wtorek, 28 lutego 2017

Czy to jest przyjaźń...?

W sumie to nie wiem, co mogłabym tu napisać, ale obiecałam sobie, że jak tylko będę miała taką możliwość, to nie będę schodzić poniżej dwunastu postów na miesiąc, a że ten post jest dwunastym w lutym, to skorzystam z ostatniej okazji i go napiszę.


Nie wierzę, że to mówię, ale Tumblr coraz bardziej mnie denerwuje. Przez te półtora roku, przez które mniej lub bardziej, ale jednak dosyć intensywnie z niego korzystałam, pozmieniali się trochę ludzie i pewna część tych nowych jest dla mnie ciężka do zniesienia. Gdyby nie to, że mam tam przyjaciółkę (i część ludzi jednak jest spoko), to bym to chyba rzuciła w pizdu i usunęła konto. Albo przynajmniej przestała tam zaglądać tak na amen, ale to już wiem, że nie potrafię, bo chyba ze dwa razy miałam przerwę, a potem i tak wracałam, bo jak już miałam dalej to konto, to żal nie skorzystać.
Chyba po prostu przyszła pora nauczyć się żyć z tym, że ludzie są różni.

Chociaż myślę, że jest coś, co denerwuje mnie bardziej niż Tumblr (bo tam to zawsze jest jakieś wyjście w postaci wyjścia ze strony albo zwalenia na to, że wszyscy jesteśmy w różnym wieku i z różnych krajów). Denerwuje mnie to, jacy ludzie są dwulicowi. Nawet nie chodzi mi o takich, co to za twoimi plecami cię obgadują, ale nie powiedzą ci tego w twarz, bo tacy są w miarę konsekwentni, przynajmniej ci, których znam, bo działają na zasadzie nie znoszę cię, to nie będę z tobą gadać jak nie muszę, bo po co. Sama taka jestem - jak kogoś nie lubię, to z nim nie rozmawiam, bo nie ma po co sobie psuć nerwów (chyba że muszę coś załatwić albo oni coś chcą). Ale bardzo "bawi" mnie mój kolega, któremu zdarza się mówić, że ta i ta osoba go denerwuje, a potem z nimi na luzie rozmawia. No jak mnie ktoś denerwuje, to sobie szukam innych znajomych, tak jak było z wampirem, a nie takie. Chyba że jego to bawi, nie wiem, nie znam się. Po ludziach się można wszystkiego spodziewać. (Ciekawe, co opowiada o mnie za plecami? Może też tak naprawdę nie chce ze mną gadać? Tylko że jestem mu potrzebna, bo mu pomagam z nauką? Hmm, zastanawiające). Na szczęście za dwa miesiące o tej porze będę już po zakończeniu roku, jeszcze tylko potem matury i nara, jak się będziemy widywać raz na pół roku, to będzie fajnie. Nikt mnie już nie będzie denerwować. Na szczęście mam też jednego kolegę, który nawet jak mnie wnerwia, to w pozytywny sposób i nie mogę być zdenerwowana długo. Nawet się już umówiliśmy, że zaproszę go na kawę po maturach - to głównie dlatego, że dostałam kupony do Starbucksa na dwie kawy za 20 zł i muszę kogoś zabrać, ale jak już jest okazja i mam kogo zaprosić, to czemu nie?


Dobra, pora iść spać. Jutro mam jakiś konkurs z wosu i test z matmy (na jedno i drugie niedużo się uczyłam, ale ciii) i chcę mieć trochę energii.

niedziela, 26 lutego 2017

Człowiek paradoks

Oglądanie na YT osób mieszkających w twoim regionie i będących kociarzami tak jak ty jednak się opłaca.
Dowiedziałam się z rana, że w Katowicach ma być w najbliższej przyszłości otwarta kocia kawiarnia, czyli taka, gdzie normalnie idziesz sobie na kawę, ale w pomieszczeniu siedzą sobie też koty. Super, nie? Wcześniej najbliższa była w Krakowie, ale nie uśmiechała mi się trwająca nawet-nie-wiem-ile podróż tam (najpierw bus do Kato, potem pociąg do Krakowa i dodreptanie na miejsce, a jak by się ta przesiadka nie zgrała, to Bóg wie ile by mi to zajęło). A tak to będę mogła w półtorej godziny tam dotrzeć - mają już adres, to sprawdziłam.
Jest co prawda jeszcze możliwość dotarcia na miejsce z kolegą, który właśnie robi prawo jazdy, ale jakoś mi się to nie uśmiecha. Mam wrażenie, że kocia kawiarnia to jedno z takich miejsc, które chciałabym odwiedzić sama i z którego doświadczenia chciałabym zostawić dla siebie. Druga wizyta, trzecia, czwarta - ok, ale pierwsze wrażenie chyba powinno być moje. Dlatego się cieszę, że to będzie w Kato, bo będę mogła tam podjechać kiedy tylko będę chciała, wystarczy podejść na przystanek, wsiąść do pierwszego busa na Katowice i nara. A jak będę miała wakacje (zresztą dopiero jakoś wtedy się ta kawiarnia otworzy), to już w ogóle. Zwłaszcza że będę mogła jechać na tygodniu, mam wtedy więcej busów.
O! To jest tak, że w wakacje znowu będę zostawała sama w domu, to się w jeden dzień wybiorę do Katowic, żeby nie marnować czasu. Co prawda mam w najbliższe wakacje plan marnować czas i to na różne sposoby (kogo ja oszukuję, mówiąc, że tą wycieczką na swój sposób tego nie zrobię?), ale jak się ruszę z domu, to przynajmniej nie będzie samotnie, bo w Kato się ciągle coś dzieje na ulicach. Zamówię sobie wtedy jeszcze coś do Empiku i w ogóle będzie cudnie.

Ej, jestem jakaś dziwna. W jednej chwili zauważam, że chcę coś zrobić sama, w myśli dopowiadając sobie, że ze mnie w ogóle ostatnio jest samotnik i wszystko chciałabym robić sama, a w drugiej mówię Pojadę se do ruchliwego miasta, bo tam dużo ludzi i duży ruch jest. Człowiek paradoks, kurde.



Bardzo chciałam napisać przez weekend rozdział na Gorycz Rozkoszy, ale byłam tak zakręcona, że nie dałam rady. Nawet do szkoły nie dałam rady zrobić wszystkiego, co chciałam, a co dopiero mówić o takich rzeczach. Ale mam napisane bądź co bądź sporo (283 słowa na ten moment, planuję trochę ponad 1000, taka średnia), więc do końca przyszłego tygodnia w sam raz powinnam się wyrobić. Wystarczy dopisywać kilka zdań dziennie i poleci. Dam radę.

W ogóle to muszę sobie częściej powtarzać, że dam radę. Dwa miesiące do końca roku szkolnego mi zostały, więc motywacja się przyda. :)

sobota, 25 lutego 2017

Filmowy świat

Wiem, co jeszcze polecałam w środę! Na jakiejś grupie ktoś pytał, czy Granice Bólu są warte oglądania, bo akurat były w magicznym pudełku, to powiedziałam, że według mnie tak, i ponoć przekonałam, więc fajnie.


Wczoraj byłam na rozdaniu nagród z konkursu na zimowe opowiadanie, w którym zajęłam drugie miejsce. Cieszę się z tego podwójnie, bo a) rok temu miałam trzecie miejsce, czyli jest progres, i b) w tym roku były lepsze nagrody - ostatnio dostałam farbki, których jeszcze nawet nie pootwierałam (chociaż przyznaję, że jakość jest), a teraz dostałam książkę i to taką do czytania, dokładniej mówiąc Mansfield Park Jane Austen w tym zajebistym kwiatkowym wydaniu. Zresztą, zobaczcie sami.

Wybaczcie jakość, technologia mnie ostatnio nie lubi.

Ej, w sumie teraz mogę wam pokazać to opowiadanie, bo jak jest po rozdaniu nagród, to mnie nikt nie opieprzy za publikację. Zaraz wracam.
Zapraszam tutaj: http://welcome-here-in-my-world.blogspot.com/p/pojasniao.html

Potem poszliśmy jeszcze do wujka i cioci w odwiedziny. To w sumie było tak, że w czasie rozdania brat z tatą siedzieli już u nich, a ja z mamą odbierałam nagrodę, a potem dołączyłyśmy, i mama też szła posiedzieć, a ja - pogłaskać się z psem. Przedstawiam wam Fila:

Szczerze mówiąc Filo jest jedynym psem, którego darzę sympatią (#kociara). Poza tym stał się sekretnym bohaterem pierwszego rozdziału ŻJP, w którym padają zdania: Kojarzysz może tę babkę, która czekała z psem na dworcu? [...] Wiem, że przesadzam, bo mój towarzysz podróży jest maltańczykiem – mówiłam Ci, że moja ciocia ma podobnego? - ale nigdy nie wiadomo, co się czai pod futerkiem.
Nie wierzę, że dopiero teraz się przyznaję, że właśnie to zdanie jest oparte na faktach, bo Filo faktycznie jest maltańczykiem, ale lepiej późno niż wcale, tak?



Dzisiaj musiałam pojechać do szkoły na dodatkowy angielski. Oglądaliśmy film po angielsku. Pani wybrała nam Forresta Gumpa i w sumie żałuję, że nie wiedziałam wcześniej, bo chyba bym nie pojechała. Nie był aż taki zły, ale jest zdecydowanie przereklamowany, nie należy do tych, które obejrzałabym drugi raz. I tak czuję, że zmarnowałam trochę czasu. Nawet jakbym miała w domu siedzieć na dupie i nie robić kompletnie nic, to chyba wolałabym to.
Po filmie pani mi powiedziała, że widziała Forresta już kilka razy i spytała, czy też mam taki film, który mogę w kółko oglądać. Podałam Złoto dla Zuchwałych i nie wiem, czy się zgrywała, żebym miała pretekst dla opisania fabuły, czy mówiła na serio, ale powiedziała, że tytuł jej nic nie mówi, i to całkiem przekonująco. No to opowiedziałam, o czym jest film i że jest zabawny, mimo że wojenny. Spytała mnie też jeszcze o obsadę i o dziwo nie wymieniłam Karla-Ottona - wymieniłam Clinta Eastwooda, Telly'ego Savalasa i Donalda Sutherlanda, a potem się zacięłam. Na szczęście pani poratowała mnie stwierdzeniem, że doborowa ta obsada i mogłam kontynuować, mówiąc, że dlatego obejrzałam ten film (bo moim pierwszym pretekstem do oglądania był Donald Sutherland). A potem to już w ogóle powiedziałam pani, że muszę iść, i zwiałam.

Wieczorem przegadywałam się z siostrą, bo w magicznym pudełku znowu leciał Dzwonnik z Notre Dame i podczas gdy siostra śmiała się, że zna większość tekstów na pamięć, ja siedziałam i narzekałam, że po przeczytaniu książki to nie to samo. Siostra stwierdziła, że raczej ciężko byłoby pokazać książkę, bo z tego co wie, to książka taka raczej mroczna jest. Bawi mnie to, że wypowiada się, a nie przeczytała książki w całości, a ostatni raz próbowała ponad sześć lat temu (tak długo książka jest w moich łapkach i w tym czasie nie pożyczała, przynajmniej nie ode mnie); niby niedługo będzie też sześć lat od mojego czytania, ale ja przynajmniej skończyłam. I widziałam inne adaptacje w międzyczasie. No ja nie mówię, że mieli dosadniej pokazać, że Frollo próbował zgwałcić Esmeraldę, oswoiłam się też z myślą, że Frollo u Disney'a jest sędzią, a w oryginale księdzem, ale mnie wkurwiają jakieś takie dziwne detale. A najbardziej to mnie jednak denerwuje to, że u Disney'a wszystko jest czarno-białe. Frollo zły, reszta dobra. W książce świat był raczej w odcieniach szarości. Frollo wcale nie był taki zły, tylko jak się zakochał w Esmeraldzie, to mu odbiło. Poza tym Esmeralda to taka trochę dziwka była, po przeczytaniu książki straciłam do niej resztki sympatii.
Aha, jeszcze zapomniałam - przy obiedzie w jakiejś rozmowie z ust siostry padło hasło, że Złoto dla Zuchwałych i Parszywa Dwunastka to w sumie to samo. A wcale nie, bo poza tym, że oba filmy są o grupie nie do końca normalnych amerykańskich żołnierzy przedostających się za linię frontu, opowiadają całkiem inne historie. Nie skomentowałam tego i w sumie dobrze, bo pewnie bym się pokłóciła na śmierć albo rozpłakała, ale potem ukradkiem dogryzałam jej cały dzień. Jutro też będę.


Pora się wylogować - przynajmniej częściowo - i zająć się czymś w miarę poważnym. Dobranoc/miłego dnia!

czwartek, 23 lutego 2017

Parszywa siódemka

350 post na blogu! ❤ Chyba dobiję do 400 przed moimi wakacjami. A do rocznicy to już na pewno.


Przedwczoraj znaleźliśmy z kolegą na jakiejś grupie filmik, gdzie pies reaguje na Sieg Heil uniesieniem łapy. Zaczęliśmy się w komentarzach umawiać, że znajdziemy jakiegoś psa i go nauczymy. Jakiś znajomy kolegi stwierdził, że jego dziewczyna (w sensie tego mojego kolegi) ma psy i może pożyczyć. Co ważne, mój kolega jest singlem, ale wiedziałam, że zarywał kiedyś do jednej koleżanki z klasy, ale coś nie pykło, więc nie omieszkałam mu uświadomić, że chyba wiem, o kim ten jego znajomy myśli.
Wczoraj wywiązała się taka rozmowa:
Ja: Widziałeś jakiegoś psa? Żeby wytresować?
Kolega: No, znalazłby się. A w ogóle, to o kogo chodziło?
J: No, o M. z naszej klasy.
K: Ale to dawno i nieprawda.
J: Ja wiem, ale wiem też, że się z nią umówiłeś, opowiadała kiedyś przed wfem, ale jak coś, to nie wiesz ode mnie.
K: Spoko, ale komu mówiła? Tobie mówiła?
J: No w szatni przed wfem opowiadała, nie mnie ale tam byłam to słyszałam. Mówiła, że gdzieś ją zaprosiłeś, ale potem dała ci kosza.
K: Potwierdzam, tak było. 42 zł na tym straciłem! Ale w sumie się cieszę, że to nie wyszło, bo wiesz, ona to w sumie brzydka jest.
Najpierw go wyśmiałam, bo sam nie grzeszy urodą, ale potem się z nim zgodziłam, bo w sumie to ma rację.

Poza tym wczoraj był dzień polecania filmów. Mam wrażenie, że polecałam coś dwóm osobom, ale pamiętam tylko jedną sytuację. Miałam w szkole koszulkę ze Złota dla Zuchwałych i na tandemie wolontariuszka z Ukrainy odczytywała napis, to przy okazji wyjaśniłam, że to z filmu i powiedziałam, że polecam.


Teraz pora na wyjaśnienie dzisiejszego tytułu notki.
Jeśli śledzicie uważnie tego bloga, to słyszeliście o filmie Parszywa dwunastka. Dzisiaj na wosie, jak pisaliśmy sprawdzian, nauczyciel rozkminiał, ilu nas pisze maturę z wosu. Doliczył się siedmiu i powiedział:
- To teraz trzeba was jakoś nazwać, tę elitę piszącą. Na przykład Parszywa siódemka.
Natychmiast załapałam dowcip i musiałam przesiedzieć dobrą minutę z przygryzioną wargą, żeby się nie rozchichotać na całego. Wybiło mnie to trochę z rytmu, ale przynajmniej miałam z czego śmiać się pod nosem.

Potem mieliśmy niemiecki i kolega denerwował panią, śpiewając zabronioną zwrotkę hymnu Niemiec. A na polskim buntowałam się trochę i pisałam na Snapchacie z moją przyjaciółką. [Muszę tu chyba wprowadzić jej imię, bo mi dziwnie się pisze "przyjaciółka", to słowo nie pasuje do mojego słownika]. Nawet zabawnie się tak siedziało i zlewało lekcję.


Dobra, kończę, bo chyba pora iść spać. Niby jutro zaczynam później lekcje, ale zapowiada się intensywny dzień i nie chcę być trupem.
Dobranoc!

wtorek, 21 lutego 2017

Nic takiego

Jestem debilem, powiedziałam wczoraj, że nie mam o czym pisać, a przecież ja o jednej rzeczy zapomniałam.
Od ferii nie chce mi wyjść z głowy film Parszywa Dwunastka. Jakoś ostatnio ogarnęłam, że tego są w sumie cztery części. Gnana moją miłością do filmów wojennych - w tym do pierwszej części tej serii - odgrzebałam wszystkie cztery filmy w Internecie i już planuję seans. Ale to w wakacje. Albo tuż przed maturą, tak dla relaksu, o.


Ej, ale dzisiaj to już tak typowo nie mam nic do powiedzenia. xD Mistrzyni krótkiej formy po prostu.

Ale właśnie, wrzuciłam dzisiaj rozdział na Życie jest podróżą.
A w czwartek mam sprawdzian z wosu z siedmiu sporych tematów, a jeszcze nic nie umiem. Joł. Pewnie dam radę, jak zwykle. xD


Dobra, idę, może w końcu się wyśpię.

poniedziałek, 20 lutego 2017

#memtygodnia

Dzisiaj w szkole było całkiem zabawnie.
Najpierw zaszpanowałam na historii, bo trochę poza tematem, ale pan nas zapytał, czy wiemy, kto zmarł na Wyspie Świętej Heleny. Nawet nie skończył dobrze pytania, a ja od razu wypaliłam, że Napoleon Bonaparte. Oczywiście wypaliłam dobrze, i to jest zabawne, bo nawet się nie zawahałam. xD Ach, ta miłość do Napoleona z podstawówki...
Potem na polskim rozszerzonym, na którym przerabiamy opowiadania Borowskiego (tematyka obozowa, jeśli ktoś nie kojarzy), padło hasło o eksperymentach i ktoś coś wspomniał o książce Byłem asystentem doktora Mengele ("no, bo była taka książka... czytałem raz..."). Nie odezwałam się głośno, fuknęłam tylko po cichu i pomyślałam sobie Phi, co wy wiecie o Mengele. Nie żebym czuła się przez to jakaś lepsza od innych czy coś, ale uświadamiam sobie coraz bardziej, jak dużo wiem o Trzeciej Rzeszy. Co prawda większość z tego to rzeczy zupełnie nieprzydatne do życia - bo w sumie co mi to da, że wiem, że Goebbels miał 165 cm wzrostu, Göring był morfinistą, a Mengele miał operację, żeby nie mieć wysokiego czoła - ale przynajmniej wiem.


No i to tyle no. Zawsze mnie to irytuje, jak myślę, że napiszę se długą notkę, a potem się okazuje, że tak w sumie to nic się nie działo.
Ale za to mogę wstawić mema.


Opłacało się dziś wchodzić na Kwejka. xD [#memtygodnia]

Ale teraz to już naprawdę wszystko ode mnie.
Dobranoc!

PS. Mam poprawiony nagłówek na Podróż, jest ekstra! ❤

niedziela, 19 lutego 2017

Oglądanie

Nie było mnie tu od wtorku, wow. Tak to jest, jak się nie ma wolnego czasu albo się go przepieprza na głupoty. xD


Jak to jest, że "nieznajomi" zawsze znajdują we mnie coś ładnego, w sensie coś, co im się podoba (chociaż mi niekoniecznie)? Te półtora roku temu, jak poznawałam Tumblra i w jakiejś konferencji na Skype wrzuciłam swoje zdjęcie, to mi powiedzieli, że mam fajne brwi, a dla mnie są kompleksem. W tym tygodniu z kolei dodałyśmy się z moją przyjaciółką z Tumblra na Snapchacie i po tym, jak mnie zobaczyła (bo wcześniej nie wiedziała, jak wyglądam), stwierdziła, że mam ładne usta. Dla mnie nie są złe, ale takich słów się nie spodziewałam. Ciekawe.


Dzisiaj zrobiłam coś po raz pierwszy w życiu. Zaczęło się od tego, że zamówiłam nowy szablon na Podróż do III Rzeszy i dzisiaj dostałam nagłówek. No i pierwszy raz w życiu napisałam, że coś mi w nim nie pasuje. Szabloniarka nie dodała jednego zdjęcia, bo powiedziała, że nie potrafiła go wkomponować, to odpisałam, ze mi na nim zależy, a jeżeli nie pasuje, to mogę podać inne. Trochę mi z tym głupio, ale nie odpisała mi nic o nieszanowaniu pracy czy coś (obiecała nawet, że poprawi), więc chyba przynajmniej zrobiłam to w miły sposób.



Wczoraj z kolei zaczęłam oglądać Nieprzygotowanych na YouTube. Widziałam pierwszy odcinek zaraz po premierze, ale jakoś mi się nie spodobało. Wróciłam do tego w sobotę, po tym, jak się w piątek w szkole koledzy dowiedzieli, że nie oglądam, i jeden mi wysłał linka i kazał oglądać. No to obejrzałam, przede wszystkim po to, by uniknąć łaskotek (kolega odkrył, że mam łaskotki na łokciu i groziłyby mi one, gdybym nie obejrzała), ale i bez tego mnie wciągnęło. Jedyna rzecz mnie denerwuje, mianowicie taka, że jeden z bohaterów przypomina mi z wyglądu Udo Kiera, niemieckiego aktora, który grał w chyba dwóch filmach z Karlem-Ottonem. Widziałam z tych filmów jeden i był dziwny, i miałam dziwne skojarzenia. Ale to mogę przeboleć.
A dziś wróciłam do oglądania Sabriny. Wróciłam tak, że obejrzałam cztery odcinki. xD Mogłam lepiej zagospodarować ten czas, ale przynajmniej zrobiłam dodatkowe testy z angielskiego, za których nieprzyniesienie jutro nauczycielka by mnie zabiła. I tak zrobiłam po łebkach, ale ciii.


Dobra, lecę, bo zaraz trzeba iść spać, a jeszcze muszę powtórzyć historię na wszelki wypadek.
Miłego tygodnia!


PS. Mam napisane sporo rozdziału na ŻJP, może będzie niespodzianka na koniec lutego. A potem trza się brać za Gorycz Rozkoszy, bo teraz tamtego bloga zaniedbałam dla odmiany.
PS2. Może w tym tygodniu poznam terminy matur ustnych. Oby były normalne.

wtorek, 14 lutego 2017

Historie walęwtynkowe

No i minął kolejny rok! Anders Breivik skończył wczoraj 38 lat, a dzisiaj mijają 23 lata od wykonania wyroku śmierci na Andrieju Czikatile. 
Ale ten czas leci. Ciągle jeszcze pamiętam, jak się jarałam na równą, bo 20. rocznicę śmierci Czikatiły albo jak zaznaczałam w pamiętniku, że Breivik skończył 34 lata. Dzisiaj najpierw sobie pomyślałam, że już jest trochę stary (38 to już prawie jak 40 w końcu), ale potem stwierdziłam, że i ja nie mam już 14-15 lat, tylko prawie 19.


Pamiętacie, jak w wakacje 2015 (na początku istnienia tego bloga) opowiadałam o wskaźniku MBTI? Ostatnio zrobiłam ten test jeszcze raz i okazało się, że jednak nie jestem typem INTJ, tylko INTP. Tak się zastanawiam - to kwestia tego, że człowiek może się zmienić przez półtora roku, czy tego, że za pierwszym razem robiłam test po angielsku i mogłam nie zrozumieć paru pytań? Dodam tylko, że INTP to (na ten moment) pewny wynik, bo po tym, jak wyszło mi coś innego niż wcześniej, zrobiłam test kilka razy, w tym w odstępie paru dni/tygodni. Zresztą opis się zgadza.
Szczerze mówiąc to nawet nie narzekam. Jestem w stanie porzucić to, że wśród ludzi z INTJ są Breivik, Mengele czy Heydrich, bo przy INTP też nie jest najgorzej - czytaj: o taki typ jest podejrzewany Albert Speer.

Przypomina mi to o tym, że jakoś w sobotę udostępniłam post na Tumblrze, żeby mi ludzie pisali, z kim mnie shippują - z postaci historycznych, literackich, cokolwiek. (Tak, takie rzeczy też tam krążą). Odezwała się jedna dziewczyna i napisała mi, że shippuje mnie z nikim innym, jak z Albertem Speerem. Przypadek? Nie sądzę! :)
Aż chyba napiszę z tego fanfiction. Ale to w wakacje.
Ej, tak teraz skojarzyłam: Speer był architektem, a ja mam trzech architektów w rodzinie. W sumie to nawet czterech. Czy ja się kiedykolwiek uwolnię?!


Dzisiaj w szkole było fajnie. Na polskim było śmiesznie, bo pisaliśmy sprawdzian i pani miała nam wyświetlić fragment lektury na tablicy multimedialnej, ale najpierw nie umiała podpiąć laptopa, potem nie umiała powiększyć odpowiednio tekstu, a potem laptop się zaczął rozładowywać, a pani nie miała ładowarki. Serio, zabawnie było.
A potem uciekaliśmy z kolegą przed wampirem, żeby z nami nie gadała. Hehe.


W domu dostałam walentynkowe Merci od taty. Specjalnie udekorowane. O, proszę.

Nie mogę narzekać na brak prezentów walentynkowych, tata zawsze mi coś kupuje. Miło.



A teraz, na sam koniec pokażę wam obrazek, po którym zaczniecie myśleć, że macie dość Internetu na dziś. Ja tak pomyślałam, a nie było czternastej, jak znalazłam ten obrazek.
Drodzy państwo, przedstawiam państwu Katarzynę Goebbels.

Nie mam pojęcia, kto jest autorem, ale podziwiam za inwencję twórczą, mnie to przez dwa lata nie przyszło do głowy. Jestem raczej specem od pisania fanfiction i innych dziwnych rzeczy niż robienia obrazków.
Nie no, to się już nie odzobaczy. xD


Mówiąc krótko - dobranoc! ;)

piątek, 10 lutego 2017

Przypadek?

No hej!


Oglądałam sobie wczoraj Milionerów, program, który wrócił do TVN-u po jakimś czasie. Aż mi się łezka w oku zakręciła. Kiedyś uwielbiałam to oglądać i powiem wam, że... dalej uwielbiam. :)

Poza tym naprawiłam sobie komputer, który od jakiegoś czasu się zacinał, i nie chciał się dobrze wyłączać (kiedy włączało się go na następny dzień, wyskakiwało powiadomienie o ponownym uruchamianiu, a nie powinno, bo wyłączałam całkiem normalnie). Okazało się, że wystarczyło usunąć pliki z kosza, których - jak się okazało - było 44,4 gigabajta. Ja wiem, że ja tego kosza nie czyściłam, odkąd dostałam komputer, a dostałam go niecałe trzy lata temu (na zakończenie gimnazjum), ale nie sądziłam, że aż tyle się tego uzbiera.






Dzisiaj w szkole było całkiem spoko. Na długiej przerwie śpiewałam sobie Pompeii Bastille, które ktoś puścił ze szkolnego... radia (chciałam powiedzieć radiowęzła, ale trudno nazwać radiowęzłem ustawioną w jednej z klas wieżę audio podłączoną do dwóch głośników na korytarzu). Podjarałam się tym, że puścili tę piosenkę, bo wcześniej przeleciały chyba trzy pod rząd takie, które znał kolega, ale których nie znałam ja, a przy tej było odwrotnie. Hehe.
Poza tym uciekłam z dodatkowego angielskiego, bo się gorzej poczułam. W sensie głowa mnie trochę rozbolała i brzuch, bo znowu jestem przeziębiona i jeszcze mam parodię okresu (parodię, bo wszystkie objawy - psychiczne i fizyczne - na niego wskazują, ale krwawienie jakieś takie mało obfite), to zadzwoniłam do mamy i kazała mi wrócić wcześniej do domu. Poszłam się zwolnić u pani i poleciałam na przystanek, po drodze wskakując do Netto i robiąc zapasy słodyczy na dwa dni. I tak teraz sobie siedzę i wpieprzam kruche ciastka w czekoladzie, te takie malutkie okrągłe, chociaż nie powinnam, bo a) późno, b) myłam zęby oraz c) i tak już jestem gruba. Kij z tym, dobrze się z tym czuję.
Swoją drogą, przeglądałam dzisiaj po południu książkę kucharską dla dzieci (Cecylka Knedelek, może ktoś kojarzy), i przeczytałam hasło, że jak już się jest grubiutkim, to nie powinno się przejmować stawaniem na wagę, bo to stresujące i dla nas, i dla niej. Będę się do tego stosowała. xD
Po powrocie do domu miałam trochę wyrzuty sumienia, że nie poszłam na ten angielski, ale napisałam do mojej przyjaciółki z Tumblra, która kazała mi się ogarnąć, bo przeszłości nie zmienię, a zdrowie ważne jest. To się ogarnęłam.


Ciekawostka - dzisiaj mijają trzy lata od dnia, w którym byłam na wycieczce w Oświęcimiu. Pamiętny dzień, eh...
W ogóle, na Tumblrze udostępniłam posta, żeby mi ludzie anonimowo pisali fakty, które myślą, że są o mnie prawdziwe. Dostałam dwa stwierdzenia, że pewnie chciałabym przeżyć chociaż jeden dzień w nazistowskich Niemczech (co jest prawdą), i jedna osoba się podpisała duch Josepha Mengele.
Przypadek?
Nie sądzę!
Nawet poprawiło mi to humor. :)


I z tym dobrym humorem idę spać, bo jeszcze godzinę temu padałam na ryj i się mnie jeszcze tata spyta, co tak długo siedzę. I co mu powiem? Że są lepsze rzeczy niż spanie?
A tak na serio to faktycznie mi się chce spać. Więc kitram moje ciastka i pędzę do łóżka.


PS. Post o takim tytule jak dziś był już na blogu, ale w październiku 2015, zresztą i tak nikt go nie skomentował, więc chyba mogę skorzystać jeszcze raz? :)

wtorek, 7 lutego 2017

Cudze szczęście

Opowiastka sprzed dwóch dni:
Mam na Facebooku polubioną stronę fanów musicalu Notre Dame de Paris, i przedwczoraj (czyli piątego) był organizowany dzień z jedną z aktorek (czyli cały dzień wstawiali jej piosenki itp.). Patrzę na posty na Facebooku, potem na datę, jeszcze raz na posty, jeszcze raz na datę, odsuwam się, myślę Chwila, łączę fakty, a na koniec mówię No tak, bo ona ma dzisiaj urodziny.
A przed chwilą dowiedziałam się, że dwie osoby z obsady, o których zawsze myślałam, że byłyby idealną parą, faktycznie były w związku przez ładnych kilka lat, ale rozstały się kilka miesięcy przed ślubem. Szkoda, byliby fajną parą.
Ale zauważyłam przy okazji, że dorosłam, bo jakby się czternastoletnia-piętnastoletnia ja dowiedziała, że byli parą i się rozeszli, to by krzyczała, płakała i w ogóle wściekała się na cały świat, a teraz tylko przyłożyłam sobie ręką w twarz w wyrazie podziwu dla swojej intuicji i umiejętności jasnowidzenia (bo nie uważam, że to tylko kwestia przypadku), a potem stwierdziłam, że tak bywa i trudno, jeżeli tylko teraz są oboje szczęśliwi, to ja też się mogę tylko cieszyć. Cudze szczęście jednak czasem mnie cieszy, hehe.
Aż nie wierzę w to, co mówię, ale dobra.

Ej, właśnie siedzę i zastanawiam się nad sensem mojego życia. Dziwnie mi z myślą, że faktycznie byli razem.


I z tą myślą pójdę dziś spać, bo na to już pora. Może jutro napiszę coś dłuższego.

sobota, 4 lutego 2017

Pomaganie szczęściu

Chyba za dużo siedzę na Tumblrze, bo od jakiegoś czasu jak piszę tutaj, mam ochotę dodawać na końcu zdań "lol", bo tak często robię w rozmowach tam. Ale do pisania tutaj mi to nie pasuje. ;_; Nieważne, może jednak dam radę to oddzielać.


Jak niektórzy mogą już wiedzieć z fanpage'a na Facebooku, dzisiaj wpadłam na przegenialny pomysł, żeby wysłać kolejny fanowski list. Tym razem będzie do kogoś innego, bo do Dereka Jacobiego, którego "odkryłam" jako aktora już sześć lat temu. Według statystyk internetowych mam spore szanse - nie żebym przy pisaniu do Karla-Ottona ich nie miała, ale nie tracę nadziei. Co prawda jeszcze będę się zastanawiała - zresztą i tak załatwiałabym sprawę w wakacje, żeby nie zajmować sobie czasu przed maturą i żeby mieć co robić w wolne - ale spróbować zawsze mogę. W zeszłym roku spróbowałam, to co, w tym nie spróbuję?
Przez moment sobie pomyślałam, że mogłabym sobie pojechać do Londynu i trochę się pobujać i przy okazji poszukać Dereka, ale w takim celu (w sensie szukania kogoś) wolę pojechać do Berlina - bo mam adres xD Poza tym do Berlina mam łatwiejszy dojazd, niezależnie od tego, czy jechałabym np. ze znajomymi, czy sama (autem wyjdzie taniej niż do Londynu, a takie pociągi jest łatwiej ogarnąć, bo można chyba z tylko jedną przesiadką dojechać). Nie mówię, że nie chciałabym się pobujać po Londynie, ale to raczej bez takiego ciśnienia. Pożyjemy, zobaczymy, jak to będzie.

Swoją drogą, wychodzi na to, że mam bardzo rozbudowane plany na wakacje, bo w sumie bym się bujnęła do Berlina. I jeszcze będę na pocztę latać. xD
A tak na serio, to - znając moje szczęście - pewnie skończy się na tym, że wyląduję na tydzień w Ustroniu. [tu wstawiłabym lol, gdyby to był Tumblr, ale nie jest. Ale i tak wstawiłam w sumie xD] Moja mama w tym roku ma jechać do sanatorium i ma termin na kwiecień, ale to może się przesunąć, to stwierdziliśmy, że jak będzie jechać późny maj-wczesny czerwiec albo w ogóle w lipcu-sierpniu, to zamówimy na tydzień pokój dla mnie i dla taty w jakimś hotelu i posiedzimy sobie kilka dni razem z nią. Może to nie byłoby takie złe wyjście...



Przypomniało mi się, co miałam w któryś dzień napisać. Znowu mi się śniło, że palę papierosy. Nie pamiętam całej sytuacji ze snu, kojarzę tylko, że tym razem bardzo "luźno" chodziłam po ulicy z papierosem i nie przejmowałam się, że ktoś może zobaczyć. Ciekawe, co to znaczy. xD


Dobra, pora kończyć, bo późno, a jeszcze bym poczytała sobie. Albo coś napiszę.
Dobranoc!

piątek, 3 lutego 2017

No to pech

Hejka!

W środę było coś śmiesznego, ale nie umiem sobie przypomnieć co. Więc przejdźmy do czwartku.

Wczoraj szpanowałam na wosie, bo mieliśmy temat o bezpieczeństwie międzynarodowym i o NATO, i wiedziałam, kto jest sekretarzem generalnym NATO, a jest nim Jens Stoltenberg, czyli były premier Norwegii. Ja bym nie wiedziała?
Poza tym od wczoraj bardzo mi jest miło, bo rozmawiałam na Tumblrze z moją - myślę, że mogę to powiedzieć - przyjaciółką i powiedziała, że kiedy radzę sobie z trudnościami (bo o wszystkich jej melduję), to czuje się trochę jak taka dumna mama, a czasem to nawet mnie podziwia. Nawet nie wiecie, jak mnie to uskrzydliło.

A dzisiaj... co było dzisiaj?
Aha. W szkole było to, że na dodatkowych zajęciach z angielskiego pani mnie przepytała z jednego zadania, w którym mi zawsze brakuje czasu na wypowiedzenie się, i dzisiaj udało nam się zmieścić. Yay!
W domu trochę mi morale podupadło, bo czytałam program telewizyjny i jutro w magicznym pudełku lecą pod rząd Bitwa o Ardeny i Parszywa Dwunastka. A ja nie mogę oglądać, bo moja mama ma imprezę urodzinową. Palcie licho to drugie, oglądałam to dwa tygodnie temu, ale od początku wakacji chcę obejrzeć Bitwę o Ardeny w całości tak typowo w telewizji i zawsze coś wypada, bo albo nas nie ma w domu, albo leci w środku tygodnia o 11 jak jestem w szkole. A teraz jeszcze to. No ja pierdzielę.
Poczekam trochę, może w wakacje znowu poleci trzy razy. xD
Za to przed kolacją mi się trochę poprawiło, bo czytałam akurat Igrzyska Śmierci, a potem, jak poszłam do kuchni na jedzenie, mój tata powiedział (nawiązując do filmu Pasażerowie):
- A więc to Katniss była w tym filmie? To miał [główny bohater] szczęście, że go nie ustrzeliła z łuku.
Śmiechłam nawet. :)


Idę już, bo nie dość, że w sumie nie mam co opowiadać (jakoś nie mam żadnych anegdotek ostatnio), to jeszcze się późno zrobiło.