niedziela, 30 kwietnia 2017

Narcissistic Cannibal

Masakrycznie nie chce mi się pisać tego posta, ale chciałabym, żeby magiczna liczba dziesięciu postów w miesiącu została przekroczona, więc napiszę coś krótkiego.


Parodniowe olewanie wszystkich i wszystkiego włącznie z nauką zaowocowało tym:


Filmik z Bitwy o Ardeny, z pułkownikiem Hesslerem dokładniej rzecz ujmując. I nawet Karl-Otto dostał kilka sekund. Bardzo opornie mi szło, ale dzisiaj dostałam jakiegoś takiego uderzenia i skończyłam. Ahh, mało kiedy jestem tak zadowolona z własnej pracy jak teraz.
W końcu będę mogła poświęcać czas na naukę, hehe. Ale serio, w końcu nie będę o tym myślała, że mogę coś tam jeszcze posklejać, tylko będę siedziała i powtarzała i to tak typowo.




Do trzeciego maja jest zbiórka pieniędzy na otwarcie kociej kawiarni w Katowicach. A zebrali dopiero 56%, hehe. Nie mówię, że inicjatywa jest zła, ale mam jakąś dziwną satysfakcję z perspektywy cudzej porażki. No i nie będę czuła się zobowiązana gdziekolwiek jechać, bo najbliższa taka kawiarnia jest w Krakowie, czyli cały dzień w plecy w razie wyjazdu, a ja i tak mam dużo rzeczy do roboty. Jeszcze tego by mi brakowało. Jakby znajomi nalegali, to jakaś wymówka na pewno się znajdzie. Pojadę w razie czego do siostry - trochę chamsko wobec wszystkich, ale przynajmniej powód ważny.



Mam dylemat, bo jest jedna rzecz w Empiku, którą chciałabym sobie zamówić i akurat jest promocja. Zamówiłabym do salonu z płatnością przy odbiorze, ale chyba nie będę miała kiedy jechać. Zamówiłabym do paczkomatu, ale nie mam jeszcze konta, a inaczej niż przez Internet nie mogłabym zapłacić. Zanim będę miała czas/konto, promocja pewnie się skończy. Ech, ciężkie życie. Ale i tak nastawiałam się na tą wyższą cenę, w razie czego przeboleję.



A teraz kończę, bo padam na ryj, zresztą i tak mi się trochę tematy skończyły.
Dobranoc! :D

sobota, 29 kwietnia 2017

Nadszedł czas pożegnań

Dzisiaj będzie ubogo w zdjęcia, chociaż mogłoby być więcej, ale nie chciało mi się robić wszystkich, przepraszam. Poza tym okazuje się, że kwiecień pobije nowy rekord ubogości w zdjęcia, ale za późno się zorientowałam.


Wczoraj miałam zakończenie roku szkolnego, przy okazji skończyłam szkołę. Szczerze mówiąc sądziłam, że będzie jakoś do przesady nostalgicznie czy coś, ale w sumie wzruszyłam się tylko ze dwa razy, raz jak podeszłam do kolegi z hasłem Nadszedł czas pożegnań i przytuliliśmy się na papa (chociaż planujemy się spotkać w wakacje), drugi jak dawałam wychowawczyni kwiatki. Za tym drugim się popłakałam, ale to nieważne.
Dostałam w szkole sowę. O, taką:



za bycie przykładnym uczniem. Nie spodziewałam się czegoś takiego, szczerze mówiąc. xD
I jeszcze dostałam książkę:



Jak ją przeczytam, to będzie fajnie, bo od kryminałów mnie ostatnio odpycha, zwłaszcza polskich, ale może będzie spoko.
Poza tym trochę się wzbogaciłam, bo dostałam pieniądze z jakiegoś szkolnego stypendium i jeszcze przyszła druga rata za stypendium Prezesa Rady Ministrów. Będzie co wydawać na dziwne rzeczy z eBay'a i Amazona, hyhy.

No i jeszcze mam nową piosenkę do słuchania, bo była na akademii i mi się spodobała.


Najbardziej podoba mi się cytat:

Miałam myśli spokojne,
Lecz ktoś wywołał w nich wojnę.
Co mam zrobić teraz, jak żyć?
Jak teraz żyć?


O, właśnie, przypomniało mi się, że miałam na koniec roku zrobić sobie nową wersję tej listy napisanej na bazie Ali Makoty, którą wstawiałam na początku września czy tam końcu sierpnia. Ale to już chyba po maturach.



Okazuje się, że te wakacje będą jeszcze bardziej zarobione niż mi się wydawało. Najprawdopodobniej pojadę jeszcze ze dwa razy do szkoły w odwiedziny, a poza tym siostra zaproponowała mi, żebym przyjechała do niej na kilka dni. Nie żebym narzekała, ale jak w okresie do końca czerwca będę miała chociaż jeden luźny dzień do poświęcenia na oglądanie filmów bez przerwy, to będzie fajnie.

wtorek, 25 kwietnia 2017

Międzywitrynowa kariera

Wiecie, co robi wasza kochana Johanna, jak powinna się uczyć, ale jej się nie chce, ale postanawia nie marnować czasu?
O takie rzeczy:



Specjalnie, żeby to wrzucić, założyłam nowy kanał. Możecie też dać suba. :P
Nie mam pojęcia, co zrobię, jak mi się skończy próbna wersja programu do montażu, bo jest tylko na 30 dni, a ja więcej czasu będę miała w wakacje dopiero. Jeżeli nagrywałabym tylko vlogi/recenzje (bo też będę), to wystarczyłby mi Windows Movie Maker, ale do takich rzeczy to średnio. Ściągnęłabym jakąś lewą wersję z netu, ale średnio umiem, zresztą mam awersję do załatwiania lewych wersji, bo to czasem zamula komputer; kupiłabym, ale nie chcę wydawać 250 złotych na coś, czego będę używała raz na miesiąc. Średnio mi się to kalkuluje. Ale jeżeli mam mieć jakiś kanał, to chyba będzie trzeba zainwestować. O, wiem! Będę nagrywać recenzje i filmy o książkach, to może mi wydawnictwa będą wysyłać jakieś ciekawe książki za darmo i mi się zwróci. Poza tym przynajmniej przeznaczę te pieniądze na coś kreatywnego, a nie na przykład na trzy książki 65 złotych każda jak kiedyś... O, i jeszcze jak będę miała konto w banku, to wyłożę część pieniędzy na konto oszczędnościowe, to za parę lat mi się zwróci.
O kurde! Wiem! Zostało mi trochę pieniędzy z osiemnastki (większość poszła na nowy telefon w zeszłym roku) i nie miałam pojęcia, co z nimi zrobić. Zainwestuję je w ten program! I nawet mi jeszcze trochę zostanie... Najpierw pomyślałam też o hajsie ze stypendium Prezesa Rady Ministrów, bo tego to już w ogóle nie mam gdzie włożyć, ale to przeznaczę na coś innego.
Miałam przez chwilę pomysł, żeby zarabiać na YT, ale i tak na części filmików nie będę mogła zarabiać przez prawa autorskie do piosenek, a jak mam się przed każdym zastanawiać, czy będę miała z tego mońce, to już wolę nie mieć wcale. Poza tym nie będę się wtedy czuła zobowiązana do tworzenia i będę robić rzeczy, żeby były ciekawe i ładne, a nie dla hajsu, a jak mi się wena skończy, to oleję YouTube'a, a nie że będę robić na siłę, byle zarabiać.



Byłam dziś w szkole na jedną lekcję i smutno się zrobiło, bo miałam ostatni w mojej karierze wos. Nauczyciel mi życzył powodzenia na maturze, stwierdzając przy tym, że będzie dobrze, bo ja zdolna jestem. Z jednej strony mam trochę dość, ale z drugiej tęskno będzie, jak już się szkoła skończy.



Wychodzi na to, że wakacje będę miała zarobione i to aż za bardzo. A miało być tak pięknie... Nie no, może przynajmniej nie będę marnować czasu. xD Wiecie, w sumie jak nie miałam nic do roboty poza pisaniem opowiadań, oglądaniem filmów i czytaniem, to tak naprawdę częściej tego nie robiłam niż robiłam, bo o ile oglądanie filmu (ewentualnie serialu albo Projektu Lady) nie wymaga za dużo wysiłku, to dwie pozostałe rzeczy już tak, i zdarzało mi się to olewać na rzecz szperania w Internecie. A jak do tego będę miała nagrywanie/montowanie i naukę języków (hebrajski, który w końcu muszę ogarnąć, i włoski, za który - znając mnie - wezmę się i to niedługo), to zawsze będę mogła to szperanie na coś zamienić. Wiecie, może dam radę zamiast ślęczeć przed kompem sięgnąć po samouczek i się czegoś nauczyć.
Wygląda na to, że nadarza się dobra okazja na ogarnięcie się. Chyba trochę za późno, ale na studiach mi się to przyda.



A teraz się oddalam, muszę się wyspać, bo jutro naprawdę muszę wziąć się do pracy.

piątek, 21 kwietnia 2017

Oszukać system

Już od paru dni się zbieram, żeby tu napisać, ale kurde, ciągle się za późno robi. Ale dziś myślę, że dam radę.

Ostatnio zapomniałam jeszcze wspomnieć, że sobie we Wrocławiu kupiłam magnes, o taki:


Kupiłam go sobie, bo stwierdziłam, że w sumie nie mam żadnych pamiątek z Wrocławia (poza toną zdjęć, które zaginęły w czeluściach kompa taty, i notesem, który i tak trzymam w szufladzie), to wypada mieć coś i to takiego, co przynajmniej jakiś czas będzie na widoku. Ten jakoś tak mi się najbardziej spodobał.


We wtorek oglądałam sobie w telewizji film Tylko dla orłów, z Clintem Eastwoodem i Richardem Burtonem w rolach głównych. Żadnego z nich nie cenię sobie jakoś specjalnie, filmu też nie miałam w planach, ale mnie nosiło, żeby obejrzeć w TV coś wojennego, a Tylko dla orłów to była jedyna rzecz, jaka leciała przez wolne. W sumie to nawet cieszę się, że tak było, bo nie żałuję seansu, a tak to bym nie obejrzała.


Wczoraj na historii rozszerzonej oddawaliśmy referaty i pogadałam sobie z nauczycielem o Mengele, bo o nim pisałam jeden referat. Trochę mi szkoda tego, że tak późno zrobiłam coming-out, ale lepiej późno niż wcale, tak? :P

Poza tym oszukałam system i chyba mi wyjdzie średnia ocen powyżej pięciu. Na semestr miałam 4,83 xD A w najgorszym wypadku byłoby 4,76, czyli dalej pasek - ha, wygrałam!


A dzisiaj na matmie między mną a kolegą, który jeszcze miał coś zaliczać, wywiązała się taka rozmowa:
K: A jak zdam, to idziemy pić, wiesz o tym?
J: Ale dlaczego?
K: Co, wolisz jeść?
J: No...
No bo ja nie jestem typem człowieka, który idzie pić, bo się szkoła udała. Niby lepiej mieć taki powód niż pić bez powodu, ale że ja nie mam w sumie co świętować, bo rok jak co rok, no to w sumie słabo. Aha, i jeszcze ponoć po szkole kolega ma zorganizować grilla z okazji końca szkoły i ja niby też będę zaproszona. Nie dość, że nie wiem, z jakiej racji, to jeszcze nie miałabym z kim gadać.
Jakaś wymówka, żeby nie iść, zawsze się znajdzie. xD Właściwie to już od jakiegoś czasu chciałam sobie zrobić dokładną rozpiskę zajęć na wakacje, a nuż mi wypadnie wyjazd do Kato, nauka języków (co z tego, że wakacje), czekanie na kuriera (kij z tym, że kurier chodzi rano) albo obcowanie z kulturą wyższą (czyli czytanie albo oglądanie filmów, no ale ej, jak mam wybrać życie albo Karla-Ottona, to i tak wybieram Karla-Ottona, każdym kosztem. ewentualnie może być też Robert Shaw, Telly Savalas albo Charles Bronson, możliwości jest wiele, wtedy zresztą mogłabym ich spotkać, joł!).
No dobra, obcowanie z kulturą wyższą akurat można przełożyć, ale jak mi akurat wypadnie, że muszę jechać do Kato albo jak będę miała zaplanowaną jakąś wycieczkę po okolicy, to planów nie zmienię. A nie sądzę, żeby cała impreza miała być przekładana tylko dla mnie. No ej, tyle w wakacji w życiu przeżyłam spotykając się może raz z koleżanką z gimbazjum, a teraz mam nagle wychodzić do ludzi? No jeszcze mnie nie pomyliło. Wakacje w domu są wygodne. Wyjść to ja sobie mogę na pieprzoną pocztę, a nie takie. Właśnie, zapomniałam jeszcze o okazjach na zostanie samemu w domu i o wyjazdach z rodzicami. A nuż mi taki wypadnie, hehe.
Czuję się zabezpieczona.


Dobra, idę, bo chciałam jeszcze może coś napisać do referatu z polskiego (polonistki uparcie chcą dać mi 6 na koniec, a mnie 5 wystarczy, wrrr), a potem trzeba spać.

sobota, 15 kwietnia 2017

Powroty

Rozpisałabym się trochę na temat Wrocławia, ale nie napisałam sobie niczego w środę, to tylko wrzucę zdjęcia i ewentualnie skomentuję.

Tutaj dwa widoczki z rynku. Trochę się tam wzruszyłam, bo spora część mojej pierwszej poważnej opowieści (o której nagadałam się w zeszłym roku) rozbijała się o Wrocław i nawet przed ratuszem miała być jedna scena, ale w końcu jej nie napisałam. W sensie tej sceny, bo z opowieści całkiem sporo powstało, nawet mam plan z tego czerpać, bo to jest kopalnia niewykorzystanych, ale całkiem zajebistych pomysłów.
Rozwaliłam system, jak zaczęłam chodzić dookoła rynku i nie mogłam namierzyć ratusza, bo się okazało, że jest całkiem z innej strony, niż zaczęłam szukać. A na koniec sobie na dodatek przeszłam przez środek tych kamienic w centrum rynku, przez co w ogóle go pominęła. Ale na szczęście nie poddałam się, bo stwierdziłam, że przecież to musi być właśnie tutaj, i znalazłam.

Wizyta we Wrocławiu nie obyłaby się bez krasnali:



Poza tym znalazłam na rynku pierogarnię z sieci Stary Młyn - widzieliśmy już dwie takie, w Toruniu i Bydgoszczy, i wszystkim się wkręciło, że to w sumie taka północna sieciówka, a tu proszę, we Wrocławiu też są takie cuda.

Czułam się dziwnie, robiąc zdjęcie, bo jakiś typ siedział przy oknie i się rozglądał, ale w końcu się udało.

Potem co... potem spacerowaliśmy po Wrocławiu, a na koniec byliśmy w Hydropolis.
O, tu jakieś zdjęcia ze spaceru:


KOCHAM ten most z kłódkami. 
Mam więcej zdjęć, ale jakoś nie ma co już opowiadać. Powiem wam tylko, że przez ten wyjazd jakaś taka spokojniejsza się zrobiłam. Wiadomo, że najnowsze sprawy jeszcze trochę nie dadzą mi spokoju, ale jakoś tak... pogodziłam się z przeszłością? Myślę, że mogę tak powiedzieć.


Co innego się działo ostatnio...
Miałam jeszcze jakoś w zeszłym tygodniu próbną maturę ustną z polskiego i okazało się, że przeczytanie w wakacje Ali Makoty się przydało, bo mogłam przytoczyć i jeszcze zarzucić przykładami, hehe.


Dzisiaj z kolei doznałam olśnienia i stwierdziłam, że znajomość języków nie jest mi potrzebna. Nie mówię, że nie wcale, ale miałam ostatnio taką fazę, że chciałam uczyć się chyba z sześciu języków, ale mi przeszło i większość wyjebałam z moich planów. Zostaję tylko przy kontynuacji angielskiego (to oczywiste), przy hebrajskim, bo już mam te samouczki, i przy włoskim. Właściwie to nie wiem, czemu akurat włoski, ale w sumie do Włoszech zawsze mnie ciągnęło, a język bardzo mi się podoba i w sumie chciałabym go umieć.
Nie wiem tylko, co zrobić z faktem, że mam w domu rozmówki francuskie i hiszpańskie. W sumie nie chce mi się ich ogarniać, bo mnie do tych języków aż tak nie ciągnie (na pewno nie tak bardzo, jak jeszcze trzy lata temu, i nie tak bardzo, jak do włoskiego czy nawet tego nieszczęsnego hebrajskiego), ale kto wie, gdzie mnie wywieje za parę lat, może akurat by mi się przydały. Z jednej strony bym chciała sprzedać, zawsze to jakieś dodatkowe dychu do kieszeni, ale z drugiej strony nie chcę żałować, że się pozbyłam. Chyba lepiej mieć i nie skorzystać niż nie mieć w potrzebie. Nie?


Jutro mnie coś będzie brało, bo o dwunastej w magicznym pudełku leci Wielka Ucieczka i w sumie bym obejrzała jeszcze raz, ale w świątecznym zamieszaniu nie bardzo będę mogła. Cóż, zostają wakacje.


A teraz lecę, bo idziemy na ceremonie wielkosobotnie. Wesołych świąt! :)

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Love is the drug for me

Znowu dziś mnie szlag trafił. Kolega dzisiaj podszedł do mnie i zaczął mnie dźgać w ramiona, a jak mu powiedziałam, że nie chcę, to mi powiedział z wyrzutem, że jestem jedyną osobą, której się to nie podoba i że to jest dziwne czy coś tam. A potem wyglądał, jakby miał się obrazić, jak się okazało, że nie zna całej prawdy o moich problemach sercowych. Może będzie to wyglądać dziwnie na blogu osoby, która donosi ludziom o niemalże wszystkim, ale jednak uważam, że trochę prywatności nigdy nie zaszkodzi. Zarówno takiej fizycznej, jak i uczuciowej. Jeden - moje ciało jest moje i mogę chcieć zachować jakąś swoją prywatną sferę, w którą nikt nie może ingerować, nawet poprzez dźganie palcem w ramię; dwa - miłość/zauroczenie to jest dla mnie bardzo delikatna sprawa i może nawet to, co niektórzy wiedzą o moim przypadku, to już za dużo, a jakby wiedzieli wszystko, to chyba musiałabym ich zabić. Na szczęście nie wiedzą.
Przykre jest to, że inni ludzie średnio to wszystko szanują. Ale chyba jakoś przeżyję ten miesiąc.


Miałabym przez to wszystko w ciul zły humor, ale na ratunek przyszły mi gify z Robertem Shaw'em, bo mam chyba trzy na telefonie. (Nie wspominając o jego zdjęciu, które ustawiłam jako tapetę już jakiś czas temu, dziś tylko wymieniłam na inne). To jest jak narkotyk, raz zerknę i od razu mam uśmiech na ryju.


No miłość, miłość! ❤
Szkoda, że gify są w netach w sumie tylko ze Szczęk (czyli tak naprawdę pierwszego filmu z nim, który widziałam, ale to było z 10 lat temu), ale też lubię.


Jutro jedziemy na wycieczkę do Wrocławia. Pewnie się wzruszę, bo mój pierwszy wyjazd do Wrocławia jakieś 8 lat temu to jedno z moich pierwszych poważnych wspomnień i na dobrą sprawę jedno z najbardziej wpływowych. Tak czy inaczej, cieszę się, że tam wracam i to właśnie teraz.
Dodatkowo jutro ubieram moją koszulkę z Nie mam czasu, jadę czołgiem. Będę nią masakrować ludzi. Zwłaszcza jak będą mnie zaczepiać, a ja będę akurat czytać albo wpatrywać się w gify. I ogólnie mam nadzieję, że to doda mi sił.

Wdech, wydech i jedziemy.

piątek, 7 kwietnia 2017

c r u s h

Coraz bardziej się cieszę, że moim nowym idolem coraz bardziej staje się Robert Shaw. (Idol to złe słowo, bardziej pasuje c r u s h, ale o tym na razie ciiiichoo). A to dlatego, że on nie żyje od iluś lat* i nie przyjdzie mi do głowy wysyłać listu i potem siedzieć i się zastanawiać, kiedy dostanę odpowiedź. Wiecie, to jest tak, że nie będę siedzieć i się zastanawiać Gdzie jest ta odpowiedź? Co ja zrobiłam źle?** tylko bardziej Jeszcze troszkę i zamówię sobie do Empiku jego biografię!
Właśnie od jego biografii zacznę wakacyjne cyrki związane z zamawianiem książek. Generalnie zacznę od Empiku, potem z Amazonem będzie problem, bo ja tak naprawdę nie wiem, czy chcę mieć konto w banku (przynajmniej nie na razie, bo potem się przyda, ale nie chcę mieć miliona spraw na głowie w okresie maj-lipiec), a też nie chcę się zwalać komuś na głowę z zamawianiem. A trochę tego zamawiania mam, palcie licho ten Empik, bo jak można płacić przy odbiorze, to sobie zamawiam do Empiku w Katowicach i nara, ale na Amazonie czekają na mnie przynajmniej trzy książki, które będzie trzeba zamówić do domu, bo opłata i tak jest przez neta. Wolałabym zamawiać je sama, bo jakoś bardziej ufam sobie samej przy zamawianiu różnych rzeczy, ale to jeszcze zobaczymy. Może to dlatego, że Amazon ma dziwny layout strony i jak znajdę gdzieś indziej, to poczuję się bezpieczniej? Na takim eBayu na przykład? Hmm, trzeba to przemyśleć. I zrobić dobry research.
Dobra, zrobiłam ten research i jedna książka jest ładnie na eBayu, ale resztę będzie trzeba przez Amazon. Ech. Ciężkie życie, naprawdę.
[*krzyczy*: mamooo, kiedy będę mieć konto w banku?]


*Było mi przez moment głupio, ale się skonsultowałam i moi znajomi twierdzą, że to nie takie złe.
**Tak, nawiązuję do mojej porażki z zeszłego roku, ale moich uczuć do Karla-Ottona to nie zmieniło. Jak dzisiaj znalazłam fragment wywiadu z Robertem na temat Bitwy o Ardeny i był fragment nagrania z tworzenia filmu, w którym pojawił się Karl-Otto, to od razu mi ciśnienie podskoczyło.



Poza tym znowu miałam sen z serii dziwnych. Śniło mi się, że gdzieś szłam i jakaś nieznana mi kobieta zaproponowała mi podwiezienie. Wsiadłam do jej samochodu, w którym było ciemno, ale kiedy zapytałam o zapalenie światła, to odmówiła. Potem jechałyśmy autostradą i spośród ciemnych chmur, jakie się zebrały, przebił się jeden strumień światła, który oświetlił budynek wyglądający jak szpital w moim mieście.
Uwaga, czas na interpretację.

Autostop. Samotne chwile i brak czyjegoś wsparcia. Autostop we śnie może także oznaczać, że potrzebujesz więcej niezależności, chcesz postępować po swojemu, inaczej od innych. Kiedy ktoś Cię zabiera: potrzebujesz miłości i prawdziwych przyjaciół
Nieznajomy. Widzieć: poznasz ciekawych ludzi, którzy znacząco wpłyną na twoje dalsze życie.
Autostrada. Jechać autostradą: nie rób niczego zbyt szybko i pochopnie, bo możesz przez to stracić coś ważnego.
Ciemność. Sen o ciemności ukazuje skomplikowana sytuacja duchowa, którą może zmienić tylko osoba trzecia; czujesz się bezbronny i oczekujesz pomocy. Widzieć światło w ciemnościach: nadzieja na lepszy czas.
Światło/jasność. Jeśli śnisz, że widzisz wiązkę światła, zapowiada to dla Ciebie otrzymanie ważnych wiadomości albo powodzenie dla Twoich planów. Jeśli śnisz, że widzisz niezwykłą jasność wokół siebie, jest to znak, że możesz spodziewać się wielkiej radości.
Szpital. Widzieć: poprawa warunków życia.

To z tym autostopem jest takie true. Zwłaszcza to o tej niezależności i postępowaniu po swojemu, bo - jak ostatnio trochę wspominałam - próbuję mieć wyjebane na to, co mi znajomi ze szkoły mówią. Ale potrzebuję nowych znajomych i nawet się udaje ich poszukiwanie.
Ogólnie to rozumiem to tak, że mogę być w trudnej sytuacji, ale niedługo wszystko się poukłada. Ciekawi mnie tylko, co oznaczają to ważne wiadomości i powodzenie planów. I wielka radość. List? Matura? Kupowanie książek??
Cóż, pożyjemy, zobaczymy. Ważne, że ma być dobrze.


Na razie zmykam, bo chciałam napisać trochę do któregoś z opowiadań, a późno się zrobiło.


EDIT z godz. 00:02: OMG, właśnie się dowiedziałam, że szóstego zmarł Don Rickles. W sumie widziałam go tylko w Złocie dla Zuchwałych, ale jakoś tak się przejęłam. Przyznaję, że szczęka mi opadła.
Niby akurat on nie pełnił jakiejś dużej roli w moim życiu, ale świat już nie będzie taki sam.

czwartek, 6 kwietnia 2017

Wakacje będą znów

W sumie to miałam tu napisać już trzy dni temu, ale najpierw nie chciałam, żeby wyszło, że piszę dzień w dzień, a wczoraj, jak się już zebrałam, to zapomniałam, co tak właściwie chciałam napisać. Zostałam wciągnięta do jakiejś konferencji z ludźmi z Tumblra, to dlatego.


Nosi mnie, bo chcę sobie zamówić książkę do Empiku, ale tak w sumie to nie mam kiedy jej odebrać, bo jest znowu po angielsku i nie przyjdzie przed świętami, a po świętach będzie u nas jakiś czas babcia i nawet jak do szkoły bym nie chodziła, to mi głupio trochę bujać się po Kato tylko dlatego, że mi się książki zachciało. Nie chce mi się czekać ponad miesiąc, wrrr.
Poza tym chcę już skończyć szkołę, żeby móc się zająć zakładaniem konta w banku, bo mi rodzice obiecali, że mi pomogą założyć swoje, jak już będę po maturach i nie będę miała zajęcia. I będę wtedy mogła zamawiać dziwne rzeczy przez neta. No dobra, może nie jakoś bardzo dziwne, ale znalazłam na Amazonie kilka książek, które chcę zamówić, i nie chcę ciągnąć hajsu od nikogo, a płatności przy odbiorze raczej ni ma. Ale tutaj też muszę czekać ponad miesiąc. Ech, ciężkie życie...



Słucham piosenek, których słuchałam w ostatnie wakacje, i jakoś tak mi smutno. W sensie nie smutno smutno, tylko mam ochotę na wakacje, żeby te piosenki znowu wakacyjne były czy coś. I żeby był czas na filmy. I książki. I wyjazdy do Katowic. Tęsknię za tym, serio. Ale 17 maja jestem już po maturkach i będę miała parę miesięcy na jeżdżenie. Do 1 lipca mam ważny bilet na karcie ŚKUP, będzie trzeba go wyjeździć. Także tego.



Dobra, pora już iść spać. Póki jest szkoła, muszę się wysypiać. Na szczęście jutro mam na 9:50 i wracam po 14:00. Tak mi się udało, hehe.

niedziela, 2 kwietnia 2017

Zawsze może być dobrze

Zapomniałam jeszcze wczoraj wspomnieć o dwóch rzeczach. Jedna to taka, że w CNK kupiłam sobie magnesy, żeby mieć pamiątkę:


Druga to taka, że kolega mi powiedział, że wampir ponoć chciałby pogadać ze mną od czasu do czasu, żeby miło szkołę skończyć czy coś, i że nie powinnam się bronić, bo ona zawsze znajdzie temat, a potem samo poleci.
Yhym, szkoda, że miała problem z tym, że jej nie umiem odpowiadać na jej wywody, a pewnie teraz nie byłoby inaczej.


Poza tym chce mi się śmiać, bo sobie dzisiaj rano uświadomiłam, że o tych moich problemach sercowych wiedzą już cztery osoby (wampir, kolega i dwie osoby z Tumblra), przy czym a) każdej podałam trochę inną wersję zdarzeń i b) żadna z nich nie zna całej prawdy. Całość wolę zatrzymać dla siebie, żeby mi nie mówili, że upadłam na głowę. Może wtedy w ogóle nie pojawiłby się pomysł, żeby pisać maila, który jest teraz moim utrapieniem (wampir podsunął mi ten pomysł, który ja przyjęłam i przetrawiłam, a po roku, kiedy go sobie przypomniałam, przyjaciółka z Tumblra - nie znając całej prawdy - stwierdziła, że to dobry pomysł), ale tego już nie odkręcę. Od miesiąca próbuję olać sprawę, i nie wychodzi, ale może jeszcze się uda.


Ale za to - jeśli chodzi o dostawanie odpowiedzi - jedna rzecz mi się udała. Pisałam niedawno do dziewczyny, która kiedyś dawno (głównie za czasów ThingsInsideOfMe) robiła mi szablony, czy mogę je wykorzystać, bo mam ich trochę na kompie i by mi się przydały, a nie wiem, czy mogę. Przed chwilą odpisała i powiedziała, że oczywiście mogę, tylko muszę podać autorkę. Ale się cieszę, naprawdę! Nie będę musiała się prosić o szablony, tylko na niektóre blogi od razu będę miała. He. Powiem wam, poprawiło mi to humor.
Z tego wszystkiego chyba pójdę zaraz zmienić szablon na Życie jest podróżą, bo mam taki, który mi pasuje. Najpierw tylko powtórzę sobie lekcje na jutro.


To w sumie tyle na dziś. Dobranoc!

sobota, 1 kwietnia 2017

Dzień pełen przygód

Przedwczoraj zastanawiałam się, czy ten przedwczorajszy dzień był bardziej pełen przygód czy wrażeń - dobrze, że wybrałam wrażenia, bo wczorajszy to zdecydowanie przygody.


Wstać musiałam o 4:50, i to chyba było najgorsze, bo mi się nie chciało. Ale nie było źle, bo potem w autokarze nie spałam.
Po drodze udało mi się nawet zrobić trochę zdjęć:


W Warszawie zaczęło się od tego, że zgubiłam bilety do Centrum Nauki Kopernik - swój i kolegi, bo dostawaliśmy już w autokarze i mieliśmy pilnować, ale mi wypadły po drodze. Na szczęście udało się je odzyskać, jak widać na obrazku:


Ogólnie to jestem zdegustowana tym, że zmienili mi jeden dział w CNK i to ten, którym się najbardziej jarałam. To było tak, że tam jest taki dział z iluzjami optycznymi i sześć lat temu podczas mojej pierwszej wizyty dało się tam słuchać przez takie telefony fragmentów historii kryminalnej. A teraz tego nie ma! Nawet te telefony zdjęli. Jak to zobaczyłam, to prawie się popłakałam i wyszłam, ale potem wróciłam zrobić sobie nowe wspomnienia i nawet się udało.

Gustaw, czy to ty? - pomyślałam sobie, jak zobaczyłam TO, bo podobne ubranie miał Gustaw w trzeciej części Mystic Diary. Jeśli umiecie sobie wyobrazić dziewczynę wrzucającą strojowi nurka, że umarł i że jest debilem, to macie mnie wtedy.


Po CNK mieliśmy czas wolny. Znajomi poszli na piwo, a ja poszłam na gorącą czekoladę. Chciałam iść na pizzę czy inne spaghetti (znowu mi zaczyna odbijać na punkcie Włoch), ale w sumie nie było gdzie. Potem był spacer i spotkanie z klaunem. Na Krakowskim Przedmieściu stał sobie pan przebrany za klauna i żonglował trzema kręglami. Jak zobaczył, że go obserwuję, to upuścił kręgle i udawał zdziwionego, a jak podeszłam bliżej, to przybił mi żółwika. Uśmiechnęliśmy się do siebie i poszłam dalej. Poprawiło mi to humor, naprawdę.
Pokręciłam się trochę po Krakowskim Przedmieściu, a potem poszłam pod Barbakan i z powrotem. A tu trochę zdjęć:



To ostatnie mi się najbardziej podoba. Jakieś takie klimatyczne jest.

W międzyczasie rozkminiałam, czy było po mnie widać, że jestem turystką, jak sobie tak po prostu szłam samotnie Krakowskim Przedmieściem, z torebką przez ramię, bez pośpiechu, ale też bez rozglądania się i robienia zdjęć. Hm... Ciekawe, po czym można ocenić, czy ktoś jest tutejszy czy przyjezdny.


A potem to już wracaliśmy. Padł mi w drodze telefon, ale kilka zdjęć i tak zrobiłam:


Poza tym trochę płakałam, bo opowiadałam koledze o moich problemach sercowych - a zaczęło się od tego, że stwierdziłam, że szczerość nie zawsze popłaca. W sumie - to dalej tak uważam.


Zbieram się powoli do spania, mam dość.