piątek, 19 maja 2017

You can walk straight through hell with a smile

Sytuacja sprzed paru chwil:
Siedzę sobie i się zastanawiam, czy będą po wakacjach nowe odcinki Szkoły, bo dzisiaj jest finał sezonu, i myślę sobie: - "Hmm, spróbowałabym się dowiedzieć, ale chyba nie ma żadnego rozsądnego sposobu." Wbijam na Facebooka, przeglądam sobie ot tak, i nagle widzę filmik wrzucony na fanpage Szkoły zapowiadający nowy powakacyjny sezon. Żeby było piękniej, nowy sezon zapowiada dwójka serialowych nauczycieli - nauczycielka chemii i nauczyciel... historii!
Aż się popłakałam z tego wszystkiego.
Przez moment miałam ochotę wysłać zgłoszenie na casting, żeby zagrać w kolejnym sezonie, ale potem stwierdziłam, że jednak trochę przypał by był. No wiecie, przyszłabym na studia i nowi znajomi mnie pytają: "Hej, co robiłaś w wakacje" - "A, byłam na nagraniach do Szkoły". No ej, to nawet głupio brzmi. Ograniczę się do oglądania. Wystarczy, że gimnazjum i liceum, do których chodziłam w rzeczywistości, były trochę patologiczne - jeśli chodzi o uczniów, bo nauczyciele to i tu, i tu do rany przyłóż, prawie jak w serialu.
Myślałam nad tym, że pojawienie się na planie Szkoły byłoby sposobem na spotkanie Jana Mancewicza, ale na to mam inny sposób, nawet nie wiem, czy nie odrobinę pewniejszy. Trochę żal mi też "sławy", którą jednak bym mogła w ten sposób zgarnąć, ale wczoraj akurat nad tym myślałam i stwierdziłam, że jeśli mam być sławna, to to jeszcze przyjdzie, w końcu mam dopiero 19 lat i to jeszcze nieskończone. Poza tym chcę wydać książkę, o czym już wspominałam, to chyba będzie lepszy sposób. Wszystko w swoim czasie, tak?


Wczoraj osiągnęłam wakacyjny sukces, bo na godzinę odeszłam od kompa i zaczęłam czytać książkę. Przy okazji opalałam się na balkonie. Czasami żałuję, że nie mam podwórka, na którym bym mogła się wylegiwać całymi dniami, ale balkon też jest spoko. Dzisiaj chyba to powtórzę, bo nawet mam ochotę na czytanie.


Poza tym coś dziwnego mi się dzieje, bo od przedwczoraj wieczora nie chce mi się jeść. Gdyby to było tylko przy obiedzie, to zwaliłabym to na to, że na obiad były mielone, których nie lubię i których zawsze zjadam mało, ale to jest przy wszystkich posiłkach. Rano potrafię wcisnąć siebie przynajmniej dwa tosty (takie składane, czyli tak naprawdę cztery kanapki) albo miskę budyniu, a tymczasem wczoraj zjadłam jedną kanapkę i to już było na siłę. Tak samo przedwczoraj na kolację zjadłam dwie kanapki zamiast przynajmniej trzech (z tą drugą już się męczyłam, a warto zaznaczyć, że było to około godziny po powrocie z ponad godzinnego spaceru, kiedy teoretycznie apetyt powinnam mieć większy).
Nie mam pojęcia, jaki może być powód. Zwaliłabym to na moją miłość/fascynację, ale przez ostatnie sześć lat byłam "zakochana" dobrych kilkanaście razy i nigdy nie było tak, że przez to nie jadłam, bardziej to rzutowało na naukę (do dziś pamiętam, jak w drugiej gimnazjum, czyli w okresie mojej najgłębszej fascynacji Breivikiem, musiałam pisać test z całego roku z matematyki, bo złapałam kilka trój po drodze i mi piątka nie wychodziła). Zestresowana też raczej nie jestem, zresztą przed maturami, czyli w głębokim stresie, jadłam normalnie. Pogoda to chyba też nie, bo nie przypominam sobie z poprzednich lat, żebym nie dojadała w wakacje - co prawda w cieplejsze dni bywam zmęczona w taki sposób, w którym nie mam ochoty iść do kuchni i otworzyć lodówki albo machać łyżką/widelcem, ale nigdy nie było tak, że to mój ściśnięty żołądek od rana mi mówił "weź spierdalaj, nie mam ochoty". Nie byłam też w ostatnim czasie na diecie, co mogłoby mi zmniejszyć zapotrzebowanie, ani nie podjadam między posiłkami.
Dziwne to.


W ogóle, pamiętacie tę "listę celów", którą zrobiłam na koniec wakacji? O, tę:


Dzisiaj mi się przypomniała i postanowiłam ją zweryfikować:

Cieszę się z tego, jak to teraz wygląda. :)


Tym pozytywnym akcentem kończę na dziś. Odezwę się jutro - o ile będę miała do powiedzenia coś ciekawszego niż opowiadanie o tym samym dziesiąty dzień. Chyba że wam to nie przeszkadza, to znowu zdam sprawozdanie z moich przygód związanych ze Szkołą.

2 komentarze:

  1. Masz rację, na chwilę sławy jeszcze nadejdzie czas, choć mnie by - gdybym była młodsza - kusiło aplikować na casting. Choć pewnie i tak finalnie bym stchórzyła, ale chociaż bym spróbowała.
    Hmm, dziwna sprawa z tym niejedzeniem. Raczej nie jest to narzucone przez podświadomość. Może to dlatego, że właśnie nie masz żadnych stresów? Trudno powiedzieć.
    Ja też się cieszę! :)
    Ściskam! <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie kusi, ale z drugiej strony nie jestem do końca pewna, czy chcę, a zmuszać się w sumie nie ma co.
      Mam nadzieję, że za jakiś czas mi to minie.
      <3
      Pozdrawiam! ^-^

      Usuń