sobota, 28 stycznia 2017

Nocną porą

Już nigdy nie powiem, że gdzieś jest nudno, bo potem się dziwne rzeczy dzieją.
Ale od początku.


Z czwartku w sumie nie ma za wiele do opowiadania. Po prostu dojechaliśmy najpierw dwoma autobusami, a potem pociągiem do miejsca, gdzie mieszka siostra. Podróż minęła bez większych ekscesów. Dotarliśmy na miejsce, posiedzieliśmy, pogadaliśmy.
W drodze przeczytałam jedną książkę. Co prawda może ciężko to nazwać książką, bo to nowelka na 44 strony, ale przeczytałam, tak?


W piątek byliśmy na zakupach. Przypomniało mi się o białym golfie, ale żadnych nie było ani w Reserved, ani w H&M. A szukałam mocno. Zaczęłam sobie układać w głowie wzór na nową koszulkę, którą odbiłabym sobie brak golfu (którego nie odpuszczę w następnym sezonie, bo odpuszczałam już długo), ale porzuciłam tę myśl, kiedy znaleźliśmy taką pseudowojskową koszulę, w sensie ona jest taka jak te wszystkie białe koszule, co się je nosi na egzaminy itp., ale jest z trochę innego materiału i jest taka ciemnozielona. Na razie jestem usatysfakcjonowana, jeśli chodzi o ubrania, pewnie dopiero w okolicach kwietnia mi się przypomni, żeby coś nowego kupić.

Poza tym od czwartku wieczora do piątku wieczora czytałam kolejną książkę i teraz mam złamane serce, bo nie dość, że to był ostatni tom (13. część Kronik Wardstone, gdyby ktoś pytał), to jeszcze się tak smutno kończy... Wszystko było odwrotnie, niż się zapowiadało. Nie chcę tu smutać, ale zamknął się pewien etap w moim życiu, bo już nie będę czekać na kolejne części, i jeszcze będę musiała przeboleć to zakończenie. Umieram!


Dzisiaj rano stwierdziłam, że chyba jednak mogłam zostać w domu, bo te dwa dni były nudne, a w domu nie dość, że mogłabym jakiś film obejrzeć, to jeszcze bym rzeczy do szkoły poogarniała, bo się po południu okazało, że jednak trochę tego mam. No to na koniec los mi dowalił ciekawostkę. Siostra i szwagier mieli nas odwieźć na dworzec kolejowy, to jak na złość samochód nie chciał szwagrowi odpalić. Pchaliśmy samochód - nic. Sąsiadka z klatki obok, pani Grażynka, rozpoczęła akcję pomocową (widziała pchanie samochodu przez okno i zaczęła załatwiać jakieś kable u innych sąsiadów), ale że nie było wiadomo, ile to potrwa, siostra, ja i rodzice pobiegliśmy na dworzec. Wpadliśmy na peron zmęczeni, spoceni i takie tam jeszcze, ale - udało się! Mieliśmy trzy minuty do odjazdu pociągu, więc zdążyliśmy jeszcze spokojnie się pożegnać z siostrą, a potem wejść do pociągu i się rozpłaszczyć.
W związku z tym chyba nie będę już mówiła, że jest nudno, bo potem zaraz coś się dzieje. Nie mówię, że mi się adrenalina nie przydała, ale nie chcę już więcej bać się, że nie zdążę na pociąg/samolot/cokolwiek innego do domu. Tutaj akurat mieliśmy inne możliwości, bo potem się okazało, że za pół godziny był kolejny pociąg i bylibyśmy tylko godzinę później w domu, ale jeszcze się kiedyś utknę na lotnisku za granicą, bo nie zdążyłam na samolot, i co to będzie? Zachciało się, kurde, ekscytujących przygód.


Z innych rzeczy to się przez te dni nie wysypiałam, bo zasypiałam o trzeciej, a budziłam się koło ósmej. Gdyby to były dowolne inne okoliczności, to bym była z siebie dumna, że dotrwałam do trzeciej i może jeszcze przy okazji robiłam coś produktywnego - tu mam na myśli też czytanie lub pisanie lub oglądanie filmu lub nawet przeglądanie Internetu; wolę coś takiego niż dwa razy po cztery godziny przewracania się z boku na bok, bo albo niewygodnie, albo za głośno (spróbujcie po x latach spania samemu wylądować w pokoju z czterema innymi osobami, w tym dwoma chrapiącymi), albo zimno, albo cokolwiek innego. Aż mi się nóż w kieszeni otwierał.


Dziś powinnam iść spać wcześniej, żeby zacząć się przestawiać przed szkołą, ale mam jeszcze do skończenia rozdział na Podróż do III Rzeszy. Skończenie to może złe słowo, bo jest skończony (masło maślane w maśle maśle maśle), ale chcę nanieść drobne poprawki i w końcu go opublikować, bo coś mnie chwyci. Mam co prawda wrażenie, że to opowiadanie idzie w złym kierunku, ale im bardziej się zastanawiam, tym bardziej uważam, że ono od początku nie było najlepsze. Skończę je, ale bardziej jako "ciekawostkę", że potrafię dokończyć opowiadanie, które od początku do końca w miarę trzyma się zasad logiki (w miarę, czyli że niekoniecznie będzie się trzymało, ale będę mogła powiedzieć, że próbowałam), ale po cichu planuję kolejne opowiadanie o Trzeciej Rzeszy. Nie mam pojęcia, o czym będzie, ale wiem, czyją twarz dostanie główny nazista. I wcale nie będzie to Karl-Otto, chociaż blisko. Nawet kojarzycie tego pana, jeśli pamiętacie moją koszulkę z Nie mam czasu, jadę czołgiem.

Robert Shaw, edycja Bitwa o Ardeny. Zaznaczam film, bo się w ferie przy okazji robienia tu i tam researchów dowiedziałam, że widziałam go jeszcze jakieś 10 lat temu w Szczękach - jak zobaczyłam jego zdjęcia z tamtego filmu, to do mnie dotarło, że pamiętam całkiem sporo fabuły, w tym właśnie jego postać - ale tam wygląda całkiem inaczej. I nie ma munduru. xD

Ale to takie tam dalekie plany, podobne do miliona innych.
Na razie muszę w końcu skończyć tę notkę. I iść poprawić ten jebany rozdział. A może jednak powinnam pójść spać?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz