sobota, 29 października 2016

Historia mojego życia

Tak bywało już często i będzie jeszcze raz - zapraszam na dwudniowy post.

[28.10 - piątek]
Chyba powinnam wrócić do prowadzenia notatek związanych z tym, co chcę tu pisać, bo ostatnio zaprzestałam i jak sobie próbuję przypomnieć, co robiłam od ostatniej notki, to z powodzeniem przypominam sobie tylko dzisiejszy dzień.

Jedyne, co pamiętam z poprzednich dwóch dni, to to, że w środę znalazłam tą piosenkę:


To jest coś jak ta piosenka Honoru, co ją wstawiałam w zeszłym roku, tylko że wydanie niemieckie, i przesłuchałam tego już kilkanaście razy.
Większego komentarza to chyba nie wymaga.

Chociaż... coś tam mi się przypomina.
W któryś z tych dni dwaj koledzy próbowali mnie przekonać, żebym zdawała prawo jazdy, bo to się przyda i coś tam jeszcze. I tak im się nie uda, nie będę zdawać i już, bo nie mam po co.
Poza tym zostałam pożałowana przez rodziców, że nie dostałam odpowiedzi na list (ten temat wyszedł, jak tata drukował jakieś zdjęcia i wypomniałam mu, że gdyby nie ja, to byśmy nie mieli w domu papieru fotograficznego). Jakoś tak mi się zrobiło lepiej przez to.


Dzisiaj byliśmy w Sosnowcu, na Wydziale Nauk o Ziemi Uniwersytetu Śląskiego, na spektaklu teatralnym (wiem, jak to brzmi, ale tak było).
Przygody zaczęły się od tego, że na geografii robiliśmy sobie z kolegą zdjęcia i wrzucałam je na Snapchata. Na angielskim natomiast kolega potrząsnął butelką ze Sprite'm, a potem zachciało mu się pić, to ją odkręcił. Na szczęście wykazałam się refleksem i wstałam, zanim połowa wylała mi się na spodnie. Wywiązał się przy tym taki dialog:
-Trzęsiesz butelką z gazowanym i ją otwierasz? Naprawdę? Co miałeś z fizyki?
-No dwa miałem!
-Widać!
A pani tylko się z nas śmiała.
Jak czekaliśmy na przystanku na autobus, to rozmowa zeszła na naukę języków i pochwaliłam się nauczycielce polskiego, że będę się uczyć hebrajskiego. Stwierdziła, że to nietypowy, ale ciekawy wybór.
Z samego spektaklu w sumie nie ma co wspominać, może poza tym, że byliśmy na Ferdydurke. Całość mi się podobała, ale i tak najlepsze było spotkanie z aktorami po spektaklu, jak interpretowali niektóre sceny na nowo. Śmiałam się tak, jak dawno się nie śmiałam.


[29.10 - sobota]
W sumie nie chciało mi się publikować posta wczoraj, dlatego opublikuję dziś. Ale najpierw - opis dnia.

Zaczęło się od tego, że pojechałam do Katowic odebrać książki. W autobusie "w tamtą stronę" trochę zamulałam i tak jak od jakiegoś czasu czasem bywam tą osobą, która się uśmiecha bez powodu i zaraża wszystkich dookoła optymizmem, to dziś siedziałam sobie przy oknie i patrzyłam na to okno, a raczej to, co za nim, i prowadziłam rozkminy egzystencjalne, zaczynające się na sensie istnienia kart ŚKUP, a kończące się na sensie istnienia w ogóle - generalnie byłam tą osóbką, która nikomu nie zawadza, ale też nie pomaga. Po wyjściu z autobusu zdążyłam na tramwaj do Silesii, ale musiałam pobiec i chyba właśnie tego, czyli adrenaliny, było mi trzeba, bo od razu jakoś weselej się zrobiło. Potem zaliczyłam najkrótszą wizytę w centrum handlowym w moim życiu, bo weszłam, odebrałam paczkę i wyszłam. Dzięki temu, że tylko tyle miałam do załatwienia - mogłam jeszcze iść po czekoladę do Starbucksa i poszukać białego golfa, ale zwalczyłam pokusy - wyszłam z domu o 9:30, a wróciłam już o 12. To sukces, naprawdę.

Ciekawostka: dwa razy sprawdzali mi dziś bilet, to znaczy kartę - w autobusie w jedną i w drugą stronę. I to dzień po tym, jak moja koleżanka z klasy stwierdziła, że w autobusach to tak teraz nie sprawdzają, bardziej w tramwajach. Tssss.

Wracając do tematu - kupiłam sobie Ten jeden dzień i Ten jeden rok Gayle Forman w oryginale. Czytałam rok temu po polsku i się zakochałam w tej historii, ale że pożyczałam od siostry i nie miałam tych książek dla siebie, to stwierdziłam, że sobie kupię, ale żeby nie wydawać hajsu na coś, co i tak już czytałam, to stwierdziłam, że przynajmniej sobie angielski podszkolę przy czytaniu. Kto bogatemu zabroni? I tak jest spoko, bo miały być tylko dwa tomy, a się okazało, że jest jeszcze nowelka (niewydana w Polsce), która opowiada, co się działo tuż po drugiej części, i jest dodawana do angielskiego zestawu za darmo. Deal życia normalnie.
Wydanie prezentuje się tak:



Piękne jest, nie? W ogóle zagraniczne wydania mi się podobają. I jest milusie w dotyku.
Nie no, zakochałam się w tym wydaniu. Nawet nie wiecie, jak się cieszę, że je mam.


Trochę krwi mi napsuła wizyta na cmentarzu, bo jest jeden, który mi się kojarzy z czasem Wszystkich Świętych trzy lata temu, kiedy się nieszczęśliwie zakochałam i które to uczucie noszę w sobie w sumie do dziś, co nie jest miłe. Ale dziś nie płakałam z tego powodu, więc chyba jest lepiej. Może kiedyś mi przejdzie.


Nie mam już więcej do powiedzenia, więc pora kończyć. Dziękuję, dobranoc.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz