piątek, 12 maja 2017

Ja to mam szczęście

Ej, widziałam dziś na mieście typa, który wyglądał niemalże identycznie jak Karl-Otto, bez kitu. Blondyn, niebieskie oczy, z okrągłą twarzą i pełnymi wargami. Miał tylko trochę inaczej zarysowany podbródek i nosił okulary. Gdyby nie to, że byłam akurat z mamą na zakupach, to chyba bym za nim pobiegła. I tak na niego patrzyłam jak jakaś głupia najdłużej jak mogłam. To było w ogóle tak, że szłam z mamą do piekarni i musiałyśmy przejść przez ulicę, a on przechodził na drugą stronę. Kiedy nas mijał, odwróciłam się za nim i patrzyłam na niego, specjalnie czekałam przed piekarnią, a potem - o Boże! - on się wrócił i wszedł do tej piekarni. No to wlazłam do tej piekarni i rzuciłam do mamy, że jednak wchodzę, i poszłam popilnować zakupów. A on stał kilka kroków obok! Serio, gdyby nie to, że zaraz musiałam iść z mamą, i to, że on też z kimś rozmawiał, to może nawet bym zagadała. A tak to kicha.
Puenta jest taka, że jest jeszcze dla mnie nadzieja. Bo jednak przystojni ludzie chodzą po tym świecie. xD Może mi się trafi jakiś klon Karla-Ottona czy jeszcze kogoś innego na roku na studiach i go poderwę. xD Ahh, marzenie ściętej głowy.

Nie no, staram się myśleć pozytywnie. Najpierw tylko muszę zaspokoić swój weltschmerz i pojechać do Krakowa. Najgorsze jest to, że termin wyjazdu nie jest tak naprawdę zależny ode mnie, bo zachciało mi się jechać do tego pieprzonego teatru i muszę czekać na konkretne spektakle. Niby jest jeden dwudziestego szóstego, ale wtedy musiałabym jechać nawet nie do Krakowa, tylko do Rabki-Zdroju i w dodatku na wydarzenie, na które nawet nie wiem, czy mogłabym wbić. Śmiałabym się, gdyby wyjebali spektakl w moje urodziny i byłoby takie: "Mamo, ja chcę jechać na urodziny do Krakowa" - "Do Krakowa? Ale jak to? Co najwyżej możesz jechać na posiadówę do kolegi do Będzina" - "NIE NISZCZ MI MARZEŃ!". xD Żartuję, pewnie i tak bym zaczekała do następnego razu.
Przy kolacji a propos jakiejś sprawy rozwinęła się dyskusja na temat samodzielnego podróżowania na długie dystanse. Teraz się przez to zastanawiam, czy rodzice puściliby mnie samą bez dyskutowania o tym, czemu jadę sama, nie wspominając o dopytywaniu się, czy ja chcę jechać do Krakowa Krakowa czy Krakowa w sensie pod Kraków do kuzynki (bo kuzynka mieszka w jakiejś wsi pod Krakowem). Jest jeszcze ewentualnie opcja zorganizowania czegoś ze znajomymi, ale gdybym była z kimś, to nie mogłabym robić tego, co robiłabym, będąc tam samej - nie sądzę, żebym zaciągnęła ich do teatru. Mam problem i to poważny. Miałam przez moment zwariowany pomysł, żeby rodzicom powiedzieć, że jadę z kolegami, kolegom powiedzieć, że nie jadę wcale, a potem pojechać, ale samej, tylko że to prędzej czy później by się wydało. Przed rodzicami może jeszcze bym to ukryła, bo bym się nie przyznała do samotności i tyle, ale pewnie dodałabym zdjęcia na Facebooka czy coś (zwłaszcza gdyby powiódł się mój najbardziej demoniczny plan) i znajomi by zauważyli.
Trochę dzisiaj smutałam po południu, bo mam za bardzo niepohamowaną wyobraźnię, a dostałam po ryju od rzeczywistości. Ale teraz jestem bardziej radosna. Kilka razy przez to przechodziłam i mi się poprawiło - po latach, ale jednak; no i powrót do porannych wydarzeń napawa mnie optymizmem. Trzymam też się kurczowo myśli, że przecież i tak - jeżeli dobrze pójdzie - to będzie lepiej niż kiedykolwiek, bo być może zobaczę ulubionego aktora z dystansu mniejszego niż kilkadziesiąt metrów. Muszę sobie powtarzać, że to jest dobra rzecz i że nie powinnam oczekiwać od sytuacji zbyt wiele, bo tak naprawdę i tak już dostałam mega dużo.
Muszę też pamiętać o moim nowym motcie. Do tego dochodzi mi hasło, które jakieś kilkanaście minut temu znalazłam na profilu koleżanki na FB:

Marze­nie o czymś nieprawdopodobnym ma swoją nazwę. Na­zywa­my je nadzieją.

Mam nadzieję! :D
O, jeszcze mi się przypomniało to: "Dobrze, jak nie za dobrze, nie zaszkodzi niepolepszenie, jak tylko można wytrzymać na głupi sposób swój…" To taki mój ulubiony wiersz, który powtarzam sobie, kiedy coś jest nie tak. Bo właściwie ciągle coś jest nie tak, ale… dobrze, jak nie za dobrze…

Mogłoby być lepiej, ale dobrze jak nie za dobrze...


A z takich bardziej przyziemnych rzeczy to miałam dziś ustną maturę z polskiego. Zdałam, na 93%. :D



Dobra, biegnę jeszcze pooglądać Szkołę, bo to mój tymczasowy priorytet. Oczywiście z nastawieniem, że przecież ja i tak mam szczęście... I może będzie jeszcze większe :D

2 komentarze:

  1. Gratuluję tak pięknej ustnej! Jakie zagadnienia Ci się trafiły?
    Kusisz, by pojechać z Tobą do Krakowa. W teatrze nie byłam przes lata, z chęcią się wybiorę w dobrym towarzystwie ;)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. :) Trafił mi się temat: Refleksje na temat złożoności ludzkiej natury w kulturze (na podstawie obrazu i wybranych tekstów literackich).
      To byłby całkiem dobry pomysł, żeby wybrać się razem, możemy spróbować się zgadać jakby co ;)
      Uściski!

      Usuń