane, typu Ruda Śląska, Zabrze czy nawet Katowice. Lubię łazić po cmentarzach (jakkolwiek to nie brzmi), to sobie znajdę cmentarze i będę zwiedzać. Już mam namierzony jeden w Katowicach (żydowski!) i jeden w Rudzie, inne się jeszcze ogarnie.


A na ten moment kończę, bo chciałam jeszcze powtórzyć ten wos, a znowu się późnawo zrobiło. Jeśli tak dalej pójdzie, to na koniec roku szkolnego będzie mi się przynależał medal za przetrwanie, bo na razie jest niezbyt kolorowo, jeśli chodzi o mój zapał o nauki. A jak będę miała ładne oceny, to złożę wniosek o drugi medal, bo czemu nie.

niedziela, 9 października 2016

Take my hand...

Wieczór spędzony u kolegi był jednym z lepszych w ostatnim czasie. Czekanie dwie godziny na pizzę, upierdliwy pies, gadanie o planach na bliższą i dalszą przyszłość, oglądanie horrorów i komentowanie ich na głos... Ahhh, mam ochotę powtórzyć wczorajsze spotkanie! Mam nadzieję, że szybko nadarzy się okazja. Musimy iść na kebaba, bo nigdy nie jadłam, więc jakieś plany już są. :)
Co prawda przez wczorajszy seans a) ciągle chodzi mi po głowie piosenka Elvisa Can't Help Falling In Love oraz b) ledwo zasnęłam, bo w każdym ciemnym kącie coś się czaiło, ale i jednemu, i drugiemu da się zaradzić. Znam mnóstwo chwytliwych piosenek, które pewnie szybko wskoczą na odpowiednie miejsce, a w sprawie strachów - kołdra na głowie zawsze działa. :D


Niestety od jutra wracamy do szkolnej rzeczywistości. Tydzień powita mnie dwoma kartkówkami i sprawdzianem. Aż chce się żyć, co nie? Na szczęście tym razem szkolny tydzień ma tylko cztery dni, bo w piątek mamy wolne z racji dnia nauczyciela. Chociaż tyle.


Z serii: rozkmina na temat złego humoru. Pomyślałam sobie, że tak w sumie wymówka "mam zły humor, bo jestem przed miesiączką/po miesiączce", która nawet działa, jest nieśmiertelna, bo na dobrą sprawę kobieta zawsze jest przed albo po miesiączce, oczywiście poza tymi paroma magicznymi dniami, kiedy jest w trakcie. Chociaż jakby się tak zastanowić, to "jakaś" wymówka znajdzie się zawsze - bo za zimno, bo za gorąco, bo autobusy się spóźniają, bo niekorzystny biometr, bo ludzie dookoła są wkurwiający, a i tak na końcu znajdzie się coś, co mimo wszystko poprawi ci humor - albo ewentualnie dobije się jeszcze bardziej, bo w sumie w tę stronę też można.


Eh, życie jednak jest trudne. Aż muszę iść spać z tego wszystkiego.

piątek, 7 października 2016

Problemy, mówisz?

Ahhh, fajnie było się dowiedzieć, że zachowuję się jak dziewczynka z pierwszej klasy gimnazjum i zostać uświadomioną, że przecież są gorsze problemy niż niedostanie listu przez trzy (sic!) miesiące.
Gdybyście wy wiedzieli, z jakich rzeczy potrafiłam zrobić aferę w pierwszej gimnazjum... Od razu byście przyznali, że teraz moja rozpacz jest nawet rozsądna, a ja jestem w niej całkiem ogarnięta.
A problemy? Proszę was! Problemy to moje drugie imię! No dobra, może czwarte, bo tego, że na drugie mam Agata, a na trzecie Joanna, wcale się nie wstydzę. Wiele rzeczy w moim życiu zbijało mnie z nóg, były takie momenty, kiedy nie potrafiłam oddychać i zresztą nie widziałam powodu, dla którego w ogóle miałabym oddychać, ale zawsze ostatecznie wszystko wracało do jako takiej normy i szłam dalej z podniesioną do góry głową. Jestem idealnym przykładem na nastoletnią chwiejność emocjonalną, serio. To, że z bloga może wynikać, że najgorszą tragedią, jaka mnie spotkała w życiu - poza oczywistymi rzeczami jak śmierć kota czy kogoś z rodziny - jest brak odpowiedzi na list, nie oznacza, że tak faktycznie jest. Uczepiłam się tego, żeby nie uczepić się czegoś innego. Narzuciłam sobie pewne granice prywatności i są rzeczy, przez które do dziś zdarza mi się w chwilach załamania płakać w nocy, a czasem nawet w ciągu dnia, ale wy się nigdy nie dowiecie, co to za rzeczy. No dobra, może kiedyś w prywatnej rozmowie osoby, którym ufam najbardziej, dowiedzą się, ale z bloga - nigdy.
No i ostatnie słowo jest takie, że to wcale nie chodzi o sam fakt, że nie dostałam odpowiedzi, bo na to byłam gotowa od samego początku. Bardziej o to, że w międzyczasie ktoś ją otrzymał, bo jednak jest ze mnie zazdrośnica. I że już kolejny raz w życiu im bardziej czegoś chcę, tym bardziej tego mogę nie dostać.

EDIT [08.10]: Tak sobie pomyślałam z rana, że może mi zostać zarzucone, że interpretuję pojęcie problemu egoistycznie, patrząc tylko na siebie, więc wypowiem się dla sprostowania: oczywiście wiem, że ludzie mają problemy, gorsze nawet od moich najgorszych. Widuję ludzi z takimi problemami w mojej rodzinie, szkole, bloku. Ale skoro zarzuciłam zasłonę prywatności na moje własne problemy, to po co mam jeszcze mówić, że wiem, że inni mają gorzej?
Brak odpowiedzi na list jest dla mnie małą tragedią, na którą zareagowałam płaczem i uczuciem utraty sensu w życiu - zgodnie z moją nadwrażliwą naturą. Ale nigdy nie uważałam tego za najgorszy problem, raczej za najmniej prywatny z prywatnych. Za rok będę się z tego śmiała, ale teraz rozpaczam i proszę, żebyście to uszanowali, jak ja szanuję cudze problemy.

Dobra, teraz, jak się już wyżaliłam - i mam nadzieję, że przy okazji ostatecznie wyjaśniłam parę rzeczy - pora przejść do czegoś innego.


Zapomniałam wczoraj napisać, że jak jechałam do szkoły, to na jednym z przystanków widziałam typa z takim samym plecakiem jak mój. Nie, że podobnym, bo w wojskowy wzór, tylko IDENTYCZNYM. Nie wiem, jakoś mnie to rozczuliło.


Piosenka, którą miałam wstawić wczoraj, a którą przypomniałam sobie kilka dni temu po paru tygodniach niesłuchania, to ta:



Znalazłam ją dwa lata temu i zauważyłam wczoraj, że mogłoby się walić i palić, ale ona poprawia mi humor zawsze. Z jednej strony stanowi to dla mnie zagadkę, ale z drugiej przynajmniej jest dobrze.


Wychodzę stąd, pora coś napisać na inne blogi, potem może coś obejrzę na YT, a na koniec muszę się wyspać, bo jutro jadę do kolegi i nie chcę zamulać.
Dobranoc!

czwartek, 6 października 2016

Wróg mojego wroga jest moim przyjacielem

Gadałam dziś z wampirem i się - mówiąc wprost - wkurwiłam. Trochę z zasady, bo ona tak na mnie działa (nie bez powodu została ochrzczona wampirem energetycznym), a trochę dlatego, że dzięki temu wciągnęłam się w konflikt rozbijający się o zbiórkę pieniędzy dla nauczyciela matematyki na tablice z wzorami, a dokładniej o jakieś dwa złote, w których przekazywaniu miałam uczestniczyć w okolicach kwietnia, co pamięta wampir i jej nowa ofiara, ale czego nie pamiętam ja ani klasowy skarbnik. Dłuższy czas rozkminiałam, jaką linię obrony przyjąć jutro, aż w końcu postanowiłam zachować się dyplomatycznie i w ewentualnej dyskusji wziąć stronę skarbnika, bo jest bliższa temu, co mi się wydaje, poza tym chcę wykorzystać okazję i dać znać klasie z wampirem łącznie, że potrafię z nią zerwać, bo przez dłuższy czas stanowiłyśmy pakiet i zdaje mi się, że większość klasy dalej nas ze sobą łączy, a ja już tego nie chcę. Niech się rozniesie, że za nią nie przepadam. Nie żebym się z innymi ludźmi z klasy jakoś bardzo trzymała, bo na dobrą sprawę zadaję się może z pięcioma osobami, ale wolę być bliższa komukolwiek innemu niż wampir.
Ale przy okazji się dowiedziałam, że w poniedziałek odzyskam pożyczoną wampirowi książkę. Chociaż tyle dobrego.

Z innych szkolnych ciekawostek, ale dalej w tym samym temacie - wampir przyszła dziś do szkoły ubrana jak suka, jak to określił mój kolega (mnie przyszło do głowy określenie dziwka). Miała na sobie koszulę w kratę sięgającą za tyłek i rajstopy z nadrukiem, który wyglądał jak podkolanówki (może ogarniecie, o co mi chodzi). Miałam cały dzień skojarzenia z uczestniczkami Projektu Lady, bo niektóre z nich pojawiły się w programie w tego typu strojach - nie ubliżając uczestniczkom oczywiście.


Ten typ z autobusu, który ciągle mi się kojarzy z Victorem i Gustavem z Mystic Diary, dziś prawie spóźnił się na autobus. Już drugi raz w ciągu bodajże dwóch tygodni. Paradoksalnie autobus jechał w tych sytuacjach bardzo równo, więc on chodzi bardzo na styk na tego busa. Podeszłabym do niego i powiedziała, że powinien wychodzić dwie minuty wcześniej z domu, ale głupio mi pouczać nieznajomych.


Chciałam wstawić tu piosenkę (znowu), ale że pora iść spać, to nie będę się bawić. Zrobię to jutro, bo się zamelduję.

środa, 5 października 2016

Ready for the fall

Okej, trochę się już ogarnęłam i mogę tu pisać.

Dzisiaj po matmie, kiedy dostałam najlepszą ocenę z kartkówki w klasie (kij z tym, że to czwórka, i tak jestem zadowolona), pomyślałam, że nie mam na co narzekać, bo niby jakieś takie moje marzenia się nie spełniły, no ale ej, przynajmniej nie oberwałam jedynką z matmy. xD


Przypomniała mi się wczoraj ta piosenka:


Cytat brzmiący po polsku mniej więcej:

Może moim przeznaczeniem jest rozpacz
Zawsze znajdzie się powód, który zwali mnie na kolana

jest bardzo adekwatny do mojej sytuacji. Chociaż, jak wspominałam, jestem w coraz lepszej kondycji psychicznej.


Znalazłam sobie nowe marzenie do spełnienia. Może wyjdę na materialistkę, ale tak, to jest coś do kupienia, a mianowicie - niemiecki mundur z czasów okołowojennych. Pogrzebałam trochę w Internecie i na jakichś olx czy innych allegro jest mnóstwo kurtek, czapek, naszywek. Ja mogę na to własne pieniądze wyłożyć, ale prędzej czy później coś z tego zdobędę. Z naciskiem na później, najpierw a) poczekam jeszcze trochę, czy Karl-Otto odpisze i b) załatwię sobie etui na telefon, bo w sumie zawsze chciałam, a już poobczajałam trochę ładnych.


Kurde. Zaczęła się ta dziwna pora roku, w której przy zamkniętym oknie jest mi za ciepło, ale przy otwartym robi się zimno. Bez sensu. Ale przynajmniej można zwalić zły humor na pogodę (chociaż w sumie lubię deszcz, zwłaszcza jak siedzę w domu). No i to oznacza, że niedługo Halloween i Wszystkich Świętych! A potem to już z górki do Bożego Narodzenia.


Dobra, idę spać, bo chciałam iść spać wcześniej, a i tak siedzę prawie do dwudziestej trzeciej. Tak to już jest, jak się jest wiecznie niezorganizowanym.

niedziela, 2 października 2016

Niewyraźna przyszłość

Od wczorajszej notki płakałam jeszcze trzy razy: raz w nocy i dwa razy dziś. Potem się trochę ogarnęłam, bo nadzieja się obudziła i wróciła do pracy przy sklejaniu mi serducha. Ogólnie to jest już spoko, nawet obejrzałam fragment jednego filmu z Karlem-Ottonem i się trochę uśmiechnęłam. Boję się tylko, że w jakimś momencie się znowu złamię i że to będzie nieodpowiedni moment, na przykład w szkole na przerwie albo na imprezie u kolegi. Nie mam nic przeciwko płakaniu, ale nie chcę tego robić przy ludziach ani psuć tym komuś dnia, bo wtedy wszystkie złe uczucia robią się jeszcze gorsze, wiem coś o tym z wcześniejszych doświadczeń.
Cóż, pozostaje mi tylko po cichu liczyć na to, że może jednak moje marzenie się spełni.


Chwilowo - czyli tak do świąt - odwołuję to, że będę miała kanał na YouTube, bo na to muszę mieć czas i chęci, a obu mi aktualnie brakuje. Wolę poświęcić czas na naukę, no i na blogi, bo ostatnio się zapuściłam z pisaniem rozdziałów. W święta, jak będzie więcej czasu, to to ogarnę. 

Czasem zazdroszczę mojej siostrze, bo zawsze była bardziej zorganizowana ode mnie, ale potem sobie myślę, że jest okej, dopóki mam całkiem dobre oceny (i świadectwa z paskiem! chociaż o tym się przekonam za parę miesięcy) bez zarywania nocy. Co prawda w najbliższym czasie geografia stoi pod znakiem zapytania, bo mam w tym tygodniu dwa duże sprawdziany, a jeszcze się nie uczyłam, ale w sumie nie piszę jej na maturze, więc spoko. I jeszcze polski, bo w końcu nie przeczytałam Ludzi bezdomnych, ale to jakoś ogarnę. Przeczytałam streszczenie, więc na lekcjach nie powinno być źle, a całą książkę przeczytam w swoim czasie, bo jest całkiem spoko, ale jakoś nie mogę się skupić na czytaniu. W ogóle ostatnio nie mogę się skupić na czytaniu. Chyba muszę się wziąć za coś naprawdę ciekawego, żeby się przełamać.


Dobra, kończę, bo już muszę iść spać. Mam tylko nadzieję, że nie przyjdą złe myśli, bo ja nie chcę nie płakać tylko przy ludziach - ja w ogóle nie chcę płakać.


PS. Przypomniała mi się wczoraj ta piosenka:



i nie daje mi spokoju. Chyba muszę znowu ściągnąć ją na telefon i słuchać częściej.


A odpowiedzi brak
Bo to jest wielka tajemnica rzeki

sobota, 1 października 2016

A odpowiedzi brak

Moje życie oficjalnie straciło sens.


Próbowałam wczoraj i dziś oglądać Bitwę o Ardeny, i niby miałam podjarkę, że oglądam to w magicznym pudełku, ale w pewnym momencie zrobiło się nostalgicznie, bo pomyślałam, że ja już przecież wiem, jak ten film przebiega i się kończy, i już nigdy go nie zobaczę po raz pierwszy, i że w ogóle to jest bez sensu.


Potem ostatecznie dobrałam się do Projektu Lady i obejrzałam cztery odcinki pod rząd - więcej nie wytrzymałam, bo o ile dwa pierwsze odcinki, jeszcze z wszystkimi dziewczynami, całkiem fajnie się oglądało, to potem mojemu sercu coraz bardziej przypominało się, jak bardzo się z tym programem związałam, jak bardzo bolało każde kolejne odpadnięcie... Więc wyłączyłam, stwierdzając, że wolę poczekać na drugą edycję.



A najgorsze stało się pod wieczór, bo podkusiło mnie, żeby sprawdzić jedną rzecz. Zalogowałam się (znowu z nowego konta) na tej stronie, gdzie znalazłam adres Karla-Ottona i wiecie, co się okazało?
Okazało się, że jakiś typ napisał do niego jakoś w połowie sierpnia. Zgadnijcie, kiedy dostał odpowiedź.
W połowie września. Czaicie to? W POŁOWIE WRZEŚNIA.
Dla przypomnienia: ja napisałam na koniec lipca, jest pierwszy października i nadal czekam.
Rozpłakałam się po przeczytaniu tamtych dat jak mało kiedy. Ale nawet się nie zdenerwowałam, bo nawet nie wiem, na kogo. Na siebie, bo zachciało mi się napisać list miałam zbyt wysokie oczekiwania wobec świata? Na Karla-Ottona, bo mi nie odpisał, ale nawet nie wiem, czy dostał list? Czy może wreszcie na pocztę, bo nie mam pojęcia, czy nie zgubili listu - może mojego, a może odpowiedzi?
W pierwszej chwili byłam bardzo emocjonalna, bo płakałam i przeklinałam przez łzy, i miałam ochotę rzucać rzeczami o ściany, a na podsumowanie stwierdziłam: No kurwa, idę się zabić. O, potnę się masłem na kafelkach. Chuj, nie mam kafelków w domu.
[Hasło o cięciu się masłem na kafelkach przeczytałam na jakimś blogu jeszcze w zamierzchłych czasach przed moimi egzaminami gimnazjalnymi i mi zostało w głowie].
Ale szybko się ogarnęłam, bo rodzice wrócili do domu i nie chciałam przy nich płakać, bo bym musiała im wytłumaczyć, o co chodzi, a nie miałam ochoty. Napisałabym do kogoś, żeby mnie pocieszył czy coś, ale z trzech osób, które ewentualnie mogłyby mi pomóc, jedna przyjmowała dziś gości i nie chciałam jej psuć humoru (zresztą ktoś chyba jeszcze u tej osoby siedzi, to co się będę wpierniczać w imprezę z problemami), druga wiem, że nadal tych gości ma (to tym bardziej nie będę się wpierniczać, zresztą nie wiem, czy bym dostała odpowiedź), a trzecia teoretycznie mogłaby mi poświęcić czas, ale musiałabym opowiedzieć jej całą historię od początku, czyli przynajmniej od majowego oglądania Złota dla Zuchwałych, a boję się, że to rozbiłoby mi serce na jeszcze mniejsze kawałeczki.
W sumie to jestem teraz spokojniejsza, tak jakbym się godziła z tym, że tej odpowiedzi mogę nie dostać. Ale jednocześnie przekonuję się, że nadzieja faktycznie nie opuszcza swoich dzieci, bo w głębi serca ciągle liczę na to, że któregoś pięknego dnia zobaczę w skrzynce kopertę z niemieckim znaczkiem i stemplem, ale zaadresowaną moją ręką. Tylko że to teraz wydaje się takie złudne, jeszcze bardziej nierealne niż wtedy, kiedy dopiero ten list pisałam.
Jedna rzecz tylko nie chce dać mi spokoju. W czym ja tak właściwie jestem gorsza od innych? Chodzi mi o to, że są ludzie, którzy spotykają swoich idoli na żywo i mogą z nimi zamienić dwa słowa i wziąć autograf osobiście, a ja najprawdopodobniej nigdy nie dostanę głupiej odpowiedzi na głupi list. Gdzie w tym jest sprawiedliwość, pytam się?
Jeszcze jest jedno, co mi nie pomaga. Byłam dziś chwilę na mieście, bo szukałam prezentu dla kolegi, i sobie wspominałam, jak chodziłam na pocztę i załatwiałam te wszystkie sprawy z listem, i słuchałam sobie tych samych piosenek, i wtedy jeszcze to było takie miłe i piękne wspomnienie, a teraz się to wszystko posypało.

Najbardziej bym teraz chciała przyjść w poniedziałek po szkole do domu i zobaczyć tę jebaną kopertę w skrzynce, albo u siebie na biurku, gdyby listonosz przyszedł na tyle wcześnie, że moja mama wyjęłaby ją przy powrocie z zakupów. Świadomość, że tak raczej nie będzie, mnie zabija.
Znowu się popłakałam.


Idę spać. Chciałam dziś trochę dłużej posiedzieć, ale w takim stanie nie dam rady. Chyba wolę się wyspać i jutro poogarniać różne sprawy.
Pytanie tylko, o której faktycznie zasnę.