piątek, 30 czerwca 2017

I will survive

Kontynuując temat z wczoraj - zdałam! Zdałam maturę i to całkiem spoko. Procenty miałam takie:
Polski ustny - 93%
Angielski ustny - 100%
Polski pisemny - 81%
Angielski pisemny podstawowy - 100%
Matematyka - 82%
Angielski pisemny rozszerzony - 96%
Wiedza o społeczeństwie rozszerzona - 50%

Zaskoczona jestem matematyką, bo bądź co bądź celowałam w wynik siedemdziesiąt kilka procent, a tu proszę, osiemdziesiąt dwa. W dodatku jest to procent więcej niż z polskiego, przy czym z polskiego tylko 4% zdających miało wyższy wynik, bo w sumie trudna była ta matura. A najbardziej zadowolona jestem z wyników angielskiego, bo mi są potrzebne do rekrutacji na studia. Nauczycielka angielskiego mi nawet powiedziała, że jest ze mnie dumna.
A z jednym z kolegów sobie trochę pożartowałam - jak mu napisałam o wynikach, to stwierdził To co, teraz studia a potem praca w Biedronce albo w McDonaldzie?, a ja mu na to Nie, na zmywaku w Anglii, bo idę na filologię angielską. Dowcip mi się ostatnio wyostrza, to chyba przez Szkołę, bo tam ciągle dziwne teksty lecą.

A propos Szkoły, oglądam sobie jednym okiem odcinek i jedna laska właśnie stwierdziła, że kefir to sfermentowana wydzielina zwierzęcia. Jakby nie patrzeć to prawda, ale jakoś tak się o tym nie myśli.


I tak sobie siedzę sama od piętnastej w domu. Byłam w międzyczasie na zakupach i w Paczkomacie po paczkę z Empiku o takiej zawartości:

 Bo jak mam się uczyć tego włoskiego, to słownik może się przydać.

Do własnych powtórek z angielskiego. Po przejrzeniu nie znalazłam nic, co by mnie jakoś bardzo zaskoczyło, ale może się jeszcze przyda.

Na tę książkę miałam ochotę już dawno, a kupiłam ją teraz, bo były (czy dalej są?) wyprzedaże w Empiku i kosztowała mniej niż 30 złotych.

W ogóle jutro chyba się wybiorę do Katowic. Chyba wmówię rodzicom, że kupiłam te książki w stacjonarnym sklepie już po otrzymaniu wyników matur, bo mi się za nie należało, bo mi głupio, że tyle wydaję przez neta. Może nawet wyżulę od rodziców pieniądze za to, że niby to taka nagroda od nich. I może przy okazji pójdę do Starbucksa albo do jakiejś knajpy na obiad. Bardziej skłaniam się ku temu pierwszemu, bo obiad na dwa dni już mam zapewniony, a w Starbucksie jednak nie bywam codziennie. Poza tym z kubkiem w ręce będę mogła jeszcze gdzieś pójść, a obiad jednak uziemia.


Co tam jeszcze... Aha. Miałam się przyznać, co to za plan miałam na poprawę humoru. Trochę mi głupio, poza tym jeszcze się ostatecznie nie wycofałam, ale co tam, w sumie mogę napisać.
Otóż byłam u psychologa.
Nie pytajcie, czemu. xD Babce powiedziałam, że dręczą mnie moje wahania nastrojów i brak panowania nad emocjami, przede wszystkim gniewem, smutkiem i stresem. Szczerze mówiąc sądziłam, że będzie to wszystko inaczej wyglądało niż wyglądało faktycznie. No bo niby siedziałam przed babką i ona wyciągała ze mnie różne potrzebne jej rzeczy, ale myślałam, że będę się czuła bardziej komfortowo czy coś. Przez całą pierwszą wizytę cała się trzęsłam, a przed drugą serce biło mi tak mocno, jak jeszcze nigdy w życiu, nawet przed maturami. Teoretycznie powinnam jeszcze pójść na trzecią wizytę, na koniec której padnie diagnoza i wtedy dopiero miałabym podjąć decyzję o terapii, ale jakoś się zniechęciłam. Przynajmniej będę już wiedziała, jak takie wizyty wyglądają, a że sama sobie parę rzeczy już po tych dwóch wizytach przemyślałam i mam świadomość, że bez terapii mogę jednak sobie dać radę, to chyba nie ma sensu tracić czasu i pieniędzy.
Co do tego, co mnie zniechęciło - było parę dialogów, które szczególnie mnie zdziwiły. Na przykład:
Psycholożka: Ma pani chłopaka?
Ja: Nie, i nigdy nie miałam. Nie było nikogo takiego, z kim mogłabym stworzyć coś trwałego.
P: A myśli pani, że może się pani komuś podobać?
J: Nie, nie mam takich znajomych, którym mogłabym się podobać.
Rozwaliły mnie te insynuacje. xD O, albo rozmowa o przedszkolu.
P: A do przedszkola pani chodziła?
J: Nie.
P: Dlaczego?
J: Bo jak brat był mały to nie chciał chodzić do przedszkola, mama wtedy zrezygnowała z pracy, żeby się nim zająć, potem urodziła się siostra, a potem mama już nie wróciła do pracy, więc mogła się mną zająć.
P: I to tyle?
J: Tylko tyle wiem.
Z tego wszystkiego w domu się mamy zapytałam, czemu nie chodziłam do przedszkola. Potwierdziła tę historię. A babka pewnie pomyślała, że mnie mama izolowała w dzieciństwie czy coś.
No i generalnie bardzo mnie babka maglowała w sprawie kontaktów z rówieśnikami. To znaczy może bardziej spotkań niż kontaktów, bo głównie rozmowa była o tym, że czas wolny spędzam w roku szkolnym na nauce, a w wakacje przed kompem/na czytaniu albo na samotnych spacerach. A to nie jest tak, że ja się kompletnie izoluję, bo rozmawiam z rówieśnikami. Większość ludzi z Tumblra jest ode mnie rok-dwa lata młodszych albo max pięć lat starszych, podobnie z ludźmi z blogosfery, z którymi mam faktyczny kontakt. Z ludźmi ze szkoły też czasem coś popiszę. No i mam całkiem spoko kontakt z ludźmi typu szwagier, nauczycielka angola, wolontariuszki ze szkoły, w sensie takimi sporo starszymi. Po co mam się spotykać z rówieśnikami, którzy mnie przynajmniej w części denerwują (żeby nie powiedzieć gorzej), jak mam innych ludzi?
Czuję też, że mocno omawiana byłaby kwestia studiów i tego, że nie zdecydowałam się na Kraków, przynajmniej nie teraz, bo faktycznie już się rekrutuję na UŚ. No a przecież nie powiem obcej babce, dlaczego mi Kraków w ogóle przyszedł do głowy i dlaczego w przypływie racjonalnego myślenia z tego zrezygnowałam.

Ogólnie to sobie jeszcze po tych dwóch wizytach pomyślałam: tak w sumie to po co mi ten psycholog? Niby mam dobre powody, żeby tam być, ten cały stres i wahania nastrojów, ale z tymi rzeczami już sobie nie raz i nie dwa radziłam. Jeżeli z wszystkimi moimi uczuciami i historiami, w których brałam udział, przeżyłam ostatnich sześć lat nie mając nawet myśli samobójczych, to jeszcze nie jest ze mną źle, ba - uważam, że kolejnych sześć albo i więcej lat przeżyję bez problemu. Nie żebym miała coś do mniej lub bardziej niedoszłych samobójców (w sensie wyciągniętych z myśli samobójczych albo już odratowanych z próby), znam dobrze jedną taką osobę i jest bardzo spoko, ale świadomość, że nie byłam i nie jestem jedną z takich osób, jakoś poprawia mi humor.
Dzisiaj to już w ogóle tak mi się humor poprawił, że pierwszy raz od dwóch tygodni przesłuchałam Chcę kochać, czyli piosenkę będącą źródłem aktualnego motta. Podsumowując: wierzę, że cokolwiek mi dolega, wyleczę się z tego sama. W poniedziałek zadzwonię i odwołam wtorkową wizytę. Powiem, że mi coś prywatnego i niespodziewanego wypadło (a prawdopodobnie faktycznie tak będzie, bo podobno ma nas ciocia odwiedzić i nie wypada wtedy wychodzić z domu), czego nie mogę odwołać, i że zadzwonię, jak na pewno będę mogła przyjść. I nie zadzwonię, joł.



To chyba już tyle na dziś. Jeżeli o czymś zapomniałam, to napiszę w następnej notce. A teraz idę się przewietrzyć. Nie wiem, czy wyłażenie na balkon o północy jest dobrym pomysłem, ale i tak to zrobię.

2 komentarze:

  1. Gratuluję jeszcze raz tych wyników, jestem z Ciebie dumna!
    Wow, zakupy w empiku się udały. Życzę przyjemnej nauki włoskiego ;)
    [Ptaki ciernistych krzewów] - widziałaś serial?
    Przyznaję, że zatkało mnie, jak przeczytałam o psychologu, bo tego się nie spodziewałam. Po opisie dochodzę do wniosku, że ta pani szuka źródła Twoich problemów w tym, że jesteś introwertykiem. Opieranie ma tym diagnozy chyba nie będzie trafne. Trzecia wizyta może przynieść kolejną dawkę dyskomfortu, a nie odpowiedź, co jest nie tak. Na Twoim miejscu chyba też bym się na nią nie wybrała.
    Trzymaj się!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze raz dziękuję :)
      Widziałam jeden odcinek i mnie zaciekawił, kiedyś chciałabym obejrzeć cały, ale najpierw książka. ;)
      Może być i tak. Skoro kolejna osoba poza mną mi to mówi, to chyba faktycznie dobrze zrobię, rezygnując.
      Będę się trzymać :) Pozdrawiam!

      Usuń