piątek, 30 czerwca 2017

I will survive

Kontynuując temat z wczoraj - zdałam! Zdałam maturę i to całkiem spoko. Procenty miałam takie:
Polski ustny - 93%
Angielski ustny - 100%
Polski pisemny - 81%
Angielski pisemny podstawowy - 100%
Matematyka - 82%
Angielski pisemny rozszerzony - 96%
Wiedza o społeczeństwie rozszerzona - 50%

Zaskoczona jestem matematyką, bo bądź co bądź celowałam w wynik siedemdziesiąt kilka procent, a tu proszę, osiemdziesiąt dwa. W dodatku jest to procent więcej niż z polskiego, przy czym z polskiego tylko 4% zdających miało wyższy wynik, bo w sumie trudna była ta matura. A najbardziej zadowolona jestem z wyników angielskiego, bo mi są potrzebne do rekrutacji na studia. Nauczycielka angielskiego mi nawet powiedziała, że jest ze mnie dumna.
A z jednym z kolegów sobie trochę pożartowałam - jak mu napisałam o wynikach, to stwierdził To co, teraz studia a potem praca w Biedronce albo w McDonaldzie?, a ja mu na to Nie, na zmywaku w Anglii, bo idę na filologię angielską. Dowcip mi się ostatnio wyostrza, to chyba przez Szkołę, bo tam ciągle dziwne teksty lecą.

A propos Szkoły, oglądam sobie jednym okiem odcinek i jedna laska właśnie stwierdziła, że kefir to sfermentowana wydzielina zwierzęcia. Jakby nie patrzeć to prawda, ale jakoś tak się o tym nie myśli.


I tak sobie siedzę sama od piętnastej w domu. Byłam w międzyczasie na zakupach i w Paczkomacie po paczkę z Empiku o takiej zawartości:

 Bo jak mam się uczyć tego włoskiego, to słownik może się przydać.

Do własnych powtórek z angielskiego. Po przejrzeniu nie znalazłam nic, co by mnie jakoś bardzo zaskoczyło, ale może się jeszcze przyda.

Na tę książkę miałam ochotę już dawno, a kupiłam ją teraz, bo były (czy dalej są?) wyprzedaże w Empiku i kosztowała mniej niż 30 złotych.

W ogóle jutro chyba się wybiorę do Katowic. Chyba wmówię rodzicom, że kupiłam te książki w stacjonarnym sklepie już po otrzymaniu wyników matur, bo mi się za nie należało, bo mi głupio, że tyle wydaję przez neta. Może nawet wyżulę od rodziców pieniądze za to, że niby to taka nagroda od nich. I może przy okazji pójdę do Starbucksa albo do jakiejś knajpy na obiad. Bardziej skłaniam się ku temu pierwszemu, bo obiad na dwa dni już mam zapewniony, a w Starbucksie jednak nie bywam codziennie. Poza tym z kubkiem w ręce będę mogła jeszcze gdzieś pójść, a obiad jednak uziemia.


Co tam jeszcze... Aha. Miałam się przyznać, co to za plan miałam na poprawę humoru. Trochę mi głupio, poza tym jeszcze się ostatecznie nie wycofałam, ale co tam, w sumie mogę napisać.
Otóż byłam u psychologa.
Nie pytajcie, czemu. xD Babce powiedziałam, że dręczą mnie moje wahania nastrojów i brak panowania nad emocjami, przede wszystkim gniewem, smutkiem i stresem. Szczerze mówiąc sądziłam, że będzie to wszystko inaczej wyglądało niż wyglądało faktycznie. No bo niby siedziałam przed babką i ona wyciągała ze mnie różne potrzebne jej rzeczy, ale myślałam, że będę się czuła bardziej komfortowo czy coś. Przez całą pierwszą wizytę cała się trzęsłam, a przed drugą serce biło mi tak mocno, jak jeszcze nigdy w życiu, nawet przed maturami. Teoretycznie powinnam jeszcze pójść na trzecią wizytę, na koniec której padnie diagnoza i wtedy dopiero miałabym podjąć decyzję o terapii, ale jakoś się zniechęciłam. Przynajmniej będę już wiedziała, jak takie wizyty wyglądają, a że sama sobie parę rzeczy już po tych dwóch wizytach przemyślałam i mam świadomość, że bez terapii mogę jednak sobie dać radę, to chyba nie ma sensu tracić czasu i pieniędzy.
Co do tego, co mnie zniechęciło - było parę dialogów, które szczególnie mnie zdziwiły. Na przykład:
Psycholożka: Ma pani chłopaka?
Ja: Nie, i nigdy nie miałam. Nie było nikogo takiego, z kim mogłabym stworzyć coś trwałego.
P: A myśli pani, że może się pani komuś podobać?
J: Nie, nie mam takich znajomych, którym mogłabym się podobać.
Rozwaliły mnie te insynuacje. xD O, albo rozmowa o przedszkolu.
P: A do przedszkola pani chodziła?
J: Nie.
P: Dlaczego?
J: Bo jak brat był mały to nie chciał chodzić do przedszkola, mama wtedy zrezygnowała z pracy, żeby się nim zająć, potem urodziła się siostra, a potem mama już nie wróciła do pracy, więc mogła się mną zająć.
P: I to tyle?
J: Tylko tyle wiem.
Z tego wszystkiego w domu się mamy zapytałam, czemu nie chodziłam do przedszkola. Potwierdziła tę historię. A babka pewnie pomyślała, że mnie mama izolowała w dzieciństwie czy coś.
No i generalnie bardzo mnie babka maglowała w sprawie kontaktów z rówieśnikami. To znaczy może bardziej spotkań niż kontaktów, bo głównie rozmowa była o tym, że czas wolny spędzam w roku szkolnym na nauce, a w wakacje przed kompem/na czytaniu albo na samotnych spacerach. A to nie jest tak, że ja się kompletnie izoluję, bo rozmawiam z rówieśnikami. Większość ludzi z Tumblra jest ode mnie rok-dwa lata młodszych albo max pięć lat starszych, podobnie z ludźmi z blogosfery, z którymi mam faktyczny kontakt. Z ludźmi ze szkoły też czasem coś popiszę. No i mam całkiem spoko kontakt z ludźmi typu szwagier, nauczycielka angola, wolontariuszki ze szkoły, w sensie takimi sporo starszymi. Po co mam się spotykać z rówieśnikami, którzy mnie przynajmniej w części denerwują (żeby nie powiedzieć gorzej), jak mam innych ludzi?
Czuję też, że mocno omawiana byłaby kwestia studiów i tego, że nie zdecydowałam się na Kraków, przynajmniej nie teraz, bo faktycznie już się rekrutuję na UŚ. No a przecież nie powiem obcej babce, dlaczego mi Kraków w ogóle przyszedł do głowy i dlaczego w przypływie racjonalnego myślenia z tego zrezygnowałam.

Ogólnie to sobie jeszcze po tych dwóch wizytach pomyślałam: tak w sumie to po co mi ten psycholog? Niby mam dobre powody, żeby tam być, ten cały stres i wahania nastrojów, ale z tymi rzeczami już sobie nie raz i nie dwa radziłam. Jeżeli z wszystkimi moimi uczuciami i historiami, w których brałam udział, przeżyłam ostatnich sześć lat nie mając nawet myśli samobójczych, to jeszcze nie jest ze mną źle, ba - uważam, że kolejnych sześć albo i więcej lat przeżyję bez problemu. Nie żebym miała coś do mniej lub bardziej niedoszłych samobójców (w sensie wyciągniętych z myśli samobójczych albo już odratowanych z próby), znam dobrze jedną taką osobę i jest bardzo spoko, ale świadomość, że nie byłam i nie jestem jedną z takich osób, jakoś poprawia mi humor.
Dzisiaj to już w ogóle tak mi się humor poprawił, że pierwszy raz od dwóch tygodni przesłuchałam Chcę kochać, czyli piosenkę będącą źródłem aktualnego motta. Podsumowując: wierzę, że cokolwiek mi dolega, wyleczę się z tego sama. W poniedziałek zadzwonię i odwołam wtorkową wizytę. Powiem, że mi coś prywatnego i niespodziewanego wypadło (a prawdopodobnie faktycznie tak będzie, bo podobno ma nas ciocia odwiedzić i nie wypada wtedy wychodzić z domu), czego nie mogę odwołać, i że zadzwonię, jak na pewno będę mogła przyjść. I nie zadzwonię, joł.



To chyba już tyle na dziś. Jeżeli o czymś zapomniałam, to napiszę w następnej notce. A teraz idę się przewietrzyć. Nie wiem, czy wyłażenie na balkon o północy jest dobrym pomysłem, ale i tak to zrobię.

czwartek, 29 czerwca 2017

Oczekiwanie

W sumie nie chce mi się pisać, ale że mi się nudzi, to napiszę.

Czuję się dzisiaj jak w Sylwestra czy inny dzień, gdzie do określonej godziny MUSISZ wytrwać, chociaż nie chcesz. To znaczy, w sumie nie muszę, właściwie to bardziej chcę... nieważne. Chodzi o to, że czekam na otwarcie strony, na której będę mogła sprawdzić wyniki matur, a otwiera się o północy. No i tak jak zazwyczaj wysiedzenie do północy albo dłużej to dla mnie żaden problem, tak dzisiaj od dwudziestej pierwszej chodzę po ścianach. Oczywiście zachciało mi się też spać, mimo że o tej porze zazwyczaj tego tak nie odczuwam. Teoretycznie mogłabym machnąć ręką i faktycznie pójść spać, ale pewnie i tak leżałabym i zastanawiała się, ile mam procent z różnych przedmiotów. Znając moje szczęście będę czekać do tej północy, a potem i tak serwer trafi szlag i nie sprawdzę. Niby tak czy siak muszę jechać jutro po papierek do szkoły, z którego wszystkiego się dowiem, ale jednak zawsze to inaczej.


Dobra, koniec tego narzekania.

Dzisiaj w końcu skończyłam czytać Wybaczcie mi. W końcu się dowiedziałam, czemu padło na taki tytuł - jak umrę, to spełniona! Ale poza tym to tak przykro mi się zrobiło.
Oprócz tego odświeżam sobie serię Pamiętnik nastolatki - trochę to dziecinne z mojej strony, wiem, ale jakoś tak mnie wzięło. Trochę żałuję, bo przy piątej części ta seria się robi już mega nudna, w dodatku pamiętam, jak się skończył ostatni tom, a jak się wie, do czego się dąży, to jakoś ciężko to idzie. Jak w zeszłym toku odświeżałam Alę Makotę, to był element zaskoczenia, bo niby zakończenie ostatniego posiadanego przeze mnie tomu też kojarzyłam, ale po drodze było mnóstwo zwrotów akcji, a w PN ciągle to samo. Z jednej strony głupio mi przerywać w połowie, ale chyba zrobię sobie przerwę i poczytam coś innego. O ile w najbliższym czasie w ogóle coś poczytam, bo jutro najpierw będę się rano ogarniała godzinę jak zwykle, potem jadę do szkoły, potem wracam na obiad, a potem już rodzice zostawiają mnie samą, a jak zostaję sama, to raczej nie mam zapału do czytania. Na szczęście to tylko weekend.


Prawdopodobnie już jutro będę mogła się przyznać, co to za plan miałam w związku z poprawianiem sobie humoru. Co prawda ostatnia część miała być we wtorek, ale dzisiaj pomyślałam, że szkoda mi czasu i pieniędzy (bo pieniądze na to też idą), a że nic nowego z tego nie wyniosę, to lepiej zrezygnować, póki mogę. Na szczęście jest to sytuacja, w której argument "są wakacje, nie mam czasu" wcale nie jest tak bezsensowny, jakby się mogło wydawać, zresztą możliwe, że faktycznie nie będę mieć czasu. Będę załatwiać sprawy, taka ze mnie bizneswoman.
No dobra, bizneswoman to może jednak jeszcze nie, ale kandydatka na studentkę - owszem.
A jak jednak nie będę załatwiać spraw - albo nie będę załatwiać ich akurat we wtorek - to tak se pojadę do Katowic, bo nikt mi nie zabroni.


Oho. Serwer z wynikami już się przeciążył, a jest ledwo wpół do dwunastej. Nagle wszyscy stwierdzili, że będą czekać. A jeszcze połączenie internetowe średnio mnie lubi.

O, patrzcie, jaka ciekawostka. Wróciłam sobie z nudów do postu z pierwszego września ostatniego roku i czytam takie coś:


Dziś na rozpoczęciu roku standardowo była wzmianka o rocznicy wybuchu drugiej wojny światowej. Ech. Nawet nie miałam ochoty hajlować i wybiegać z sali. Bardziej miałam ochotę wbić na scenę, zabrać mikrofon i dodać, że to też 35. rocznica śmierci Alberta Speera, ale w końcu się nie odważyłam. Ale chyba powylewam z siebie żale, jak przyjadę odebrać wyniki matur w przyszłe wakacje, bo potem już nigdy do szkoły nie wrócę i nie będę musiała się zastanawiać, co mi ludzie powiedzą. 

Dobrze, że teraz do tego wróciłam, bo jakoś zapomniałam o tym. Trochę mi się szkoda zrobiło planów, które miałam wspólnie ze znajomymi, w sensie o nagadywaniu nauczycielom na koniec szkoły, ale jak sama z siebie, z powodu własnych przekonań, zainteresowań i głupich pomysłów powiem, co chciałam zrobić na dwóch rozpoczęciach z rzędu i że w imieniu Speera czuję się pominięta, to chyba też nie będzie źle.



No i tak mi zeszło 45 minut na pisaniu tutaj. Zbliża się północ, więc oddalę się, by oczekiwać na wyniki. Jak uda mi się je zobaczyć wcześniej niż wpół do pierwszej, to zedytuję posta, żeby nikogo nie trzymać w niepewności, chociaż w jutrzejszym pewnie i tak jeszcze o tym napiszę.

EDIT 00:25: Zdałam :D Więcej szczegółów niedługo :)

wtorek, 27 czerwca 2017

Pozytywniej

Mój plan na poprawienie sobie humoru nie zawiódł. To znaczy jedna rzecz, która była sensem tego planu, sama w sobie średnio w moim odczuciu działa, ale za to skłoniła mnie do refleksji nad moją nędzną egzystencją na tym łez padole i - przede wszystkim - moim podejściem do niej i to sprawia, że jakoś tak mi lepiej. Za tydzień, jak to już się skończy, to się przyznam, o co chodzi(ło) - miało to trwać trochę dłużej, ale przestałam widzieć sens, a jak przestaję widzieć sens, to znaczy, że pora dać sobie spokój, póki można. W sumie mogłabym już teraz i skończyć, i powiedzieć, ale wolę poczekać na lepszy moment. Czyli za tydzień. Dzisiaj chyba jeszcze byłoby mi głupio.


Trochę się ostatnio znowu rozmarzyłam na temat tego, jakby to było, jakbym jednak pojechała na studia do Krakowa. Przykro mi się zrobiło przez moment, jak sobie pomyślałam, że część spraw pewnie i tak by nie doszła do skutku, ale potem stwierdziłam, że wiele spraw w moim życiu nie doszło do skutku i jakoś z tym żyję, czasem nawet jestem z takiego życia całkiem zadowolona, a sprawy, które są bardziej osiągalne, mogę osiągnąć również "u siebie". Pomyślałam tak sobie i od razu mi się jeszcze bardziej poprawiło.

No i odnotowałam progres, bo zaczęłam grać w grę. Co prawda siedzenie nad tą i wieloma innymi sprawami przynajmniej do dwunastej w nocy może mieć na dłuższą metę opłakane skutki, ale co tam. Wakacje w końcu są, nie? W weekend mam nawet plan dosiedzieć do drugiej lub później w nocy, bo będę sama w domu i nikt mi nie zabroni. Będzie fajnie.



Wydaje mi się, że nic się więcej nie działo, więc wstawię jeszcze tylko piosenkę.
Oryginału "Murów" jakoś nigdy nie lubiłam - może dlatego, że w gimnazjum na muzyce nauczycielka nas tym katowała - ale to wykonanie Strachów jakoś przypadło mi do gustu. :)




Dobranoc! :)


PS. Wydaje mi się, że przez to, że planuję porzucić mój plan, pomysł na szablon zrobił się nieaktualny. Ale z drugiej strony różnie to jednak ze mną bywa, a czuję, że będzie ładny, niech więc zostanie.

sobota, 24 czerwca 2017

Jak żyć?

Dzisiaj jest ten dzień, w którym wszystko sprzysięga się przeciwko mnie.

Zaczęło się od tego, że moje plany na ostatni weekend lipca uległy ostatecznej weryfikacji. Chciałam jechać do Krakowa, bo akurat wypadł spektakl w teatrze, na który chciałabym pojechać, nawet miałam dzisiaj zacząć kręcić się przy mamie, żeby mi pozwoliła, ale w jakiejś rozmowie został wyciągnięty temat Tour de Pologne i przypomniało mi się, że chciałam w jego czasie zostać w domu, bo trzeci rok z rzędu będzie premia u mnie w mieście, a ja przez dwa lata przegapiałam co wydarzenie. I nie, że między spektaklem a przejazdem touru przez moje miasto są na przykład cztery dni, nie nie - jest to dzień po dniu! Na spektakl miałabym jechać na 29 lipca, a Tour jest trzydziestego. Teoretycznie rozwiązaniem byłoby pojechanie do Krakowa i zakręcenie się wokół pierwszego etapu, który jest właśnie w Krk właśnie 29 lipca, ale jak sobie pomyślę o tych tłumach ludzi, które zapewne tam będą, to już mi się nie chce.
Najrozsądniejszą opcją będzie chyba przyjęcie wyjazdu do kuzynki i jednodniowej wizyty w Krakowie jako jedyną słuszną szansę oraz liczenie na szczęście. Nawet mi to nie przeszkadza, bo niby będę mogła posiedzieć w domu na ten koniec lipca, ale z drugiej strony denerwuje mnie to, że coś w końcu dostanę, ale dalej nie będę do końca zaspokojona.


A później... później to w ogóle się zdenerwowałam. W jakiejś rozmowie o wakacjach temat zszedł na urlop w Chorwacji, na który ma pojechać moja siostra ze swoim mężem oraz jego bratem i dziewczyną brata. Dowiedziałam się przy tym, że w jeden dzień będą płynąć promem do Wenecji. Wiem, że to głupie i infantylne, ale aż się rozpłakałam z zazdrości. No bo kto od prawie pięciu lat pragnie wyjazdu do Wenecji jak mało czego? Kto obiecałby wszystko, żeby tam kiedyś być - kiedyś, czyli najlepiej już? Ja! I się jeszcze nie doczekałam! A moja siostra, która straszliwie narzeka na upały i na myśl o tych chorwackich kręci nosem, jak gdyby nigdy nic pojedzie sobie tam na kilka godzin! Ona to zobaczy na własne oczy i to właściwie przez przypadek! A ja co? Ja sobie co najwyżej mogę palcem po mapie pojechać! A jedyny większy wyjazd, jaki mam zapewniony na te wakacje, jest - uwaga - na Dolny Śląsk, z noclegiem w Jeleniej Górze czy innej podleśnej dziurze. No kurwa, to brzmi jak dobry żart.
To ten moment, w którym zaczynam się zastanawiać i wydaje mi się, że przegrałam loterię genetyczną czy coś. Chciałabym mieć szczęście w miłości, fajne wyjazdy i spokojne myśli, a tymczasem nie potrafię się dobrze zakochać, nie potrafię się wybrać nawet do pieprzonego Krakowa tak, żeby wszystko się ładnie zapowiadało, i jeszcze mam podejrzenie nerwicy. Zajebiście po prostu.
(Ja przynajmniej nie muszę płakać, że moje odchudzanie nie daje efektów, bo zwyczajnie się nie odchudzam jakoś przesadnie, ale to już inna bajka).


No i jeszcze kolega nie odezwał się w sprawie moich pieniędzy. Mam dziwne wrażenie, że mogłam coś przekręcić, bo ostatnio jestem trochę zakręcona, jednak nie zmienia to faktu, że brak mi już słów. Zresztą gdybym je miała, to chyba byłoby już szkoda je marnować.


Tak się zastanawiam - to całe moje rozgoryczenie jest winą tej teoretycznej nerwicy czy tego, że zwyczajnie świat i ludzie są wkurwiający?
Niedługo się dowiem, jaka jest odpowiedź, ale podejrzewam, że tak w sumie to chyba jedno i drugie.


Od poniedziałku - najlepiej byłoby od jutra, ale nie spieszmy się - muszę zacząć wprowadzać jakieś zmiany. Będę więcej czytać, pisać, grać, albo chociaż obejrzę coś innego niż Szkoła. Może to mi zmieni podejście do życia. Oby.

czwartek, 22 czerwca 2017

(Euro)trip?

Moje zamówienie na szablon zostało oficjalnie przyjęte, teraz tylko czekać na efekty.


Odbierałam dzisiaj kolejne zamówienie z Paczkomatu. Obiecałam sobie, że to w najbliższym czasie ostatnie, bo za dużo hajsu wydałam, odkąd mam konto w banku. Chyba że jakąś książkę będę zamawiać, ale to tak przynajmniej na początku lipca, jak mi się będzie w opór nudziło.

Oto co sobie zamówiłam:





Trójkolorową bransoletkę zamówiłam sobie dlatego, że składają się na nią trzy kamienie zodiakalne Bliźniąt (tygrysie oko, awenturyn i howlit), a że przy okazji jest ładna, to stwierdziłam, że mogę kupić i czasem nosić, może w formie amuletu, może nie.
Dwukolorową kupiłam przede wszystkim z powodu wyglądu, ale jak poczytałam o właściwościach kamieni (kryształ górski + onyks), to ostatecznie się przekonałam.
A zawieszkę z lilijką kupiłam ot tak; mam jakąś taką słabość do lilijek i jak zobaczyłam, że jest zawieszka do naszyjnika, to odpadłam i musiałam kupić.
Oprócz tego kupiłam sobie cygańskie karty do wróżenia, bardziej jako ciekawostkę niż do faktycznych wróżb. Parę razy mogę spróbować coś z nimi zrobić, po cichu licząc na to, że na studiach trafi mi się ktoś zakręcony, komu je odsprzedam.

Zamówienie pochodzi ze strony https://www.straganezoteryczny.pl/. Połowa duperelstw jest typowo astrologicznych, ale mają dużo biżuterii, która jest obiektywnie ładna, także polecam. Poza tym jestem zachwycona obsługą klienta, bo jak się okazało, że jednej bransoletki nie ma na stanie (miałam mieć jeszcze jedną, z bursztynu), to pan do mnie zadzwonił i spytał, czy nie mam z tym problemu. Nawet hajsy mi oddali. Ogólnie to na 10/10 ocenić bym mogła.


Wracając do wróżb - kupiłam sobie dziś Tymbarka i myślałam, że padnę, jako że tekst pod korkiem głosił Eurotrip? Hanna z mojego opowiadania dostała wróżbę o eurotripie od Cyganki, ja od soku pomarańczowego, hahaha. W sumie kusi tak samo. Może kiedyś...


Momentami źle się dzisiaj czułam, w sensie psychicznie, ale pociesza mnie to, że prawdopodobnie w weekend odzyskam moje hajsy od kolegi, i to bez specjalnego przemęczania się, bo on ma być akurat w okolicy. Szanuję takie układy.


A teraz idę. Jeszcze nie spać, bo muszę podjąć decyzję, czy chciałabym pojechać sobie w ostatni weekend lipca do Krakowa (bo miałabym po co, chociaż nie znam szczegółów) i to mi odbierze trochę snu. Ale idę.

środa, 21 czerwca 2017

Podróże - małe i w czasie

Wczoraj zaczęłam realizować swój plan związany z poprawą humoru i nawet się cieszę z podjętej decyzji. Co prawda na "dobry" początek zrobiłam z siebie idiotkę. Próbuję się pocieszać, ale mi to średnio wychodzi. Cóż, ciąg dalszy jeszcze nadejdzie, może będzie jeszcze lepiej.
Mam dylemat, bo z jednej strony mnie korci, żeby opowiedzieć o szczegółach, ale z drugiej na razie wolę je zatrzymać dla siebie. Jak się sytuacja rozwinie, to powiem.



Przeżyłam dzisiaj małą podróż w czasie. (Chciałam dodać, że w przestrzeni też, ale chyba jednak nie tak bardzo). Na spacer do parku zabrałam ze sobą Wybaczcie mi, bo głupio mi czytać przy kimś albo ze świadomością, że ktoś może wejść zaraz do pokoju. No i tak sobie czytałam, i poczułam się przez moment tak dziwnie, jakby znowu było wtedy, jakbym znowu miała 13/14 lat i śledziła sprawę w magicznym pudełku. Ahh, ta magia książek.


Co by tu jeszcze... Aha. Zamówiłam sobie nowy szablon. Tak, znowu. Pomyślałam, że chcę mieć taki, który będzie mi pasował do stanu psychicznego. A jak mi się poprawi, to znowu zmienię - na pozytywny. Na razie muszę w ogóle poczekać na zaakceptowanie prośby, ale myślę, że będzie bardzo spoko.


To na dzisiaj tyle. Wiem, że dziś krótko, ale jakoś nic się nie dzieje. Jutro powinnam napisać, bo znowu zamawiałam jedną rzecz przez neta, to wrzucę zdjęcia czy coś.

niedziela, 18 czerwca 2017

Ucieczki

Osiągnęłam dzisiaj sukces, bo pierwszy raz od bardzo dawna napisałam więcej niż dwa zdania w opowiadaniu. Ogólnie to mi głupio, bo mam od miesiąca wakacje i w tym czasie mogłabym napisać przynajmniej ze dwa rozdziały, a jedyne, co zrobiłam, to obejrzenie stu odcinków Szkoły. Jestem złym twórcą.


Prześladuje mnie myśl o tym, że do Krakowa chciałam uciec już dawno. Jak byłam w podstawówce i przez pięć lat pod rząd byłam raz na rok w Krk, to sobie ubzdurałam, że już jak będę miała iść do gimnazjum, to pójdę właśnie w Krakowie. Miałam wtedy z 9 lat i szybko o tym zapomniałam, ale ostatnio naprawdę dręczy mnie myśl, że takie plany miałam już dawno. Wiem, że o tym, co zaraz powiem, już wspominałam i nawet już podjęłam decyzję, ale naprawdę zastanawiam się nad tym, co mogłabym zrobić teraz. Bo tak naprawdę mogłabym pojechać do Krakowa na studia - gdybym to odpowiednio rozegrała przed rodzicami i sama była w 100% przekonana, ale nie czarujmy się, studia nie byłyby jedynym powodem mojej "ucieczki", a przez te inne powody mogłabym nawet zawalić te studia i to w trybie nagłym. Są momenty, w których mi to zwisa, mówię sobie "yolo" i takie tam, ale w innych stwierdzam, że stracenie semestru czy nawet całego roku z powodu jednego widzimisię nie za bardzo mi się uśmiecha, mimo że to widzimisię bardzo mnie dręczy.
W ogóle stwierdziłam, że miłość/zauroczenie/zadurzenie są głupie. Głupie, bo trudno się z nich wyleczyć, o ile w ogóle się da. Myślałam od jakiegoś czasu, że wyleczyłam się z jednego typa, ale wczoraj okazało się, że nie, bo jak mi gdzieś mignęło jego zdjęcie, to aż mnie fizycznie zabolało. I wczoraj, i dziś się z tego wszystkiego rozpłakałam.
Te wszystkie myśli i rozkminy składające się na humor, w którym mogłabym chodzić po ścianach, utwierdzają mnie w przekonaniu, że plan, jaki mam na nadchodzący tydzień, jest właściwy, bo może mi pomóc, ale z drugiej strony się boję. Boję się, że wrócę do domu niby taka sama, ale jednak inna, bo może potwierdzić się jedna rzecz, którą niby podejrzewam i z której istnieniem jestem pogodzona, ale ta możliwość wystąpienia świadomości istnienia tej rzeczy może mnie pogrążyć. Cóż, teraz już tego nie odwołam, bo chyba byłoby mi jeszcze bardziej źle. Pożyjemy, zobaczymy - mam tylko nadzieję, że jednak będzie lepiej.


Chyba chciałam coś jeszcze napisałam, ale teraz nie mam pojęcia, co dokładnie, więc lepiej się zmyję. Odezwę się, jak będę w humorze.

piątek, 16 czerwca 2017

Skomplikowany dzień

Ja to chyba mam jakiś talent do przyciągania dziwnych sytuacji.
Wyszłam sobie po południu z domu, żeby pójść do Lidla po musli, które jadłam u siostry i które mi smakowało. Idę sobie, idę, idę... zaczęło się od tego, że źle skręciłam, bo ogólnie to Lidl jest na osiedlu, na którym mieszka mój brat, ale w innym miejscu, niż mi się wydawało, bo nigdy nie byłam tam sama. No i w tym momencie, jak źle skręciłam, zaczęło padać. No to pobiegłam do pierwszego z brzegu bloku i weszłam do klatki, żeby przeczekać. Do tej klatki bym pewnie nie weszła, ale akurat wchodził jakiś pan i mi powiedział, że mam wejść, bo jak zacznie lać, to daszek mi nie wystarczy. To weszłam i faktycznie, myślę, że tak było lepiej. I tak sobie stałam na tej klatce chyba pół godziny, i obcy ludzie sobie chodzili obok mnie i w ogóle... Żeby nie było mi tak smutno, to spamowałam mojej przyjaciółce z Anglii tym, jak bardzo mi źle, bo poszłam tylko po musli do sklepu, a się rozpadało. A na koniec okazało się, że trafiłam na blok, w którym mieszkają teściowie mojego brata. Przez moment miałam ochotę pójść i do nich zapukać, ale chyba byłoby mi głupio.
Jak się już rozpogodziło i poszłam do tego Lidla, to się okazało, że nie ma akurat tego rodzaju musli, którego szukałam. Kupiłam sobie za to miętowe czekoladki w Aldi, głównie dlatego, że opakowanie, które dostałam od siostry na urodziny, zdążyłam zjeść, a nie chcę, żeby się to wydało, więc będę udawać, że to cały czas to samo. Kosztowało mnie to sześć złotych, ale chyba się opłacało.
A potem wracałam do domu autobusem i dopiero jak wsiadłam do tego, który przyjechał, to sobie uświadomiłam, że ma trochę okrężną trasę. Ale na to akurat nie narzekam, bo nie wiem, o której miałabym kolejny, a nie chciało mi się za bardzo iść na piechotę, tak to przynajmniej pozwiedzałam.


Poza tym dzisiaj trochę zamulałam, głównie przed komputerem, ale też trochę przed telewizorem i przy książce. Jak rodzice poszli na zakupy, to obejrzałam sobie w TV pierwszy odcinek drugiego sezonu Projektu Lady. Niby nie różni się jakoś bardzo od pierwszego sezonu, ale jednak odczuwałam taki... dyskomfort? Na pewno wiem, że na razie nie będę oglądać. Może pod koniec wakacji mnie weźmie, to obejrzę wszystkie odcinki pod rząd. Jak mi się skończy Szkoła, to będzie łatwiej. xD
O, i jeszcze oglądałam dzisiaj gazetę z programem telewizyjnym. Odkryłam, że telewizyjny tytuł filmu Sucker Punch to Nagły cios i jestem tym zniesmaczona, bo jednak przyzwyczaiłam się do oryginalnego. Poza tym odkryłam też, że na TVP1 leci jeden serial, w którym w jednym albo dwóch odcinkach zagrał Karl-Otto Alberty. Gdyby to było rok temu, to pewnie zmolestowałabym rodziców i mogłabym oglądać, ale w tym roku mam inne zobowiązania serialowe. No i oprócz tego w tym tygodniu leci mnóstwo filmów wojennych, z rodzaju tych, które oglądam. Ale wszystkie już widziałam co najmniej raz, więc chyba się nie skuszę, i tak mam trochę do nadrobienia.
Przeraża mnie to, że prawdopodobnie będę musiała obejrzeć jeden nowy film wojenny. Jak byłam u siostry, to szwagier rzucił tytułem i wstępnie się zgodziłam, ale potem okazało się, że w obsadzie jest Shia LaBeouf, który na mojej liście cenionych osób jest jeszcze niżej niż Richard Burton, o którym kiedyś mówiłam, że go sobie raczej nie cenię. O ile filmy z Richardem Burtonem jestem skłonna przetrwać, to tych z LaBeoufem unikam jak ognia. Problem jest taki, że moja siostra specjalnie ten film znalazła w Internecie i specjalnie dała 10 złotych na to, i głupio będzie się wymigiwać. Szwagier ten film już widział, a siostra za takimi nie przepada, to może sprawa pójdzie w zapomnienie.


Kończę, bo późno się zrobiło, a chcę jeszcze wyrobić swoją "szkolną" normę. Dobranoc!

czwartek, 15 czerwca 2017

Nie myśleć chciałbym

Nie było mnie tu kilka dni, więc chyba wypada się odezwać.

Od poniedziałku do wczoraj byłam w odwiedzinach u siostry. Mówiąc najogólniej - było fajnie. Mogłam wcinać śmieciowe jedzenie i oglądać sześć odcinków Szkoły pod rząd. Ale chodzenie po mieście na spacery też było spoko. No i jestem z siebie dumna, bo pierwszy raz sama kupowałam sobie bilet na pociąg, którym potem sama jechałam.


Niby wszystko jest okej, ale czasem ciągle łapie mnie melancholijny nastrój. Może to przez muzykę, na którą mam fazę, może przez pogodę, ale ważne jest to, że mam pewien plan na przyszły tydzień, przez który prędzej lub później może mi się poprawić. Możliwe, że kiedyś się pochwalę, o co chodzi.


Coraz bardziej się zastanawiam, czy będę oglądać drugi sezon Projektu Lady, bo na razie nawet pierwszego odcinka nie tknęłam. Wydaje mi się, że ten pierwszy sezon tak sobie cenię przez to, że tak związałam się z uczestniczkami (niektóre do teraz śledzę w social mediach), i jak sobie pomyślę, że w drugim będą jednak całkiem inne osoby, i niby oprawa taka sama, ale dziewczyny całkiem inne, to zaraz mi się nie chce. Zobaczę, może jutro, pojutrze albo za tydzień najdzie mnie wielka ochota, żeby oglądać i jednak obejrzę, ale na razie raczej się nie nastawiam.
Trochę mi głupio, bo z rodziny/znajomych byłam tą, która najbardziej się nastawiała na ten drugi sezon, a jak przyszło co do czego, to jestem ostatnia do oglądania. No ale cóż, mówi się trudno i żyje się dalej.



W sumie to nie mam nic więcej do napisania. Wstawiłabym jeszcze zdjęcie obrazka, który poczyniłam w poniedziałek i które wylądowało już na fanpejdżu, ale w międzyczasie trochę mi się zrobiło za niego głupio, więc na razie powstrzymam się od osiągania kolejnego poziomu żenady i zostawię sprawy tak, jak są.
Odezwę się niedługo. Dobranoc!

sobota, 10 czerwca 2017

Changes

Informacja dnia jest taka, że Anders Breivik zmienił sobie nazwisko i teraz nazywa się Fjotolf Hansen. Dziwnie mi z tą świadomością. On jest przecież teraz zupełnie inną osobą niż ta, którą głupio się zauroczyłam w gimnazjum, pomijając oczywiście to, że nikt nie wymaże tego, co zrobił. Mam takie niemiłe wrażenie, że to wszystko, te zmiany w jego wyglądzie i teraz zmiana nazwiska, to jakieś znaki od losu, znaki, że świat się zmienia i ja też nie powinnam stać w miejscu, zwłaszcza z uczuciami, a że czasem nie potrafię ruszyć do przodu, to los to prowokuje przez zmianę tego, co kocham, na inne, aby było trudniejsze do kochania. To takie oczywiste; chciałabym tylko, żeby było proste do zrobienia.

A akurat ostatnio wróciłam do piosenki, którą przez pewien czas łączyłam z Breivikiem, ze względu na jego znak zodiaku [Aquarius - Wodnik] i trochę ze względu na tekst.


Wodniku, potrzebuję cię
Oczarowana, będę zmuszona zostać [...]
Wodniku, pragnę cię
Muszę znów z tobą być
Wodniku, obawiam się ciebie
Na zawsze mi przeznaczony

Nie potrafię nawet teraz tego skomentować. Ogólnie to chce mi się płakać, jak o tym wszystkim myślę. Miałam się ogarnąć i co? I znowu coś mi stanęło na drodze.
Już chyba wolałabym, żeby podali, że Breivik - bo chyba jednak zawsze będzie dla mnie Andersem Breivikiem - umarł. Ciążyłoby mi to w inny sposób, bo jakby umarł, no to wiedziałabym już, że wszystko skończone i prędzej czy później bym się z tym pogodziła, a tak to niby nic się nie stało, a ja i tak się zadręczam.


Chyba coś jest na rzeczy z tym, że jak ktoś nie ma szczęścia w miłości, to ma szczęście w kartach (albo na odwrót). Na koniec roku szkolnego grałam z kolegami w karty i ograłam ich w grę, w którą grałam pierwszy raz w życiu. Także tego.




Miałam coś jeszcze napisać, ale przez to opisywanie zaistniałej sytuacji aż mi wyleciało z głowy. Idę oglądać Szkołę, bo to chyba teraz najpozytywniejsza i najstalsza rzecz w moim życiu.

piątek, 9 czerwca 2017

...minęło jak jeden dzień

No i mam już 19 lat.
Strasznie szybko zleciał ten ostatni rok. Jak sobie myślę o tym, co działo się w czerwcu zeszłego roku, to to się wydaje bardzo odległe, ale z drugiej strony takie uczucie to może właśnie dlatego, że przez ostatni rok dużo się działo. Bo po urodzinach było i wysyłanie listu, i ślub siostry, a potem niby nic, ale jednak z tym przygotowywaniem się do matury wszystko szybko mijało.



Byłam dzisiaj w szkole, żeby porozmawiać z wolontariuszką, i jakoś ta rozmowa sprawiła, że zaczęłam myśleć racjonalnie. Rozmawiałyśmy o studiach i o tym, że zdecydowałam się na Uniwersytet Śląski, a nie na przykład na wyjazd do Krakowa na Jagiellonkę. Pozastanawiałyśmy się trochę nad plusami i minusami, nad tym, że na UŚ mam dojazd z domu, a do Krakowa musiałabym się na dobrą sprawę przeprowadzić i takie tam. No i w związku z tym naszła mnie myśl, że prawdopodobnie moja decyzja była dobrą decyzją, bo gdybym pojechała do Krakowa, to nie potrafiłabym skupić się na nauce. Wiem z doświadczenia, że kiedy jestem zakochana/zauroczona/jak zwał tak zwał, to mam tendencje do stalkowania ludzi, a jeśli zostanę w domu, to będę to robić w ograniczony sposób (czyt. przez Internet), co jednak nie będzie tak czasochłonne i ryzykowne jak bieganie za ludźmi po mieście.
Dziwnie się czuję, pisząc, że wiem to z doświadczenia, ale takie są fakty. Jak w ostatniej klasie gimnazjum byłam zakochana, to przez kilka miesięcy chodziłam za jednym typem i obserwowałam go, jak była okazja. Nawet parę razy urwałam się przez to ze szkoły. No, może nie urywałam się tak typowo, ale jak czasami przepadała nam ostatnia lekcja, to nie mówiłam o tym mamie, tylko przez godzinę snułam się po dzielnicy i wracałam do domu o takiej porze, jak wracałabym przy normalnym planie lekcji. Możliwe, że robiłabym to do teraz, ale jak skończyłam gimnazjum, to on się przeprowadził ze względu na pracę i już nie mogłam. Z jednej strony dobrze, bo jednak mogłam skupić się na nauce - moje życie chyba jednak byłoby inne, gdybym w klasie maturalnej biegała po mieście tylko po to, żeby móc się napatrzeć na jakiegoś typa, z którym i tak nie mogłam się związać - ale z drugiej miałabym powód do wychodzenia z domu w wolne dni czy coś. W sumie to już nieważne - ważne, że nieświadomie, ale zadbałam o swoje wykształcenie.


Poza tym, że znowu miałam trochę dziwnych myśli, dzień był całkiem spoko. Całkiem fajne prezenty dostałam: od rodziców książkę, koszulę (które sama kupiłam w środę, ale co tam), bransoletkę (spod tego linku: https://pl.dawanda.com/product/101278171-bransoletka-gwiazdzista-noc-van-gogh) i piniądze, a od siostry ze szwagrem - czekoladki miętowe i skórzaną torbę, żebym miała z czym jeździć na uczelnię. Co prawda chciałam jeździć z torbą z laptopa, bo leży gdzieś w szafie i chciałam poużywać, szmaciane siatki na ramię też są spoko, ale to po prostu będę miała inną rzecz na każdy dzień czy coś. xD
Dostawałam też życzenia z dziwnych miejsc, czyli (w sumie standardowo) od Google'a oraz od... mojego banku. To było tak, że logowałam się dziś na stronie banku i wyświetlił mi się filmik, w którym będący twarzą ING Marek Kondrat składa mi życzenia (oczywiście bezimiennie, pewnie każdy dostaje taki sam w urodziny). Mimo wszystko jakoś miło mi się zrobiło.

Byłam też dziś w kinie na filmie Ponad Wszystko. Nie jest jakiś wybitny, ale moim zdaniem był lepszy od książki, bo książkę niby przeczytałam szybko, ale jakoś tak się nic w niej nie działo, a film szybko przeleciał. Możliwe, że to dlatego, że uważam Amandlę Stenberg za ładną, ale to już moje odczucia.



Niby nie narzekam, że ten dzień wyglądał jak wyglądał, ale pora nadrobić trochę Szkoły. I tak mi się udało obejrzeć dziś dwa odcinki, ale chciałabym więcej.
Dobranoc! 


PS. To 400. post tutaj, yay! :D 

środa, 7 czerwca 2017

Mieszane uczucia

Z tego robienia czegoś szalonego w tym tygodniu chyba nic nie wyjdzie, bo w sumie nie było i nie będzie kiedy. Jak się mamie pochwaliłam, że chcę sobie gdzieś pojechać, to stwierdziła, że pojedziemy razem na zakupy do Kato - i faktycznie dzisiaj pojechałyśmy. Z tych zakupów aż mi się odechciało wychodzić z domu, a jeszcze muszę pojechać w piątek do szkoły, bo pożyczałam jednej z wolontariuszek książkę, sama też mam jeszcze jakiś podręcznik od mojej nauczycielki angielskiego, to przy okazji zostawię. Na szczęście na szalone wyjazdy mam jeszcze trochę czasu, a i mój weekendowo-poniedziałkowy weltschmerz zdążył przeminąć, więc nie muszę go w żaden sposób kajać.
Poza tym plusem jest też to, że kupiłam sobie dzisiaj trochę rzeczy, to mama nie będzie mi w najbliższym czasie suszyć głowy o zakupy. Co prawda miałam sobie kupić spodnie, a w końcu sobie nie kupiłam, ale to w sumie mało ważne. xD



W piątek mam urodziny i jak o tym pomyślę, to już mi się nic nie chce. Co prawda nie będę miała imprezy, przynajmniej nie takiej jak w zeszłym roku, ale jak sobie pomyślę o tych wszystkich gadkach w stylu jak to czas leci, niedawno taka mała byłaś, a tu już dziewiętnastka, to obrzydzenie mnie bierze. Każdego roku to się powtarza i tylko ja zdaję się mieć dość. Zabarykadowałabym się w sobotę - czyli w dniu, w którym będzie u nas siostra i szwagier i jeszcze brat z rodziną - w swoim pokoju, ale jak to moje urodziny, to średnio wypada.


A w przyszłym tygodniu będę w rozjazdach, bo poniedziałek-środa będę odwiedzać siostrę, a na Boże Ciało mamy odwiedzić rodziców szwagra. Oczyma duszy już widzę siebie snującą się po pokoju/mieszkaniu/okolicy i rozpaczającą, bo mogłabym przecież siedzieć i oglądać Szkołę, a jednak nie mogę. Rozważam zabranie ze sobą laptopa do siostry, żeby obejrzeć chociaż odcinek dziennie, ale wiem, jaka będzie reakcja mojej mamy na taką propozycję - a nie będzie pozytywna - więc nie wiem, czy w ogóle powinnam pytać. A Boże Ciało to już w ogóle stracone.
Cóż, mam nadzieję, że najgorzej jednak nie będzie.


O, zapomniałabym się jeszcze pochwalić. Kupiłam sobie nowy portfel.


Stary był bardzo zwykły, poza tym zaczął się niszczyć, bo miałam go od początku gimnazjum. Poszperałam więc na Allegro i wyszperałam taki. Na żywo prezentuje się lepiej. :) Generalnie jestem zadowolona, że go mam.


Zmiatam wyrabiać swoją średnią obejrzanych odcinków Szkoły na ten tydzień. Powinnam zameldować się jutro. :)

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Wpadając do dołka

Przez te moje wczorajsze rozkminy dzisiaj mój humor był taki se. Pół dnia chodziłam sobie i narzekałam po cichu, że mnie nikt nie kocha i że w ogóle moje życie chyba nie ma sensu.
Najgorsze jest chyba to, że ja mam świadomość, że i tak dużo dostaję od życia, ale i tak chciałabym dostawać jeszcze więcej. Może nie jest tak, że moje życie jest jakieś bardzo urozmaicone, nie jeżdżę nie wiadomo gdzie i nie robię jakichś niesamowitych rzeczy, ale z moim talentem do uniesienia zdarzeń typu zrobienie samodzielnie zakupów do wydarzenia rangi otrzymania Nagrody Nobla to jest aż dziwne, że jeszcze jest mi mało. A jednak czasem przychodzą takie momenty, że ogarnia mnie takie poczucie bezsensu, że to aż boli.
Czuję się teraz jak takie emo dziecko, które ma same problemy i w ogóle pójdzie się zaraz pociąć masłem na kafelkach. xD

Ale w całym tym swoim złym humorze nie zatraciłam resztek racjonalno-pozytywnego myślenia i w myśl myśli, że powinno oczekiwać się mało, żeby cieszyć się, gdy dostanie się więcej (zamiast oczekiwać zbyt dużo i załamywać się, gdy dostanie się zbyt mało), postanowiłam, że nie będę jakoś specjalnie planować wyjazdu do Krakowa. Nie wiem, czy o tym wspominałam, ale to jest tak, że moja kuzynka mieszka pod Krakowem i być może ją odwiedzimy na kilka dni w wakacje, no i teoretycznie mogłabym z nią do Krakowa w któryś dzień pojechać i jak ona będzie w pracy, to ja będę zwiedzać, i potem razem wrócimy. Dzisiaj w rozmowie z mamą wrócił ten temat i przez moment chciałam zapytać, czy gdybym chciała jechać do Krakowa na kilka dni (z myślą, że może w któryś dzień wybrałabym się do teatru i takie tam), to by się zgodziła, ale potem sobie pomyślałam, że bez tego też może się tam wydarzyć coś ciekawego, a nawet jeśli nie, to też dobrze - przynajmniej sobie pozwiedzam. Wracanie "na stare śmieci" jest fajne, a w Krakowie ostatni raz byłam sześć lat temu - najwyższa pora odświeżyć wspomnienia.


Wracając jednak do rozkmin o miłości - zazdroszczę trochę bohaterom literackim (bo w prawdziwym życiu takich osób nie znam - niby to byłby lepszy przykład, ale co tam), którzy mają dwójkę adoratorów. Dla nich to jest zwykle wielki problem, no bo kogo ja mam wybrać, olaboga, no ale ej - przynajmniej ktokolwiek się nimi interesuje, nie to co mną.
Przez moment miałam szalony pomysł, żeby wyjechać na eurotripa i tam szukać miłości, jak w moim opowiadaniu, ale potem stwierdziłam, że przy tym, co się teraz dzieje na świecie, to aż strach, i chyba jednak wolę zostać w Polsce. Kiedyś to bym się po prostu bała pojechać sama, żeby mnie nie okradli albo nie pobili, ale przy tych wszystkich zamachach to nawet z kimś trochę straszno jechać, bo jak już los ma cię rzucić w miejsce takiego zamachu, to raczej nie będzie patrzeć na to, czy jesteś sam, czy z kimś.
Wszyscy, w rozmowie z którymi wspominałam o tym, że nigdy nie byłam w związku, mówią mi, że jeszcze mam czas i może na studiach kogoś sobie znajdę. Oby. Pożyjemy, zobaczymy. Zawsze mogę zostać starą panną z kotem, ta perspektywa też nie wydaje się taka zła.



O boju, znalazłam coś strasznego. No, może nie strasznego samego w sobie, no ale.


Już dwa lata temu twierdziłam, że ta piosenka opisuje mi życie - wtedy widziałam ją bardziej w kontekście jednej z moich niespełnionych miłości, ale teraz ma trochę szerszy kontekst. Matko bosko, całe życie mi przed oczami przeleciało.



Pozytywna rzecz jest taka, że zarobiłam 89 złotych. Sprawa jest taka, że w sobotę zachciało mi się grać w Simsy, to sobie kupiłam w Internecie taką wersję, że jak już zrealizowałam płatność, to mogłam pobrać. Pograłam sobie trochę i po godzinie mi się znudziło, więc wykorzystałam, uwaga, możliwość zwrotów. Można było sobie poklikać i napisać, że gra ma błędy czy coś, i wtedy oddawali pieniądze. No i faktycznie mi oddali. 
Teraz się zastanawiam, czy nie jest tak, że zbyt pochopnie te Simsy odinstalowałam, bo może by mi oddali pieniądze, a dalej bym mogła grać. Ale z drugiej strony strasznie by mi to żarło czas, a i tak marnuję go sporo. Jak już mam to robić, to niech będę konsekwentna i trzymam się jednego sposobu.


Dobra, pora pomarnować trochę nocy - w wiadomy sposób.
A jutro może będzie lepszy dzień.

niedziela, 4 czerwca 2017

Give us a little love

Witam w czerwcu!


Miałam jutro jechać do siostry na kilka dni, ale dalej jestem trochę chora i rodzice stwierdzili, że powinnam zostać w domu, a nie wozić się pociągami i siedzieć siostrze na głowie, zresztą ona sama stwierdziła przez telefon, że mam dziwny głos i żebym się wykurowała do końca. No to się będę kurować. W towarzystwie Szkoły i kilku książek.

O, właśnie. Skończyłam dzisiaj czytać jedną książkę. Znowu jestem wartościowym człowiekiem. To nic, że czytałam ją ze dwa tygodnie, mimo że była niewymagająca.
Ja bym mogła nadrabiać te książki i grać w gry i w ogóle inne takie, ale Szkoła jednak za bardzo mnie wciągnęła. Mnie to aż przeraża, z jaką namiętnością to oglądam.
Dobra, cicho! Miałam nie narzekać na ten temat.



Rozkminiałam dzisiaj na temat mojej skłonności do zakochiwania się w osobach a) sporo starszych ode mnie i b) niedostępnych. Najmłodsza osoba, w której byłam na poważnie zakochana, była 13 lat starsza ode mnie, a i tak nie mogłabym z nią być. Chyba żeby zaliczyć do tego zacnego grona jednego chłopaka, który jest rok młodszy ode mnie i chodził do mojej podstawówki i gimnazjum. Był moim pierwszym zauroczeniem i jarałam się każdym zamienionym słowem oraz tym, że raz sprzedawałam mu podręczniki. Nawet nie można było powiedzieć, że byliśmy przyjaciółmi, raczej w miarę dobrymi kolegami, ale jakoś tak serce mocniej mi biło na sam jego widok, a że był też ministrantem w mojej parafii, to szybko mi nie przeszło. Stety-niestety było to w czasach, kiedy nawet nie pomyślałam o zasugerowaniu mu, co czuję, i moje uczucie pozostało w sferze platonicznej. Niestety, bo może miałabym chociaż jednego chłopaka w życiu (co z tego, że jako dwunastolatka), a stety, bo potem, jak już byliśmy w gimnazjum, to we w miarę oczywisty sposób zarywał do mojej koleżanki z klasy, za którą nie przepadałam i z którą otwarcie się pokłóciłam się kilka razy - możliwe, że fakt, że mieli się ku sobie, to znak, że nie byłby mnie wart.
Trochę to niesprawiedliwe, że z osób, które znam, nawet takie, które są/były mega dziwne i/lub ogólnie nielubiane są/były w związku przynajmniej raz. No dobra, może jeden kolega nie był, ale próbował. A ja nawet nie mogę zakochać się w osobie, z którą teoretycznie mogłabym być. A potem wylewam swoje żale w Internecie... Gdyby chociaż moje życie było jakieś mega interesujące, ale ono przecież jest mega nudne. Sama to czasami czuję/widzę, a jak to w ogóle musi wyglądać z boku...
Dobra, koniec z tym. Są wakacje, powinnam być zadowolona z życia, a ja tylko siedzę i marudzę. A potem będę marudzić, że marudzę. Aż chyba sobie zrobię w tym tygodniu coś szalonego. Pojadę na grób Mariusza Szczerskiego czy coś. W sumie planuję to już półtora roku, najwyższa pora wcielić te plany w życie.



Nie wiem, co jeszcze mogłabym powiedzieć, więc idę dalej oglądać Szkołę i rozpaczać nad moim nędznym losem. Wmawiałabym sobie, że może przez studia coś się poprawi, ale jestem w takim stanie, że i tak w to nie wierzę.