poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Humorki

Ej, ja myślałam, że nie mogę o poranku i w ciągu dnia czuć się gorzej niż w te dni, kiedy idę spać o drugiej w nocy i budzę się jeszcze przed dziewiątą. Dziś się okazało, że jednak mogę. Niby poszłam wczoraj spać wcześnie, bo jakoś po jedenastej, ale obudziłam się po drugiej w nocy i nie spałam tak aż do siódmej (wstawaliśmy o dziewiątej, ale jeszcze sobie potem usunęłam na godzinę). Takim trupem jak dziś dawno się nie czułam, naprawdę. Już wolę nie kłaść się do oporu i potem przespać te marne pięć godzin, ale pod rząd, niż tak się męczyć. 


Na tych wakacjach oprócz mnie i moich rodziców jest jeszcze mój brat i siedmioletni bratanek. Bratanek bywa kochany, ale miewa też swoje humorki i przez te humorki zrobiło mi się żal wszystkich rodziców, którzy tak na codzień muszą swoje dzieci ogarniać. Aż wypytałam swoich rodziców, jakim byłam dzieckiem w bratanka wieku i przyznałam się, że ich trochę pożałowałam. Uspokoili mnie, mówiąc, że jako siedmiolatka byłam już raczej ogarnięta.


Dzisiaj trochę chodziło mi po głowie to moje nieszczęsne opowiadanie, ale wymyśliłam na to sposób, dzięki któremu faktycznie chwilę nad tym nie myślałam i z którego będą jeszcze inne korzyści. A mianowicie - zamiast myśleć, czytałam! To takie proste, prawda? Przebrnę przez książkę, nie będę się zadręczać moimi wyobrażeniami, no żyć nie umierać! Co prawda dzisiaj ostatecznie nie skupiłam się przy czytaniu na treści, tylko na czymś jeszcze innym, czyli na moim bólu głowy, ale to chyba głównie wina tego zmęczenia. Niby nie powinnam cieszyć się z bólu, no ale ej, przynajmniej faktycznie nie myślałam o pisaniu. Jeśli coś wydaje się głupie, ale działa, to wcale nie jest aż takie głupie. 


Na koniec pora na kolejną porcję zdjęć. 





Kończę, bo - jak wspominałam - jestem padnięta jak mało kiedy. Do przeczytania!

niedziela, 20 sierpnia 2017

Ślimaczy atak naturalny

No i mija pierwszy dzień wakacji na wsi. Wzięłam ze sobą inne książki niż chciałam (porzuciłam Sherlocka Holmesa), nie wzięłam też w końcu zeszytu, w którym mogłabym ewentualnie coś pisać (bo pojawił się taki pomysł), ale przetrwam i w takim układzie. Generalnie myślałam, że w tym pierwszym dniu będę chodzić po ścianach, ale dzięki temu, że jest dobry zasięg i mogę korzystać z telefonu, nie jest to tak uciążliwe. Tylko w głowie kłębią mi się pomysły na opowiadanie. Będzie przynajmniej co spisywać po powrocie, no i będę bardziej doceniać to, że mam dostęp do komputera na codzień.

Ogólnie to nawet mi się tu podoba, bo okolica jest ładna i domek jest ładny, ale natura mnie zdążyła zaatakować. To znaczy nie bezpośrednio, ale po deszczu powyłaziły ślimaki bez skorup i jak zobaczyłam takie stadko wesoło hasające po trawie, to spanikowałam. Co prawda mam nad nimi w razie czego przewagę w szybkości i wielkości, ale one mają liczebną. Muszę pamiętać, żeby unikać ich terytorium.
Żebym nie była gołosłowna, wstawię na bieżąco kilka zdjęć - na szczęście obecny telefon mi na to pozwala.





Jak będę coś jeszcze miała z kolejnych dni - a pewnie będę miała - to oczywiście też się podzielę.


Kończę, bo w sumie się dzisiaj nie wyspałam, a jeszcze mam za sobą podróż. Dziwnie się czuję, publikując posta tak wcześnie, ale czasem - jak widać - trzeba.
Dobranoc!

piątek, 18 sierpnia 2017

Komputerowa praca wakacyjna

No i poszło. Opublikowałam dzisiaj pierwszy rozdział nowego opowiadania. Jakoś dziwnie się stresuję jego publikacją, najbardziej ze wszystkich opowiadań. Myślałam, że to dlatego, że w pewnym stopniu bazuje na mojej aktualnej fascynacji, ale potem pomyślałam sobie, że przecież właściwie w każdym opowiadaniu, które pisałam lub piszę, była mniejsza lub większa część mojego własnego życia i/lub sporo mniej lub bardziej aktualnych fascynacji, więc to chyba nie to. Może to po prostu dlatego, że jest nowe? Możliwe.


W niedzielę jadę na wakacje na tydzień (w kolejną niedzielę wracam), co prawda nie na tę wieś, co zawsze, ale też do jakiejś zapadłej dziury. Mam z tym problem. No, nie z samym faktem jechania, tylko z tym, że jak na złość mam fazę na robienie tych wszystkich rzeczy, do których potrzebuję kompa. Mogłabym godzinami pisać opowiadanie, grać w gry (akurat wczoraj znowu mi się zachciało) czy nawet zwyczajnie oglądać Szkołę albo siedzieć na YouTube. A teraz będę miała przerwę, kolejną zresztą. Co prawda z doświadczenia wiem, że przerwy nie są takie złe, bo jak wrócę, to docenię ten dostęp do kompa i wszystkiego, no i w tym czasie przeczytam jakąś książkę czy coś, ale boję się, że mnie będzie skręcało z braku dostępu do niektórych rzeczy. Dostęp do Internetu co prawda będzie (przynajmniej mam nadzieję, bo to zależy od tego, jaki będę miała zasięg) i może nawet uda mi się tutaj coś napisać, ale i tak będzie pewnie jakoś tak... pusto. Chyba będę musiała zabrać ze sobą dużo książek. Moja mama twierdzi, że i tak nie przeczytam więcej niż dwóch, ale przyjmując, że będę czytać w każdej wolnej chwili, to i tak będę robić to bardzo często. W sumie zawsze mogę wziąć ze sobą angielskie wydanie Sherlocka Holmesa (mam takie), bo to są tylko dwa tomy, ale zbierające razem wszystkie części serii o SH. Faktycznie przeczytam wtedy dwie książki, ale za to ile pracy z tym będzie. I na wszelki wypadek coś do tego dobiorę.


Dobra, starczy tego. Zamiast siedzieć i narzekać, powinnam pójść wziąć się do pracy.
Bez odbioru.

czwartek, 17 sierpnia 2017

Życie jest piękne

Dzień dobry! A może raczej dobry wieczór? Nie no, dzień dobry też, w razie gdyby ktoś czytał rano.


Ja nie wiem, czy to nie podpada przypadkiem pod jakieś zaburzenie psychiczne, ale film Tytus, Romek i A'Tomek wśród złodziei marzeń stał się moim lekiem na całe zło, takim trochę narkotykiem. A zwłaszcza scena z 23:30, wspomniana przedwczoraj. Nie zaprzestałam jej oglądania i przez to ciągle chodzę zadowolona i uśmiechnięta, a jak mi dzisiaj humor na chwilę zjechał, to sobie dopaliłam YouTube'a, znalazłam film i znowu świat jest kolorowy. Od wczoraj chodzę po domu i powtarzam przy każdej możliwej okazji, że życie jest piękne, życie jest cudowne i inne takie. Aż mama się mnie pytała, czy przypadkiem nie poznałam jakiegoś chłopaka przez Internet (odpowiedź brzmi: nie. Żeby nie było). A potem pytała, czy już się pozbyłam kompleksów, bo jeszcze dwa tygodnie temu narzekałam, że mam za duży nos. Nie pozbyłam się, po prostu przestałam narzekać na głos. I zaczęłam twierdzić, że życie jest piękne. Tak bez związku z czymkolwiek. Po prostu ten film mnie napawa optymizmem. Dziwne, a jednak.
A najlepsze w tej historii jest to, że powód mojego optymizmu poza tym blogiem pozostanie tajemnicą. No bo ej, nie wyobrażam sobie przyznać się rodzicom do tego, co oglądam w necie, chybaby mnie wyśmiali. Tak samo jak nie przyznałam się nikomu, dlaczego tak właściwie oglądam Szkołę, bo tego też sobie nie wyobrażam, ale to już trochę inna historia. Zresztą, miałam o tym już nie mówić. No to nie mówię.


W ogóle, zrobiłam dzisiaj coś, co jeszcze rok temu byłoby dla mnie nie do pomyślenia. Mianowicie zapomniałam, która rocznica śmierci Rudolfa Hessa dzisiaj wypada. O tym, że to dzisiaj, pamiętałam, bo mi się data już wryła w mózg, ale rano zawiesiłam się i dobrych kilkanaście minut próbowałam się doliczyć, czy to na pewno w tym roku jest okrągła rocznica, czy może jednak za rok.
Sprawdziłam na Wikipedii. W tym roku.
Jest to nie do pomyślenia, bo jeszcze rok temu byłabym na 200% pewna, a dziś wspomogłam się netem. Schodzę na psy.



Poza tym standardowo nic się nie działo. Jestem podekscytowana, bo porobię sobie coś jeszcze, potem pójdę spać, a jak wstanę, to zostanie mi tylko kilka godzin do startu nowego bloga. Dawno tak się nie jarałam nowym opowiadaniem. A najbardziej to cieszy mnie to, że pierwszy raz w życiu mam kilka rozdziałów do przodu. Oprócz jutrzejszego na Bloggerze wylądował drugi i trzeci; czwarty jeszcze kończę pisać, a potem będę musiała go jeszcze kilka razy przeczytać, żeby tu coś dopisać, tu coś zmienić, tak, żebym była zadowolona i pewna, że chcę to wrzucić do netu.
Gdybym miała taki zapał do pozostałych opowiadań, to świat byłby piękniejszy, nie mówiąc już o robieniu rzeczy niezwiązanych z kompem. Ale na to jeszcze mam czas.


Dobra, idę kończyć ten czwarty rozdział. Mam zapał do tylko jednej rzeczy, ale jak już go mam, to żal nie wykorzystać.

środa, 16 sierpnia 2017

Gdy kochamy

Hm. Przyznaję, że mam problem.
Doczytałam właśnie regulamin szabloniarni, na której zawsze zamawiałam szablony, i dobrze, że to zrobiłam, bo okazało się, że został zaktualizowany i muszę mieć przynajmniej jeden, a najlepiej dwa posty na blogu, żeby zamówić szablon (wcześniej nie trzeba było mieć żadnego, tak mi się przynajmniej wydaje, chociaż pamięć może mnie mylić).
Postawiło mnie to przed problemem natury logistycznej, bo miałam zamówić szablon jakoś teraz i zacząć publikować dopiero we wrześniu, a tak to musiałabym zacząć teraz, wiecie, żeby zamówić szablon jeszcze w wakacje i nie dokładać potem pracy szabloniarce, jak już zacznie chodzić do szkoły (bo wiem, że jest młodsza ode mnie). Poza tym miałam już wybrane konkretne dni, w których mogłabym zacząć w zależności od tego, czy miałabym publikować co miesiąc, czy co dwa tygodnie, bo chciałam być regularna, a w takim układzie muszę wybrać inaczej.
Tak sobie nad tym myślę i wymyśliłam, że w takim układzie chyba po prostu wybiorę dzień tygodnia i godzinę (skłaniam się ku piątkowi o 18:00), o której będę publikować, a częstotliwość publikacji (co dwa-trzy, max. cztery tygodnie) będzie zależała od tego, ile będę miała pracy na studiach i rozdziałów na zapas.
Mogę chyba już powiedzieć więc oficjalnie, że nowy blog wystartuje w najbliższy piątek (18 sierpnia) o 18:00. Kolejny będzie za dwa lub trzy tygodnie, jeszcze zobaczę.
Link: https://gdy-kochamy.blogspot.com/
Opis:
Ona - nastolatka, on - czterdziestolatek.
Połączeni miłością pełną przeciwności losu i tajemnic. Czy dostaną szansę, by być ze sobą "na zawsze"?
Ten opis wydaje mi się mega słaby, ale w sumie opisów pisać nigdy nie umiałam, tak samo jak streszczeń i recenzji bez spoilerów, a to chyba i tak jest najlepsze, na co mnie stać.

A na szablon polecą te dwa zdjęcia:



Ogólnie to mam wrażenie, że niżej w swojej twórczości upaść nie mogłam (gorzej czułabym się chyba tylko przy planowaniu opowiadania, w którym główna postać bazuje na Breiviku albo w ogóle jest nim, ale to nieważne). Ale w sumie raz się żyje, nie? Najwyżej się w pewnym momencie spalę ze wstydu i będzie koniec mojego życia.
Dobra, nie dywagujmy już.
W sprawie nowego opowiadania powiem jeszcze tylko tyle, że miałam sporo roboty z wymyślaniem nazwisk do niego (bo jest ich stosunkowo sporo) i moja kreatywność przekroczyła wszelkie granice.
Więcej w tej sprawie w piątek już na nowym blogu.


To chyba tyle z mojej strony. Mam wrażenie, że ta notka jest chaotyczna, ale piszę ją a) w emocjach i b) ogarniając jednocześnie nowego bloga (ciągle mam wrażenie, że coś tam albo tu pominęłam). Myślę, że najważniejsze informacje da się mimo wszystko wyciągnąć.

wtorek, 15 sierpnia 2017

Dzieckiem będąc

To wcale nie jest tak, że nie pisałam przesz kilka dni i dzisiaj też się zbierałam pół dnia, bo mi się nie chciało.
No dobra, po części to dlatego, ale poza tym moje życie jest w ostatnich dniach tak monotonne, że mnie samej jest słabo. Mogłabym napisać kolejnego posta w stylu "o boże oglądałam Szkołę i znowu Mancewicz był" (bo to prawda), ale to się robi nudne, a jeżeli ja sama tak myślę, to chyba faktycznie pora takie posty ograniczyć. Mojego szczęścia to nie ograniczy, a przynajmniej nie będzie tu w kółko o tym samym.


W sumie to nie mam za wiele dziś do powiedzenia (poza tym, co powyżej). Muszę się tylko pochwalić pewnym odkryciem.

Czy doszliście kiedykolwiek do wniosku, że jesteście zdrowo stuknięci i odkryliście tego powód? Bo ja tak, i ten powód znalazłam dwa dni temu.
Zaczęło się od piosenki Załoga G zespołu Hurt, którą sobie przedwczoraj tak jakoś z nudów włączyłam. Są w niej wymienieni Tytus, Romek i A'Tomek. Przypomniał mi się przez to film o nich, który oglądałam, kiedy miałam jakieś 10 lat. O, ten:


Zaczęłam sobie odświeżać niektóre sceny i jak znalazłam jedną, to po prostu odpadłam. Zaczyna się w okolicach 23:30 i polecam się z nią zapoznać, żebyście mogli ogarnąć powagę sytuacji. Albo nie, nie polecam, bo jeszcze wam odbije jak mnie. Zresztą, wasz wybór.
Kontynuując, jak obejrzałam tę scenę, to sobie uświadomiłam jedną rzecz: ja po prostu nie mogę nie być jebnięta, skoro takie filmy oglądałam w dzieciństwie.
Potem sobie z kolei pomyślałam, że uświadomienie sobie powodów mojego skrzywienia umysłowego to chyba najpozytywniejsza rzecz tych dwóch dni. Gorzej czuję się ze świadomością, że odkąd przypomniałam sobie ten film, widziałam wyżej wspomnianą scenę przynajmniej kilkanaście razy, bo mi się podoba. Obiektywnie jest dziwna (jak cały film zresztą), ale subiektywnie mi się podoba.
A najgorzej to czuję się z tym, że w dzieciństwie robiłam to samo... bo też mi się podobała.
Chyba byłam dziwnym dzieckiem...

Ale tak sobie myślę - chyba nie ma co źle się czuć, jeżeli przez tę scenę czuję się dobrze? Nie umiem tego nawet do końca wyjaśnić - może mieć to związek z okresem, w którym po raz pierwszy oglądałam ten film - ale przez tę scenę czuję się szczęśliwa. I to jest takie niezmącone szczęście. Przez te dwa dni z nikim się nie pokłóciłam ani nie miałam pesymistycznych myśli, a dni w ogóle bez pesymistycznych myśli zdarzają mi się stosunkowo rzadko.
Muszę częściej odkrywać jakieś filmy z dzieciństwa, od razu się wtedy lepiej robi.


To tyle na dziś. Nie obiecuję terminu, w którym się odezwę, bo możliwe, że znowu będę miała serię nudnych dni, ale równie dobrze jutro może stać się coś wystrzałowego, czym od razu zechcę się podzielić. Teraz spadam się myć, a potem - opowiadania, nadchodzę!


PS. To setny post w tym roku, yay! :D

piątek, 11 sierpnia 2017

Tortury autora

Hm... Powiem wam, że jestem w kropce, jeśli chodzi o to nowe opowiadanie. Właśnie mi się przypomniało, że od dwudziestego pierwszego mam jechać na kilka dni na wieś, w to miejsce, w którym byłam dwa lata temu na jakiś czas i z którego publikowałam posty przez telefon. Cieszyłam się z tego i nadal się cieszę, bo bardzo lubię pobyty tam, tamtą okolicę i jej atmosferę. Problem jest taki, że będę tam odcięta od kompa. Byłam tego świadoma od początku i nawet sobie dzisiaj zaplanowałam, że na tydzień przykleję się do oglądania Szkoły i pisania po to, żeby bez żalu zrobić sobie tę tygodniową przerwę i na przykład przeczytać kilka książek, ale teraz pomyślałam, że przez to opóźnią mi się prace nad nowym blogiem. Niby mogłabym zaplanować rozdział i takie tam, ale miałam wystartować dopiero z szablonem, który - jeśli zamówię teraz - najprawdopodobniej dostanę właśnie podczas tygodnia na wsi. Przez moment miałam szalony pomysł, żeby zrezygnować z tego wyjazdu, ale nie mogę zrezygnować ze względu na mojego bratanka, który będzie z nami te kilka dni i chyba by mi nie wybaczył, gdyby mnie tam nie było. A blog, zwłaszcza nowy, chyba nie jest tego wart, prawda?
Dlatego plan jest taki. Przez tydzień po prostu będę pisała tyle, ile mogę (z moim zapałem do pisania rozdziały na zapas są bezcenne, im więcej ich będę miała na starcie, tym lepiej); podczas wyjazdu odpocznę sobie od wszystkiego, a po powrocie zamówię szablon i zabiorę się za sprawy bardziej organizacyjne. O.

Całe szczęście, że mam jeszcze we wrześniu wakacje. Przez ten wyjazd dramatycznie skurczył mi się czas, który będę miała w sierpniu dla siebie i w innym układzie po powrocie pocałowałabym już rok szkolny, a tak to mam jeszcze zapasowy miesiąc.


Zastanawiam się w ogóle, czy będę zadowolona z siebie na koniec wakacji. Miałam mnóstwo planów i na razie końca realizacji któregokolwiek z nich nie widać. Oglądanie Szkoły, nauka włoskiego, czytanie i pisanie, nie mówiąc o graniu w gry... Ech, czarno to widzę. Chyba jedyny plan, z którego niedokończonej realizacji będę zadowolona, jest przygoda z psychologiem, bo niepójście na trzecią wizytę oznacza zaoszczędzone sto złotych. Co prawda można też na to spojrzeć tak, że przez pierwsze dwie wizyty straciłam dwie stówy, ale czasem trzeba być optymistą.
Nie no, tak na serio to jeszcze wszystko się może zdarzyć. A nuż będę zadowolona.



Kurde, mam wielką ochotę uchylić rąbka tajemnicy i pochwalić się tu zdjęciami, które wybrałam na szablon na nowego bloga (opisu ciągle nie mam gotowego, bo nie wiem, jak to zrobić, żeby nie było w nim największego możliwego spoileru), ale z drugiej strony szablon zawsze był tajemnicą tak długo, jak to tylko możliwe. No nie wiem. Może przy zamawianiu się pochwalę.
Ale ja tych moich czytelników torturuję... masakra. Ale za to humor mam dobry. :) To głównie przez to nowe opowiadanie, bo pierwszy raz od jakiegoś czasu czuję, że tworzę coś, co jest naprawdę dobre i co mi się autorsko podoba.

Koniec tego gadania! Powinnam robić, a nie mówić. Zmykam więc, by porobić coś konkretniejszego niż zastanawianie się.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Samotnych przygód ciąg dalszy

Witam was w ten piękny burzowy wieczór!
To znaczy, w sumie bardziej burzowa była ostatnia noc, ale moje miasto zostało pominięte i dopiero jakoś wpół do dziewiątej wieczorem dzisiaj niebo się zachmurzyło i zaczęło grzmieć, ale to tak grzmieć, że jakbym się bała burzy, to bym się dzisiaj bała bardzo.



Wczoraj się coś takiego działo, czym chciałam się pochwalić, ale wyleciało mi z głowy, co to dokładnie miało być. Przypomniałam sobie tylko, że chciałam ponarzekać, że jak niosłam torbę z zakupami na ramieniu, to mi ta torba przetarła skórę aż do krwi. Do teraz mam ślad, ciekawe, jak długo mi to zostanie.
A dzisiaj? Dzisiaj też w sumie nic się nie działo. Tylko jak byłam na zakupach, to zapunktowałam u kasjerki. Widziałam, że chce od wszystkich jak najbardziej zgodne, bo dzisiaj nie mieli za bardzo z czego wydawać, a że stałam w kolejce do pani, która jest bardzo sympatyczna, to wyzbierałam zgodne co do grosza i tak zapłaciłam. Mnie samej się wtedy miło zrobiło, tej pani pewnie też. Potem za to pudełko z borówkami otwarło mi się w siatce, część wyzbierałam, ale kilka i tak zostało i się pogniotło. Najgorzej! Z późniejszych rzeczy to tyle, że wysiedziałam do drugiej w nocy. To mój osobisty rekord, bo tak długo chyba nigdy nie siedziałam, a jeśli siedziałam, to nie pamiętam. A wstałam już po dziesiątej. Wychodzi to ze mnie teraz, bo najchętniej poszłabym już spać, ale rano było lepiej niż się spodziewałam.



Podsumowanie tych kilku dni? Dotarłam do, powiedzmy, trzech czwartych trzeciego rozdziału nowego opowiadania. Do pozostałych napisałam tak po zdaniu. Jak tak dalej pójdzie, to jutro, ewentualnie w weekend, powinnam dać tutaj znać, o czym będzie to nowe opowiadanie. Zastanawiam się tylko nad oficjalnym opisem, bo o ile tutaj mogę napisać dwa bardzo potoczne zdania, to oficjalny tekst będzie wisiał na blogu i prawdopodobnie pójdzie też do katalogów. Chociaż przyznaję, że zastanawiałam się nad właśnie nad odpuszczeniem sobie opisu i katalogów, bo mi się tego nie chce, szczerze mówiąc, ogarniać. Niech sobie ludzie raz w ciemno wchodzą. Chyba że mnie natchnie na jakieś ładne trzy zdania, bo w sumie jakiś zarys mam. Zobaczę.
No i oglądałam sobie Szkołę. Naprawdę cieszę się z postępów, jakie poczyniłam w odcinkach.


I to w sumie tyle z opowiadania. Spadam, bo w sumie coś bym sobie jeszcze napisała albo chociaż obejrzała.
Dobranoc!

wtorek, 8 sierpnia 2017

Samotne przygody

Joł joł joł!

A więc od wczoraj siedzę sama w domu. Jest spoko, jak zwykle. Siedzę sobie, jem śmieciowe jedzenie (oraz piję kakao wpół do jedenastej wieczorem), jednym okiem oglądam telewizję/filmy, drugim oglądam Szkołę/piszę opowiadanie. Smutna wieść jest taka, że starych opowiadań nawet nie tknęłam, dobra jest taka, że nowego napisałam już około dwa rozdziały (kończę właśnie drugi rozdział, ale mam też upisany fragment, który poleci na początek trzeciego). Prawdopodobnie zrobię tak, że jak skończę trzeci rozdział nowego opowiadania, to zamówię szablon na bloga i do jego otrzymania zrobię sobie przerwę od pisania na rzecz pozostałych opowiadań. Ewentualnie dziś/jutro będę pisać dwie-trzy rzeczy równocześnie. Ta druga opcja chyba jednak jest bardziej prawdopodobna, bo żal mi opuszczać to nowe opowiadanie, skoro tak dobrze mi idzie. A szablon będzie super, obiecuję wam to. Może zresztą już bym go zamówiła? Nie, to już jutro.



Wczoraj w sumie niewiele robiłam, jeśli chodzi o rzeczy inne niż te wspomniane wyżej. Byłam tylko na zakupach. Dzisiaj za to byłam w Katowicach. Najpierw pojechałam do Silesii. Miałam sobie kupić w Empiku książkowy kalendarz na rok akademicki, ale możliwe, że dostanę taki od uczelni - wiem, że w zeszłym roku takie rozdawali - a jak nie, to sobie kupię na jesieni. Po Empiku był Starbucks i truskawkowe frappuccino. Krótko mówiąc, było dobre. A na koniec wycieczki wyszłam z Silesii i odwiedziłam cmentarz żydowski.



Według kartki na niej furtka była otwarta, ale nie odważyłam się wejść - zdjęcia zrobiłam przez płot. Jak kiedyś będę tam z kimś, to może wejdziemy.


Na razie to chyba tyle ode mnie. Muszę iść spać, bo stosunkowo wcześnie wstałam i już padam na ryj. Poza tym zabiłam przed chwilą samodzielnie pająka i może przez sen odreaguję.

niedziela, 6 sierpnia 2017

Szczęśliwość

Prawdopodobnie zabijecie mnie za to, o czym będę dzisiaj opowiadać, zwłaszcza na początku, ale tak się cieszę, że aż żal to pominąć.
[pięć minut później] Ech, chciałam to jakoś rozpisać, ale coraz bardziej widzę, jak żałośnie to będzie wyglądało, więc krótko. Od wczorajszego popołudnia do dzisiejszego południa obejrzałam dwa odcinki Szkoły, przy czym w obu pojawił się Mancewicz, oraz ośmiominutowy filmik z jego udziałem, którego wcześniej naszukałam się przez pół dnia (wieczorem się okazało, że po prostu robiłam to źle. olśnienie przyszło nagle) - cieszę się, że się nie poddałam, bo bardzo mi przypadł do gustu. Poza tym ostatniej nocy on znowu mi się śnił. Sen miał dwie części, pierwszej dokładnie nie pamiętam, a w drugiej byłam w teatrze na przedstawieniu, w którym on zagrał, i praktycznie przez całe przedstawienie ukradkiem zerkał na mnie, siedzącą w pierwszym rzędzie.
No i jak to wszystko się na siebie nałożyło w stosunkowo krótkim czasie, to mi tak poziom szczęścia urósł, że to prawie niemożliwe. A już w ogóle niemożliwe jest to, że dzisiaj nic mi tego szczęścia nie popsuło, tylko cały czas jest mi tak lekko... Ach, co ta fascynacja robi z człowiekiem...



Dzisiaj w drodze do kościoła ja i moi rodzice spotkaliśmy mojego kolegę z podstawówki (rok młodszy, ale kontakt mieliśmy dobry) w towarzystwie dwóch Świadków Jehowy. A on trzeci, jak ustaliliśmy. Przyznaję, że nie spodziewałabym się tego po nim, ale trochę się wkurzyłam, jak rodzice zaczęli nad tym dyskutować. No ja wiem, że Świadkami to ogólnie wszyscy gardzą i że to taka sekta jest, ale chyba mamy prawo wybierać, w co wierzymy i takie tam, a innym nic do tego? Ogólnie to rodzice mieli szczęście, że mam dziś dobry dzień, jakbym miała gorszy, to bym dążyła do zmasakrowania ich w tej dyskusji.
Potem z ciekawości znalazłam w Internecie test, który na podstawie poglądów stwierdza, do jakiej religii albo wyznania pasujesz. Wyszło mi, że powinnam zostać neopoganką, ewentualnie dołączyć do New Age albo zostać buddyjką. Każda z tych opcji wydaje się kusząca. Co prawda oficjalną zmianę wyznania musiałabym jeszcze przemyśleć, ale zgłębić temat mogę.



A jutro zostaję sama w domu! Będzie party! Nie no, żartuję, nie będzie imprezy. To znaczy będzie, ale zrobię ją sama ze sobą. Rozważałam kupno piwa na tę okazję, ale mi nawet na trzeźwo odwala, więc wolę nie pić. Podobno siostra mi jakieś kupiła w Chorwacji, ale nie zdążyła mi dowieźć, a szkoda, bo a nuż by się przydało. Będzie na inną okazję.
Ale wracając. Moje plany na samotny pobyt w domu są bardzo jasne. Jutro rano zrobię sobie szybkie zakupy - właściwie powinnam powiedzieć "możliwie najszybsze", bo najpierw idę do jednego sklepu po legalne rzeczy, czyli takie, do których mogę przyznać się rodzicom i które kupię za ich pieniądze, a potem do drugiego, gdzie kupię za własne pieniądze rzeczy nielegalne. Piwo do nich nie będzie należało, jak już ustaliliśmy, ale bycie samemu w domu to dobra okazja na spożycie produktów wysokokalorycznych typu ciastka. Także tego.



Dobra, koniec wygadywania się na ten moment. Jutro znowu napiszę, bo samotność to jednak jest dla mnie źródło tematów (zazwyczaj, ale czuję, że jutro naprawdę tak będzie).


Zapomniałabym! Gdyby ktoś pytał o ten filmik, co to się go naszukałam, i chciał go obejrzeć - proszę bardzo:


piątek, 4 sierpnia 2017

Dziwne sny

Hejka!


Dziś przychodzę z postem z serii "dziwne sny". Chyba powinnam stworzyć osobną etykietę na potrzebę takich... ale nie chce mi się wyszukiwać wszystkich takich postów, więc chyba jednak nie.
W każdym razie. Dzisiaj rano przyśnił mi się ostatni dzień liceum. Biegałam jak wariatka po szkole, tak jak wszystkie inne osoby, i rozkminiałam, dlaczego poznaliśmy w ciągu trzech lat nazwiska wszystkich nauczycieli (którzy zgadzali się z tymi, którzy faktycznie mnie uczyli) oprócz jednego - drugiego nauczyciela historii; w mojej szkole uczy tylko jeden historyk, a we śnie tym drugim był nikt inny jak Jan Mancewicz (i nie mylę się z nazwiskiem, bo faktycznie przyśnił mi się jako on, a nie jako jego postać ze Szkoły). Oczywiście nie byłabym sobą, gdyby nie było w tym elementu ekscytacji - w pewnym momencie mijałam go na schodach i przypadkiem nasze dłonie się zetknęły, on nawet nie zareagował, ale ja bardzo się podjarałam.
Potem czas zakończenia roku stał się okresem przedświątecznym. Siedziałam na ławce przed moją szkołą, ogólnie to było bardzo ciepło. Zostawiłam plecak na ławce i poszłam do szkoły, gdzie mój nauczyciel wosu zaczął mnie gonić (a ja bardzo przed nim uciekałam), żeby dać mi kartkę z tekstem na akademię. Wróciłam na zewnątrz, a tam całe podwórko zasypane, i musiałam się przez zaspy śniegu przedzierać najpierw w poszukiwaniu plecaka, a potem w celu powrotu do szkoły.
W trzeciej i ostatniej części byliśmy na wycieczce. Ogólnie siedzieliśmy przed jakąś starożytną ścianą i patrzyliśmy, jak jacyś goście w samych spodniach wchodzą na drabiny i ją myją. Jedna z dziewczyn stwierdziła, że ona też tak chce, więc podeszła do jednej z drabin i chciała na nią wejść, ale ta ciągle się składała i nic z tego nie wyszło. Ciekawostką są osoby, które były opiekunami na tej wycieczce, a były to: moja mama, Dorota Godzic - czyli aktorka, która gra profesor Kremer w Szkole, oraz moja wychowawczyni i matematyczka w jednym ze starszych klas podstawówki. Tej ostatniej zresztą opowiadałam potem o moich wynikach matur.

I na tym sen się skończył. Mam wrażenie, że naprawdę przedawkowałam Szkołę. I szkołę też, bo ostatnio trochę myślałam o tym, jak to było przed maturą i że poszłabym już na studia. Z jednej strony chyba powinnam przestać, ale z drugiej i tak się cieszę, że śnią mi się takie rzeczy. Lepsze to niż jakby mi się miały śnić jakieś creepy stwory po tych wszystkich miejskich legendach, z którymi się zapoznałam. I tak mam wystarczające schizy, jak siedzę po ciemku w pokoju, w snach tego nie potrzebuję.



Na dziś to tyle, bo nic specjalnego się nie działo. Tylko tyle, że nie odpaliłam dziś Simsów. Zrobiłam krok do przodu w zwalczaniu marnowania czasu. Jeszcze tylko zaktualizuję opowiadania i zacznę uczyć się włoskiego i będzie super.

czwartek, 3 sierpnia 2017

Radosna? twórczość

No hej!


Wczoraj to nic specjalnego się nie działo, poza tym, że - znowu - byłam odebrać paczkę w Paczkomacie. Paczka zawierała te dwie rzeczy:


Bransoletka z karneolu, bo mi się podoba, i książka, bo wydaje mi się, że może mi pomóc w byciu lepszą osobą. Wiem, że to takie oklepane hasło, ale jeżeli mogę coś poprawić, to postaram się poprawić. I tyle.


No i w końcu obejrzałam Zabawną buzię, tak jak zapowiadałam. Chciałam przez moment powiedzieć, że to jeden z lepszych filmów, jakie ostatnio widziałam, ale ostatnio w sumie żadnego filmu nie widziałam, chyba że nie w całości albo po raz setny, więc po prostu powiem, że bardzo mi się spodobał.



A dzisiaj... dzisiaj jeszcze mniej specjalnych rzeczy się działo. Ogólnie to zamulałam w domu. Tu trochę poczytałam, tu oglądałam Szkołę, tu pograłam w Simsy...
Jedyne, o czym ewentualnie mogę wspomnieć, to to, że napisałam rozdział. Pierwszy. Do nowego opowiadania.
Ja wiem, że powinnam napisać inny rozdział, bo któryś z kolei dla któregoś z trwających opowiadań, ale nowe opowiadanie było jedynym, do którego potrafiłam się naprawdę zabrać. Pomysł siedzi we mnie od początku maja, przeszedł wiele modyfikacji, a dziś nadszedł ten moment, kiedy poczułam, że muszę zacząć go z siebie wyrzucać. Ale publikować zacznę dopiero za jakiś czas, jak napiszę trochę rozdziałów do przodu albo przynajmniej jak zaktualizuję wszystkie zaległe opowiadania. No i jak dostanę szablon, który dopiero muszę zamówić. Jeśli chodzi o aktualizacje, to optymistycznie zakładam, że w przyszłym tygodniu ogarnę wszystkie opowiadania - do rozdziału na Życie jest podróżą coś tam wczoraj dopisałam, na Gorycz rozkoszy mam pomysł, z Podróżą do III Rzeszy może być problem, ale może w samotności mnie natchnie czy coś.


Z tą optymistyczną myślą was zostawiam. Rozdziały same się nie dokończą, odcinek Szkoły też nie, pora to zrobić.

wtorek, 1 sierpnia 2017

Mimo wszystko

Witam państwa bardzo serdecznie w nowym miesiącu!
Ogólnie to miałam napisać wczoraj, ale w sumie nie było o czym, więc piszę dziś.


Tym razem mogę powiedzieć, że na 100% nie jadę do kuzynki. Szykuje się kilkudniowa zamułka przed magicznym pudełkiem! Co prawda plany się trochę pozmieniały, bo rodzice mieli pojechać w czwartek, ale w piątek kuzynka ma mieć jakąś naprawę w domu, więc jadą w poniedziałek i utrudni mi to życie, bo będę miała w tym tygodniu do odebrania paczkę, której nie chcę w domu pokazywać, ale to nic. Jakoś dam radę.
Poza tym ten przesunięty wyjazd uratował mnie przed nieprzespaną nocą. Sprawa wygląda tak, że jutro w południe oraz o 5 rano w nocy z soboty na niedzielę w TV leci Zabawna Buzia, i stwierdziłam, że chcę to obejrzeć, ale żeby było w tym trochę przygody, no to obejrzę w nocy, ale że nie wiem, czy bym się obudziła w porę, to stwierdziłam, że w ogóle się nie położę. A ta zmiana planów zmotywowała mnie do tego, by załatwić sobie oglądanie jutro. Ja nie mówię, że i tak nie zarwę sobie jakiejś nocy, ale przynajmniej będę mogła bez wyrzutów sumienia położyć się spać, jak mnie zetnie o trzeciej, a tak to byłoby ciężko.


Uwaga, bo nadchodzi aktualizacja czytelnicza. W tym tygodniu skończyłam:

→ Ptaki ciernistych krzewów - ogólnie oceniam 10/10. Abstrahując od tła obyczajowego, momentami czułam się, jakbym czytała o sobie samej, naprawdę. Nigdy się tak nie czułam przy książce, a jeżeli się czułam, to bardzo dawno*; jest to oczywiście na wielki plus, bo przez to chyba mogłam jakoś tak lepiej odebrać tę książkę. A końcowy cytat to już w ogóle rozjebał system:

Ptak z cierniem w piersi wypełnia niezmienne prawo. Coś niezrozumiałego pcha go, by przebił się i zginął, śpiewając. W chwili gdy cierń wchodzi w ciało, nie pojmuje jeszcze, że to śmierć. Śpiewa i śpiewa, aż zabraknie mu tchu. Lecz my, gdy wbijamy ciernie w nasze piersi, jesteśmy świadomi, a mimo wszystko robimy to. Mimo wszystko.

Moje serce jest złamane przez prawdziwość tej końcówki, serio. Ostatni raz tak miałam po Jednym z nas.
*Jak to pisałam, to przypomniała mi się Ala Makota, czyli ostatni raz tak było w zeszłym roku. Ale innych przykładów już nie znajdę.

Wszystkie jasne miejsca - to z kolei w ogóle do mnie nie przemówiło. Może dlatego, że nie polubiłam głównych bohaterów. Ja wiem, że temat jest poważny i takie tam, ale jednak musieliby być inaczej wykreowani, żebym mogła ich polubić czy coś. Zwłaszcza Finch mnie irytował.

A dzisiaj zaczęłam czytać Oro. Wydaje mi się, że ta książka wywarłaby na mnie lepsze wrażenie, gdybym czytała ją wtedy, kiedy pierwszy raz o niej usłyszałam, czyli w gimnazjum, ale czyta się przyjemnie. No i główna bohaterka wywarła na mnie lepsze wrażenie niż bohaterowie WJM.



Dobra, spadam, bo przez Simsy się we wszystkim zapuściłam, a mam jeszcze większą niż wcześniej ochotę na pisanie opowiadań, żal tego nie wykorzystać.

niedziela, 30 lipca 2017

Tour de Pologne

Kurde, myślałam, że wczoraj albo dziś naprawdę uda mi się coś napisać, a tymczasem z trudem zabrałam się za tego posta. Wszystko dlatego, że wczoraj znowu zachciało mi się grać w Simsy, znowu sobie kupiłam trójkę i tym razem naprawdę mnie wciągnęło. Gdyby mi się tak chciało pisać albo czytać albo grać w cokolwiek innego tak, jak chce mi się grać w Simsy, to świat byłby piękniejszy, serio.
Plus jest taki, że na 95% nie jadę do kuzynki, więc nie dość, że nie będę przez kilka dni odcięta od kompa, to jeszcze ulżę swojej wielozadaniowości, bo będę mogła na przykład oglądać coś na telewizorze i jednocześnie pisać na przykład, a to dla mnie duże ułatwienie.
Będzie źle, jeśli się okaże, że po prostu będę grać w Simsy 24h na dobę, bo nic mnie nie będzie ograniczało, ale nie kraczmy.


Poza tym, że pomarnowałam sobie trochę czasu, byłam dzisiaj na przejeździe Tour de Pologne przez moje miasto. Proszę bardzo, oto dowód:

Jeżeli mam być szczera, to cieszę się z tego o wiele mniej, niż myślałam, że będę się cieszyć, ale ogólnie to mi ulżyło, że po dwóch latach od pierwszego przejazdu Touru przez okolicę w końcu mogłam to zobaczyć. No i będę miała co opowiadać, jakby ktoś pytał.



Hm... W sumie to tylko tyle miałam do pochwalenia się dzisiaj. Oddalam się - postaram się nie włączać Simsów, bo pójdę spać o drugiej, może uda się postawić na coś bardziej produktywnego.
Dobranoc!

piątek, 28 lipca 2017

O pisaniu słów kilka

Sięgnęłam sobie właśnie pamięcią wstecz do moich opowiadań z gimnazjum, tych, w których ja osobiście jestem bohaterką, i nie mogę wyjść z podziwu, jak daleko jestem od tego, co chciałam osiągnąć. W tych wszystkich opowieściach w wieku 18-19 lat byłam kobietą sukcesu albo kochanką Andersa Breivika - oczywiście nie jestem ani jednym, ani drugim. Z tego drugiego nawet się cieszę, bo to chyba nie byłby powód do dumy, ale przez parę lat planować sukces i nie zrobić nawet kroku w jego stronę to jest, kurwa, przegryw. Ale to nic. Jeszcze przyjdzie chwila chwały - jak nie teraz, to za 5 lat, jak nie w tym, to w kolejnym życiu.


Wczoraj ogarnęłam, że nie pochwaliłam się w końcu, jaką torebkę sobie kupiłam ostatnio. Proszę bardzo, oto ona:

Ogólnie to zdjęcie nie jest moje, bo nie chciało mi się robić zdjęcia całej torebki (mam zdjęcie samego wzoru, ale to tylko gdzieś zagubione na telefonie), ale mam właśnie taką, więc skorzystałam z tego, co mi Internet zaoferował.


Pochwaliłabym się dzisiaj tymi zdjęciami z wycieczki, ale tak mi się nie chce w nich grzebać i potem ich opisywać, że nie wezmę się za to, zresztą znowu, bo wczoraj też miałam wrzucić i też mi się nie chciało, a że zapomniałam o zasadzie niezmuszania się, to zrezygnowałam całkowicie z posta. Zresztą i tak nie było o czym pisać.


Powiem wam, że ostatnie dwa dni - wczorajszy i dzisiejszy - poszły na zmarnowanie. No bo oderwałam się od Szkoły (chociaż ostatecznie obejrzałam jeden odcinek, po prostu nie poświęciłam na to całego dnia), ale i tak nie zrobiłam nic ambitnego. xD Niby skończyłam grać w grę, niby prawie skończyłam czytać książkę (prawie, bo zostało mi kilka stron, ale czytałam), ale do włoskiego i do pisania dalej się nie zebrałam. Już bym chyba wolała siedzieć przy tej Szkole i być ze trzy odcinki do przodu. Myślałam, że jak się od niej oderwę, to mi wena na pisanie przyjdzie, a i tak nie przyszła, to co mi po takim układzie? No dobra, jakaś wena niby jest (bo chce mi się pisać bardziej niż mi się chciało, a momentami nie chciało mi się wcale, także tego), ale dalej nie umiem się zebrać i czegoś napisać. Dlatego teraz otwarcie przyznaję, że idę nadrabiać serialowe zaległości. A jutro to się chyba przywiążę do komputera, żeby coś napisać, ale to już inna kwestia.

środa, 26 lipca 2017

Wakacyjne przygody

Witam i o zdrowie pytam!
Wróciłam z wakacji wczoraj jakoś przed czwartą, ale ostatecznie nie zebrałam się do napisania tego posta, głównie dlatego, że po prostu jakoś nie potrafiłam się zmusić. Dzisiaj w sumie też nie potrafiłam, ale potem pomyślałam sobie, że mogę po prostu odpuścić sobie opisywanie kolejnych dni ze szczegółami, bo niby mam notatki, ale jakoś mnie to słabi. A że przed dwoma laty właśnie zmuszanie się było zgubą ThingsInsideOfMe, to raczej nie będę w to brnąć. Bardziej niż na opisie przygód wszelakich pozwolę sobie skupić się na moich przemyśleniach, ewentualnie pojedynczych przeżyciach. Zdjęcia powinnam jakieś wrzucić, ale to jutro lub pojutrze, bo dziś nie bardzo chce mi się wybierać.

Także w telegraficznym skrócie - przez tych kilka dni odwiedziłam: Jelenią Górę (ogólnie polecam), Karpacz (polecam tylko ze względu na Świątynię Wang), Szklarską Porębę (polecam okolicę, ale to tylko jeśli ktoś kocha górskie klimaty, bo ja nie znoszę i mi się nie podobało), Wałbrzych, a dokładniej Zamek Książ (niesmak pozostał, bo oczekiwałam czegoś więcej, poza tym nie szukaliśmy złotego ciopongu i w ogóle nie zeszliśmy do podziemi, ale jak ktoś nie ma oczekiwań, to polecam), Drezno (polecam, zwłaszcza jeżeli ktoś odnajduje się w dużych miastach i w dodatku zagranicznych, ogólnie moje wrażenie było dobre) oraz Liberec (ogólnie to nie polecam, ale jak kogoś tam zawsze ciągnęło, to możecie sami sprawdzić, jak tam jest).
Z pojedynczych przeżyć najlepiej wspominam:
  • Świątynię Wang, którą zawsze chciałam zobaczyć ze względu na jej norweskie pochodzenie, i nie zawiodłam się + pod świątynią napotkaliśmy genialnego młodego akordeonistę, którego zasponsorowałam, bo ładnie grał (swoją drogą spotkaliśmy go dwa razy, drugi był w Jeleniej Górze-Cieplicach kilka dni później)
  • dwie manifestacje pod sądem w Jeleniej Górze, przy czym w trakcie jednej z nich znalazłam się kilka centymetrów od a) Waldemara Obłozy (Roman z Na Wspólnej, jeśli ma wam to więcej powiedzieć) i b) Grzegorza Schetyny. Tutaj zaznaczę tylko, że nie mam na celu wdawać się w dyskusje polityczne, chociaż właśnie zdradziłam, po której stronie barykady stoję, bardziej chciałam się pochwalić, no bo jednak niecodziennie spotyka się całkiem przypadkowo takie sławy
  • festiwal teatrów ulicznych w Jeleniej, bo nie dość, że to było samo w sobie cudowne przeżycie, to jeszcze skłoniło mnie do przemyśleń, ale o tym za chwilę

Tak najogólniej rzecz biorąc, to na wyjeździe podobało mi się bardzo, mimo oczywistego minusu w postaci otoczenia górskiego i potrzeby chodzenia po górach.


W któryś dzień dyskutowałam z rodzicami na temat wyjazdu do kuzynki pod Kraków i okazało się, że pojedziemy po weekendzie, czyli akurat tuż po spektaklu w teatrze, na który chciałam się wybrać. Powiem wam, że nawet mnie to nie obeszło. To znaczy obeszło, bo jednak trochę żal, ogólnie jakiś niesmak pozostał, ale ostateczna myśl była Właściwie to ja się obejdę bez tego. I tak mi już zostało. Zresztą potem poszliśmy na dwa przedstawienia w ramach Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Ulicznych, co zaspokoiło moją potrzebę pójścia do teatru w ogóle, i pomyślałam sobie - jak to ujęłam na swoim prywatnym profilu - że Nie warto martwić się tym, czego nie ma, gdy można cieszyć się z tego, co jest. Także ogólnie to nie mam potrzeby wizyty w Krakowie, bo się nazwiedzałam i nachodziłam do teatru i naspotykałam znanych ludzi i w ogóle. Nie oznacza to, że się wyleczyłam z Mancewicza (wręcz przeciwnie!), ale stwierdziłam, że nie on pierwszy jest przeze mnie kochany na odległość, więc powinnam jakoś przeżyć, a jeśli jest mi przeznaczone zakochać się tak prawdziwie, w sensie ze ślubem w międzyczasie i takie tam, to mam na to jeszcze czas.

W ogóle w międzyczasie miałam sen - najogólniej ujmując - o Szkole. Śniło mi się, że byłam na planie Szkoły; stałam w grupie ludzi w moim wieku, rozmawialiśmy sobie, aż nagle przyszedł Mancewicz i pocałował jedną z dziewczyn stojącą w grupie. Wszyscy zaczęli im bić brawo, a ja w zazdrości rozpłakałam się i uciekłam do toalety. Co ważne, ta toaleta była w takim osobnym, przeszklonym budynku; jak się trochę ogarnęłam, to wyszłam z tej toalety na korytarz, z którego widziałam, co jest na zewnątrz i zobaczyłam, że Mancewicz na mnie czeka. Wyszłam, usiadłam obok niego na ławce i zapytałam, czy on tamtą dziewczynę kocha, na co on mi odpowiedział pytaniem o to, czy mówię o odcinku [serialu], czy o prawdziwym życiu. Chyba nic nie odpowiedziałam, ale siedziałam potem obok niego i trzymałam za rękę.
Jak się obudziłam, to byłam z jednej strony zadowolona, ale z drugiej strony trochę skołowana. Zadowolona, bo ogólnie to lubię, jak mi się śnią osoby, które mi się akurat podobają, ale skołowana, bo to mój pierwszy sen od trzech i pół roku o zabarwieniu romantycznym. Wiadomo, że czasem przyśnił mi się Breivik czy Karl-Otto czy inny Hess, ale naprawdę rzadko mi się śni coś, co jest w jasny sposób romantyczne, a co dopiero mówić o pocałunkach w takich snach. A tu proszę.


A dzisiaj, już poza wakacjami, odbyłam z mamą dyskusję na temat tego, że powinnam zaprzestać oglądania Szkoły, bo to źle dla mojej inteligencji czy coś tam. Przykro mi się zrobiło z tego powodu, nawet nie dlatego, że mi mama to powiedziała, tylko dlatego, że sama z siebie miałam ambitniejsze plany na te wakacje, na oglądaniu Kojaka, Sabriny i czterech części Parszywej Dwunastki zaczynając, na nauce włoskiego kończąc, a jak się te plany skończyły - wszyscy wiemy. Najgorsze jest to, że z tej sytuacji nie ma dobrego wyjścia, bo z jednej strony wiem, że marnuję czas i chętnie bym poświęciła cały jeden dzień na robienie czegoś innego, ale z drugiej po tych ponad stu siedemdziesięciu odcinkach szkoda mi się odrywać.
Ale najgorzej to się chyba czuję z tym, że w poniedziałek znalazłam dwa fanfiction na temat Szkoły i tak się wkręciłam, że w kilka godzin obydwa przeczytałam. xD


Idę, bo muszę jeszcze dokończyć ostatni na dziś odcinek Szkoły, a potem muszę iść spać, żeby mieć siłę robić jutro ambitne rzeczy. I tak się pewnie skończy na tym, że przewertuję podręcznik do włoskiego, włączę pliki w OpenOffice, żeby poudawać, że coś piszę, może nawet otworzę jakąś książkę, a potem i tak pójdę oglądać serial, ale ciii, wierzmy przynajmniej przez chwilę, że tak nie będzie. (xD).

niedziela, 16 lipca 2017

Tak sobie myślę... 2. urodziny

Witam wszystkich bardzo serdecznie w drugie urodziny tego bloga!
Tym razem nie przygotowałam nic specjalnego poza moim dobrym humorem, bo jakoś nie miałam pomysłu. Niby mogłam znowu zrobić filmik, ale w sumie nie wiedziałam z czego, więc pozostaje mi jedynie wspomnieć o tym, że siedzę na tym blogu już dwa lata, a wy razem ze mną, i że bardzo się z tego cieszę.

Ostatecznie zmieniłam opis profilu na cytat z Freuda Zero nienawidzi innych liczb. Chciałam też zmienić zdjęcie profilowe, ale nie wiedziałam, na jakie, to zostawiłam; oprócz tego do głowy przyszło mi, żeby - trochę przewrotnie - zmienić tytuł bloga, ale potem stwierdziłam, że dobrze jest, jak jest.


Ogólnie to ten post miał być wcześniej, ale z łóżka zwlokłam się o 10, ogarnięta byłam o 11, potem uparłam się na oglądanie jednego odcinka Szkoły, bo nakręciłam się po zajawce z końcówki poprzedniego, potem zwyczajnie nie umiałam się zebrać, potem byliśmy w kościele, a potem pakowaliśmy się na jutrzejszy wyjazd. Bo jutro wyjeżdżam na wakacje do Jeleniej Góry i wracam dopiero dwudziestego piątego - czyli kolejny post będzie prawdopodobnie dwudziestego szóstego, chociaż może zbiorę się zaraz po przyjeździe.
I tutaj nawiążę do tego, co powiedziałam na początku, że mam dobry humor. To głównie dlatego, że stwierdziłam, że jak dwa lata temu 16 lipca był dla mnie dniem zmian, to czemu teraz też nie ma być? Niby nie ma czegoś namacalnego, co bym zmieniała, ale mogę zmienić humor. Poza tym zapowiada się 8/9 dni (w zależności od podejścia w dniu powrotu) bez oglądania Szkoły, na co na głos narzekałam, ale po cichu uważam, że może wyjść mi to na dobre. Nie wiem co prawda, jak to odbije się na moim życiu po powrocie do domu, bo albo będę oglądać dwa razy więcej odcinków dziennie niż wcześniej, albo przez kolejnych kilka dni nie będę oglądać wcale, ale mam wrażenie, że na pewno w pozytywny sposób odbije się na moim nastawieniu - jeśli będę oglądać, to z takim optymistycznym nastawieniem, jak na samym początku, a jak nie będę, to przynajmniej spożytkuję czas na coś innego, a to mi raczej nie zaszkodzi. Co prawda najlepiej by było, gdybym znalazła jakiś złoty środek pomiędzy wszystkim, a nie sądzę, że mi się to uda, ale to nic. A nuż się wszystko dobrze ułoży.
No i pozbyłam się w końcu wyrzutów sumienia związanych z niepisaniem. Stwierdziłam, że chyba jednak wolę nie pisać nic niż na siłę napisać coś tak złego, że nawet mnie się nie spodoba. Mam jeszcze czas na napisanie paru rzeczy.

Moim jedynym i największym problemem jest tylko to, czy chcę w końcu jechać do kuzynki na parę dni, czy może jednak nie. Z jednej strony kusi mnie posiedzenie sobie parę dni na wsi i perspektywa wyjazdu na jeden dzień do Krakowa, ale z drugiej gdybym nie pojechała, to mogłabym posiedzieć kilka dni samej w domu i robić co tylko chcę, z korzystaniem z laptopa na czele - tak na dobrą sprawę na laptopie wszystko się opiera, bo laptop daje mi możliwość robienia kilku ważnych rzeczy, czyli pisania, grania i oglądania, bez tego mam tylko czytanie i ewentualnie naukę włoskiego, ale na to muszę mieć naprawdę dobry humor (do pisania w sumie też, ale to swoją drogą), a jak zostanę do tego przymuszona, to i tak na koniec będę chodzić po ścianach. No i nie przegapię przejazdu Tour de Pologne przez moje miasto. A do Krakowa jako do miasta zawsze mogę sobie pojechać przy innej okazji, jakbym się bardzo postarała, to nawet samą by mnie rodzice puścili.
Cóż, zobaczymy, jak to się ułoży. Najważniejsze to wierzyć, że cokolwiek się ostatecznie wydarzy, to będzie pozytywnie.


I z tą myślą was zostawiam. Tak jak w zeszłym roku, jakieś zdjęcia powinny się czasem pojawić na fanpage, jednak w kwestii bloga - do zobaczenia w przyszłym tygodniu!

czwartek, 13 lipca 2017

Początek życia studenta

Dzień dobry, dziś wita was osóbka oficjalnie przyjęta na Wydział Filologiczny Uniwersytetu Śląskiego! Wczoraj w netach pojawiły się listy przyjętych i dostałam się na obydwa kierunki, dzisiaj musiałam tylko pojechać złożyć dokumenty. Ostatecznie zdecydowałam się na specjalność: kultura i literatura angielskiego obszaru językowego, bo może być ciekawie, a włoskiego i tak miałam się sama uczyć, także mi nie przepadnie.


Poza tym, że przeszłam przez rekrutację i jestem już oficjalnie studentką, swoje wakacje nadal marnuję. Tu niby coś poczytam, tu coś spróbuję napisać, tu gdzieś pójdę, ale i tak moim największym osiągnięciem (poza studiami) jest obejrzenie stu sześćdziesięciu odcinków średnio ambitnego serialu. Na jedno to może dobrze, bo ograniczam okazje, w których mogłabym umrzeć (nie potrąci mnie auto, nie zatnę się kartką ani nic), ale z drugiej strony mam wrażenie, jakby jakaś ambicja we mnie umarła czy coś. Jeszcze trzy miesiące temu nie pomyślałabym, że będę coś robić w wakacje z aż takim zaangażowaniem i padnie akurat na serial. No dobra, plany serialowe też były, ale miałam dokończyć Sabrinę i obejrzeć Kojaka, a nie, kurde, Szkołę. Czułabym się usprawiedliwiona, gdybym musiała się zmuszać tylko ze względu na moją fascynację pewną osobą, ale kurczę, im dalej w odcinki, tym większą przyjemność mi to sprawia.
Upewnia mnie to w tym, że chyba jednak powinnam jechać do kuzynki na te parę dni, jak już się z rodzicami wybierzemy. Koniecznie z książkami, najlepiej bez kompa. Żeby się oderwać od tego odmóżdżania czy coś.



Dobra, idę, bo się późno zrobiło, a ja jestem zmęczona, zresztą i tak mi się tematy skończyły tak w sumie. Może jutro skleję coś dłuższego.

poniedziałek, 10 lipca 2017

Sytuacje bez wyjścia

Tadaaaam! Mam nowy szablon!
Zamawiałam go parę tygodni temu, jak jeszcze myślałam, że u psychologa zawitam więcej razy niż dwa i wiecie, ten cytat (How do you run from what's inside your head? czyli w wolnym tłumaczeniu Jak możesz uciec przed tym, co jest w twojej głowie?) to miała być taka metafora tego, że mam niepoukładane w głowie i muszę się leczyć. Chociaż do tego, że mam niepoukładane w głowie i że moje własne myśli są tym, co jednak najczęściej zwraca się przeciwko mnie, i tak nawiązuje. A zdjęcia tak naprawdę nie wiem, czemu wybrałam. Zastanawiałam się nad nowym szablonem i tak jakoś mnie tknęło, że chcę mieć szablon z Mią Wasikowską w wydaniu Alicja w Krainie Czarów. Bo mam sentyment - co prawda tylko do filmu (książki nigdy nie przeczytałam) i tylko do pierwszej części, ale to nic. Właściwie to od zdjęć się zaczęło, bo obrazek z cytatem wyświetlił mi się przy okazji (z tego, co się zorientowałam, pochodzi właśnie z Alicji..., ale na 100% pewna nie jestem) i stwierdziłam, że mi pasuje.
Tyle z fascynującej historii tego szablonu. Jeśli chodzi o ocenę, uważam, że jest cudowny! ❤ Wiem, że mówię to zawsze, ale naprawdę skradł moje serce i chyba zostawię go na dłużej. Do końca wakacji raczej mi się nie znudzi, a na studiach raczej o szablonie nie będzie mi się chciało myśleć, także...



Jeśli chodzi o dzisiaj, to nie będę się rozpisywać, bo nic szczególnego się nie działo. Tylko ten Kraków ciągle mnie dręczy. Z jednej strony naprawdę chciałabym pojechać, bo a nuż będę miała okazję pochodzić po mieście, a jak nie będę miała, to będzie to okazja do nadrobienia paru rzeczy - samouczek do włoskiego pod jedną pachę, trzy książki pod drugą i nara, mogę siedzieć na wsi. Z drugiej jednak strony wiem, że przesiedzenie tych kilku dni w domu też da mi szansę do nadrobienia paru rzeczy, bo i będę mogła pisać opowiadania (bo chociaż na razie ciągle nie piszę, to zaczyna mnie napełniać energia i wiem, że jeżeli zacznę, to szybko nie skończę), i mogłabym obejrzeć jakiś film z własnego wyboru, i nawet poczytać bym mogła, a jak nie, to przynajmniej nie miałabym wielkich zaległości w oglądaniu Szkoły. I jedna, i druga opcja naprawdę, naprawdę kusi i ja już nie wiem, na co się mam zdecydować. Pierwsza opcja wydaje się dobra z tego względu, że moja mama jedzie do sanatorium w sierpniu/wrześniu i - nie narzekając - będzie mi łatwiej wykonywać zadania związane z kompem, może nawet udawałoby mi się przemycać jakieś śmieciowe jedzenie za plecami taty, więc odbiłabym sobie te dni hipotetycznie spędzone na wsi, również wyjazdu na kilka godzin do Krakowa jako miasta mogłabym być pewna, gdybym się odpowiednio postarała, no ale jednak...
No cóż. Przemyślę to jeszcze i takie tam.

Mój problem z przemyśliwaniem rzeczy jest taki, że jak o czymś nie myślę, to nigdzie to nie prowadzi, a jak już myślę, to za bardzo kombinuję i też to nigdzie nie prowadzi. Tak samo jest z kierunkiem studiów - mam wybrane dwa, w środę będzie ogłoszenie wyników rekrutacji, a ja dalej nie wiem, który kierunek wybiorę, jeżeli bez problemu dostanę się na oba.
Ogólnie to zapowiada się ciężki tydzień i ciężki miesiąc, jeśli chodzi o wybieranie. Obym tylko w ostatecznym rozrachunku była zadowolona.


Bo dawno nie było nic z netu, a przy pogodzie, która jest, ten gif pasuje.

Dobranoc!

niedziela, 9 lipca 2017

"Tak się boję o siebie"

Zaczynam pisać tego posta, zastanawiając się, czy przy jego zakończeniu na blogu zawiśnie już nowy szablon, czy może jednak nie. Generalnie szablon jest już gotowy i ja wiem, jak wygląda, ale szabloniarka musi jeszcze wrzucić go na DeviantArt i wysłać mi link do pobrania i nie wiem, czy zrobi to jeszcze dzisiaj, czy już jutro. Zobaczymy.



Nie lubię takich dni jak dzisiaj. Nie dlatego, że był całkowicie fatalny, tylko dlatego, że był częściowo fatalny. Wolę, jak mogę sobie po całym dniu powiedzieć Dzisiaj było dobrze albo Dzisiaj było źle, a ja nie mogę powiedzieć żadnego, a raczej - mogę powiedzieć oba. Z rana pokłóciłam się z mamą i to tak, że się popłakałam (niby nic nowego, bo płaczę podczas/tuż po kłótni odkąd tylko pamiętam, ale ostatnio to się dzieje jakoś często); potem przyszedł bratanek, więc i atmosfera w domu się rozluźniła, i mnie samej jakoś przeszło; potem był kościół i trochę odeszły mi chęci do czegokolwiek, bo jakoś szczególnie mnie dzisiaj tam nosiło, a było mi głupio wyjść, jak już się wybrałam; a po powrocie do domu to już w ogóle zaczął się odlot, bo z jednej strony nasłuchałam się piosenek z pogranicza głupawych i nawet zahaczyłam o znany weteranom tego bloga flow, ale z drugiej jestem bardzo udręczona. Wiem, że to, co teraz powiem, jest mega głupie, bo wokół tej sprawy przez ostatnie dwa miesiące kręci się całe moje życie, ale... zastanawiam się, czy jechać w te wakacje do Krakowa. Nawet nie chodzi o to, czy ostatecznie trafię do miasta i czy natrafię, no, na kogoś, ale jestem skłonna zrezygnować z wyjazdu do kuzynki pod Kraków. Bo co, jeśli jednak nie będzie okazji pojechać do Krakowa w tym czasie? Chyba już wolę przesiedzieć te kilka dni w domu i zostać przy oglądaniu Szkoły, niż pojechać tam, wynudzić się na śmierć i jeszcze kompletnie rozczarować. No ale czy nie będę żałować, jeśli się nie wybiorę, jeśli nie dam sobie przynajmniej małej szansy? Może lepiej podjąć ryzyko?
W jednej rzeczy psycholożka miała rację - potrzebuję asekuracji, bycia pewną. A myśl o tym wyjeździe do kuzynki napełnia mnie - jak na razie - niepewnością. Zresztą przez dzisiejszy dzień mam ochotę wrócić do psycholożki, przynajmniej na to jedno spotkanie, żeby usłyszeć diagnozę. Sama sobie postawiłam milion diagnoz - był borderline, afektywna dwubiegunowa, depresja, nerwica, dziś stwierdziłam, że pasuje do mnie osobowość paranoiczna, możliwe, że po prostu mam wszystkiego po trochu albo nie mam niczego - ciekawie byłoby wiedzieć, co jest prawdą. Ale z drugiej strony boję się diagnozy, poza tym dzisiaj mam taki humor, a jutro, pojutrze, za tydzień mi się poprawi i pewnie będę żałowała, że w ogóle chciałam wrócić.

Przy okazji poszukiwań postu o flow, który podlinkowałam gdzieś wyżej, wróciłam do starych wpisów i dziwi mnie, jak bardzo różne moje oblicza tu pokazuję. No bo kto napisał dzisiejszy post? Na pewno nie tamta dziewczyna, która ciągle gadała jak nakręcona o nazistach i prawie płakała w rocznicę śmierci Hessa. Ani nie ta wariatka, która biegała na pocztę, bo jej się uwidziało pisać list do aktora. Na jedno to dobrze, bo przez to, że jestem tu w niemalże stu procentach szczera, nie mam potrzeby zakładać nowego bloga, tak jak to było dwa lata temu, bo to konto od początku miało być miejscem, w którym nie ma prawie żadnych tabu, ale mam wrażenie - nie, nie mam wrażenia - boję się, że z boku może to dziwnie wyglądać. Ale skoro taki obraz siebie chciałam kreować, to niech będzie.



Poza wahaniami nastrojów niewiele się u mnie dzieje, przynajmniej niewiele się działo od ostatniego postu. Dalej oglądam Szkołę. Sporo czytam, wczoraj miałam taką fazę na czytanie, że szok. Ciągle nie piszę, chociaż jestem na dobrej drodze do spotkania się z weną, bo wczoraj wymusiłam z siebie kilka słów.

A teraz idę, bo muszę się trochę podbudować. Jutro będzie futro nowy szablon, tak sądzę. I może więcej motywacji.

czwartek, 6 lipca 2017

Będzie fajnie

Paradoksalnie dzisiejszy dzień nie był tak zły, jak się spodziewałam, że będzie. Paradoksalnie, bo kiedy jest u nas sam bratanek, to potem czuję się wypluta, a dzisiaj były dodatkowo córki kuzynki, a nie było tak źle. Może to dlatego, że dzieci zajmowały się sobą nawzajem i nie musiałam za nikim biegać.


Wczoraj z przerażeniem zdałam sobie sprawę, że wraz z rocznicą bloga zbliża się dzień zmiany opisu konta, czyli tego miejsca, gdzie teraz widnieje Życie jest niezdrowe..., a wcześniej było Nie ma zdrowych ludzi, są tylko niezdiagnozowani. Zdążyłam już zrobić research i po przejrzeniu mnóstwa tekstów bardziej nadających się na motto niż opis znalazłam dwa hasła, które mogłyby ewentualnie ujść: Przekonań nie zdobywa się łatwo oraz Zero nienawidzi innych liczb. Nie wiem, które wybrać, bo pierwsze wydaje mi się mniej lub bardziej podniosłe, tak jak dwa poprzednie, z kolei drugie jest podobnie przewrotne. Sama nie wiem, ale jeszcze się zastanowię.
Poza tym spodobało mi się hasło Nigdy nie jesteśmy tak bardzo bezbronni wobec cierpienia jak wtedy, gdy kochamy. Też gdzieś wykorzystam.
Wszystkie cytaty z Freuda.


Dowiedziałam się dzisiaj od mamy, że siostra rozważała zabranie mnie na urlop do Chorwacji, ale że termin wyjazdu przypadł na tydzień rekrutacji na studia, to nawet mi nie zaproponowała. Z jednej strony żal mi tej Wenecji, no i miło, że w ogóle o tym pomyślała, ale z drugiej pewnie i tak bym się nie zdecydowała, bo do Chorwacji nigdy mnie nie ciągnęło, to może nawet dobrze, że tak się wszystko złożyło.


Załatwiłam sobie też u mamy kupno jednej torby dżinsowej na ramię, którą widziałam w jednym sklepie w Bytomiu. Będziemy tam jeszcze raz w przyszłym tygodniu, na 80% kupię ją wtedy i będę mogła pochwalić się wzorem. 20% to ryzyko, że jej nie będzie, wtedy zamówię przez neta i pochwalę się relatywnie później. Będzie fajnie.



Kończę już tego posta, bo w sumie wyczerpały mi się tematy. Napisałabym jakiś rozdział, ale nie chcę zamęczać domowników odgłosami gwałcenia klawiatury, więc po raz (mam nadzieję) ostatni odłożę to na jutro. Czuję delikatny przypływ weny, więc tym razem naprawdę powinno się udać. Dzisiaj w zamian za to pooddaję się jeszcze mojej ulubionej rozrywce ostatnich dwóch miesięcy, bo pora jeszcze wczesna, a na nic innego nie mam warunków.
Dobranoc!

środa, 5 lipca 2017

Wariatkowo

Dzisiaj był całkiem zwariowany dzień. Może poza moją głową nic specjalnego się nie działo, ale moje życie się trochę ubogaciło.

Zaczęło się od tego, że około trzynastej ni z tego, ni z owego obudził się mój niekarmiony od kilku lat potworek i zaczęłam buszować na Wikipedii wśród artykułów dotyczących miejskich legend. Z niektórymi rzeczami zapoznałam się już jako kompletna małolata i w ogóle mnie nie zadziwiły, choć zasiały niepokój, a inne, te wcześniej nieznane - zaciekawiły. Już kiedyś miejskie legendy były dla mnie źródłem inspiracji - gdyby nie Kilroy was here, prawdopodobnie nigdy nie obejrzałabym Złota dla Zuchwałych, poza tym z tej części Wikipedii zrzynałam artykuły do szkolnej gazetki w podstawówce; teraz też mogą być źródłem, może nie tyle inspiracji, co wymówek. Wiecie, ludzie będą chcieli mnie na studiach wyciągnąć na melanż, a ja na to: Nie, bo boję się czarnej wołgi i złodziei nerek, chyba jednak zostanę w domu. W ostateczności powołam się na fakt, że w dawnych latach w bliższej lub dalszej okolicy zdarzały się przypadki brutalnych morderstw, a ja, jako osoba do przesady przewrażliwiona na tym punkcie, wolę nie kusić losu, kiedy nie muszę.
Poza tym legenda o czakramie wawelskim zainspirowała mnie do podjęcia decyzji o wybraniu się na Wawel, jak już będę w Krakowie. I niech będzie, że to jedyna ważna rzecz, którą chcę tam zaliczyć. Przynajmniej się nie zawiodę, jak nie spotkam żadnej sławy, a przy okazji może odnajdę jakieś miejsce mocy czy coś.


Potem pojechałyśmy z mamą na zakupy. Kupiłam sobie dwie bluzki, spodnie i - uwaga - wojskową kurtkę - wojskową, czyli ciemnozieloną i skrojoną tak, jak niektóre mundury, które widywałam w filmach wojennych. Zdecydowanie najlepszy zakup ostatnich miesięcy - po niepowodzeniach związanych z golfem (chociaż z tego jeszcze nie zrezygnowałam) i bojówkami należało mi się.

A w Matrasie znalazłam taką ciekawostkę:


Byłam przekonana, że ze stacjonarnych księgarni Wybaczcie mi już zostało wycofane, zresztą przypomina mi się, że w necie na stronie Matrasa dłuższy czas wisiało jako niedostępne, a tu proszę.
Przez moment miałam żal, że musiałam zamawiać przez Internet, jak w stacjonarnym sklepie było do dostania, ale potem się okazało, że jeszcze na tym zarobiłam, bo egzemplarz z Matrasa miał naklejkę z ceną 31,50, a ja zapłaciłam 28,60, w tym koszt przesyłki. Także tego.


A po powrocie gubiłam się na YouTube. Posłuchałam starych piosenek, pooglądałam dziwne filmiki i nawet mnie to nie zdołowało, ba, poprawiło mi to humor! To znaczy, że nie jest ze mną źle.


Jutro będę mieć w domu istne wariatkowo, bo ma przyjechać w odwiedziny ciocia z kuzynką i dwiema córkami drugiej kuzynki (7 i bodajże 4 lata), i jeszcze bratanek ma przyjść. Jak mnie gdzieś nie wywiozą na wieczór, to będzie fajnie. Naprawdę, mam nadzieję, że w tym wszystkim nie zwariuję.


No dobra, to pora przygotować się na jutro. Jakieś 10 minut Szkoły, a potem - spać!

wtorek, 4 lipca 2017

Znowu są wakacje!

Miałam od wczoraj napisany cały akapit o kryzysie twórczym, w którym generalnie się żaliłam, jak mało ostatnio napisałam i jak mi z tym źle, ale w końcu mi przeszło i stwierdziłam, że usunę. To znaczy kryzys twórczy mi nie przeszedł, bo dzisiaj nic nie tknęłam z pisania, ale całkowicie przeszedł mi kryzys emocjonalny i pomyślałam, że nie będę tu wylewać żali niepotrzebnie.


Odwołać wizytę u psychologa odwołać miałam najpierw w piątek, potem wczoraj - skończyło się na tym, że zrobiłam to dziś, godzinę przed spotkaniem. Ale przynajmniej wniosło to trochę realizmu do mojej wymówki o nagłym pojawieniu się spraw do załatwienia, tak mi się wydaje. No bo kto w piątek wie, że właśnie we wtorek w południe będzie musiał być gdzieś indziej niż planował, jeżeli ma to być niespodziewane?
Babka się zapytała, czy umówić mnie od razu na kolejne spotkanie. Powiedziałam jej, że zadzwonię w tej sprawie. Na razie nie mam w planach dzwonić, a potem może nawet zapomnę. Trochę się cykam, że psycholożka mnie zacznie po jakimś czasie ścigać i to ona zadzwoni, ale jest nadzieja, że ona też zapomni, w końcu nie jestem jej jedyną klientką i byłam u niej tylko dwa razy. Najgorzej będzie, jak na nią kiedyś wpadnę na ulicy i mnie rozpozna czy coś. Oby nie.



W ogóle dopiero teraz, jak zaczął się lipiec, naprawdę poczułam, że są wakacje. Niby w połowie maja, jak skończyły się matury i mogłam wyczilować, to czułam się podobnie, ale dopiero teraz czuję to tak poważnie. I nawet jestem już pozytywniej nastawiona do mojego wyjazdu do Jeleniej Góry na wakacje, i już tak nie zazdroszczę siostrze wizyty w Wenecji. To znaczy, nadal zazdroszczę, ale myśl o tym nie budzi już we mnie żądzy mordu. W chwilach załamania myślę sobie, że jak już będę za te 10-15 lat bogata, będę miała własne miejsce na świecie (czyt. mieszkanie czy coś) i może do tego pięć kotów albo jakąś miłość, to wtedy sobie pozwiedzam. I nie, że tylko Wenecja - po drodze nadrobię Rzym, Londyn, Paryż, Amsterdam, i może jeszcze Oslo i Berlin.
Aha, i poprawiło mi się w jeszcze jednej sprawie. Nie ubolewam już tak nad tą moją kolejną niespełnioną miłością, nawet wyjazdem do Krakowa (lub jego brakiem) przestałam się tak przejmować. Co ma być, to będzie - jak będzie to, czego po cichu pragnę, to będzie wspaniale, a jak nie, to też dobrze.
Jedyna rzecz, która mnie teraz martwi, to to, że na wyjeździe będę przez osiem dni odcięta od oglądania Szkoły. Przecież ja tego nie przeżyję. ;_; To jest jedyny serial, jaki oglądam z takim zaangażowaniem, a zostanie mi to odebrane. Ale z drugiej strony, w zeszłym roku w wakacje byłam tak odcięta od filmów z Karlem-Ottonem i na złe mi to nie wyszło. Może przynajmniej przeczytam w końcu coś poważnego - jak będę miała ze sobą tylko jedną, góra dwie książki, to nie będę miała wyboru. Także tego. Ogólnie to nie powinno być źle. Mam jeszcze trochę czasu, to pooglądam możliwie najwięcej, tak na zapas, i będzie git.


A teraz spadam, bo został mi jeden odcinek do końca drugiego sezonu Szkoły i chcę to mieć dzisiaj za sobą. To znaczy przed spaniem, bo chcąc nie chcąc skończę jutro.
Żegnam!


PS. Naszła mnie jeszcze refleksja o tym, że ostatnio mam mega wahania nastrojów i to rzutuje na tego bloga, a jeśli sama to widzę, to znaczy, że jest źle. Umówmy się, że to było przez tą akcję z psychologiem i teraz już będzie lepiej, okej? A jak znowu zacznę narzekać bez wyraźnie określonego powodu, to niech ktoś do mnie przyjedzie i mnie strzeli w pysk.

niedziela, 2 lipca 2017

Kryzysy

Witam w lipcu! I przy okazji w połowie roku, bo dziś o 12:00 minęła dokładnie połowa roku.

Miałam napisać wczoraj, ale wieczorem miałam mały kryzys emocjonalny i chociaż szybko mi się poprawiło, to do pisania się już jakoś nie zebrałam.


A więc wczoraj byłam sobie w Katowicach. Do Starbucksa w końcu nie poszłam, bo najpierw snułam się po Silesii, a potem nie zdążyłabym na autobus, bo kolejka była, a nie chciałam wracać za późno do domu. W ogóle nie poczułam, że byłam w tych Katowicach, bo nic sobie nie kupiłam, nawet głupiego picia, ani nigdzie nie byłam na spacerze - głównie przez pogodę, bo w każdej chwili mogło się rozpadać. Chociaż tak jak planowałam, wmówiłam rodzicom, że kupiłam sobie książki w Empiku. Mama się mnie spytała, czy wiem, o czym są Ptaki ciernistych krzewów - odpowiedziałam, że gdybym nie wiedziała, to bym sobie nie kupiła.


W ogóle ten weekend był jakiś dziwny. Zazwyczaj, jak jestem sama w domu, to potrafię włączyć jakiś film na telewizorze i wziąć się na przykład za pisanie opowiadań, a tym razem i tak kończyło się tym, że albo krążyłam po necie, albo oglądałam Szkołę. Chociaż jeśli chodzi o oglądanie, to oglądałam też Wielką Ucieczkę, bo leciała dziś w magicznym pudełku, to włączyłam. Oprócz tego po raz trzeci od dwóch lat nie obejrzałam w całości Zabawnej Buzi, tego filmu z Audrey Hepburn, bo zaczął się w tv akurat jak się szykowałam do kościoła. Serio chciałabym to kiedyś obejrzeć, ale samej z siebie jakoś trudno mi się zebrać (a to trwa - jak wspominałam - dwa lata), a jak jest w telewizji, to ciągle coś wypada. Może to jest kwestia psychologii, w sensie że za mało tego chcę? Skoro Bitwę o Ardeny w końcu widziałam w magicznym pudełku i to przed upływem roku od pojawienia się od tego pragnienia... No nie wiem. Trzeba przemyśleć tę sprawę.



A już za dwa tygodnie kolejna, bo druga, rocznica istnienia tego bloga. Nie dość, że szybko to zleciało, to jeszcze ostatnio byłam tak zakręcona, że nawet nie pomyślałam nad czymś specjalnym na tę okazję. Prawdopodobnie skończy się to jedynie jakąś wzmianką o tym, ewentualnie zrobię jakiś tag czy coś, bo średnio będę miała czas na coś więcej - jestem wystarczająco zakręcona i zamyślona bez żadnych spraw na głowie, a jeszcze muszę się akurat w tym czasie rekrutować na studia. Najwyżej za rok zrobię coś naprawdę odlotowego.
Może wystarczy to, że będę miała akurat nowy szablon? A będzie naprawdę fajny, bo już mam nagłówek na mailu. Chyba zostawię sobie ten szablon na dłużej. Nie żebym nie myślała tak przy każdym nowym... Nieważne. Będzie dobrze.



Odmeldowuję się. Trzeba jeszcze dokończyć odcinek Szkoły, a potem - do spania!

PS. A może rocznicę bloga uogólnię do rocznicy "nowego" konta na Bloggerze i po prostu zaktualizuję któreś opowiadanie? Teoretycznie jest to do zrobienia...

piątek, 30 czerwca 2017

I will survive

Kontynuując temat z wczoraj - zdałam! Zdałam maturę i to całkiem spoko. Procenty miałam takie:
Polski ustny - 93%
Angielski ustny - 100%
Polski pisemny - 81%
Angielski pisemny podstawowy - 100%
Matematyka - 82%
Angielski pisemny rozszerzony - 96%
Wiedza o społeczeństwie rozszerzona - 50%

Zaskoczona jestem matematyką, bo bądź co bądź celowałam w wynik siedemdziesiąt kilka procent, a tu proszę, osiemdziesiąt dwa. W dodatku jest to procent więcej niż z polskiego, przy czym z polskiego tylko 4% zdających miało wyższy wynik, bo w sumie trudna była ta matura. A najbardziej zadowolona jestem z wyników angielskiego, bo mi są potrzebne do rekrutacji na studia. Nauczycielka angielskiego mi nawet powiedziała, że jest ze mnie dumna.
A z jednym z kolegów sobie trochę pożartowałam - jak mu napisałam o wynikach, to stwierdził To co, teraz studia a potem praca w Biedronce albo w McDonaldzie?, a ja mu na to Nie, na zmywaku w Anglii, bo idę na filologię angielską. Dowcip mi się ostatnio wyostrza, to chyba przez Szkołę, bo tam ciągle dziwne teksty lecą.

A propos Szkoły, oglądam sobie jednym okiem odcinek i jedna laska właśnie stwierdziła, że kefir to sfermentowana wydzielina zwierzęcia. Jakby nie patrzeć to prawda, ale jakoś tak się o tym nie myśli.


I tak sobie siedzę sama od piętnastej w domu. Byłam w międzyczasie na zakupach i w Paczkomacie po paczkę z Empiku o takiej zawartości:

 Bo jak mam się uczyć tego włoskiego, to słownik może się przydać.

Do własnych powtórek z angielskiego. Po przejrzeniu nie znalazłam nic, co by mnie jakoś bardzo zaskoczyło, ale może się jeszcze przyda.

Na tę książkę miałam ochotę już dawno, a kupiłam ją teraz, bo były (czy dalej są?) wyprzedaże w Empiku i kosztowała mniej niż 30 złotych.

W ogóle jutro chyba się wybiorę do Katowic. Chyba wmówię rodzicom, że kupiłam te książki w stacjonarnym sklepie już po otrzymaniu wyników matur, bo mi się za nie należało, bo mi głupio, że tyle wydaję przez neta. Może nawet wyżulę od rodziców pieniądze za to, że niby to taka nagroda od nich. I może przy okazji pójdę do Starbucksa albo do jakiejś knajpy na obiad. Bardziej skłaniam się ku temu pierwszemu, bo obiad na dwa dni już mam zapewniony, a w Starbucksie jednak nie bywam codziennie. Poza tym z kubkiem w ręce będę mogła jeszcze gdzieś pójść, a obiad jednak uziemia.


Co tam jeszcze... Aha. Miałam się przyznać, co to za plan miałam na poprawę humoru. Trochę mi głupio, poza tym jeszcze się ostatecznie nie wycofałam, ale co tam, w sumie mogę napisać.
Otóż byłam u psychologa.
Nie pytajcie, czemu. xD Babce powiedziałam, że dręczą mnie moje wahania nastrojów i brak panowania nad emocjami, przede wszystkim gniewem, smutkiem i stresem. Szczerze mówiąc sądziłam, że będzie to wszystko inaczej wyglądało niż wyglądało faktycznie. No bo niby siedziałam przed babką i ona wyciągała ze mnie różne potrzebne jej rzeczy, ale myślałam, że będę się czuła bardziej komfortowo czy coś. Przez całą pierwszą wizytę cała się trzęsłam, a przed drugą serce biło mi tak mocno, jak jeszcze nigdy w życiu, nawet przed maturami. Teoretycznie powinnam jeszcze pójść na trzecią wizytę, na koniec której padnie diagnoza i wtedy dopiero miałabym podjąć decyzję o terapii, ale jakoś się zniechęciłam. Przynajmniej będę już wiedziała, jak takie wizyty wyglądają, a że sama sobie parę rzeczy już po tych dwóch wizytach przemyślałam i mam świadomość, że bez terapii mogę jednak sobie dać radę, to chyba nie ma sensu tracić czasu i pieniędzy.
Co do tego, co mnie zniechęciło - było parę dialogów, które szczególnie mnie zdziwiły. Na przykład:
Psycholożka: Ma pani chłopaka?
Ja: Nie, i nigdy nie miałam. Nie było nikogo takiego, z kim mogłabym stworzyć coś trwałego.
P: A myśli pani, że może się pani komuś podobać?
J: Nie, nie mam takich znajomych, którym mogłabym się podobać.
Rozwaliły mnie te insynuacje. xD O, albo rozmowa o przedszkolu.
P: A do przedszkola pani chodziła?
J: Nie.
P: Dlaczego?
J: Bo jak brat był mały to nie chciał chodzić do przedszkola, mama wtedy zrezygnowała z pracy, żeby się nim zająć, potem urodziła się siostra, a potem mama już nie wróciła do pracy, więc mogła się mną zająć.
P: I to tyle?
J: Tylko tyle wiem.
Z tego wszystkiego w domu się mamy zapytałam, czemu nie chodziłam do przedszkola. Potwierdziła tę historię. A babka pewnie pomyślała, że mnie mama izolowała w dzieciństwie czy coś.
No i generalnie bardzo mnie babka maglowała w sprawie kontaktów z rówieśnikami. To znaczy może bardziej spotkań niż kontaktów, bo głównie rozmowa była o tym, że czas wolny spędzam w roku szkolnym na nauce, a w wakacje przed kompem/na czytaniu albo na samotnych spacerach. A to nie jest tak, że ja się kompletnie izoluję, bo rozmawiam z rówieśnikami. Większość ludzi z Tumblra jest ode mnie rok-dwa lata młodszych albo max pięć lat starszych, podobnie z ludźmi z blogosfery, z którymi mam faktyczny kontakt. Z ludźmi ze szkoły też czasem coś popiszę. No i mam całkiem spoko kontakt z ludźmi typu szwagier, nauczycielka angola, wolontariuszki ze szkoły, w sensie takimi sporo starszymi. Po co mam się spotykać z rówieśnikami, którzy mnie przynajmniej w części denerwują (żeby nie powiedzieć gorzej), jak mam innych ludzi?
Czuję też, że mocno omawiana byłaby kwestia studiów i tego, że nie zdecydowałam się na Kraków, przynajmniej nie teraz, bo faktycznie już się rekrutuję na UŚ. No a przecież nie powiem obcej babce, dlaczego mi Kraków w ogóle przyszedł do głowy i dlaczego w przypływie racjonalnego myślenia z tego zrezygnowałam.

Ogólnie to sobie jeszcze po tych dwóch wizytach pomyślałam: tak w sumie to po co mi ten psycholog? Niby mam dobre powody, żeby tam być, ten cały stres i wahania nastrojów, ale z tymi rzeczami już sobie nie raz i nie dwa radziłam. Jeżeli z wszystkimi moimi uczuciami i historiami, w których brałam udział, przeżyłam ostatnich sześć lat nie mając nawet myśli samobójczych, to jeszcze nie jest ze mną źle, ba - uważam, że kolejnych sześć albo i więcej lat przeżyję bez problemu. Nie żebym miała coś do mniej lub bardziej niedoszłych samobójców (w sensie wyciągniętych z myśli samobójczych albo już odratowanych z próby), znam dobrze jedną taką osobę i jest bardzo spoko, ale świadomość, że nie byłam i nie jestem jedną z takich osób, jakoś poprawia mi humor.
Dzisiaj to już w ogóle tak mi się humor poprawił, że pierwszy raz od dwóch tygodni przesłuchałam Chcę kochać, czyli piosenkę będącą źródłem aktualnego motta. Podsumowując: wierzę, że cokolwiek mi dolega, wyleczę się z tego sama. W poniedziałek zadzwonię i odwołam wtorkową wizytę. Powiem, że mi coś prywatnego i niespodziewanego wypadło (a prawdopodobnie faktycznie tak będzie, bo podobno ma nas ciocia odwiedzić i nie wypada wtedy wychodzić z domu), czego nie mogę odwołać, i że zadzwonię, jak na pewno będę mogła przyjść. I nie zadzwonię, joł.



To chyba już tyle na dziś. Jeżeli o czymś zapomniałam, to napiszę w następnej notce. A teraz idę się przewietrzyć. Nie wiem, czy wyłażenie na balkon o północy jest dobrym pomysłem, ale i tak to zrobię.