sobota, 1 października 2016

A odpowiedzi brak

Moje życie oficjalnie straciło sens.


Próbowałam wczoraj i dziś oglądać Bitwę o Ardeny, i niby miałam podjarkę, że oglądam to w magicznym pudełku, ale w pewnym momencie zrobiło się nostalgicznie, bo pomyślałam, że ja już przecież wiem, jak ten film przebiega i się kończy, i już nigdy go nie zobaczę po raz pierwszy, i że w ogóle to jest bez sensu.


Potem ostatecznie dobrałam się do Projektu Lady i obejrzałam cztery odcinki pod rząd - więcej nie wytrzymałam, bo o ile dwa pierwsze odcinki, jeszcze z wszystkimi dziewczynami, całkiem fajnie się oglądało, to potem mojemu sercu coraz bardziej przypominało się, jak bardzo się z tym programem związałam, jak bardzo bolało każde kolejne odpadnięcie... Więc wyłączyłam, stwierdzając, że wolę poczekać na drugą edycję.



A najgorsze stało się pod wieczór, bo podkusiło mnie, żeby sprawdzić jedną rzecz. Zalogowałam się (znowu z nowego konta) na tej stronie, gdzie znalazłam adres Karla-Ottona i wiecie, co się okazało?
Okazało się, że jakiś typ napisał do niego jakoś w połowie sierpnia. Zgadnijcie, kiedy dostał odpowiedź.
W połowie września. Czaicie to? W POŁOWIE WRZEŚNIA.
Dla przypomnienia: ja napisałam na koniec lipca, jest pierwszy października i nadal czekam.
Rozpłakałam się po przeczytaniu tamtych dat jak mało kiedy. Ale nawet się nie zdenerwowałam, bo nawet nie wiem, na kogo. Na siebie, bo zachciało mi się napisać list miałam zbyt wysokie oczekiwania wobec świata? Na Karla-Ottona, bo mi nie odpisał, ale nawet nie wiem, czy dostał list? Czy może wreszcie na pocztę, bo nie mam pojęcia, czy nie zgubili listu - może mojego, a może odpowiedzi?
W pierwszej chwili byłam bardzo emocjonalna, bo płakałam i przeklinałam przez łzy, i miałam ochotę rzucać rzeczami o ściany, a na podsumowanie stwierdziłam: No kurwa, idę się zabić. O, potnę się masłem na kafelkach. Chuj, nie mam kafelków w domu.
[Hasło o cięciu się masłem na kafelkach przeczytałam na jakimś blogu jeszcze w zamierzchłych czasach przed moimi egzaminami gimnazjalnymi i mi zostało w głowie].
Ale szybko się ogarnęłam, bo rodzice wrócili do domu i nie chciałam przy nich płakać, bo bym musiała im wytłumaczyć, o co chodzi, a nie miałam ochoty. Napisałabym do kogoś, żeby mnie pocieszył czy coś, ale z trzech osób, które ewentualnie mogłyby mi pomóc, jedna przyjmowała dziś gości i nie chciałam jej psuć humoru (zresztą ktoś chyba jeszcze u tej osoby siedzi, to co się będę wpierniczać w imprezę z problemami), druga wiem, że nadal tych gości ma (to tym bardziej nie będę się wpierniczać, zresztą nie wiem, czy bym dostała odpowiedź), a trzecia teoretycznie mogłaby mi poświęcić czas, ale musiałabym opowiedzieć jej całą historię od początku, czyli przynajmniej od majowego oglądania Złota dla Zuchwałych, a boję się, że to rozbiłoby mi serce na jeszcze mniejsze kawałeczki.
W sumie to jestem teraz spokojniejsza, tak jakbym się godziła z tym, że tej odpowiedzi mogę nie dostać. Ale jednocześnie przekonuję się, że nadzieja faktycznie nie opuszcza swoich dzieci, bo w głębi serca ciągle liczę na to, że któregoś pięknego dnia zobaczę w skrzynce kopertę z niemieckim znaczkiem i stemplem, ale zaadresowaną moją ręką. Tylko że to teraz wydaje się takie złudne, jeszcze bardziej nierealne niż wtedy, kiedy dopiero ten list pisałam.
Jedna rzecz tylko nie chce dać mi spokoju. W czym ja tak właściwie jestem gorsza od innych? Chodzi mi o to, że są ludzie, którzy spotykają swoich idoli na żywo i mogą z nimi zamienić dwa słowa i wziąć autograf osobiście, a ja najprawdopodobniej nigdy nie dostanę głupiej odpowiedzi na głupi list. Gdzie w tym jest sprawiedliwość, pytam się?
Jeszcze jest jedno, co mi nie pomaga. Byłam dziś chwilę na mieście, bo szukałam prezentu dla kolegi, i sobie wspominałam, jak chodziłam na pocztę i załatwiałam te wszystkie sprawy z listem, i słuchałam sobie tych samych piosenek, i wtedy jeszcze to było takie miłe i piękne wspomnienie, a teraz się to wszystko posypało.

Najbardziej bym teraz chciała przyjść w poniedziałek po szkole do domu i zobaczyć tę jebaną kopertę w skrzynce, albo u siebie na biurku, gdyby listonosz przyszedł na tyle wcześnie, że moja mama wyjęłaby ją przy powrocie z zakupów. Świadomość, że tak raczej nie będzie, mnie zabija.
Znowu się popłakałam.


Idę spać. Chciałam dziś trochę dłużej posiedzieć, ale w takim stanie nie dam rady. Chyba wolę się wyspać i jutro poogarniać różne sprawy.
Pytanie tylko, o której faktycznie zasnę.

4 komentarze:

  1. gdybym mogła to bym Cię w tedy przytuliła!!

    a tak poza tym to "No kurwa, idę się zabić. O, potnę się masłem na kafelkach. Chuj, nie mam kafelków w domu." mnie rozwaliło!! :D :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Przepraszam, z całym szacunkiem, ale czy Ty nie przesadzasz? Ludzie mają o wiele gorsze problemy, a Ty płaczesz z powodu jednej koperty. Jednej koperty, która otrze do Ciebie, kiedy Poczta Polska i ta niemiecka się z tym uporają. Rozumiem, gdybyś czekała ponad rok, ale trzy miesiące? Wierz mi, to nie jest długo, jak na czekanie na coś naprawdę ważnego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie uważam, żebym przesadzała, po prostu reaguję emocjonalnie - może za bardzo, ale są rzeczy, nad którymi nie panuję. Tak, ludzie mają gorsze problemy, ale ja mam swoje i ten jest dla mnie najważniejszy. I nie chodzi o to, że czekam trzy miesiące, tylko że czekam dłużej niż ktoś inny, dlatego mam wątpliwości, że odpowiedź do mnie dotrze.

      Usuń