czwartek, 22 grudnia 2016

22 grudnia

30 days challenge - dzień 22!

→ Książka która sprawia że płaczesz
Żadna. xD Jeśli ze smutku, to kiedyś prawie popłakałam się na Złodziejce Książek, a niemalże do łez rozbawia mnie - jak się okazało - niezmiennie Ala Makota.

→ Piosenka której słuchasz gdy jesteś smutny
Co prawda znam tę piosenkę jakoś od pół roku (czyli od baaaardzo niedawna, bo mi to szybko przeleciało), ale zauważyłam, że jej słucham, jak mi się nostalgicznie robi.


→ Najbardziej niedoceniony film
Sucker Punch. Wydaje mi się, że ma sporo niepochlebnych opinii, a dla mnie jest jednym z lepszych i najbardziej inspirujących.


Dziś był zwariowany dzień. Najpierw wigilia klasowa, która była całkiem spoko. Najadłam się czipsów i ciastek i zaopiekowałam się kartonem soku pomarańczowego. Potem dostałam jeszcze ciastka - skądinąd robione przez moją mamę - z powrotem do domu, bo cieszyły się powodzeniem, ale jednak nie takim dużym, żeby zeszły wszystkie. Będzie więcej dla mnie. xD
A na prezent dostałam takiego kotka:

 

Po południu najpierw poszłam na spowiedź, a po spowiedzi pobiegłam na przystanek. Udało mi się zdążyć na pospieszny autobus, yay! Pojechałam do Katowic na jarmark świąteczny, chociaż tam ostatecznie spędziłam najmniej czasu, ale o tym za chwilkę.
Dojechałam sobie do ostatniego przystanku, no i zaczynam iść na Rynek, gdzie do jutra jest jarmark. Droga pewnie jest na max 5 minut w moim wykonaniu, ale dotarłam tam po dwudziestu. Dlaczego? Po drodze wdepnęłam na dworzec do kibelka, za który przepłaciłam - myślałam, że kosztuje dwa zyle, a kosztował dwa pięćdziesiąt, ale że miałam tyle (i miałam też potrzebę), to poszłam. Potem poszłam do dworcowego Starbucksa po pierniczkową latte, bo mi ostatnio zasmakowała i stwierdziłam, że się napiję jeszcze raz, jak jest okazja. Przy okazji sobie ręce ogrzałam. :D Po tym chciałam już naprawdę iść na jarmark, ale kilka kroków dalej natrafiłam na bodajże sześciu panów w mikołajkowych czapkach grających na instrumentach dętych świąteczne piosenki. Przesłuchałam półtorej piosenki, wrzuciłam im pięć złotych do futerału i sobie poszłam. I to nie jest tak, że się chwalę, że robię dobre uczynki, bo nie robię tego dla chwalenia się. Po prostu mi się spodobało, jak grali, to wrzuciłam. Jakoś zawsze miałam chęć wrzucania pieniędzy ulicznym grajkom. Oni zarobili pięć zeta więcej, a mnie się też zrobiło milej, bo mam poczucie, że zrobiłam coś dobrego.
I tak po dwudziestu minutach dotarłam na jarmark. Obeszłam cały w chyba pięć minut i nic ciekawego nie znalazłam. Chociaż muszę powiedzieć, że sam Rynek jest pięknie ozdobiony, bo mi się światełka podobają. Nie chciało mi się siedzieć i marznąć, to podjechałam tramwajem z powrotem na Plac Wolności, odczekałam chwilkę i wsiadłam do autobusu. Tym razem nie był pospieszny, więc miałam wycieczkę, ale przynajmniej mogłam wysiąść na przystanku na moim osiedlu.
Obok wizyty w Silesii na początku listopada, to był chyba mój najkrótszy pobyt w Kato. Pewnie bym zrobiła coś jeszcze, poszła na żydowski cmentarz albo pokręciła się po peronach na dworcu, ale że zrobiło się ciemno i w dodatku pizgało jak rzadko, to wróciłam do domku. Muszę też mieć czym się zająć w wakacje. xD

W domu posprzątałam sobie pokój. Sprowadzało się to co prawda głównie do zdejmowania książek z półek, wycierania półek i ustawiania z powrotem książek, ale zmęczona byłam jak rzadko.


Dlatego odpoczynek, który mnie zaraz czeka, jest całkiem zasłużony. Najpierw wyczekiwany cały rok seans Obywatela X (kij z tym, że skończę w pół do pierwszej), a potem - spać!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz