środa, 31 maja 2017

Follow your dreams

Byłam dziś rano - rano, czyli około południa - odebrać moje paczki z paczkomatu. Byłabym po południu, ale dostałam powiadomienie wcześniej niż się spodziewałam, że dostanę, i miałam sporo czasu do powrotu siostry i taty do domu, to poszłam. Właściwie to pojechałam, bo nie miałam ochoty iść, to sprawdziłam sobie autobusy. Uwinęłam się w 40 minut.
Na utrzymaniu mojego wyjścia - a przynajmniej jego celu - w sekrecie zależy mi, bo o ile do bransoletek i zegarka mogę się przyznać w miarę bez problemu, nawet sobie ubiorę jutro zegarek i jedną z bransoletek, jak będę jutro jechać z siostrą do Bytomia i w rozmowie wyjdzie, skąd je mam, ale jakby rodzinka wyczaiła, że kupiłam Wybaczcie mi, to by mnie chyba wykopali z domu. No dobra, może by mnie nie wykopali, ale wystarczająco dużo wstydu najadłam się w życiu w związku z nabytymi przeze mnie książkami o "dziwnej" tematyce.
Dobra, bo ja tak opowiadam, a jeszcze nie zaprezentowałam bliżej, co takiego nabyłam. Jakby mi się chciało, to nagrałabym filmik z unboxingiem czy coś (bo marzenia o YT do końca mi jeszcze nie przeszły, zresztą i tak wrzucałam tu czasem filmiki), ale że mi się nie chciało, to zrobiłam tylko seszyn profeszyn i oto efekty:

Szczerze mówiąc to okładka mi się średnio podoba, ale przebrnęłam już przez kilka stron i całkiem dobrze się czyta (pewnie głównie dlatego, że temat mnie interesuje, ale to już swoją drogą). 


Pewnie widać, że zdjęcie samej tarczy zrobiłam o innej porze niż zdjęcie całości, ale dopiero przy zgrywaniu zdjęć na kompa zorientowałam się, że jest średnio widoczna, a przecież jest najważniejsza w tym wszystkim. Ogólnie to zegarka w sumie nie potrzebowałam, ale znalazłam ten i stwierdziłam, że hasło o podążaniu za snami jakoś dodaje mi otuchy, to kupiłam. I przy okazji nie będę musiała biegać i wymieniać baterii, jak mi padnie w tym (nawet nie wiem, ile to kosztuje, ale już pewnie bardziej opłacałoby mi się kupić nowy - dałam tylko 14 zł), tylko będę nosić jako ozdobę.


A tę bransoletkę znalazłam w sumie przypadkiem, przy szukaniu innej. Chciałam sobie jakieś dwa-trzy temu, jak zaczęłam odświeżać sobie Igrzyska Śmierci, kupić bransoletkę z kosogłosem, ale stwierdziłam, że siostra by mnie za to zabiła, bo od niej z kolei dostałam zegarek i przypinkę z kosogłosem i od trzech lat i tak tego nie noszę. W końcu zrezygnowałam, ale pustka pozostała, a ta bransoletka była w proponowanych, to zamówiłam. Było więcej w podobnym stylu i w sumie wszystkie ładne, ale ja lubię, jak to, co noszę, coś znaczy, to wzięłam taką ze znakiem zodiaku.

Motyw węża mi się zazwyczaj średnio podoba, ale ta bransoletka - również wybrana z proponowanych wzorów - skojarzyła mi się z tym teledyskiem:


a że i teledysk, i samą piosenkę po prostu kocham, i jeszcze ma związek z moim znakiem zodiaku, to wzięłam. O ile zegarek i pierwsza bransoletka będą na co dzień, to ta będzie na specjalne okazje, bo jakaś taka za bardzo... odświętna? Wydaje mi się, że jakoś tak nie wypada się do niej przyzwyczajać.

A w sprawie ręki, na której bransoletki i zegarek będą noszone - padło na prawą. W drodze do paczkomatu trochę to rozkminiałam, ale potem stwierdziłam, że zaufam instynktowi i będę nosić na tej ręce, na którą odruchowo założę zegarek. Założyłam na prawą i niech tak już zostanie.

O, jeszcze a propos tej piosenki. Banks, czyli wykonawczyni, mówi, że piosenka jest ogólnie o toksycznym związku, w którym była i z którego się wyrwała, i że ta toksyczność to być może z powodu tego, że oboje - ona i jej partner - są spod tego samego znaku zodiaku, czyli spod Bliźniąt. Po znalezieniu tych informacji (szukałam, bo chciałam wiedzieć, co tak właściwie znaczy tytuł) stwierdziłam, że jak kiedyś będę miała chłopaka, który będzie spod Bliźniąt tak jak ja i będzie mnie denerwował, to z nim zerwę tą piosenką. Albo będę nią spamować w social mediach już po zerwaniu. Brzmi jak dobry plan.




A tak w ogóle to mam takie dziwne wrażenie, że tegoroczne wakacje są i będą nudne. Nie żebym narzekała na brak zajęć, chwilowo zdaję się mieć na ten czas więcej perspektyw niż nawet rok temu czy dwa lata temu, ale chyba brakuje mi jakiejś takiej emocji. No bo dwa lata temu diametralnie zmieniłam swój blogowy imicz i to było takie fajne, rok temu był list (+ olimpiada i przygotowania do ślubu siostry), a teraz co? Nie ma nic takiego, co miałabym przeżyć sama ze sobą i dla siebie i co miałoby być takie euforyczne. Niby jest wizja wyjazdu do Krakowa, ale to jest bardzo niepewne i w sumie nie chcę się nastawiać niepotrzebnie. A może właśnie powinnam? W końcu podążanie za marzeniami i te sprawy... Poza tym chyba jak bardzo będę chciała, to bardziej prawdopodobne będzie, że to się zdarzy, prawda? Nawet jak nikogo nie spotkam, to przynajmniej się posnuję po okolicy i takie tam.
Jestem między młotem a kowadłem, bo jak zaczynam w tej sprawie myśleć pozytywnie, to paradoksalnie zaczynam się denerwować, a jak nie myślę wcale, to mi się automatycznie nudzi. Biednemu to zawsze wiatr w oczy.



Dobra, idę, bo jutro muszę wstać trochę wcześniej, żeby zdążyć się ogarnąć przed wyjściem na autobus - niby choroba mi odpuszcza, ale poranki są najgorsze i czuję się jak kupa, a oporządzanie się wcale nie trwa krócej - a mam jeszcze jedną rzecz do zrobienia w necie.
Dobranoc!

wtorek, 30 maja 2017

One wrong move, we're through

Zdaje się, że ta choroba, którą przechodzę i o której pisałam ostatnio przybrała najłagodniejszą możliwą formę. Ewentualnie najgorsze przetrwałam, samej do końca o tym nie wiedząc. No i nauczona doświadczeniem poradziłam sobie jakoś z jej zwalczaniem.
Chodzi mi o to, że w sumie dopiero dzisiaj, czyli jak już jestem prawie zdrowa, moja rodzinka się tak do końca zainteresowała, jak się czuję, i to właściwie tylko dlatego, że puścił mi się katar i jak wstałam rano, żeby zamknąć drzwi za siostrą, to się trochę osmarkałam. Ale za to nie boli mnie już tak głowa i w ciągu dnia nie dokucza mi tak gardło. Niby rano mnie bolało po całej nocy, ale w ciągu dnia już go tak nie czuję. Nie wiem tylko, jak to jest z moją temperaturą. Nawet dziś jeszcze miałam podwyższoną (36,9 to niby nic, ale jednak zazwyczaj mam taką podręcznikową). No ale wezmę sobie jeszcze tabletki na noc (które zresztą biorę od soboty, i nikt się nie zorientował) i jutro-pojutrze powinno być całkiem okej.
Ogólnie to chyba nie wyglądałam tak źle przez te kilka dni, bo nikt nie zwrócił mi uwagi, a gdyby nie to, że wpieprzam tabletki na ból głowy i gardła i jeszcze dziś rano wstałam zasmarkana, to chyba w ogóle by to przeszło bez echa. Poza tym jakaś taka dumna z siebie jestem, że sobie poradziłam i tak naprawdę wiedziałam, jak się wyleczyć, bo gdybym nie brała tych tabletek, to chyba jednak kiepsko bym wyglądała.

Zauważyłam, że choroba lubi mnie dopadać w dziwnych terminach. Ostatnim razem byłam chora akurat w ferie (ale przynajmniej nie opuszczałam lekcji przed maturą), a na przykład w trzeciej gimnazjum byłam chora w ostatnim tygodniu szkoły i byłam wtedy w szkole tylko przez godzinę, dzień przed zakończeniem roku na próbie akademii (potem wychowawczyni sama posłała mnie do domu, bo byłam osmarkana i było widać po mnie gorączkę xD). A teraz co? Nie dość, że koniec maja, to jeszcze wakacje, a ja narzekam, że mnie boli.



Ale udało mi się uniknąć uziemienia. Dzisiaj - mimo swojego nieidealnego stanu - poszłam z siostrą na zakupy, bo z kolei ona była po badaniu dna oka i prawie nic nie widziała, to ją kierowałam. Dobrze, że się wywinęłam, bo prawdopodobnie już jutro będę mieć do odebrania dwie paczki - z książką i jeszcze z dwiema bransoletkami i zegarkiem, bo sobie zamówiłam. Przynajmniej będę mogła bez problemu po nie pójść. Trzeba tylko rozkminić, na której ręce będę to wszystko nosić, bo chcę na jednej, ale mam problem z zegarkiem. Teoretycznie powinnam nosić na lewej, bo jestem praworęczna, ale jak ostatnim razem miałam zegarek (czyli około trzech lat temu), to nosiłam na prawej, bo osoba, która mi w tym czasie imponowała, mimo praworęczności nosiła zegarek na prawej ręce (inna sprawa jest taka, że ta osoba była jedną z pary jednojajowych bliźniąt - byli nie do rozróżnienia, jak miałam obie osoby przy sobie to miewałam problem z rozpoznaniem - i wysnułam teorię, że to właśnie dla rozróżnienia, kto jest kto. Nigdy się nie potwierdziło, bo u tej drugiej osoby nie poczyniłam obserwacji, ale to już w sumie nieważne). To nie było aż takie niewygodne, jak mi się przedtem wydawało. Muszę się zastanowić.


Tak jak kiedyś dzięki Szkole nauczyłam się czegoś nowego, tak wczoraj podbudowałam swoje ego, bo się okazało, że jednak coś pamiętam z historii z własnej kariery edukacyjnej. xD Jakaś klasa miała mieć na sprawdzianie z historii pytanie o akt supremacji, i ja tak siedzę i myślę: Czy to nie jest nazwa tego jak się Anglia wyłączyła spod władzy papieża? No i faktycznie - według cioci Wikipedii akt supremacji to ustawa uchwalona przez parlament angielski w roku 1534, która przyznała władcy Anglii tytuł głowy Kościoła anglikańskiego oraz uniezależniła faktycznie angielskie duchowieństwo od papiestwa. Czyli jednak wyniosłam ze szkoły coś więcej niż trzy świadectwa, nagrodę książkową, kilka długopisów i dziwne żarty, fajnie.



Tak sobie myślałam, co jeszcze chciałam dziś napisać, i już wiem. Dzisiaj po raz czwarty w życiu oglądałam Złoto dla Zuchwałych. Najpierw żałowałam swojej decyzji i byłam skłonna wyliczyć, ile odcinków Szkoły w tym czasie mogłabym obejrzeć, ale po kilkunastu minutach okazało się, że to jednak jest jeden z tych filmów, które mogę oglądać w nieskończoność. Tylko końcówka już nigdy nie będzie taka sama. Na początku maja zobaczyłam Karla-Ottona w sombrerze i mi to zmieniło światopogląd. W sumie to nie mam jakiejś wielkiej traumy, ale niestety to jest jedna z rzeczy, które nie dość, że są nie do odzobaczenia, to jeszcze się przypominają w najgorszych momentach. Także tego.



To już chyba tyle, więc na koniec wrzucę tylko nutkę, którą znam dopiero od wczoraj (to znaczy piosenkę znałam już dawno, ale wczoraj zachciało mi się słuchać remixów), ale już pokochałam.


sobota, 27 maja 2017

Chorobowe

Jest źle.
Sprawa jest taka, że chyba jestem chora. Od wczoraj wieczora (czyt. ok. 22-23) boli mnie gardło, i to tak, że wprowadziło mnie w ten dziwny stan, w którym nie smakuje mi woda z butelki. Normalnie wody potrafię wypić ponad dwa litry dziennie, a jak jestem chora, to mi się chce rzygać po kilku łykach i właśnie dzisiaj mnie cofało, jak miałam wypić pół szklanki. Na szczęście ratuje mnie ten sok ze szklanych butelek, który dolewa się do wody/herbaty, żeby smakowała na owocowo, bo takie rzeczy mogę w swoim stanie pić.
Najgorsze jest to, że nie jestem jakoś obłożnie chora, bo normalnie wstałam z łóżka i mogłam funkcjonować, nie mam też gorączki (rano miałam podręcznikowe 36,6), ale praktycznie cały czas czuję swoje gardło (w ciągu dnia aż tak nie bolało, chociaż nie przeszło całkowicie), plus boli mnie trochę głowa, ale to akurat może być kwestia niewyspania (spałam około pięciu godzin, zwykle śpię co najmniej sześć) i tego, że jechałam dziś samochodem.
Przyznałabym się w domu, że czuję się chora i poleżała jeden dzień w łóżku, ale boję się, że uziemi mnie to na dłużej, niż bym chciała, a będę miała w tym tygodniu książkę do odebrania. Poza tym chyba nie wyglądam na chorą, bo moja mama albo siostra zwróciłyby uwagę na to, że jestem inna niż zwykle. Czyli chyba jednak nie jest źle...
Poszłam obwiązać sobie szyję szalikiem - może to siła sugestii, ale rano mi to pomogło, za chwilę wezmę sobie też pastylkę na gardło i może dożyję do jutra.


Jak wracaliśmy z tatą, siostrą i szwagrem do domu od babci, to wywiązała się rozmowa na temat mojego oglądania Szkoły - w sumie przyznałam się już wcześniej, ale w samochodzie wyszło na jaw, że moim osiągnięciem jest nieprzekroczenie liczby 3 odcinków na dzień, plus na pytanie taty "A ty coś czytasz w te wakacje?" odpowiedziałam "Tak, opisy odcinków". Potem poprosiłam, żebyśmy o tym nie rozmawiali, bo mnie jest samej z siebie głupio, że oglądam Szkołę, a miałam takie ambitne plany na te wakacje.
Ale to nie jest tak, że ja z tego serialu nic nie wynoszę. Dowiedziałam się z jednego odcinka, kiedy była katastrofa lotnicza na Gibraltarze, bo w sumie nie wiedziałam, a jak raz była w serialu lekcja historii, to data była wypisana na tablicy i z ciekawości sprawdziłam, co się stało w tym dniu. I teraz będę pamiętała.



Jakby choroba i Szkoła to było mało, dopadła mnie jeszcze gastrofaza. No, może nie do końca, bo dzisiaj jadłam normalnie, jeżeli nawet nie trochę mniej niż zwykle, ale mam ogromną ochotę na śmieciowe jedzenie. Mogłabym nawet w poniedziałek pojechać do Bytomia albo Katowic tylko po to, żeby pójść do McDonald's albo jakiejś pizzerii i się nawpieprzać. Teoretycznie jest to możliwe do zrobienia, ale nie wiem, czy mi się będzie chciało ruszyć dupę z domu. Może jutro będę zdrowsza, to ocenię, czy będę mogła coś planować.



Dobra, to ja idę dalej oglądać Szkołę, bo dzisiaj wygrałam los na loterii i moja ulubiona postać ma duży udział w drugim odcinku pod rząd. A potem spać, muszę odespać ostatnią noc.

piątek, 26 maja 2017

"Są tematy trudne"

Wbrew tytułowi ten post nie będzie polityczny, nie bójcie się.

Wpłaciłam sobie dzisiaj sama pieniądze we wpłatomacie, bądźcie ze mnie dumni.
Generalnie historia jest taka, że miałam z tym czekać na siostrę, która przyjeżdża jutro, czyli z pieniążkami poszłybyśmy jutro po południu albo w poniedziałek, ale wczoraj wygasł mi pakiet na player.pl, co oznacza mniej więcej tyle, że do jutra popołudnia/poniedziałku musiałabym oglądać Szkołę z reklamami, bo pakiet wyłącza reklamy. Poprzedni kupowałam przez sms, ale jak chciałam wczoraj sobie go odnowić, machając ręką na te 5 złotych, które byłabym stratna, to się okazało, że to była jakaś promocja i teraz można tylko przelewem. Jako że reklamy na player.pl są na dłuższą metę frustrujące, to postanowiłam, że nie ma co czekać: przygotowałam sobie pieniądze i dzisiaj z rana poleciałam do banku wpłacić część (z resztą poszłam po południu). Potem wróciłam do domu i wykupiłam sobie pakiet. Ogólnie to jestem z siebie dumna, bo jak sobie myślałam, że muszę iść z siostrą do tego wpłatomatu, to zwątpiłam w swoje możliwości, ale jak sytuacja mnie zmusiła do tego, to poobczajałam w Internecie co trzeba i załatwiłam wszystko sama. To zresztą nie było takie trudne. Poza tym w międzyczasie zauważyłam, że gdybym nie poszła sama, to prawdopodobnie sytuacja wygenerowałaby więcej stresu niż powinna; zacznijmy od tego, że mam taką właściwość, że jak robię coś z kimś, to na tym kimś bezgranicznie polegam, a gdy jestem sama i muszę polegać na sobie, to jestem bardziej rozsądna, bo przecież muszę wszystko załatwić i nie mogę niczego zepsuć. No i dziś (po południu) to było tak, że ten wpłatomat nie chciał mi przyjąć trzech banknotów, bo były trochę pognieciona. Zrobiłam więc pierwszą rzecz, która mi przyszła do głowy, czyli usiadłam na ławce, wygładziłam banknoty i poszłam na spacer, żeby za dwadzieścia minut wrócić i już bez problemów je wpłacić. Gdybym była z kimś, to pewnie zrobilibyśmy to samo, ale jak znam siebie, zaczęłabym płakać i zastanawiać się na głos A co to będzie, a co my mamy zrobić, mam popsute pieniądze, łeheheeee. A tak to obyło się bez tego.

Coś bez ładu i składu to opowiadam, ale najważniejsze powiedziałam w pierwszym zdaniu.
Miałam ochotę pochwalić się od razu rodzince, że mi się udało, ale powstrzymuję się na razie, bo chcę to wykorzystać, żeby strollować moją siostrę. Pewnie i tak skończy się na tym, że jak mnie zapyta, to powiem wprost, że już nie musimy nic załatwiać, bo ogarnęłam to sama, ale mam ochotę sprowokować sytuację, w której siostra pyta:
-Hania, idziemy do wpłatomatu?
A ja na to:
-A masz coś do wpłacenia?
-No nie mam, ale chyba ty coś masz, nie?
-Nie, wpłaciłam wczoraj.
Gdybym miała większe zdolności aktorskie, to zaplanowałabym teatralne otworzenie puszki, w której zawsze trzymałam pieniądze i w której mam teraz dowody wpłat, i powiedzenie płaczliwo-zestresowanym tonem:
-Ale patrz, ja nie mam pieniędzy, ta puszka jest pusta.
Ewentualnie mogę zamachać jej przed twarzą tymi dowodami mówiąc: To są moje pieniądze!
Wredna jestem i chyba trochę głupia. xD

Skorzystałam też z okazji, że mam teraz inny rodzaj kontroli nad swoimi pieniędzmi (czyt. mogę zamawiać rzeczy przez Internet), kupiłam sobie książkę, która ma już 5 lat, tak jak sprawa, której dotyczy, a którą miałam ochotę zdobyć od prawie 4 lat, odkąd na wakacjach mignęła mi w jakiejś księgarni, ale wtedy było mi głupio ją kupić. Będę się musiała trochę nagimnastykować, żeby nikt się nie zorientował, że tę książkę mam, ale dam radę.
Chodzi o książkę Wybaczcie mi Izy Bartosz, dotyczącą Katarzyny Waśniewskiej. Od jej wydania minęło już trochę, tak jak powiedziałam, i sporo się pozmieniało, bo to jednak był początek sprawy, ale będę nieszczęśliwa, jak jej nie przeczytam, zwłaszcza że teraz nie mogę powiedzieć, że nie było okazji.


W ogóle, dzisiaj rano chyba pierwszy raz w życiu wyszłam z domu bez śniadania, bo stwierdziłam, że nie jestem głodna. Poza tym zależało mi na czasie, bo zwlokłam się z łóżka o 11, a chciałam załatwić wpłacanie pierwszej raty przed powrotem taty do domu.
A potem wróciłam do domu i godzinę przed obiadem wpieprzyłam trzy zupki chińskie. Ciii, nikt się nie dowie.
Nie, wcale nie miałam się odchudzać.


Wiem, że parę razy już o tym tu wspominałam, ale powiem raz jeszcze - bolesna owulacja to przekleństwo. Wczoraj nie potrafiłam wstać z łóżka, a potem z kanapy, tak mnie bolało. Gorzej niż przy okresie. Z jednej strony to błogosławieństwo, bo raz na jakiś czas z dużą dozą pewności wiem, że akurat mam dni płodne, ale z drugiej ból, jaki temu towarzyszy, chyba zaprzecza idei tych dni, bo nawet gdybym miała z kim, to zapładnianie byłoby ostatnią rzeczą, na jaką miałabym ochotę w sytuacji, w której ledwo mogę stać i zbiera mi się na wymioty.



Dobra, kończę, bo - jak zwykle - mam do obejrzenia jeszcze jeden odcinek Szkoły. Poza tym wczoraj, jak bojkotowałam oglądanie, zaczęłam grać w grę i może dzisiaj też coś bym zrobiła w tym kierunku. A jeszcze się wyspać muszę, bo jutro jedziemy odwiedzić babcię (i przy okazji mamę i ciocię). Wybór między "zainteresowaniami" a normalnym funkcjonowaniem na następny dzień to ciężki wybór, ale jakiegoś trzeba dokonać.

wtorek, 23 maja 2017

Rozkminy

Dzisiaj ostatecznie utwierdziłam się w przekonaniu, że na YouTube'a nagrywać nie będę. To było tak, że spróbowałam coś nagrać i nawet zmontowałam, ale potem źle się wyrenderowało i stwierdziłam, że albo publikuję coś ładnego, albo wcale. Więc padło na wcale. Szybko wymiotłam dowody zbrodni z komputera i teraz będę udawać, że nawet planów nie było.
Na chwilę chwyciło mnie rozgoryczenie - poczułam, jakbym zamknęła sobie drzwi do wielkiego świata - ale potem stwierdziłam (po raz kolejny), że to mi jest wcale niepotrzebne. Ba, doszłam do wniosku, że nawet spotkanie, ekhem, pewnych osób nie jest mi potrzebne do szczęścia. Niecałe trzy lata temu byłam na spotkaniu autorskim z Włodkiem Markowiczem i Karolem Paciorkiem dotyczącym książki, którą napisali razem jako Lekko Stronniczy; wtedy cieszyłam się, że tam byłam, i że jakby ktoś pytał, to mogłabym powiedzieć, że spotkałam kogoś w miarę znanego, i że dostałam autograf na książce, i w ogóle takie tam, ale teraz widzę, jakie to było mało ważne. To znaczy, było i jest mega ważne dla mnie, bo to się nie zdarza codziennie, ale to jest coś takiego, z czym moje życie jest trochę pełniejsze, ale bez czego nie byłoby puściejsze. Rozumiecie, o co chodzi? No i tak sobie myślę - przecież to dotyczy każdej osoby, którą mogłabym spotkać, ale którą niekoniecznie spotkam. Nie będę bez tego nieszczęśliwa, bo przecież tyle razy cieszyłam się z małych rzeczy i tyle razy sobie mówiłam, że jak umrę, to szczęśliwa, że nie może mi tego zepsuć brak tych większych rzeczy. Jak się nie wydarzą, to dobrze, a jak się wydarzą, to jeszcze lepiej. Zamiast robić sobie sztuczną nadzieję na coś wielkiego, wolę trzymać się myśli o tych mniejszych, ale też dobrych rzeczach, jak rozwiązanie się wszystkich "problemów" związanych ze studiami, oglądanie Szkoły czy nawet kupienie sobie czekolady albo książki. Tak będzie spokojniej.

No i tego się będę trzymać. Wiadomo, że po cichutku dalej sobie będę marzyć o paru wielkich sprawach, bo marzenia też muszę mieć, nie ma też co udawać, że mi w ogóle nie zależy, ale postaram się tym tak nie przejmować. I pisać o tym też może będę mniej.
Pewnie i tak będę, w zeszłym roku też z milion razy napisałam, że o Karlu-Ottonie i liście już więcej ani słowa, a potem i tak było, ale spróbuję się ograniczać.


Coś jeszcze chciałam napisać... A, wiem. Jak sobie rozkminiałam to szczęście i w ogóle, to pomyślałam o jeszcze jednej rzeczy. Kiedyś - jak się okazuje - byłam bardzo samotna, bo jak miałam się do kogoś zwrócić z problemem, to miałam tylko pamiętnik, kota i własną wyobraźnię, napędzaną Internetem. Teraz nie mam już pamiętnika i kota, ale za to mam blogosferę, czyli moje blogi oraz ludzi, których przez nie poznałam i z którymi mam większy lub mniejszy kontakt (chociaż to należy w sumie do wyobraźni napędzanej Internetem); mam Tumblra i znajomych, do których też mogę napisać, kiedy bardzo chcę; mam wolontariuszki i nauczycielkę angielskiego ze szkoły, z którymi obiecałam sobie utrzymywać kontakt; no i w międzyczasie okazało się, że moja rodzinka, chociaż może się wydawać czasem patologiczna albo dysfunkcyjna, jest całkiem fajna. Oczywiście fajnie jest mieć wymyślać te wszystkie niestworzone rzeczy, z których sporo widać tutaj, na blogu, ale z których kawałek jednak zostaje dla mnie, ale fajnie jest też wiedzieć, że dookoła, czy to w blogosferze, czy na Tumblrze, czy w domu, są ludzie, prawdziwi ludzie, którzy jakoś reagują na to, co piszesz/mówisz.
Pytanie dnia: czemu takie ogarnięcie się zajęło mi ponad sześć lat?


Na koniec pochwalę się tylko, że przyszła dziś do mnie książka, którą napisał Robert Shaw. ❤ Już nie mogę doczekać się czytania!


Dobra, lecę. Obejrzę sobie jeszcze odcinek Szkoły, a potem pora spać.

poniedziałek, 22 maja 2017

"Żyj chwilą, oddychaj przyszłością"

Od paru dni zapominam napisać o najważniejszym, czyli o tym, że 12 czerwca zaczyna się druga edycja Projektu Lady. ❤ Tak długo na to czekałam! Trochę się boję, że tę drugą edycję będzie się źle oglądało - właśnie przez to, że jest druga i będzie pewnie trochę inna od pierwszej, ale i tak się cieszę.

Przynajmniej może mi to umili perspektywę spędzenia kolejnych kilku dni w inny sposób, niż się spodziewałam. Generalnie miałam być od czwartku przez tydzień sama z tatą w domu, co - jak możecie się domyślać z tego, co pisałam już wcześniej - oznacza tak naprawdę bycie w domu samej, bo do popołudnia tata pracuje, a potem i tak każde siedzi w swojej bazie i robi co chce. Tymczasem okazuje się, że siostra ma coś do pozałatwiania u lekarzy i jeszcze gdzieś tam i najpierw przyjedzie ze szwagrem na weekend, a potem zostanie na kilka dni z nami. Czyli czas typowej samotności mi się drastycznie skróci, bo niby siostra gdzieś tam będzie chodzić, ale jak już będzie w domu, to wypadałoby siedzieć obok. No dobra, z tym, że mi się samotność skróci, w sumie aż takiego problemu nie mam, tak samo cieszę się, że siostra nas odwiedzi, ale to oznacza, że będę na długie okresy odcięta od swoich zajęć, czyli od oglądania Szkoły i innych bzdet w Internecie czy nawet od czytania. Ech, ciężkie życie. Ale dam radę!


A w to oglądanie Szkoły tak się wkręciłam, że masakra. Nawet nie wiem, kiedy te odcinki przelatują. Chyba się uzależniłam - i to w takim stopniu, że mi się dziś aktorzy z serialu śnili.
Poza tym przyznałam się dziś mamie, że chciałabym pojechać do Krakowa. Powód przemilczałam. Rozmowa zaczęła się w ogóle od tego, że mama powiedziała, że pojedziemy może na parę dni do kuzynki pod Kraków, na co ja przyznałam, że chciałam pojechać do Krakowa w sensie do miasta. Mama zaproponowała, że w razie czego mogłabym pojechać z kuzynką do miasta i pozwiedzać, kiedy ona będzie w pracy, a potem wrócić. I ten pomysł nie jest zły, jest nawet bardzo dobry, namieszał mi tylko trochę w głowie. Uwaga, przygotujcie się na długi wywód.
To jest tak, że chciałam jechać do Krakowa na spektakl, w którym gra Jan Mancewicz, bo on jest też aktorem teatralnym, wtedy mogłabym zobaczyć go na żywo i w ogóle, nie mam tylko terminu, bo spektakle rozpisane są do końca maja. No i ten plan ciężko byłoby zrealizować przy moich środkach, bo oznaczałoby to albo zostanie na noc w Krakowie, albo powrót do domu na noc; nie sądzę, żeby moi rodzice zgodzili się na taką wyprawę w samotności, a też nie do końca chcę się przyznawać, o co chodzi (gdybym była sama, to mogłabym przemilczeć wyjście do teatru, a jakbym miała być z kimś, to jednak trzeba tego kogoś wtajemniczyć). Teoretycznie opcja z wyjazdem do Krakowa na kilkogodzinne snucie się po mieście nie jest zła, istnieje nawet szansa, że pozwoliłoby mi to na realizację mojego marzenia, no ale powiedzmy, że idę sobie ulicą i widzę, że naprzeciwko mnie idzie Mancewicz. I co? Jak jest taka szansa, to wypadałoby podejść, coś powiedzieć, może nawet zapytać o autograf czy zdjęcie. Ale co ja bym mu miała powiedzieć? Nawet jedno sensowne zdanie mi nie przychodzi do głowy. A gdybym miała spróbować podejść do niego po spektaklu, to wtedy można coś powiedzieć o roli i takie tam. Pomyślałam jeszcze o odwołaniu się do metody znanej nam z zeszłego roku, czyli formy pisemnej, ale nie ratuje mnie to przed brakiem czegokolwiek mądrego, co mogłabym powiedzieć.
Najrozsądniejszym rozwiązaniem wydaje mi się wyjazd z rodzicami do kuzynki i skorzystanie z opcji snucia się po Krakowie przez kilka godzin, modląc się o to, że może jednak bym go spotkała i może by mnie oświeciło, co powiedzieć. I to by było tyle na te wakacje. Potem mogłabym się z kolei modlić o fajnych znajomych na studiach, w sensie takich, którzy z jednej strony są w miarę ogarnięci, żeby nie było strach jechać z nimi dalej niż z uczelni do domu, a z drugiej strony trochę zakręceni, żeby nie było mi głupio zapytać o wspólny wyjazd do Krakowa z zaznaczeniem, że w moich planach jest pójście do niszowego teatru na dziwną sztukę z powodu aktora znanego głównie ze Szkoły TVN. Serio, ten pomysł wydaje mi się w moim pokręconym stanie świadomości najlepszy. Niby mogłabym tupnąć nogą i pojechać do teatru już w te wakacje, ale jak sobie myślę, to wydaje mi się, że jak dojdzie do tego w przerwie międzysemestralnej czy nawet w kolejne wakacje, to nic mi się nie stanie, może nawet będzie lepiej. W końcu jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy.
Inna sprawa jest taka, że mogłabym studiować na Jagiellonce i pomieszkiwać sobie w Krakowie, wtedy w ogóle nie byłoby problemu, ale nie chcę podejmować decyzji zbyt pochopnie.



Jestem też z siebie dumna po dzisiejszym dniu. Generalnie od wczoraj miałam ochotę wdać się w dyskusję z jedną osobą, ale dziś stwierdziłam, że nie ma po co, zwłaszcza że chyba nawet nie mam dobrego powodu. W gimnazjum tak raz dyskutowałam, to ciągnęło się to za mną kilka miesięcy i jeszcze struło mi wakacje, i to wszystko z mojej winy. Nie uśmiecha mi się przechodzić przez to drugi raz w ciągu kilku lat, w dodatku znowu dlatego, że to mnie zachciało się rozdmuchiwać jakąś sprawę. Chcę mieć spokojne wakacje, serio. No i jestem z siebie dumna, bo jednak potrafię uczyć się na własnych błędach i ich nie powtarzać.

Czy to jest dobry znak na zbliżający się czas? Chcę wierzyć, że tak. :)

niedziela, 21 maja 2017

Rozrywkowe wakacje

Jest niedziela wieczór, a ja siedzę i się zastanawiam, jakie są moje oczekiwania wobec nadchodzącego tygodnia. Ogólnie to stwierdzam, że nie powinnam czuć się źle, bo w końcu nadzieję mam, spokój i czas, ale jedna rzecz nie daje mi spokoju. Chciałam zacząć nagrywać na YouTube, i takie plany miałam już od dłuższego czasu, ale im bardziej zbliża się okazja, żebym mogła coś nagrać, tym bardziej mi się nie chce. Niechcenie niechceniem, ale to jednak też odpowiedzialność, bo to trzeba usiąść i coś powiedzieć, potem to zmontować, a żeby ładnie nagrać i ładnie zmontować, to trzeba mieć dobry sprzęt i dobry program, a na jedno i drugie musiałabym mieć pieniądze. To znaczy, na brak pieniędzy nie narzekam, ale chyba jednak wolę je wydawać na coś innego albo oszczędzać. Generalnie to mogłabym to olać, ale a) założyłam już nowy kanał na YT, gdzie trochę rzeczy już nawet jest i b) trochę osób wie o moich planach. Większy problem mam z tym drugim, bo kanałowi mogę pozwolić umrzeć śmiercią naturalną, ale co, jak ktoś spyta? W sumie głupio spławić, ale nagrywać, bo komuś tak zapowiedziałam, w sumie też trudno. Żal mi też było przez moment sławy, jaka by mogła przyjść wraz z YT, ale na sławę jeszcze przyjdzie czas, mówiłam o tym ostatnio.
Tak sobie piszę i coraz bardziej jestem pewna, że jednak pora porzucić ten pomysł, bo to wszystko zabiera (lub zabrałoby) i pieniądze, i czas, i nerwy. Jeśli chodzi o twórczość internetową, to na Blogspocie spełniam się wystarczająco, a wakacje chyba wolę przeżyć sobie spokojnie i po swojemu niż martwiąc się "pracą". A znajomych spławię, jak będzie trzeba.


Humor poprawia mi to, że w tym tygodniu zacznie mi się sezon na poranne zostawanie samej w domu, co daje mi przynajmniej godzinę dziennie na dowolne szaleństwa, w tym oglądanie dziwnych rzeczy w TV i komentowanie ich na głos. Tylko jak tu przejść do sedna, żeby to źle nie zabrzmiało... No powiem wprost: ostatni miesiąc mieszkała z nami babcia; jest trochę chora i potrzebuje opieki, a od śmierci dziadka w wakacje została sama, i tak mieszka czasem u siebie w domu, ale ktoś z nią jest, czasem u cioci, a teraz była u nas. I w tym tygodniu wraca znowu do siebie. To nie jest tak, że mi jej obecność w domu, bo szybko się przyzwyczaiłam i do dodatkowej osoby w domu, i do małych zmian w rozkładzie dnia. Bardziej już mam dość nieświadomej, ale jednak takiej trochę krytyki wobec a) wypracowanego przez ostatnie lata stylu życia oraz b) nie do końca zależnych ode mnie "nawyków" żywieniowych. Hasło jeszcze z okresu matur: A, bo W. [kuzynka, córka cioci, u której babcia mieszkała ostatnio] ciągle gdzieś wychodzi, do jakichś znajomych a Hania to tylko w pokoju siedzi i się tak uczy, nigdzie nie wychodzi. No i moje ulubione, padające przy kolacji: Hania, zjedz jeszcze kanapkę, będziesz głodna na noc. Ewentualnie wersja: Nie krępuj się, ja nie będę jadła tej grzanki, nie patrz na to, że ja nie jem. A to nawet nie jest moja wina, że mi się nie chce jeść. ;_; Ja wiem, że to są uwagi starszej osoby, która też nie jest do pewnych rzeczy przyzwyczajona, zresztą trzeba przyznać, że są całkiem słuszne, bo nie mam znajomych, do których mogłabym wychodzić (pomijając fakt, że na początku maja już się nie uczyłam) i jem mało, ale czasem mam dość. Przynajmniej miałam motywację, żeby przejść się przez ostatnie dwa tygodnie na kilka spacerów, bo pokazałam, że potrafię się ruszyć z domu, no i wtedy nie muszę słuchać narzekania ze strony wszystkich domowników w różnych sprawach. A jak "stan domu" wróci do stanu sprzed świąt, to już w ogóle będzie spokojniej i mniej nerwowo.



Przyznałam się dzisiaj w domu, że oglądam Szkołę. Przy kolacji wywiązała się taka rozmowa:
Mama: A co ty w tym pokoju robisz?
Ja: Serial oglądam.
M: A jaki?
J: Normalny.
M: No ale jaki tytuł?
J: Nie powiem, bo się będziesz śmiała.
M: Nie zaśmieję się, obiecuję.
J: Szkołę oglądam.
M: Aaa. I co, masz zamiar obejrzeć wszystkie odcinki, dwieście pięćdziesiąt czy ile ich jest?
J: Czterysta trzydzieści cztery.
Średnio pamiętam, co było potem, ale potwierdziłam, że tak, obejrzę. Obyło się bez przyznawania się, że jednym z powodów oglądania jest jeden z aktorów; rodzice i tak wiedzą, że to dla mnie forma rozrywki i nie zgłębiali tematu, ja też na razie nie mam potrzeby mówić, że częściowo jest inaczej. Formą rozrywki i tak ten serial pozostanie.




Miałam o jeszcze jednej rzeczy się rozpisać, ale trochę późno się zrobiło, a że kiedyś już o tym pisałam, to nie ma co narzekać. Obejrzę sobie jeszcze trochę Szkoły (normalnie bym już nie oglądała, ale wiem, że tym razem jest po co) i idę spać, żeby się wyspać.
Dobranoc! :)

piątek, 19 maja 2017

You can walk straight through hell with a smile

Sytuacja sprzed paru chwil:
Siedzę sobie i się zastanawiam, czy będą po wakacjach nowe odcinki Szkoły, bo dzisiaj jest finał sezonu, i myślę sobie: - "Hmm, spróbowałabym się dowiedzieć, ale chyba nie ma żadnego rozsądnego sposobu." Wbijam na Facebooka, przeglądam sobie ot tak, i nagle widzę filmik wrzucony na fanpage Szkoły zapowiadający nowy powakacyjny sezon. Żeby było piękniej, nowy sezon zapowiada dwójka serialowych nauczycieli - nauczycielka chemii i nauczyciel... historii!
Aż się popłakałam z tego wszystkiego.
Przez moment miałam ochotę wysłać zgłoszenie na casting, żeby zagrać w kolejnym sezonie, ale potem stwierdziłam, że jednak trochę przypał by był. No wiecie, przyszłabym na studia i nowi znajomi mnie pytają: "Hej, co robiłaś w wakacje" - "A, byłam na nagraniach do Szkoły". No ej, to nawet głupio brzmi. Ograniczę się do oglądania. Wystarczy, że gimnazjum i liceum, do których chodziłam w rzeczywistości, były trochę patologiczne - jeśli chodzi o uczniów, bo nauczyciele to i tu, i tu do rany przyłóż, prawie jak w serialu.
Myślałam nad tym, że pojawienie się na planie Szkoły byłoby sposobem na spotkanie Jana Mancewicza, ale na to mam inny sposób, nawet nie wiem, czy nie odrobinę pewniejszy. Trochę żal mi też "sławy", którą jednak bym mogła w ten sposób zgarnąć, ale wczoraj akurat nad tym myślałam i stwierdziłam, że jeśli mam być sławna, to to jeszcze przyjdzie, w końcu mam dopiero 19 lat i to jeszcze nieskończone. Poza tym chcę wydać książkę, o czym już wspominałam, to chyba będzie lepszy sposób. Wszystko w swoim czasie, tak?


Wczoraj osiągnęłam wakacyjny sukces, bo na godzinę odeszłam od kompa i zaczęłam czytać książkę. Przy okazji opalałam się na balkonie. Czasami żałuję, że nie mam podwórka, na którym bym mogła się wylegiwać całymi dniami, ale balkon też jest spoko. Dzisiaj chyba to powtórzę, bo nawet mam ochotę na czytanie.


Poza tym coś dziwnego mi się dzieje, bo od przedwczoraj wieczora nie chce mi się jeść. Gdyby to było tylko przy obiedzie, to zwaliłabym to na to, że na obiad były mielone, których nie lubię i których zawsze zjadam mało, ale to jest przy wszystkich posiłkach. Rano potrafię wcisnąć siebie przynajmniej dwa tosty (takie składane, czyli tak naprawdę cztery kanapki) albo miskę budyniu, a tymczasem wczoraj zjadłam jedną kanapkę i to już było na siłę. Tak samo przedwczoraj na kolację zjadłam dwie kanapki zamiast przynajmniej trzech (z tą drugą już się męczyłam, a warto zaznaczyć, że było to około godziny po powrocie z ponad godzinnego spaceru, kiedy teoretycznie apetyt powinnam mieć większy).
Nie mam pojęcia, jaki może być powód. Zwaliłabym to na moją miłość/fascynację, ale przez ostatnie sześć lat byłam "zakochana" dobrych kilkanaście razy i nigdy nie było tak, że przez to nie jadłam, bardziej to rzutowało na naukę (do dziś pamiętam, jak w drugiej gimnazjum, czyli w okresie mojej najgłębszej fascynacji Breivikiem, musiałam pisać test z całego roku z matematyki, bo złapałam kilka trój po drodze i mi piątka nie wychodziła). Zestresowana też raczej nie jestem, zresztą przed maturami, czyli w głębokim stresie, jadłam normalnie. Pogoda to chyba też nie, bo nie przypominam sobie z poprzednich lat, żebym nie dojadała w wakacje - co prawda w cieplejsze dni bywam zmęczona w taki sposób, w którym nie mam ochoty iść do kuchni i otworzyć lodówki albo machać łyżką/widelcem, ale nigdy nie było tak, że to mój ściśnięty żołądek od rana mi mówił "weź spierdalaj, nie mam ochoty". Nie byłam też w ostatnim czasie na diecie, co mogłoby mi zmniejszyć zapotrzebowanie, ani nie podjadam między posiłkami.
Dziwne to.


W ogóle, pamiętacie tę "listę celów", którą zrobiłam na koniec wakacji? O, tę:


Dzisiaj mi się przypomniała i postanowiłam ją zweryfikować:

Cieszę się z tego, jak to teraz wygląda. :)


Tym pozytywnym akcentem kończę na dziś. Odezwę się jutro - o ile będę miała do powiedzenia coś ciekawszego niż opowiadanie o tym samym dziesiąty dzień. Chyba że wam to nie przeszkadza, to znowu zdam sprawozdanie z moich przygód związanych ze Szkołą.

środa, 17 maja 2017

Niepokoje

Jestem już po ostatniej maturze, więc oficjalnie wprowadzam etykietę wakacje 2017. Joł.

Poza tym ustny angielski zdany na 100%, tak jak się wszyscy spodziewali. Moja nauczycielka z angielskiego mnie wyściskała i przy okazji powiedziała, że będzie mnie męczyć wiadomościami na Facebooku, a nauczycielka, która mnie nie uczyła, ale znała mnie i dzisiaj egzaminowała, stwierdziła, że mnie kocha za to, jak umiem ten angielski. Do tego wszystkiego udało mi się nastraszyć mamę, bo ogólnie to można było zdobyć 30 punktów i przez telefon powiedziałam smutnym głosem "Mamooo, trzydzieści!" - zgodnie z moim zamiarem mama najpierw myślała, że zdałam na 30%, ale potem się zorientowała, że to tyle punktów. (Siostra się już nie nabrała).
Przy okazji poznałam swoje możliwości, bo zazwyczaj funkcjonowanie po trochę ponad sześciu godzinach snu (kładłam się spać około wpół do pierwszej, obudziłam się o siódmej) nie jest dla mnie zazwyczaj zbyt komfortowe, a dzisiaj było okej i nawet tę maturę zdałam lepiej niż dobrze.

Mam trochę mieszane uczucia, bo udało mi się uniknąć rozmowy z kolegą na temat mojej nowej tapety i przy okazji nowej fascynacji, więc nie musiałam w zażenowaniu spieprzać do kibla, ale nie odzyskałam w końcu moich pieniędzy. To chyba dlatego, że daję sobą pomiatać. Trzeba było tupnąć nogą i zażądać tych pieniędzy, jak był czas. A teraz przez to wszystko wychodzi na to, że jeszcze będę musiała schować swoją dumę domatora do kieszeni i wybrać się do kolegi w któryś dzień, żeby mi dał te pieniądze. Ewentualnie schować dumę skąpca (którym niestety jestem tylko czasami) do kieszeni i pogodzić się z faktem, że cztery dychy już nie są moje, bo w sumie i tak od tego nie zbiednieję. Niby miałabym za to przejazd do Krk i z powrotem i jeszcze by mi zostało, bo bilet w jedną stronę ponoć kosztuje 15 złotych, ale to na to wyłożę z innych pieniędzy.
W ogóle kolega powiedział, że będzie organizował grilla i że termin będzie zależał ode mnie, bo to mnie wiecznie nie pasuje, a jak się ze mną osobiście dogada, to będzie dobrze. W kolejnym zdaniu sam sobie powiedział, że pewnie do końca wakacji się nie dogadamy, ale to już swoją drogą. Średnio chce mi się ruszać tyłek z domu, a spotkania ze znajomymi to już w ogóle mnie nie bawią. Nie mogę stracić całego tego czasu, kiedy to mogłabym siedzieć i oglądać Szkołę. xD A tak na serio to jestem skłonna połowę wakacji przesiedzieć u siostry, byle mieć dobrą wymówkę do niepojawienia się tu i tam. Albo do tego Krakowa będę jeździć raz na dwa tygodnie.


A propos tego Krakowa, pomysł, żeby tam pojechać więcej niż raz, jest całkiem kusząca. Nawet nie potrzebuję spektakli, i bez tego mogę być stalkerem. Chociaż z drugiej strony teatr to takie zapewnienie, że zobaczę osobę, o którą chodzi, na żywo, bo stalking niekoniecznie musi mi wyjść.
Jestem żałosna. Już się przecież przyznałam, o kogo chodzi, a dalej nie umiem o tym pisać. W zeszłym roku natychmiast usilnie chciałam przejść na używanie imion, i nawet szybko mi się to udało, a teraz nazwisko mi nie przechodzi przez palce. Może to dlatego, że on jest Polakiem i jakby przypadkiem trafił na mojego bloga, to się wszystko natychmiast wyda i będzie przejebane. xD Co prawda wydaje mi się, że na razie udaje mi się pozostać w ciemnym zakątku Internetu, ale nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie czas sądu ostatecznego.
Tak w ogóle to nie daje mi ta moja fascynacja spokoju. Nawet nie potrafię się wyłączyć i zacząć robić czegoś innego, tylko się jeszcze nakręcam niepotrzebnie. Chyba muszę zacząć zakręcać się wokół rodziców, żeby móc jechać do Krakowa (mimo że termin wciąż nieznany), może po tym bym się trochę ogarnęła. Albo po prostu muszę faktycznie znaleźć sobie zajęcie.
Ale najpierw idę oglądać Szkołę, odcinek sam się nie dokończy. Z czasem mi przejdzie, chyba.

wtorek, 16 maja 2017

Uboczne skutki fascynacji

Dzisiaj witam się z wami jako dumna posiadaczka konta bankowego w ING Banku Śląskim. W sumie już dawno chciałam mieć konto (zarówno w rozumieniu od kilku lat, bo już taki czas była taka idea, jak i w rozumieniu od kilku tygodniu, jak stwierdziłam, że założę sobie na koniec szkoły/matur), no to dzisiaj się zebrałam i poszłam. Będę mogła zamawiać sobie dziwne rzeczy przez neta. Paradoksalnie będę mogła przy tym oszczędzać, bo w ramach konta mam też konto oszczędnościowe, na które mogę włożyć część pieniędzy i one mi będą procentować. Dobry deal dla ludzi rozrzutnych. Takich jak ja. Minus jest taki, że te pieniądze z oszczędnościowego można też swobodnie wyjmować i może być tak, że w dniu słabości z oszczędzania będą nici, ale postaram się być silną kobietą i tego nie zepsuć.

Ogólnie to trochę panikowałam przed wyjściem z domu i potem wejściem do banku, ale potem powiedziałam sobie, że przecież już trochę różnych spraw załatwiałam, bo sobie sama odbierałam dowód trzy lata temu, a w zeszłym roku to i numer telefonu rejestrowałam, i w ogóle od początku do końca sama wysyłałam ten pieprzony list, to co, konta w banku sobie nie założę? No to założyłam. :) Wszystko było w porządku, pani, która mi to konto zakładała była bardzo miła, i w dodatku chyba myślała, że jestem trochę młodsza niż w rzeczywistości, bo kiedy zapytała mnie, czy mam 18 lat i powiedziałam, że tak, to się jeszcze upewniała, czy na pewno już skończyłam, a ja przecież w przyszłym miesiącu kończę 19. xD Na szczęście obyło się bez innych "wpadek" - czy to ze strony mojej, czy banku.
Jakby co, to ja tu nie robię reklamy ING, bardziej się chwalę, że mam pierwsze w życiu konto, a jak już je mam, to czemu by nie powiedzieć gdzie. :)




A jutro ostatnia matura, ehh. Będę musiała się nieźle nagimnastykować. Nawet nie chodzi o samo zdanie, bo to ustny angielski i o wynik się nie boję (oczywiście miło byłoby mieć jak najlepszy, ale to już inna kwestia), tylko bardziej o to, kto się pojawi w tym samym dniu w szkole i jaka uważna muszę przez to być. Sprawa jest taka, że mój stosunkowo natarczywy kolega, który zawsze pyta mnie, kogo mam na tapecie na telefonie (jeżeli jest nowa), zdaje w tym samym "rzucie" co ja, a ja sobie już tę tapetę zdążyłam zmienić w związku z moją nową fascynacją. Będę musiała uważać, żeby nie zobaczył, bo o ile napisać tutaj jeszcze mogłam, to nie wyobrażam sobie tłumaczyć tego komuś wprost. Zazwyczaj wymieniałam nazwiska z podejściem "i tak nie znasz", a teraz? "Kogo masz na tapecie? W czym on gra?" - "A, w Szkole na TVN-ie.". No przypał trochę. Najchętniej to bym całe dwie godziny (bo tyle będę w sumie w szkole) unikała kolegi, ale ma mi oddać pieniądze, to lepiej, żebym mu się pokazała, co nie?
Ej, wiem. Znalazłam jedno zdjęcie Mancewicza z jakiegoś filmu z lat dziewięćdziesiątych, na którym jest w sumie do siebie niepodobny; ustawię je na tapetę, a jak kolega zauważy, to mu będę wkręcać, że i tak nie wie, kto to. Może nawet nie będę musiała specjalnie wkręcać, bo rzucę nazwiskiem, on raczej nie będzie kojarzył. Chyba że spyta, w czym gra. Najwyżej wzruszę ramionami i ucieknę do toalety. Trochę tchórzostwo, ale nie sądzę, żebym miała się źle z tym czuć, a kolega nie zwróci uwagi albo zapomni, bo to ostatnia matura i nasze relacje się rozwieją, przynajmniej trochę.
Mimo wszystko mi ulżyło. xD Zawsze się znajdzie jakieś rozwiązanie.



Dzisiaj notka trochę wcześniej niż zazwyczaj, jakoś tak mi się zebrało. Wiem, że ostatnio dużo tu piszę, ale mam czas i temat(y) w sumie też. Możecie się spodziewać, że w najbliższym czasie to się nie zmieni, bo w zakresie zainteresowań wakacje jednak są dla mnie zawsze trochę bardziej produktywne niż reszta roku, nawet jak są wyjazdy. Problemem może być tylko to, że w najbliższym czasie będę bardzo monotematyczna, ale w sumie rok temu też tak było. Zresztą, jeszcze zobaczymy, jak to się wszystko ułoży.
Dobra, lecę, bo mam odcinek Szkoły do dokończenia.

poniedziałek, 15 maja 2017

Wyznaję

Byłam dzisiaj w Katowicach, głównie po to, żeby odebrać sobie paczkę w Empiku. Poza tym w sumie i tak nie zrobiłam za dużo. Kupiłam sobie jeszcze pomadkę i świecę zapachową w Rossmannie. Chciałam też znaleźć jakiś golf, bo mam nowe powody, żeby sobie kupić (nawet gama kolorów mi się powiększyła), ale obeszłam dwa sklepy i mi się przypomniało, że wiosna-lato to zły czas na szukanie golfów. Jak znowu zostaną wyrzucone na półki na jesieni, to sobie jakiś kupię. Nie musi być biały, to może tym razem mama się zgodzi.
Żeby nie przedłużać - zawartość paczki z Empiku przedstawia się tak:


 
To tak, żeby było, że robię w wakacje coś ambitnego, a nie tylko oglądam dziwne programy z TVN-u. xD Co prawda wakacji przede mną jeszcze dużo, więc na pewno coś by się znalazło, ale wolę od początku mieć jakąś alternatywę.



Kuuurde no. Niby powiedziałam tu i tam, że w dzisiejszej notce przyznam się, dla kogo oglądam Szkołę, ale jednocześnie potrzebowałam jednak jakiegoś katalizatora, tak jak w zeszłym roku do fascynacji Karlem-Ottonem przyznałam się dopiero, jak namówiłam rodziców na kupno Rzeźni numer pięć (jakkolwiek to nie brzmi) i egzemplarz pojawił się w domu. (Ciekawostka jest taka, że to wszystko było równo rok temu, bo wtedy też się przyznałam 15 maja, specjalnie sprawdziłam). No to zaczęłam sobie oglądać kolejny odcinek Szkoły, obiecując sobie, że wyrzucę to z siebie, jak osoba, o którą się rozbija, pojawi się na ekranie, i licząc na to, że pojawi się za trzy odcinki. Pojawiła się po trzech minutach. xD Kill me please.

No ale trudno. Obietnic się dotrzymuje. Niniejszym ogłaszam, że oglądam Szkołę głównie* z powodu Jana Mancewicza, czyli serialowego Zbigniewa Małka, nauczyciela historii. Nie wytłumaczę wam, dlaczego, bo w sumie sama chciałabym wiedzieć. Zdjęcia też tym razem nie wstawię, bo mi za bardzo głupio jest, jak ktoś potrzebuje, to sobie wyszuka. Tylko nie oceniajcie mnie, dobra?

Dziękuję, dobranoc, idę się topić we własnym zażenowaniu.


*Zaznaczam, że głównie, bo jak bym nie ceniła sobie też innych postaci i ogólnie całego serialu, to bym chyba zwariowała. Ale taki jest najważniejszy powód.
Nie wierzę, że to w końcu napisałam. xD

sobota, 13 maja 2017

Dzienna dawka odmóżdżenia

Obejrzałam dzisiaj cztery odcinki Szkoły praktycznie pod rząd. Nad oglądaniem ostatniego się wahałam, ale opłacało się. ❤
Dawno nie miałam aż takiej fazy na oglądanie jakiegoś serialu. Może jak na jesieni te niecałe dwa lata temu oglądałam Sabrinę, ale poza tym sobie nie przypominam. Zazwyczaj to nawet jeśli faktycznie chciałabym oglądać jakiś serial, to oglądałam odcinek i się poddawałam, a tu? Tu obejrzałam trzynaście odcinków w ciągu tygodnia, nie licząc jednego obejrzanego wczoraj w magicznym pudełku. A to wszystko przez jedną osobę, która mi zawróciła w głowie. Przyznałabym się już, kto to taki, ale jak o tym piszę, to ciągle mi jeszcze głupio, więc jeszcze trochę poczekam.


Zaczęłam się dzisiaj zastanawiać, czemu właściwie zmieniłam sobie myśl przewodnią bloga tak w połowie roku. Potem stwierdziłam, że z pewnej perspektywy to i tak kilka miesięcy za późno, a zanim doczekałabym do Sylwestra, to pewnie i tak zdążyłabym kilka razy zapomnieć, więc tak jest dobrze.


Jeszcze a propos tej Szkoły - co jakiś czas łapię się na refleksji, że od początku tygodnia, który jest już dosyć luźny, bo na matury się już przecież nie uczyłam, mogłabym już zacząć coś sobie pisać na pozostałe blogi albo chociaż coś przeczytać, ale nie! Ja siedzę i oglądam! Ja nawet nie muszę się tą Szkołą ogłupiać, i tak jestem taka trochę głupia. xD


Słyszę rozmowę mamy z siostrą o wakacjach - mama mówi: "A my jeszcze nie mamy żadnych planów", na co ja po cichu: "A ja mam plany. Mam bardzo poważne plany". Ciekawe, ile z tego ostatecznie dojdzie do skutku.


Tak w ogóle to jutro chyba będę musiała w końcu obejrzeć Bitwę o Anglię, bo mamie wkręciłam, że oglądałam dzisiaj, jak mnie spytała, co robię, a było mi głupio przyznać się, co naprawdę oglądałam. I tak przydałoby się to zrobić. Ale mnie się tak nie chce... Mam lepsze rzeczy do oglądania. xD Czuję się jak jakiś heretyk, bo tak zagrał i Robert Shaw, i Karl-Otto... Cóż, jak będzie trzeba, to będę przewijać. Hehe.


Aha, i jeszcze pomyślałam sobie, że z tym jeżdżeniem samemu gdzieś tam nie będzie tak źle. W końcu teraz chcę jechać do Krakowa, a przez ostatni rok miałam fazę, że chcę się wybrać do Berlina i też chciałam jechać sama. Moją sytuację poprawia też to, że o ile do Berlina jechałabym bez celu, to do Krakowa chcę pojechać do teatru i to tak serio. Przynajmniej będę miała argumenty, kiedy dojdzie co do czego.


A teraz żegnam, idę spać, bo ostatnią noc właściwie zarwałam (do wpół do pierwszej oglądałam Szkołę, a potem jeszcze się wierciłam), a jutro zostanę obudzona stosunkowo wcześnie, więc muszę też relatywnie wcześnie zasnąć. Dobranoc!


PS. Ostatnia refleksja jest taka, że w sumie mogłam już zacząć dodawać etykietę wakacje 2017, bo praktycznie to już mam te wakacje, ale teraz to jak już zdam ustny angielski.

piątek, 12 maja 2017

Ja to mam szczęście

Ej, widziałam dziś na mieście typa, który wyglądał niemalże identycznie jak Karl-Otto, bez kitu. Blondyn, niebieskie oczy, z okrągłą twarzą i pełnymi wargami. Miał tylko trochę inaczej zarysowany podbródek i nosił okulary. Gdyby nie to, że byłam akurat z mamą na zakupach, to chyba bym za nim pobiegła. I tak na niego patrzyłam jak jakaś głupia najdłużej jak mogłam. To było w ogóle tak, że szłam z mamą do piekarni i musiałyśmy przejść przez ulicę, a on przechodził na drugą stronę. Kiedy nas mijał, odwróciłam się za nim i patrzyłam na niego, specjalnie czekałam przed piekarnią, a potem - o Boże! - on się wrócił i wszedł do tej piekarni. No to wlazłam do tej piekarni i rzuciłam do mamy, że jednak wchodzę, i poszłam popilnować zakupów. A on stał kilka kroków obok! Serio, gdyby nie to, że zaraz musiałam iść z mamą, i to, że on też z kimś rozmawiał, to może nawet bym zagadała. A tak to kicha.
Puenta jest taka, że jest jeszcze dla mnie nadzieja. Bo jednak przystojni ludzie chodzą po tym świecie. xD Może mi się trafi jakiś klon Karla-Ottona czy jeszcze kogoś innego na roku na studiach i go poderwę. xD Ahh, marzenie ściętej głowy.

Nie no, staram się myśleć pozytywnie. Najpierw tylko muszę zaspokoić swój weltschmerz i pojechać do Krakowa. Najgorsze jest to, że termin wyjazdu nie jest tak naprawdę zależny ode mnie, bo zachciało mi się jechać do tego pieprzonego teatru i muszę czekać na konkretne spektakle. Niby jest jeden dwudziestego szóstego, ale wtedy musiałabym jechać nawet nie do Krakowa, tylko do Rabki-Zdroju i w dodatku na wydarzenie, na które nawet nie wiem, czy mogłabym wbić. Śmiałabym się, gdyby wyjebali spektakl w moje urodziny i byłoby takie: "Mamo, ja chcę jechać na urodziny do Krakowa" - "Do Krakowa? Ale jak to? Co najwyżej możesz jechać na posiadówę do kolegi do Będzina" - "NIE NISZCZ MI MARZEŃ!". xD Żartuję, pewnie i tak bym zaczekała do następnego razu.
Przy kolacji a propos jakiejś sprawy rozwinęła się dyskusja na temat samodzielnego podróżowania na długie dystanse. Teraz się przez to zastanawiam, czy rodzice puściliby mnie samą bez dyskutowania o tym, czemu jadę sama, nie wspominając o dopytywaniu się, czy ja chcę jechać do Krakowa Krakowa czy Krakowa w sensie pod Kraków do kuzynki (bo kuzynka mieszka w jakiejś wsi pod Krakowem). Jest jeszcze ewentualnie opcja zorganizowania czegoś ze znajomymi, ale gdybym była z kimś, to nie mogłabym robić tego, co robiłabym, będąc tam samej - nie sądzę, żebym zaciągnęła ich do teatru. Mam problem i to poważny. Miałam przez moment zwariowany pomysł, żeby rodzicom powiedzieć, że jadę z kolegami, kolegom powiedzieć, że nie jadę wcale, a potem pojechać, ale samej, tylko że to prędzej czy później by się wydało. Przed rodzicami może jeszcze bym to ukryła, bo bym się nie przyznała do samotności i tyle, ale pewnie dodałabym zdjęcia na Facebooka czy coś (zwłaszcza gdyby powiódł się mój najbardziej demoniczny plan) i znajomi by zauważyli.
Trochę dzisiaj smutałam po południu, bo mam za bardzo niepohamowaną wyobraźnię, a dostałam po ryju od rzeczywistości. Ale teraz jestem bardziej radosna. Kilka razy przez to przechodziłam i mi się poprawiło - po latach, ale jednak; no i powrót do porannych wydarzeń napawa mnie optymizmem. Trzymam też się kurczowo myśli, że przecież i tak - jeżeli dobrze pójdzie - to będzie lepiej niż kiedykolwiek, bo być może zobaczę ulubionego aktora z dystansu mniejszego niż kilkadziesiąt metrów. Muszę sobie powtarzać, że to jest dobra rzecz i że nie powinnam oczekiwać od sytuacji zbyt wiele, bo tak naprawdę i tak już dostałam mega dużo.
Muszę też pamiętać o moim nowym motcie. Do tego dochodzi mi hasło, które jakieś kilkanaście minut temu znalazłam na profilu koleżanki na FB:

Marze­nie o czymś nieprawdopodobnym ma swoją nazwę. Na­zywa­my je nadzieją.

Mam nadzieję! :D
O, jeszcze mi się przypomniało to: "Dobrze, jak nie za dobrze, nie zaszkodzi niepolepszenie, jak tylko można wytrzymać na głupi sposób swój…" To taki mój ulubiony wiersz, który powtarzam sobie, kiedy coś jest nie tak. Bo właściwie ciągle coś jest nie tak, ale… dobrze, jak nie za dobrze…

Mogłoby być lepiej, ale dobrze jak nie za dobrze...


A z takich bardziej przyziemnych rzeczy to miałam dziś ustną maturę z polskiego. Zdałam, na 93%. :D



Dobra, biegnę jeszcze pooglądać Szkołę, bo to mój tymczasowy priorytet. Oczywiście z nastawieniem, że przecież ja i tak mam szczęście... I może będzie jeszcze większe :D

czwartek, 11 maja 2017

"Był chyba maj..."

Z każdym dniem dociera do mnie kolejny fakt związany z tym, jakiego szczęśliwego tak naprawdę wyboru dokonało tym razem moje serce.
Kiedyś, za czasów mojej mocnej fascynacji Karlem-Ottonem (nie mogłam namierzyć posta, więc go nie przytoczę), narzekałam bardzo, że chciałabym urodzić się w takich czasach, że mogłabym chodzić do teatru, jak on jeszcze był aktorem teatralnym, a potem do kina na pokazy filmów z nim. Możliwe, że jakimś sposobem dałoby się to zrobić, ale może w innym życiu, bo wymagałoby to zarówno podróży w przestrzeni, jak i w czasie. A teraz? Teraz wystarczy tylko przestrzeń, bo niby dwie godziny pociągiem do Krakowa to jest jakiś tam czas, ale kluczową rolę odgrywa tu tylko przestrzeń. Muszę tylko poczekać na dobry moment, ale wierzę, że taki nadejdzie. No i mam jeszcze ponad czterysta odcinków serialu do obejrzenia.
Poza tym jest zabawnie, bo oglądałam sobie dzisiaj tę nieszczęsną Szkołę i się wychillowałam, i potem przy kolacji gadałam jak opętana i śmiałam się dużo (też jak opętana, bo ja w ogóle mam opętany śmiech), aż w końcu mama powiedziała do taty coś w stylu: "Ona chyba się gdzieś ukradkiem odstresowuje", mając na myśli pewnie alkohol/narkotyki/inne. Poszłam do pokoju i mówię cicho: "Tak, mamo, ale to nie w taki sposób, jak myślisz". Chociaż... W sumie ostatnio stwierdziłam, że miłość jest jak narkotyk...

Przypomniało mi się też, jak po tej nieszczęsnej maturze z angielskiego siostra mi powiedziała, że jak już zostanę tym tłumaczem, to zawsze mogę robić tłumaczenia symultaniczne i a nuż się spotkam z Donaldem Sutherlandem w rzeczywistości, a nie tylko na maturze. Tak sobie teraz myślę - a po co to na co to komu, jak można się na luzie spotkać z kimś z Polski. xD Przy dobrych układach wydarzy to się jeszcze zanim pójdę na studia, a tak to... no.


Ciekawe, kiedy się tu przyznam, o kogo się rozbija tym razem. Bo pewnie się przyznam, tylko potrzebuję czasu, tak jak w zeszłym roku. Już teraz mnie korci, żeby to zrobić, ale jakoś mam opory.
O, a teraz zauważyłam, że maj to taki mój czas miłości. Hmmmm. Z jednej strony wygląda jak przypadek, z drugiej - podejrzanie.


Dobra, idę, bo obejrzałabym sobie jeszcze jeden odcinek Szkoły, a teraz muszę być uważna. No i trzeba się wychillować przed ustnym polskim.

środa, 10 maja 2017

Nadzieję mam

Ej, znalazłam sobie hymn. I motto przy okazji.



Nadzieję mam, spokój i czas
Co wymarzone - nikt tego nie odbierze
Uczucia te zaskoczą nas
Ja nie żałuję żadnej z chwil minionych lat

Niby znałam tę piosenkę już dawno, ale jakoś ostatnio wróciłam do niej i jeszcze bardziej mi się spodobała, zwłaszcza że teraz mogę czytać ją w kontekście tego, co mi się zadziało w sferze... no, uczuciowo-prywatnej.
Aż chyba sobie zmienię motto całego bloga. To z Goebbelsa mam już prawie półtora roku, no ej.
No. Gotowe. Teraz ta myśl będzie mi przyświecać.


Zdążyłam już obejrzeć 4 odcinki Szkoły z 434, które mają być dostępne przed wakacjami. W sensie że trwający jeszcze sezon skończy się na 433 (bo jeszcze był odcinek zerowy) i potem wakacje. Nawet nie wiecie, jakie to jest rajcujące. Nie mam co robić, to poszukuję miłości.
Przez moment mi dziś odbiło i stwierdziłam, że pojadę do Krakowa studiować na Jagielonce, nawet się trochę popłakałam z tego powodu, ale potem przemyślałam swoją decyzję i stwierdziłam, że nie mogę dać się ponieść emocjom. Za rok mi przejdzie, chyba. Jeżeli Szkoła dalej będzie leciała, to bardziej nie, ale mogę się mylić. A do Krakowa mogę se pojechać na kilka dni tak o. Najlepiej na spektakl do teatru, żeby nie było, że widzimisię jest takie puste. Dla mnie będzie miało wtedy podwójne dno, ale najpierw musi się znaleźć spektakl. Jeśli będę cierpliwa, to znajdę taki, jaki chcę. Przez ostatnie dwa dni byłam niecierpliwa, ale potem właśnie przyszła mi z pomocą wyżej wymieniona piosenka i te dwa pierwsze zdania z cytatu. Mam nadzieję, większą niż zawsze, spokój, bo jednak faktycznie cała sytuacja mnie uspokaja, i czas, też w sumie więcej niż zwykle; wymarzyłam coś sobie i nikt mi tego nie zabierze.

Poza tym cały dzień mi gorąco, nawet mroźne powietrze (w maju to brzmi jak jakiś troll) wpadające przez okno mi nie pomaga. Mama mówi, że to przez ciśnienie, bo faktycznie po zmierzeniu okazało się, że mam wyższe niż zazwyczaj. Może przez sen mi spadnie albo coś.
O właśnie, a propos snu. W nocy z wczoraj na dziś pobiłam swój rekord, bo już po pięciu dniach przyśniła mi się osoba, którą aktualnie się fascynuję. Ostatnim razem potrzebowałam około miesiąca. Czytam to jako dobry znak, tak samo jak to, że pierwszy raz od nie pamiętam kiedy fascynuję się jakimś Polakiem, i w dodatku stosunkowo młodym (w porównaniu do ludzi, na których miałam fazę przez ostatni rok) xD.

Cóż, muszę tylko poczekać jeszcze tydzień do ostatecznego końca matur i będę mogła zdziałać coś bardziej. Na razie został tylko fangirling.
Dobranoc.

poniedziałek, 8 maja 2017

Ból istnienia

Wczoraj się tak rozpisałam, że Donald Sutherland jest mi na dobrą sprawę obojętny, a dzisiaj i tak pisałam o nim na maturze z angielskiego. xD Mieliśmy na podstawach napisać o spotkaniu z aktorem, na którym byliśmy, a potem polecić jeden film z nim. Chciałam napisać przez moment o kimś innym, ale Telly Savalas, Robert Shaw i Charles Bronson nie żyją, a jakbym miała pisać o Karlu-Ottonie, to chyba wpadłabym pod stół z zażenowania. Przyszedł mi do głowy jeszcze jeden polski aktor, ale jeszcze nie widziałam z nim żadnego filmu i głupio byłoby pisać o czymś, o czym nie mam zielonego pojęcia. Wiecie, wybrałam najmniejsze zło.
A potem się dziwnie zrobiło, bo jak do mnie siostra zadzwoniła, to zapytała: "Złoto dla Zuchwałych czy Parszywa Dwunastka?", i ja myślałam, że już zadanie jest w necie i odgadła, o kim pisałam i pytała, jaki film polecałam, a ona pytała o to, z jakiego filmu mam ustawione granie na czekanie. (Mam z Wielkiej Ucieczki.). Jak gadałyśmy potem drugi raz, to nic o tym nie wspomniała, pewnie po to, żeby mnie nie zawstydzać, podczas gdy ja jestem roztrząsaczem i najchętniej bym ze wszystkimi sobie to wyjaśniała. Może jak się wyśpię, to mi przejdzie.



Mam problem, bo jestem w dziwnym stanie. Mam dość wszystkich i wszystkiego, ale nawet nie chce mi się wyładowywać złości. Mam ochotę umrzeć, ale mam powody, żeby żyć. Chcę gdzieś pojechać, pozwiedzać, coś zobaczyć, ale nie chce mi się wychodzić z domu. Popłakałabym sobie, ale chce mi się śmiać. Dodatkowo chyba mi niedobrze. I nawet nie mogę tego wszystkiego zwalić na okres, bo mi się skończył jakieś trzy dni temu. Na matury też nie, bo niby jest stres przed ustnymi, ale ogólnie to dobrze mi idzie.
Za bardzo kochliwa jestem, tyle. I za bardzo niepohamowaną wyobraźnię mam. Stanęłam w złej kolejce, jak rozdawali emocje i rozsądek, ot co. Po co ja się uczyłam tyle lat, jak ta mądrość będzie tylko na papierku, a w prawdziwym życiu będę nieudacznikiem i przegrywem. Nawet pozytywne myślenie mi rzadko wychodzi. Tylko fangirlować umiem i to aż za bardzo.
Naprawdę, mogłabym się teraz zabić, bo i tak nic ciekawego się ze mną nie wydarzy, ale za bardzo chce mi się żyć, chociaż powody są dziwne i całkiem błahe. Tylko co to za życie, jak ani nie potrafię dobrze chcieć umierać, ani dobrze chcieć żyć?
Idę spać, może rano będzie lepiej.

niedziela, 7 maja 2017

Biedna, ale całkiem szczęśliwa

Niech te matury już się skończą, bo ja mam dopiero dwa egzaminy za sobą, a już mi tak odpierdala czasami, że głowa mała. Nawet nie chodzi o to, że ja się stresuję, tylko właśnie przesadzam z odstresowywaniem się. I to jest spoko, bo przynajmniej nie panikuję (a panikara to ze mnie jest, trudno jest mnie doprowadzić do stanu, że mam wyjebkę), ale za to zaczęłam fangirlować i to tak bardzo, że się tylko dzisiaj trzy razy prawie popłakałam. "Najgorzej" to było w nocy z wczoraj na dziś, jak o pierwszej zachciało mi się weryfikować listę filmów z Karlem-Ottonem do obejrzenia, i się okazało, że jeden film, którego nawet nie obczajałam wcześniej, jest dostępny a) na YT z dobrą jakością obrazu, ale po niemiecku, więc rozumiem niewiele, b) na YT z gorszą wersją obrazu, ale po angielsku, więc ogarnęłabym, o co chodzi, ale poziom doznań estetycznych byłby niższy oraz c) na eBay'u po angielsku na DVD, i to byłaby najlepsza opcja, ale jest w chuj drogi.
Tak naprawdę to ja nie wiem, czy ja ten film chcę oglądać, bo jedyne, o czym myślę, to to, że to jest niemiecka wersja Pana Samochodzika i chce mi się śmiać, ale matko, Karl-Otto tam gra i jeszcze jest tam taki przystojny, że aż chce mi się płakać. Prawdopodobnie skończy się na tym, że będę oglądać tą niemiecką wersję z wyjebką na fabułę, byle zaspokoić swoją potrzebę doznań estetycznych (ewentualnie będę się bawić z puszczaniem obrazu z jednej wersji i dźwięku z drugiej), ale generalnie problem jest poważny.
A hajsy, które poszłyby na film, wydam na... inny film! Z Karlem-Ottonem oczywiście. Jest taki jeden, który oglądałam w zeszłym roku na YT, ale angielska wersja zniknęła i została tylko niemiecka. Niby ten film nie podobał mi się jakoś bardzo - dostał cztery gwiazdki na Filmwebie - ale mam taką ochotę, żeby go oglądać w kółko i w kółko, ale wolę po angielsku. To sobie kupię.
W ogóle jak sobie patrzę, ile ja hajsów wydam w te wakacje... Mam też fazę, że chcę sobie kupić książki Roberta Shawa, i jedna jest bardzo rzadka, i niby znalazłam, ale kosztuje pieprzone 300 złotych. A jeszcze mam do kupienia program do montażu, i samouczki do włoskiego... Będę biedna. Na szczęście niedługo odzyskam moje czterdzieści złotych, chociaż tyle mi się zwróci.
Ale ale, jest jedna rzecz, na której zaoszczędzę. Miałam jechać do Francji spotkać się z jedną znajomą z Tumblra, ale potem stwierdziłam, że mam lepsze rzeczy do roboty. Do tych wszystkich rzeczy doszło mi jeszcze oglądanie Szkoły, bo stwierdziłam, że chcę mieć obejrzane wszystkie odcinki (a jeszcze raczej wszystkich nie widziałam, zresztą mogę obejrzeć jeszcze raz). Powody pozwolę sobie zostawić na kiedy indziej.


Tak sobie myślę... No bo to jest tak, że Złoto dla Zuchwałych obejrzałam z powodu Donalda Sutherlanda. Gdyby mi ktoś jakieś półtora roku temu przepowiedział coś w stylu: "Z Savalasem będziesz oglądać filmy całkiem chętnie, z Eastwoodem też jeden obejrzysz, a w tym Niemcu od czołgu to się w ogóle zakochasz, o Sutherlandzie to ty w ogóle zapomnij, tylko Obywatel X cię przy nim trzyma", to by dostał kopa na ryj. A tymczasem to jest całe moje życie w jednym zdaniu. xD Co prawda widziałam Donalda Sutherlanda jeszcze w Parszywej Dwunastce, czasem oglądam Igrzyska Śmierci, i jeszcze niby jakiś jeden film z nim znalazłam, ale to już nie to samo.


Powiedziałabym, że zaczekam do śmierci Karla-Ottona, a potem się potnę, żeby się w innym świecie spotkać z tymi wszystkimi ulubionymi aktorami, a potem sobie przypomniałam, że przez Szkołę znalazłam sobie (chyba) nowy powód do życia. Poza tym zawsze chciałam wydać książkę, muszę to jednak zrobić przed śmiercią. Co nie zmienia faktu, że samobójstwo wydaje się dobrą opcją. No wiecie, to daje taką świadomość, że jak się umiera, to na swoich zasadach, a nie, że ktoś inny decyduje. Ale to już temat na kiedy indziej.



Dobra, idę spać. Jestem tak zażenowana tym, że miałam się przez weekend uczyć, a odpierdalałam dziwne (naprawdę dziwne) rzeczy, i myśli też miałam dziwne, że ja to chyba muszę przespać. Nie sądzę, żeby rano miało być lepiej, i w sumie nawet nie chcę, bo przynajmniej nie będę panikować przed maturą, ale może trochę zażenowania odejdzie.



PS. Stwierdziłam, że dodam jeszcze trzy nutki, które mi towarzyszyły przez weekend. Tak dla zachowania humoru.



środa, 3 maja 2017

O pieniądzach słów kilka

O Boże, ludzie to jednak są... Pamiętacie, jak pisałam o tej kociej kawiarni w Katowicach? Że chyba im się nie uda?
Teraz, jak to piszę, to brakuje jakichś 500 złotych do celu przy dwóch godzinach do końca kampanii. Trzy dni temu brakowało kilkanaście tysięcy.
Z jednej strony fajnie, że ludzie tak pomagają i takie tam, ale kurde, już się cieszyłam, że będzie jedna rzecz mniej do zrobienia w wakacje, a tymczasem okazuje się, że jednak będę miała zajęty jeszcze jeden dzień.
O, w czasie, jak to pisałam, wybiło im 100%. Cholera. A miało być tak pięknie, miało nie wiać w oczy mi...


Mam dylemat, bo kolega mi jest winny pieniądze (całe czterdzieści złotych! za to można tyle rzeczy kupić!), ale głupio mi o nie żulić, zwłaszcza że jakaś uboga nie jestem, a i tak je pewnie przepieprzę na głupoty. I tak staram się oszczędzać na czym tylko mogę. No ale cztery dychy piechotą nie chodzą... zawsze to dodatkowe dwie kawy w Starbucksie, albo książka, albo bilet czternastodniowy bez limitu przejazdów na karcie ŚKUP. Z tym biletem mówię serio, specjalnie sprawdziłam, ile kosztuje (a kosztuje 42,50), a możliwe, że będę takowy bilet wykupywać w wakacje, jakby mi się zachciało w lipcu albo sierpniu, ewentualnie wrześniu szwendać po okolicy.
Zaczęłam sobie tak trochę liczyć pieniądze i to nie jest tak, że nie jestem uboga, to jest tak, że ja jestem mega bogata jak na osobę, która ma niecałe 19 lat i jeszcze w dodatku nigdy nie pracowała, ale te cztery dychy no! Zresztą to o zasady chodzi, już palcie licho pieniądze. Może gdyby to było dwa złote, to bym machnęła ręką (chociaż za dwa złote to można... cicho! to nieważne!), ale dwadzieścia razy dwa złote to już nie jest takie nic.
Na razie dam spokój, bo w trakcie matur to nie sądzę, żeby ktokolwiek miał do tego głowę, ale po siedemnastym muszę zacząć prosić. Prawdopodobnie odbędzie się to wysokim kosztem, czyli takim, że będę musiała kolegę odwiedzić, a mój czas w te wakacje będzie bardzo cenny i wyjazdowy dzień to stracony dzień, ale tych czterdziestu złotych wszystko jest warte.
Dobra, kończę ten temat, bo zaraz wyjdę na jakiegoś snoba czy coś. Ale mnie to naprawdę denerwuje.



Dziwnie się czuję z myślą, że trzy lata temu o podobnej porze, bo wtedy to był okres tuż przed egzaminami gimnazjalnymi, oglądałam po raz pierwszy Złoto dla Zuchwałych, a równy rok temu, bo też trzeciego maja, oglądałam ten film po raz drugi. To się wszystko tak niedawno wydaje, ale mnóstwo się pozmieniało. Nie zmieniło się chyba tylko to, że co roku na święta oglądam Obywatela X, zresztą bez tego też byłoby inaczej. A dziś? Dziś oglądałam tylko Pana Tadeusza. Nawet się nie zmobilizowałam, żeby jakiś "swój" film obejrzeć przez to wolne. Mogłam dziś oglądać Parszywą Dwunastkę, ale późno się kończyła, zresztą niedługo będę robić sobie maraton wszystkich czterech części. Jak znam życie, to za prędko go nie zrobię, bo najpierw będę matury, potem pewnie średnio mi się będzie chciało, potem będą jakieś rozjazdy, a potem znowu mi się nie będzie chciało. Ale mam czas i mi się uda.


A teraz idę spać, bo muszę się wyspać przed maturą. I tak się pewnie nie wyśpię, ale przynajmniej będę próbować.

wtorek, 2 maja 2017

Przeznaczenie przychodzi przypadkiem

Wracamy dziś z mamą ze sklepu, przychodzę po chwili pokazać się mamie z ustami pomalowanymi nowo kupioną pomadką, na co mama mi mówi:
-No ładnie, ładnie. Bo ty masz duże usta i z natury masz co malować, nie to co niektórzy, co sobie specjalnie botoks wstrzykują.
Najpierw sobie pomyślałam, że chyba nikogo z naprawdę dużymi ustami nie widziała, a potem sobie przypomniałam, że przecież oglądała ze mną dwa razy Złoto dla Zuchwałych, raz Wielką Ucieczkę i raz Bitwę o Ardeny, poza tym pokazywałam jej zdjęcie, które wysłałam Karlowi-Ottonowi do podpisu. Hahaha xD Mnie to serio śmieszy, przez maturę już mi odbija.
Pomyślałam sobie o jeszcze jednej osobie, która ma całkiem duże usta i zresztą pojawia się w dwóch z tych trzech filmów, ale to nieważne. Nie powiem, bo się okaże, że to, jakie mam myśli, kwalifikuje się do jakiegoś leczenia.
Ale za to się pochwalę, że zachciało mi się grać w Simsy i prawdopodobnie sobie zorganizuję w wakacje którąś część, i będę robić dziwne rodzinki. "Dziwne" w sensie zawierające postacie z moich opowiadań albo mnie i kogoś, w kim jestem zakochana.
O! Zrobię Hessa i Goebbelsa i będą mieli gejowski romans jak w tamtym moim śnie. xD Nie no, bez przesady, tego nie zrobię. Chociaż może...
Dobra, nieważne! Idźmy dalej!