wtorek, 31 stycznia 2017

Korzyści z bólu

Tak dawno nie było tu komentarzy, że jak już dostałam wczoraj jeden, to mi na mailu powiadomienie wpadło do spamu. xD


Gdybym wiedziała, że wywalenie się na lodzie pozwoli mi nie ćwiczyć na wfie, to chyba bym się więcej razy wywalała. Dzisiaj miałam zwolnienie, a jutro nawet jadę sobie do szkoły na trzecią lekcję, żeby nie mieć wfu. Hehe.


Dzisiaj czekałam po lekcjach na przystanku, przejechał samochód i ochlapał ludzi na przystanku wodą z kałuży. Mnie nie ochlapało, bo stałam kawałek dalej, i śmiałam się w środku, bo mnie to ominęło. Trochę było mi żal dziewczynki z podstawówki, której ochlapało białe spodnie i jeszcze chyba zapowiadało się, że będzie czekać kilkadziesiąt minut na busa (albo dryłować piechty do domu).




Ugh. Nie mam o czym pisać. Jakoś nic ciekawego się nie dzieje. Żeby nie było za krótko, znowu zarzucę melodyjką na dobranoc, a co tam.
Do następnego!


poniedziałek, 30 stycznia 2017

3 latka!

Tak! Dzisiaj mijają trzy lata od dnia, kiedy założyłam mojego pierwszego bloga na Blogspocie.
Chciałam przez moment napisać, że to trzy lata od dołączenia do blogosfery, ale de facto dołączyłam do blogosfery jak miałam 8 lat i w międzyczasie miałam pierdyliard blogów, najstarszemu udokumentowanemu (czyli najstarszemu jeszcze istniejącemu after all those years) wybiją co prawda w tym roku 4 latka, czyli tylko rok więcej niż najstarszemu z Blogspota, ale i tak ponad pół życia mi przeminęło w tych Internetach.
Przez te trzy lata miałam wzloty i upadki (gdyby nie bywało różnie, to nie byłabym tutaj teraz, jeśli wiecie co mam na myśli), ale cieszę się, że jest, jak jest. :)



Dzisiaj, jak szłam ze szkoły na przystanek, to się pośliznęłam i się wywaliłam. I mnie teraz kość ogonowa boli. ;_; Nie mogę siedzieć, nie mogę stać, nie mogę chodzić, nie mogę kasłać, zobaczymy, czy będę mogła leżeć, bo jeszcze nie próbowałam.
Plus jest taki, że jak mnie będzie jutro rano bolało, to może mi się uda wyżulić zwolnienie z wfu od mamy (na razie mam tylko usiąść na ławce, jak będzie za bardzo bolało przy ćwiczeniu, niby to zawsze coś, ale jednak nie to samo. Zobaczymy).



W sumie nie mam już za wiele do powiedzenia, to wstawię jeszcze piosenkę. Słucham jej od początku ferii, chociaż nawet nie wiem, dlaczego. Chyba wyskoczyła mi w proponowanych, z ciekawości włączyłam i jakoś poleciało. Tak czy inaczej, enjoy :)


sobota, 28 stycznia 2017

Nocną porą

Już nigdy nie powiem, że gdzieś jest nudno, bo potem się dziwne rzeczy dzieją.
Ale od początku.


Z czwartku w sumie nie ma za wiele do opowiadania. Po prostu dojechaliśmy najpierw dwoma autobusami, a potem pociągiem do miejsca, gdzie mieszka siostra. Podróż minęła bez większych ekscesów. Dotarliśmy na miejsce, posiedzieliśmy, pogadaliśmy.
W drodze przeczytałam jedną książkę. Co prawda może ciężko to nazwać książką, bo to nowelka na 44 strony, ale przeczytałam, tak?


W piątek byliśmy na zakupach. Przypomniało mi się o białym golfie, ale żadnych nie było ani w Reserved, ani w H&M. A szukałam mocno. Zaczęłam sobie układać w głowie wzór na nową koszulkę, którą odbiłabym sobie brak golfu (którego nie odpuszczę w następnym sezonie, bo odpuszczałam już długo), ale porzuciłam tę myśl, kiedy znaleźliśmy taką pseudowojskową koszulę, w sensie ona jest taka jak te wszystkie białe koszule, co się je nosi na egzaminy itp., ale jest z trochę innego materiału i jest taka ciemnozielona. Na razie jestem usatysfakcjonowana, jeśli chodzi o ubrania, pewnie dopiero w okolicach kwietnia mi się przypomni, żeby coś nowego kupić.

Poza tym od czwartku wieczora do piątku wieczora czytałam kolejną książkę i teraz mam złamane serce, bo nie dość, że to był ostatni tom (13. część Kronik Wardstone, gdyby ktoś pytał), to jeszcze się tak smutno kończy... Wszystko było odwrotnie, niż się zapowiadało. Nie chcę tu smutać, ale zamknął się pewien etap w moim życiu, bo już nie będę czekać na kolejne części, i jeszcze będę musiała przeboleć to zakończenie. Umieram!


Dzisiaj rano stwierdziłam, że chyba jednak mogłam zostać w domu, bo te dwa dni były nudne, a w domu nie dość, że mogłabym jakiś film obejrzeć, to jeszcze bym rzeczy do szkoły poogarniała, bo się po południu okazało, że jednak trochę tego mam. No to na koniec los mi dowalił ciekawostkę. Siostra i szwagier mieli nas odwieźć na dworzec kolejowy, to jak na złość samochód nie chciał szwagrowi odpalić. Pchaliśmy samochód - nic. Sąsiadka z klatki obok, pani Grażynka, rozpoczęła akcję pomocową (widziała pchanie samochodu przez okno i zaczęła załatwiać jakieś kable u innych sąsiadów), ale że nie było wiadomo, ile to potrwa, siostra, ja i rodzice pobiegliśmy na dworzec. Wpadliśmy na peron zmęczeni, spoceni i takie tam jeszcze, ale - udało się! Mieliśmy trzy minuty do odjazdu pociągu, więc zdążyliśmy jeszcze spokojnie się pożegnać z siostrą, a potem wejść do pociągu i się rozpłaszczyć.
W związku z tym chyba nie będę już mówiła, że jest nudno, bo potem zaraz coś się dzieje. Nie mówię, że mi się adrenalina nie przydała, ale nie chcę już więcej bać się, że nie zdążę na pociąg/samolot/cokolwiek innego do domu. Tutaj akurat mieliśmy inne możliwości, bo potem się okazało, że za pół godziny był kolejny pociąg i bylibyśmy tylko godzinę później w domu, ale jeszcze się kiedyś utknę na lotnisku za granicą, bo nie zdążyłam na samolot, i co to będzie? Zachciało się, kurde, ekscytujących przygód.


Z innych rzeczy to się przez te dni nie wysypiałam, bo zasypiałam o trzeciej, a budziłam się koło ósmej. Gdyby to były dowolne inne okoliczności, to bym była z siebie dumna, że dotrwałam do trzeciej i może jeszcze przy okazji robiłam coś produktywnego - tu mam na myśli też czytanie lub pisanie lub oglądanie filmu lub nawet przeglądanie Internetu; wolę coś takiego niż dwa razy po cztery godziny przewracania się z boku na bok, bo albo niewygodnie, albo za głośno (spróbujcie po x latach spania samemu wylądować w pokoju z czterema innymi osobami, w tym dwoma chrapiącymi), albo zimno, albo cokolwiek innego. Aż mi się nóż w kieszeni otwierał.


Dziś powinnam iść spać wcześniej, żeby zacząć się przestawiać przed szkołą, ale mam jeszcze do skończenia rozdział na Podróż do III Rzeszy. Skończenie to może złe słowo, bo jest skończony (masło maślane w maśle maśle maśle), ale chcę nanieść drobne poprawki i w końcu go opublikować, bo coś mnie chwyci. Mam co prawda wrażenie, że to opowiadanie idzie w złym kierunku, ale im bardziej się zastanawiam, tym bardziej uważam, że ono od początku nie było najlepsze. Skończę je, ale bardziej jako "ciekawostkę", że potrafię dokończyć opowiadanie, które od początku do końca w miarę trzyma się zasad logiki (w miarę, czyli że niekoniecznie będzie się trzymało, ale będę mogła powiedzieć, że próbowałam), ale po cichu planuję kolejne opowiadanie o Trzeciej Rzeszy. Nie mam pojęcia, o czym będzie, ale wiem, czyją twarz dostanie główny nazista. I wcale nie będzie to Karl-Otto, chociaż blisko. Nawet kojarzycie tego pana, jeśli pamiętacie moją koszulkę z Nie mam czasu, jadę czołgiem.

Robert Shaw, edycja Bitwa o Ardeny. Zaznaczam film, bo się w ferie przy okazji robienia tu i tam researchów dowiedziałam, że widziałam go jeszcze jakieś 10 lat temu w Szczękach - jak zobaczyłam jego zdjęcia z tamtego filmu, to do mnie dotarło, że pamiętam całkiem sporo fabuły, w tym właśnie jego postać - ale tam wygląda całkiem inaczej. I nie ma munduru. xD

Ale to takie tam dalekie plany, podobne do miliona innych.
Na razie muszę w końcu skończyć tę notkę. I iść poprawić ten jebany rozdział. A może jednak powinnam pójść spać?

środa, 25 stycznia 2017

Ratunek przychodzi nagle

Jestem uratowana! Została ogłoszona wiosenna ramówka TVN-u i Projektu Lady nie ma, czyli wróci dopiero latem. Uff, już się bałam, że będę musiała kombinować, kiedy oglądać, a tu się samo rozwiązało. Zapowiadają się kolejne dobre wakacje. :)


Wczoraj przez jakieś 5 godzin miałam kanał z bardzo poważnym filmikiem na YouTube, ale potem wywaliłam to w pizdu, bo mnie kolega zdemotywował. No bo ja mam takie nastawienie, że jak już bym miała mieć ten kanał na YT, to bardziej dla zabawy, i jak przeczytałam, że mam się jak najwięcej reklamować i jeszcze powinnam sobie założyć maila na Gmailu, bo coś tam partnerstwo, to się we mnie zagotowało. Jedyne profity, jakie ewentualnie bym mogła chcieć ciągnąć z kanału, to książki za darmo od wydawnictw, ale i na to za bardzo nie liczyłam, właśnie dlatego, że nie potrzebuję rozgłosu, a komuś, kto nagrywa rzadko, a recenzje jeszcze rzadziej, pewnie za szybko by nic nie dali (a nawet gdyby, to pewnie mają wyjebane na to, gdzie kto ma maila. Nie?).
Dodatkowo stwierdziłam, że na YT to różni ludzie by się mogli zakręcić wokół mojego kanału, w tym tacy, którzy trafią ze mną potem na studia (niby szanse nie są wielkie, ale jakieś chyba jednak są), a ja chcę pójść na studia z czystą kartą, w sensie że jak już ludzie będą do mnie podchodzić, żeby się poznać (taki żart sytuacyjny, no bo wiecie, kto by miał do MNIE podejść? hyhy), to nie dlatego, że o, bo ty masz chyba kanał na YT, tylko na przykład z hasłem Fajna koszulka, rozumiem że lubisz filmy wojenne? No, bo ja też... Wiecie, żeby musieli coś zauważyć, ale żeby ta rozmowa też jakaś luźna była. Hasło o kanale na YT by mnie speszyło, ale jak ktoś zauważa, jaką się ma koszulkę albo jaką książkę się czyta albo się pyta o słuchaną muzykę i to jest potem punkt wyjścia dla rozmowy, to się miło robi.
Generalnie to nie mówię, że jeszcze kiedyś nie będę miała takiego poważnego kanału na YT, ale myślę sobie, że to może tak po roku studiów, jak nie będę się czuła w obowiązku wysłać koledze pierwszego filmiku do oceny i ludzie, którzy mieli do mnie zagadać, już zagadają. xD A jak będę chciała, żeby ktoś znajomy mnie ocenił, to nagram po angielsku i udostępnię na Tumblrze, a co mi tam!


Dobra, na dziś to chyba tyle. Mam jeszcze trochę do zrobienia, bo chciałam (w końcu!) skończyć rozdział na Podróż do III Rzeszy i może skończyć czytać książkę, a jeszcze powinnam iść wcześniej spać, bo jutro jedziemy z rodzicami do siostry w odwiedziny i muszę wstać trochę wcześniej niż bym chciała. Możliwe, że napiszę tu dopiero w sobotę, o ile w ogóle nie w niedzielę, więc - do przeczytania!


PS. Znalazłam to bodajże przedwczoraj i ciągle mnie rozwala. xD

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Rozczulenie

Ten moment, kiedy myślisz, że jak wiesz, jak coś się skończy, to się nie wzruszysz, ale na sam koniec zaczynasz płakać jak pojebana.
Oglądałam Projekt Lady rano. xD I serio, włączyłam sobie jeden odcinek, bo mi się nudziło rano i stwierdziłam "Pfff, nic mi nie będzie, zabiję trochę czasu a to sobie tylko przeleci", a jak się skończyło, to ryczałam jak jakaś głupia.
Nigdy więcej nie oglądam. Na pewno nie w tym tygodniu.


Poza tym znalazłam na Facebooku taki obrazek:

Jakoś tak mi złamał serce. Trochę przez minę tego kota, a trochę przez to, że sama mam za duże wskazania wagi i małą odporność na czekoladowe ciasteczka. A mam schudnąć... Phi, mam czas.
Nie no, ale tego kota to bym przytuliła.



Na Tumblrze mignęło mi dziś albo wczoraj hasło, że po szkole średniej okazuje się, że przyjaciół miało się tylko dlatego, że widziało się ich pięć dni w tygodniu.
To takie prawdziwe. xD Niby mi zostało jeszcze parę tygodni, ale nie muszę mieć zdolności Nostradamusa (które bądź co bądź czasem wykazuję), żeby przewidzieć, że jak będę po szkole rozmawiać z jedną czy dwiema osobami, to będzie fajnie, a i to nie jest pewne. Tak jakby mam wszystkich powoli dosyć, chętnie się odetnę po szkole. Przecież wiem, jak jest po gimnazjum, minęło dwa i pół roku, a ja rozmawiam w porywach z trzema osobami: z dwiema koleżankami raz na ruski rok piszę, a z trzecią znajomą czasem się widzę na mieście albo na przystanku, to zamieniamy dwa zdania. Nie sądzę, żeby teraz miało być lepiej, i nawet chyba nie chcę. Będę szła na studia z poczuciem posiadania czystej karty. Wiecie, nie będzie nikogo, wobec kogo będę miała jakieś zobowiązania, tylko perspektywy nowych znajomości. Nie będę musiała odtrącać nowych znajomych "bo już dziś wychodzę", a jak będę spędzać wieczory i weekendy w domu, to dla mnie to nie problem. Lubię takie życie, i nie pozwolę sobie odebrać marzeń o takim spokoju.

piątek, 20 stycznia 2017

Jestem silniejsza niż myślisz

Joł!


Byłam sobie wczoraj w szkole zdać próbną maturę ustną z angielskiego. Miałam jeszcze być we wtorek i w środę na dodatkowych zajęciach, ale że byłam chora, to mnie mama nie puściła. Trochę wygryw, bo choroba chorobą, ale nie musiałam wstawać w ferie o 7 rano. :D
Poza tym poznałam nową sytuację, w której jestem maksymalnie zdenerwowana - kiedy znajomy mówi mi, żebym nie oglądała jednej osoby na YouTube. Chodzi o Weronikę Truszczyńską i jej kanał z ciekawostkami związanymi z Chinami i językiem chińskim, bo ona mieszka w Szanghaju i stąd taka tematyka. Powód, dla którego mam jej nie oglądać? "Bo ona źle wymawia słowa, słuchałem dużo i inni mówią inaczej". I'm laughing out loud, seriously. Sorry, ale bardziej ufam osobie, która już jakiś czas się uczy języka i mieszka wśród native speakerów niż komuś, kto się nasłuchał i od razu kurwa wie najlepiej. Ja tam uważam Weronikę za mega pozytywną osobę, która zaraża energią, a to, co mówi, słucham z chęcią - jako ciekawostki. No i ma zajebiste włosy. I ogólnie jest ładna, a ja lubię patrzeć na ładnych ludzi. No ale wiecie co? Potrafiłam powiedzieć, że nie przestanę oglądać. Jestem silniejsza niż mnie samej się wydawało, potrafię głośno powiedzieć, co myślę. Brawo ja!


Wczoraj oglądałam sobie film Parszywa Dwunastka. To chyba najsmutniej kończący się wojenny film, jaki dotąd widziałam, a jednak kilka już ich widziałam. Serio.
I przy okazji okazało się, że obejrzałam trzy filmy z jednym aktorem i to zupełnie przypadkiem (i nie mówię tu o Telly'm Savalasie, bo Parszywą Dwunastkę oglądałam akurat przez niego). xD Cały film jeden typ nie dawał mi spokoju, bo wydawało mi się, że skądś kojarzę jego twarz. Wchodzę na Filmweba, odznaczam film jako obejrzany i szukam nazwiska. Wchodzę na stronę aktora i czytam z udziałem tej osoby obejrzałaś: 3 tytuły. Ja wierzę. Obczajam tytuły - Parszywa Dwunastka, Bitwa o Ardeny, Wielka Ucieczka. Aha. No tak. Wszystko jasne. Obejrzałam sobie po fragmencie i faktycznie, podobny jest do siebie w tych filmach. Aha, i zapomniałabym najważniejszego - pan, o którym mówimy, nazywał się Charles Bronson.
Poza tym stwierdziliśmy komisyjnie z rodzicami, że Donald Sutherland przypomina mojego kuzyna i to momentami aż za bardzo. Wstawiłabym zdjęcia dla porównania, ale ochrona danych i te sprawy.



Dobra, pora kończyć, bo późno się zrobiło. Do kolejnego!

poniedziałek, 16 stycznia 2017

It's your turn to fight

Miałam przerwę, to teraz trzeba nadrobić i pisać non-stop. xD Przez chwilkę nie miałam motywacji, bo stwierdziłam, że dawno nie dostawałam komentarzy, ale potem stwierdziłam, że ostatnio było dużo notek, a to może taki zarobiony okres jest. Zresztą sama mam zaległości, które musiałabym ponadrabiać, także nie ma co zwalać.


Prawie zapomniałam, jaki jest główny powód dzisiejszego zamieszania, a jest taki, że znalazłam suchara:

Przychodzi baba do lekarza, staje w drzwiach i mówi:
- Heil Hitler!
Lekarz spogląda na nią zdziwiony i pyta:
- Co pani jest? Przecież wojna już się dawno skończyła!
A baba na to:
- Ale ja pana poznałam doktorze Mengele

Jakoś mnie to śmieszy. xD


Poza tym oglądałam sobie ostatnio film Neon Demon, ten z Jeną Malone, na który chciałam jechać w wakacje, ale był tylko wieczorny seans w Kato i nie pojechałam. Całkiem spoko film, ale trochę psychodela. Scena z wymiotowaniem ludzkim okiem, fuj. Dobrze, że była na końcu, bo w innym wypadku bym chyba wyłączyła i nie obejrzała całości, a tak to w miarę ogarnęłam, o co chodzi. No i w soundtracku znalazła się genialna piosenka Sii:


Już przesłuchałam z kilkanaście razy. W ogóle chyba zostanę fanką Sii, bo jak już słucham jej piosenek, to mi się podobają. Fenomen.



Dzisiaj w sumie nic nie robiłam - przez chorobę dalej siedzę w łóżku, zamulałam sobie przed kompem - a i tak jestem zmęczona. Chyba pora iść spać.

Dobranoc!

niedziela, 15 stycznia 2017

Przegryw życiowy

No powiedzcie, czy to nie jest piękne? ❤ Dziękuję, Maggie!


Znowu mnie tu parę dni nie było, najpierw dlatego, że musiałam się pozbierać po ponownym pojawieniu się Breivika publicznie (mogłabym coś napisać, ale i tak już się tu wystarczająco poniżam, więc wolałam przeczekać), a jak już mi się psychiczne rany mniej więcej zasklepiły, to się rozchorowałam - od piątku wieczora mam gorączkę i kaszel i chociaż dzisiaj nie jest jakoś dużo lepiej, to myślę bardziej trzeźwo i bardziej mogę zebrać myśli.
Chociaż tak w sumie poddaję to w wątpliwość, kiedy myślę o tym, ile razy dzisiaj płakałam. A płakałam, no, co najmniej 3 razy (to dużo na jeden dzień, serio), w tym raz na bajce, na której - choć darzę ją sporym uczuciem - nigdy nie płakałam. Reszta była na transmisjach z finału WOŚP.


No i zawiązując temat - oglądałam dzisiaj Dzwonnika z Notre Dame. O uczuciach z nim związanych pisałam już w tej notce sprzed prawie roku. Dzisiaj odświeżałam sobie go w sumie przez przypadek, bo nie było nic w magicznym pudełku i jak mój tata znalazł to, to już zostawił. Uświadomiłam sobie, że ja przez te sześć lat nie widziałam go w całości. xD Bo oglądałam go w ferie w 6 klasie podstawówki, a potem nie kojarzę, żebym oglądała. Poza tym, jak skojarzyłam jedną rzecz, to aż z dwóch związanych z nią powodów zachciało mi się tak płakać i śmiać jednocześnie, że myślałam, że się nie uspokoję. Chodzi o to, że Frollo ma takie ubranie, że to wygląda, jakby nosił biały golf.
Biały golf wam chyba coś mówi, prawda?
No właśnie mnie też mówi.
Pierwszym powodem do śmiecho-płaczu było uświadomienie sobie, że tak naprawdę chcę mieć biały golf nie od ostatnich wakacji, ale właśnie od sześciu lat (już wtedy byłam zafiksowana na punkcie... no, generalnie ubrań).
Drugi powód to myśl, że ja jednak muszę być przegrywem życiowym, skoro nie przez niecały rok, ale przez 6 lat nie kupiłam sobie tego, co chcę.
Ostatnio uświadomiłam sobie co prawda, że jest jeszcze przynajmniej jedna taka rzecz, którą sobie kupuję od paru lat, ale kurde, mam DWA powody, żeby kupić ten jebany sweter i nadal nie miały takiej siły przebicia, żeby to się stało?
Teraz do końca zimy już jest w sumie bliżej niż dalej - chociaż bardziej chodzi o to, że godzę się z tym, że w tym sezonie nie będę miała tego swetra i nadarzy się kolejna okazja, takie godzenie się zawsze do mnie przychodzi po świętach - ale w następnej zimie nie ma bata, będę miała biały golf. Będę zbierać w sobie siły na kłócenie się z mamą, że białe golfy nie są takie złe. Ewentualnie wcielę w życie mój szatański plan i kupię sobie sama. xD


Ale na razie muszę zbierać siły na dalsze chorowanie, więc oddalam się. Dobranoc!

wtorek, 10 stycznia 2017

Mein herz brennt

Chryste Panie, ja chyba muszę zacząć brać jakieś tabletki na pamięć, znowu zapomniałam ostatnio napisać jednej rzeczy.
Okazało się, że mój tata tak się wkręcił w książkę, którą mu kupiłam na święta, że jak się okazało, że jest serial na jej podstawie i akurat leci na jakimś HBO czy innym BBC, które akurat mamy, to zaczął oglądać. Jestem dumna z trafienia w jego gust.


Dzisiaj siedzę u siebie w pokoju i słyszę, że w jakichś wiadomościach mówią coś o Breiviku. No to dopijam zimną herbatę i lecę, żeby odstawić kubek do zlewu i przy okazji poobczajać, o co chodzi. Jako że nie zobaczyłam zbyt wiele, zrobiłam pi razy oko porządny risercz. Chodzi o to, że rząd Norwegii złożył apelację od wyroku dającego Breivikowi więcej praw (czy coś takiego) i dzisiaj była rozprawa.
To, co przy okazji zobaczyłam, odmieniło moje życie (znowu).



Wiecie, co sobie pomyślałam?
Że tak w sumie to on całkiem dobrze wygląda w tej brodzie.
Poza tym było rozmyślanie nad tym, czemu jako [były] blondyn ma ciemną brodę i nad tym, że mu ta broda zaczęła siwieć, bo przecież niecałe 38 lat to wcale nie tak dużo. No i parę razy prawie się popłakałam oraz wybuchnęłam histerycznym śmiechem.
Generalnie nie żałuję tego, co dzisiaj zobaczyłam (nie było wiązanki jak w zeszłym roku), ale z drugiej strony te wszystkie uczucia, jakie się z tego powodu przeze mnie przewinęły, są dobijające. Czuję się, jakby zaczął boleć mnie kawałek duszy i to jest irytujące.


Żeby było ciekawie, rozmyślałam dzisiaj o tym, że przeczytałabym sobie jeszcze raz Jednego z nas - nie mając pojęcia o tej rozprawie i o tym, że zobaczę go dzisiaj. Ciekawą mam intuicję.


Tak w ogóle, znalazłam też mema:

Heheheeehehehe. Śmiechłam, serio.

A teraz idę spać. Wbrew pozorom nie powinno być mi dzisiaj trudno zasnąć, bo się wygadałam z moich problemów na Tumblrze, ale to nie zmienia faktu, że jest prawie 23:00, a ja znowu nie poszłam wcześniej spać. Także oddalam się w kierunku łóżka.

sobota, 7 stycznia 2017

Stalking level ja

Prawdopodobnie jutro wieczorkiem/pojutrze zobaczycie tu już nowy szablon, bo dostałam dziś nagłówek od szabloniarki i jutro ma się wziąć za resztę szablonu. Będzie sztos, powiem wam.


Przypomniało mi się, co kiedyś chciałam powiedzieć, ale mi wyleciało. (Chyba że w końcu powiedziałam, ale to też mi wyleciało).
Jakiś czas temu, jak się pochwaliłam, że patrzę ludziom na ozdoby na balkonach, kolega stwierdził, że jestem stalkerem, bo patrzę ludziom w okna. Pomijając fakt, że nie patrzę ludziom w okna, to musiałby wiedzieć, jakim stalkerem tak naprawdę potrafię być i jak bardzo mi to nie wychodzi (i nawet nie mówię o tym, że chciałam stalkować Karla-Ottona, ale od wakacji się jeszcze do Berlina nie wybrałam). Parę lat temu, jak się niefortunnie zauroczyłam, widywałam często moją "miłość" w drodze do szkoły, i jak już go widziałam, to potrafiłam bez zastanowienia zatrzymać się i śledzić go wzrokiem, czasem nawet specjalnie cofałam się kilka kroków. Nie wychodziło mi to dlatego, że zdarzało mi się tak robić na oczach pojedynczych przechodniów, czyli trochę przypał. Są rzeczy, dla których niektórzy nie są stworzeni, no co zrobisz. Mam tylko nadzieję, że ci ludzie mnie nie kojarzą. xD


Rozkminiam, w jaki sposób rozegrać Podróż do III Rzeszy, bo mogę albo robić duże przeskoki w czasie i pisać to w miarę zgrabnie, albo pisać "dzień po dniu" i to wszystko będzie mega rozwleczone. Jako że #bedoplottwisty, chyba wygodniej będzie mi to napisać z przeskokami. Ale to się jeszcze zobaczy, najpierw muszę skończyć ten 9 rozdział, który piszę od wakacji i którego ta rozterka nie dotyczy. Mam już dosyć, ale przetrwam! Przetrwam i skończę to, co zaczęłam, tak, jak trzeba. Skończyłabym ostatniej nocy, ale znalazłam sobie film i cały misterny plan wyszedł i nie wrócił, ale to nie znaczy, że nie mogę próbować. Więc idę próbować.
Peace!

piątek, 6 stycznia 2017

Problemy projektomaniaka

Dopiero teraz sobie uświadamiam, w co się wkopałam w wakacje. I to wcale nie chodzi o uczucia związane z listem ani przyzwyczajenie się do siedzenia po nocach i wpierdalania każdego możliwego jedzenia o każdej możliwej porze (chociaż te rzeczy może trochę też).
Chodzi o Projekt Lady i o to, że druga edycja ma być w TV - jak mówi gazeta z programem - od lutego, w związku z czym lecieć będzie przynajmniej do końca marca. Ja jebię, to przecież będzie najgorętszy okres w szkole! Jak ja się będę uczyć do tej matury, jak będę myślała tylko o tym programie? No dobra, myślenie myśleniem, ale nie będę mogła się skupić, jak nie będę na bieżąco i to jest problem - przyjmując, że znowu to będzie w poniedziałki. Opcji oglądania jest kilka:
- oglądanie wieczorem na kompie zaraz po emisji w pudełku
- oglądanie następnego dnia rano w szkole, bo mam trochę czasu przed lekcjami
- oglądanie następnego dnia po południu
- czekanie do weekendu
- czekanie na koniec edycji i oglądanie wszystkich odcinków po tej maturze
Każde ma swoje wady i zalety, bo albo jestem na bieżąco, ale odpłacam to w szkole byciem nieprzygotowaną albo zapłakaną, albo w szkole mam spokój, ale coś mnie chwyta, bo nie wiem, co się dzieje w programie. I bądź tu mądry.
Chyba że zmienią dzień emisji, to czekanie na weekend będzie mniej uciążliwe. Zobaczymy.


Ostatniej nocy znowu miałam ciekawy sen.
Śniło mi się, że byłam na jakiejś imprezie związanej z weselem siostry (rodzinna integracja jakiś czas przed albo potańcówka na rocznicę, nie wiem). Czułam się tam źle, więc poszłam na przystanek, na którym zawsze czekam po szkole. Kiedy podchodziłam, przez wiatę przystanku przejechało auto i cieszyłam się, że jeszcze tam nie stałam. Gdy podeszłam bliżej, podszedł facet z pistoletem i zaczął mi grozić. Najpierw chciałam uciekać i darłam się wniebogłosy, ale potem zabrałam mu ten pistolet i go postrzeliłam (nie wiem, czy śmiertelnie). Rzuciłam broń i pobiegłam w drugą stronę i tak dotarłam do dworca autobusowego, gdzie z jakąś dziewczyną rozmawiałyśmy o Kasi Berg (postaci z Na Wspólnej), wspominając faktyczne zdarzenia z serialu.
Potem się obudziłam. Znaczeń nawet nie szukałam, głównie dlatego, że ciekawostką jest to, że śniło mi się mniej więcej to, co działo się dzień wcześniej. No dobra, wiadomo, że nie dokładnie, ale:
- wspominaliśmy z rodzicami wesele siostry
- na wosie rozmawialiśmy o Breiviku (=facet z bronią, wiecie, że tak w sumie to to samo)
- opowiadałam mamie o przystanku, na którym zawsze czekam po szkole, bo wczoraj udało mi się dotrzeć do domu wcześniejszym autobusem i czekanie na przystanku było ważną częścią historii
- oglądaliśmy Na Wspólnej
Nie wiem tylko, skąd dworzec, bo w śnie był ważny ale we wczorajszym dniu nie. Znaczeń nie sprawdzam, bo już sama historia była ciekawa, tak jak ciekawostką jest to, że mózg mi faktycznie układał to, co się wydarzyło.


Dobra, na dziś to chyba tyle. Zmykam, bo mam wenę i może coś napiszę.

wtorek, 3 stycznia 2017

Nie to nie

Joł!

Stwierdziłam, że wypadałoby się przywitać w Nowym Roku, więc - oto jestem!


W nocy z Sylwestra na Nowy Rok o pierwszej - czyli tuż przed spaniem - stwierdziłam, że posłucham sobie jakiejś piosenki jako swojego rodzaju wróżby. Instynktownie wybrałam to:



W sumie nie wiem, co to oznacza. Może to, że ten rok będzie dla mnie łaskawy, bo słuchałam tej piosenki w wakacje przed gimnazjum i chociaż wtedy jej nie lubiłam, to jednak kojarzy mi się ze szczęśliwy czasami.


Wyjaśni mi ktoś, jak to działa, że za każdym razem, kiedy widzę Złoto dla Zuchwałych, ten film jest jeszcze lepszy? Serio, myślałam, że w ten Nowy Rok będzie mi się nudzić, w końcu oglądałam ten film trzeci raz w życiu (drugi w ciągu roku), a tu się okazało, że jednak nie.
Chyba niedługo będzie jeszcze jeden seans. Odstresowywałam się tym filmem przed egzaminami gimnazjalnymi, to będę też przed maturą, kto mi zabroni?


Bardzo zdenerwował mnie dziś mój kolega, który tak bardzo chciał usłyszeć, że mój niezbyt dobry humor to jego wina, że faktycznie moje nerwy były z jego winy. No bo ile razy można powiedzieć "nie, to nie twoja wina" i usłyszeć "ale na pewno"? I potem jeszcze hasło "bo kobiety są skomplikowane, jak mówią nie, to to oznacza coś innego". Pora lecieć do urzędu zmienić płeć na jakąkolwiek inną niż żeńska, bo chyba jednak jestem za mało skomplikowana. Co jak co, ale dla mnie "nie" znaczy "nie", a powtórzone przysłowiowy milion razy tym bardziej.
I jeszcze hasło "A kolejnego Sylwestra spędzasz ze mną". Kucze, ja nie wiem, co będę czynić jutro o tej porze, a co dopiero za niecały rok. Plus przekonywanie mnie, żebym pojechała na Woodstock, kiedy ja nie chcę. No niech mnie szlag trafi, mam lepsze zajęcia na wakacje niż szwendanie się po festiwalu, z którego wrócę brudna, głodna, zmęczona i biedniejsza, i gdzie jeszcze mi się może muzyka nie będzie podobała. Nawet jak mam ten tydzień spędzić w domu robiąc cokolwiek, to mnie to odpowiada, w zeszłym roku miałam taką większość wakacji i były jednymi z lepszych w mojej historii. A poznawanie ludzi? To akurat mi przez Internet wychodzi całkiem ok.
Phi, i tak nie pojadę ani na Woodstock, ani na Sylwestra. Będę silną (i nieskomplikowaną!) kobietą, która robi to, co ona chce.


A na koniec wstawię gif z gołębiem popełniającym samobójstwo.




Nie powinien, ale mnie śmieszy. xD Chociaż jak będę miała okazję, to zapalę gołębiowi świeczkę.