wtorek, 30 maja 2017

One wrong move, we're through

Zdaje się, że ta choroba, którą przechodzę i o której pisałam ostatnio przybrała najłagodniejszą możliwą formę. Ewentualnie najgorsze przetrwałam, samej do końca o tym nie wiedząc. No i nauczona doświadczeniem poradziłam sobie jakoś z jej zwalczaniem.
Chodzi mi o to, że w sumie dopiero dzisiaj, czyli jak już jestem prawie zdrowa, moja rodzinka się tak do końca zainteresowała, jak się czuję, i to właściwie tylko dlatego, że puścił mi się katar i jak wstałam rano, żeby zamknąć drzwi za siostrą, to się trochę osmarkałam. Ale za to nie boli mnie już tak głowa i w ciągu dnia nie dokucza mi tak gardło. Niby rano mnie bolało po całej nocy, ale w ciągu dnia już go tak nie czuję. Nie wiem tylko, jak to jest z moją temperaturą. Nawet dziś jeszcze miałam podwyższoną (36,9 to niby nic, ale jednak zazwyczaj mam taką podręcznikową). No ale wezmę sobie jeszcze tabletki na noc (które zresztą biorę od soboty, i nikt się nie zorientował) i jutro-pojutrze powinno być całkiem okej.
Ogólnie to chyba nie wyglądałam tak źle przez te kilka dni, bo nikt nie zwrócił mi uwagi, a gdyby nie to, że wpieprzam tabletki na ból głowy i gardła i jeszcze dziś rano wstałam zasmarkana, to chyba w ogóle by to przeszło bez echa. Poza tym jakaś taka dumna z siebie jestem, że sobie poradziłam i tak naprawdę wiedziałam, jak się wyleczyć, bo gdybym nie brała tych tabletek, to chyba jednak kiepsko bym wyglądała.

Zauważyłam, że choroba lubi mnie dopadać w dziwnych terminach. Ostatnim razem byłam chora akurat w ferie (ale przynajmniej nie opuszczałam lekcji przed maturą), a na przykład w trzeciej gimnazjum byłam chora w ostatnim tygodniu szkoły i byłam wtedy w szkole tylko przez godzinę, dzień przed zakończeniem roku na próbie akademii (potem wychowawczyni sama posłała mnie do domu, bo byłam osmarkana i było widać po mnie gorączkę xD). A teraz co? Nie dość, że koniec maja, to jeszcze wakacje, a ja narzekam, że mnie boli.



Ale udało mi się uniknąć uziemienia. Dzisiaj - mimo swojego nieidealnego stanu - poszłam z siostrą na zakupy, bo z kolei ona była po badaniu dna oka i prawie nic nie widziała, to ją kierowałam. Dobrze, że się wywinęłam, bo prawdopodobnie już jutro będę mieć do odebrania dwie paczki - z książką i jeszcze z dwiema bransoletkami i zegarkiem, bo sobie zamówiłam. Przynajmniej będę mogła bez problemu po nie pójść. Trzeba tylko rozkminić, na której ręce będę to wszystko nosić, bo chcę na jednej, ale mam problem z zegarkiem. Teoretycznie powinnam nosić na lewej, bo jestem praworęczna, ale jak ostatnim razem miałam zegarek (czyli około trzech lat temu), to nosiłam na prawej, bo osoba, która mi w tym czasie imponowała, mimo praworęczności nosiła zegarek na prawej ręce (inna sprawa jest taka, że ta osoba była jedną z pary jednojajowych bliźniąt - byli nie do rozróżnienia, jak miałam obie osoby przy sobie to miewałam problem z rozpoznaniem - i wysnułam teorię, że to właśnie dla rozróżnienia, kto jest kto. Nigdy się nie potwierdziło, bo u tej drugiej osoby nie poczyniłam obserwacji, ale to już w sumie nieważne). To nie było aż takie niewygodne, jak mi się przedtem wydawało. Muszę się zastanowić.


Tak jak kiedyś dzięki Szkole nauczyłam się czegoś nowego, tak wczoraj podbudowałam swoje ego, bo się okazało, że jednak coś pamiętam z historii z własnej kariery edukacyjnej. xD Jakaś klasa miała mieć na sprawdzianie z historii pytanie o akt supremacji, i ja tak siedzę i myślę: Czy to nie jest nazwa tego jak się Anglia wyłączyła spod władzy papieża? No i faktycznie - według cioci Wikipedii akt supremacji to ustawa uchwalona przez parlament angielski w roku 1534, która przyznała władcy Anglii tytuł głowy Kościoła anglikańskiego oraz uniezależniła faktycznie angielskie duchowieństwo od papiestwa. Czyli jednak wyniosłam ze szkoły coś więcej niż trzy świadectwa, nagrodę książkową, kilka długopisów i dziwne żarty, fajnie.



Tak sobie myślałam, co jeszcze chciałam dziś napisać, i już wiem. Dzisiaj po raz czwarty w życiu oglądałam Złoto dla Zuchwałych. Najpierw żałowałam swojej decyzji i byłam skłonna wyliczyć, ile odcinków Szkoły w tym czasie mogłabym obejrzeć, ale po kilkunastu minutach okazało się, że to jednak jest jeden z tych filmów, które mogę oglądać w nieskończoność. Tylko końcówka już nigdy nie będzie taka sama. Na początku maja zobaczyłam Karla-Ottona w sombrerze i mi to zmieniło światopogląd. W sumie to nie mam jakiejś wielkiej traumy, ale niestety to jest jedna z rzeczy, które nie dość, że są nie do odzobaczenia, to jeszcze się przypominają w najgorszych momentach. Także tego.



To już chyba tyle, więc na koniec wrzucę tylko nutkę, którą znam dopiero od wczoraj (to znaczy piosenkę znałam już dawno, ale wczoraj zachciało mi się słuchać remixów), ale już pokochałam.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz