sobota, 15 kwietnia 2017

Powroty

Rozpisałabym się trochę na temat Wrocławia, ale nie napisałam sobie niczego w środę, to tylko wrzucę zdjęcia i ewentualnie skomentuję.

Tutaj dwa widoczki z rynku. Trochę się tam wzruszyłam, bo spora część mojej pierwszej poważnej opowieści (o której nagadałam się w zeszłym roku) rozbijała się o Wrocław i nawet przed ratuszem miała być jedna scena, ale w końcu jej nie napisałam. W sensie tej sceny, bo z opowieści całkiem sporo powstało, nawet mam plan z tego czerpać, bo to jest kopalnia niewykorzystanych, ale całkiem zajebistych pomysłów.
Rozwaliłam system, jak zaczęłam chodzić dookoła rynku i nie mogłam namierzyć ratusza, bo się okazało, że jest całkiem z innej strony, niż zaczęłam szukać. A na koniec sobie na dodatek przeszłam przez środek tych kamienic w centrum rynku, przez co w ogóle go pominęła. Ale na szczęście nie poddałam się, bo stwierdziłam, że przecież to musi być właśnie tutaj, i znalazłam.

Wizyta we Wrocławiu nie obyłaby się bez krasnali:



Poza tym znalazłam na rynku pierogarnię z sieci Stary Młyn - widzieliśmy już dwie takie, w Toruniu i Bydgoszczy, i wszystkim się wkręciło, że to w sumie taka północna sieciówka, a tu proszę, we Wrocławiu też są takie cuda.

Czułam się dziwnie, robiąc zdjęcie, bo jakiś typ siedział przy oknie i się rozglądał, ale w końcu się udało.

Potem co... potem spacerowaliśmy po Wrocławiu, a na koniec byliśmy w Hydropolis.
O, tu jakieś zdjęcia ze spaceru:


KOCHAM ten most z kłódkami. 
Mam więcej zdjęć, ale jakoś nie ma co już opowiadać. Powiem wam tylko, że przez ten wyjazd jakaś taka spokojniejsza się zrobiłam. Wiadomo, że najnowsze sprawy jeszcze trochę nie dadzą mi spokoju, ale jakoś tak... pogodziłam się z przeszłością? Myślę, że mogę tak powiedzieć.


Co innego się działo ostatnio...
Miałam jeszcze jakoś w zeszłym tygodniu próbną maturę ustną z polskiego i okazało się, że przeczytanie w wakacje Ali Makoty się przydało, bo mogłam przytoczyć i jeszcze zarzucić przykładami, hehe.


Dzisiaj z kolei doznałam olśnienia i stwierdziłam, że znajomość języków nie jest mi potrzebna. Nie mówię, że nie wcale, ale miałam ostatnio taką fazę, że chciałam uczyć się chyba z sześciu języków, ale mi przeszło i większość wyjebałam z moich planów. Zostaję tylko przy kontynuacji angielskiego (to oczywiste), przy hebrajskim, bo już mam te samouczki, i przy włoskim. Właściwie to nie wiem, czemu akurat włoski, ale w sumie do Włoszech zawsze mnie ciągnęło, a język bardzo mi się podoba i w sumie chciałabym go umieć.
Nie wiem tylko, co zrobić z faktem, że mam w domu rozmówki francuskie i hiszpańskie. W sumie nie chce mi się ich ogarniać, bo mnie do tych języków aż tak nie ciągnie (na pewno nie tak bardzo, jak jeszcze trzy lata temu, i nie tak bardzo, jak do włoskiego czy nawet tego nieszczęsnego hebrajskiego), ale kto wie, gdzie mnie wywieje za parę lat, może akurat by mi się przydały. Z jednej strony bym chciała sprzedać, zawsze to jakieś dodatkowe dychu do kieszeni, ale z drugiej strony nie chcę żałować, że się pozbyłam. Chyba lepiej mieć i nie skorzystać niż nie mieć w potrzebie. Nie?


Jutro mnie coś będzie brało, bo o dwunastej w magicznym pudełku leci Wielka Ucieczka i w sumie bym obejrzała jeszcze raz, ale w świątecznym zamieszaniu nie bardzo będę mogła. Cóż, zostają wakacje.


A teraz lecę, bo idziemy na ceremonie wielkosobotnie. Wesołych świąt! :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz