niedziela, 30 lipca 2017

Tour de Pologne

Kurde, myślałam, że wczoraj albo dziś naprawdę uda mi się coś napisać, a tymczasem z trudem zabrałam się za tego posta. Wszystko dlatego, że wczoraj znowu zachciało mi się grać w Simsy, znowu sobie kupiłam trójkę i tym razem naprawdę mnie wciągnęło. Gdyby mi się tak chciało pisać albo czytać albo grać w cokolwiek innego tak, jak chce mi się grać w Simsy, to świat byłby piękniejszy, serio.
Plus jest taki, że na 95% nie jadę do kuzynki, więc nie dość, że nie będę przez kilka dni odcięta od kompa, to jeszcze ulżę swojej wielozadaniowości, bo będę mogła na przykład oglądać coś na telewizorze i jednocześnie pisać na przykład, a to dla mnie duże ułatwienie.
Będzie źle, jeśli się okaże, że po prostu będę grać w Simsy 24h na dobę, bo nic mnie nie będzie ograniczało, ale nie kraczmy.


Poza tym, że pomarnowałam sobie trochę czasu, byłam dzisiaj na przejeździe Tour de Pologne przez moje miasto. Proszę bardzo, oto dowód:

Jeżeli mam być szczera, to cieszę się z tego o wiele mniej, niż myślałam, że będę się cieszyć, ale ogólnie to mi ulżyło, że po dwóch latach od pierwszego przejazdu Touru przez okolicę w końcu mogłam to zobaczyć. No i będę miała co opowiadać, jakby ktoś pytał.



Hm... W sumie to tylko tyle miałam do pochwalenia się dzisiaj. Oddalam się - postaram się nie włączać Simsów, bo pójdę spać o drugiej, może uda się postawić na coś bardziej produktywnego.
Dobranoc!

piątek, 28 lipca 2017

O pisaniu słów kilka

Sięgnęłam sobie właśnie pamięcią wstecz do moich opowiadań z gimnazjum, tych, w których ja osobiście jestem bohaterką, i nie mogę wyjść z podziwu, jak daleko jestem od tego, co chciałam osiągnąć. W tych wszystkich opowieściach w wieku 18-19 lat byłam kobietą sukcesu albo kochanką Andersa Breivika - oczywiście nie jestem ani jednym, ani drugim. Z tego drugiego nawet się cieszę, bo to chyba nie byłby powód do dumy, ale przez parę lat planować sukces i nie zrobić nawet kroku w jego stronę to jest, kurwa, przegryw. Ale to nic. Jeszcze przyjdzie chwila chwały - jak nie teraz, to za 5 lat, jak nie w tym, to w kolejnym życiu.


Wczoraj ogarnęłam, że nie pochwaliłam się w końcu, jaką torebkę sobie kupiłam ostatnio. Proszę bardzo, oto ona:

Ogólnie to zdjęcie nie jest moje, bo nie chciało mi się robić zdjęcia całej torebki (mam zdjęcie samego wzoru, ale to tylko gdzieś zagubione na telefonie), ale mam właśnie taką, więc skorzystałam z tego, co mi Internet zaoferował.


Pochwaliłabym się dzisiaj tymi zdjęciami z wycieczki, ale tak mi się nie chce w nich grzebać i potem ich opisywać, że nie wezmę się za to, zresztą znowu, bo wczoraj też miałam wrzucić i też mi się nie chciało, a że zapomniałam o zasadzie niezmuszania się, to zrezygnowałam całkowicie z posta. Zresztą i tak nie było o czym pisać.


Powiem wam, że ostatnie dwa dni - wczorajszy i dzisiejszy - poszły na zmarnowanie. No bo oderwałam się od Szkoły (chociaż ostatecznie obejrzałam jeden odcinek, po prostu nie poświęciłam na to całego dnia), ale i tak nie zrobiłam nic ambitnego. xD Niby skończyłam grać w grę, niby prawie skończyłam czytać książkę (prawie, bo zostało mi kilka stron, ale czytałam), ale do włoskiego i do pisania dalej się nie zebrałam. Już bym chyba wolała siedzieć przy tej Szkole i być ze trzy odcinki do przodu. Myślałam, że jak się od niej oderwę, to mi wena na pisanie przyjdzie, a i tak nie przyszła, to co mi po takim układzie? No dobra, jakaś wena niby jest (bo chce mi się pisać bardziej niż mi się chciało, a momentami nie chciało mi się wcale, także tego), ale dalej nie umiem się zebrać i czegoś napisać. Dlatego teraz otwarcie przyznaję, że idę nadrabiać serialowe zaległości. A jutro to się chyba przywiążę do komputera, żeby coś napisać, ale to już inna kwestia.

środa, 26 lipca 2017

Wakacyjne przygody

Witam i o zdrowie pytam!
Wróciłam z wakacji wczoraj jakoś przed czwartą, ale ostatecznie nie zebrałam się do napisania tego posta, głównie dlatego, że po prostu jakoś nie potrafiłam się zmusić. Dzisiaj w sumie też nie potrafiłam, ale potem pomyślałam sobie, że mogę po prostu odpuścić sobie opisywanie kolejnych dni ze szczegółami, bo niby mam notatki, ale jakoś mnie to słabi. A że przed dwoma laty właśnie zmuszanie się było zgubą ThingsInsideOfMe, to raczej nie będę w to brnąć. Bardziej niż na opisie przygód wszelakich pozwolę sobie skupić się na moich przemyśleniach, ewentualnie pojedynczych przeżyciach. Zdjęcia powinnam jakieś wrzucić, ale to jutro lub pojutrze, bo dziś nie bardzo chce mi się wybierać.

Także w telegraficznym skrócie - przez tych kilka dni odwiedziłam: Jelenią Górę (ogólnie polecam), Karpacz (polecam tylko ze względu na Świątynię Wang), Szklarską Porębę (polecam okolicę, ale to tylko jeśli ktoś kocha górskie klimaty, bo ja nie znoszę i mi się nie podobało), Wałbrzych, a dokładniej Zamek Książ (niesmak pozostał, bo oczekiwałam czegoś więcej, poza tym nie szukaliśmy złotego ciopongu i w ogóle nie zeszliśmy do podziemi, ale jak ktoś nie ma oczekiwań, to polecam), Drezno (polecam, zwłaszcza jeżeli ktoś odnajduje się w dużych miastach i w dodatku zagranicznych, ogólnie moje wrażenie było dobre) oraz Liberec (ogólnie to nie polecam, ale jak kogoś tam zawsze ciągnęło, to możecie sami sprawdzić, jak tam jest).
Z pojedynczych przeżyć najlepiej wspominam:
  • Świątynię Wang, którą zawsze chciałam zobaczyć ze względu na jej norweskie pochodzenie, i nie zawiodłam się + pod świątynią napotkaliśmy genialnego młodego akordeonistę, którego zasponsorowałam, bo ładnie grał (swoją drogą spotkaliśmy go dwa razy, drugi był w Jeleniej Górze-Cieplicach kilka dni później)
  • dwie manifestacje pod sądem w Jeleniej Górze, przy czym w trakcie jednej z nich znalazłam się kilka centymetrów od a) Waldemara Obłozy (Roman z Na Wspólnej, jeśli ma wam to więcej powiedzieć) i b) Grzegorza Schetyny. Tutaj zaznaczę tylko, że nie mam na celu wdawać się w dyskusje polityczne, chociaż właśnie zdradziłam, po której stronie barykady stoję, bardziej chciałam się pochwalić, no bo jednak niecodziennie spotyka się całkiem przypadkowo takie sławy
  • festiwal teatrów ulicznych w Jeleniej, bo nie dość, że to było samo w sobie cudowne przeżycie, to jeszcze skłoniło mnie do przemyśleń, ale o tym za chwilę

Tak najogólniej rzecz biorąc, to na wyjeździe podobało mi się bardzo, mimo oczywistego minusu w postaci otoczenia górskiego i potrzeby chodzenia po górach.


W któryś dzień dyskutowałam z rodzicami na temat wyjazdu do kuzynki pod Kraków i okazało się, że pojedziemy po weekendzie, czyli akurat tuż po spektaklu w teatrze, na który chciałam się wybrać. Powiem wam, że nawet mnie to nie obeszło. To znaczy obeszło, bo jednak trochę żal, ogólnie jakiś niesmak pozostał, ale ostateczna myśl była Właściwie to ja się obejdę bez tego. I tak mi już zostało. Zresztą potem poszliśmy na dwa przedstawienia w ramach Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Ulicznych, co zaspokoiło moją potrzebę pójścia do teatru w ogóle, i pomyślałam sobie - jak to ujęłam na swoim prywatnym profilu - że Nie warto martwić się tym, czego nie ma, gdy można cieszyć się z tego, co jest. Także ogólnie to nie mam potrzeby wizyty w Krakowie, bo się nazwiedzałam i nachodziłam do teatru i naspotykałam znanych ludzi i w ogóle. Nie oznacza to, że się wyleczyłam z Mancewicza (wręcz przeciwnie!), ale stwierdziłam, że nie on pierwszy jest przeze mnie kochany na odległość, więc powinnam jakoś przeżyć, a jeśli jest mi przeznaczone zakochać się tak prawdziwie, w sensie ze ślubem w międzyczasie i takie tam, to mam na to jeszcze czas.

W ogóle w międzyczasie miałam sen - najogólniej ujmując - o Szkole. Śniło mi się, że byłam na planie Szkoły; stałam w grupie ludzi w moim wieku, rozmawialiśmy sobie, aż nagle przyszedł Mancewicz i pocałował jedną z dziewczyn stojącą w grupie. Wszyscy zaczęli im bić brawo, a ja w zazdrości rozpłakałam się i uciekłam do toalety. Co ważne, ta toaleta była w takim osobnym, przeszklonym budynku; jak się trochę ogarnęłam, to wyszłam z tej toalety na korytarz, z którego widziałam, co jest na zewnątrz i zobaczyłam, że Mancewicz na mnie czeka. Wyszłam, usiadłam obok niego na ławce i zapytałam, czy on tamtą dziewczynę kocha, na co on mi odpowiedział pytaniem o to, czy mówię o odcinku [serialu], czy o prawdziwym życiu. Chyba nic nie odpowiedziałam, ale siedziałam potem obok niego i trzymałam za rękę.
Jak się obudziłam, to byłam z jednej strony zadowolona, ale z drugiej strony trochę skołowana. Zadowolona, bo ogólnie to lubię, jak mi się śnią osoby, które mi się akurat podobają, ale skołowana, bo to mój pierwszy sen od trzech i pół roku o zabarwieniu romantycznym. Wiadomo, że czasem przyśnił mi się Breivik czy Karl-Otto czy inny Hess, ale naprawdę rzadko mi się śni coś, co jest w jasny sposób romantyczne, a co dopiero mówić o pocałunkach w takich snach. A tu proszę.


A dzisiaj, już poza wakacjami, odbyłam z mamą dyskusję na temat tego, że powinnam zaprzestać oglądania Szkoły, bo to źle dla mojej inteligencji czy coś tam. Przykro mi się zrobiło z tego powodu, nawet nie dlatego, że mi mama to powiedziała, tylko dlatego, że sama z siebie miałam ambitniejsze plany na te wakacje, na oglądaniu Kojaka, Sabriny i czterech części Parszywej Dwunastki zaczynając, na nauce włoskiego kończąc, a jak się te plany skończyły - wszyscy wiemy. Najgorsze jest to, że z tej sytuacji nie ma dobrego wyjścia, bo z jednej strony wiem, że marnuję czas i chętnie bym poświęciła cały jeden dzień na robienie czegoś innego, ale z drugiej po tych ponad stu siedemdziesięciu odcinkach szkoda mi się odrywać.
Ale najgorzej to się chyba czuję z tym, że w poniedziałek znalazłam dwa fanfiction na temat Szkoły i tak się wkręciłam, że w kilka godzin obydwa przeczytałam. xD


Idę, bo muszę jeszcze dokończyć ostatni na dziś odcinek Szkoły, a potem muszę iść spać, żeby mieć siłę robić jutro ambitne rzeczy. I tak się pewnie skończy na tym, że przewertuję podręcznik do włoskiego, włączę pliki w OpenOffice, żeby poudawać, że coś piszę, może nawet otworzę jakąś książkę, a potem i tak pójdę oglądać serial, ale ciii, wierzmy przynajmniej przez chwilę, że tak nie będzie. (xD).

niedziela, 16 lipca 2017

Tak sobie myślę... 2. urodziny

Witam wszystkich bardzo serdecznie w drugie urodziny tego bloga!
Tym razem nie przygotowałam nic specjalnego poza moim dobrym humorem, bo jakoś nie miałam pomysłu. Niby mogłam znowu zrobić filmik, ale w sumie nie wiedziałam z czego, więc pozostaje mi jedynie wspomnieć o tym, że siedzę na tym blogu już dwa lata, a wy razem ze mną, i że bardzo się z tego cieszę.

Ostatecznie zmieniłam opis profilu na cytat z Freuda Zero nienawidzi innych liczb. Chciałam też zmienić zdjęcie profilowe, ale nie wiedziałam, na jakie, to zostawiłam; oprócz tego do głowy przyszło mi, żeby - trochę przewrotnie - zmienić tytuł bloga, ale potem stwierdziłam, że dobrze jest, jak jest.


Ogólnie to ten post miał być wcześniej, ale z łóżka zwlokłam się o 10, ogarnięta byłam o 11, potem uparłam się na oglądanie jednego odcinka Szkoły, bo nakręciłam się po zajawce z końcówki poprzedniego, potem zwyczajnie nie umiałam się zebrać, potem byliśmy w kościele, a potem pakowaliśmy się na jutrzejszy wyjazd. Bo jutro wyjeżdżam na wakacje do Jeleniej Góry i wracam dopiero dwudziestego piątego - czyli kolejny post będzie prawdopodobnie dwudziestego szóstego, chociaż może zbiorę się zaraz po przyjeździe.
I tutaj nawiążę do tego, co powiedziałam na początku, że mam dobry humor. To głównie dlatego, że stwierdziłam, że jak dwa lata temu 16 lipca był dla mnie dniem zmian, to czemu teraz też nie ma być? Niby nie ma czegoś namacalnego, co bym zmieniała, ale mogę zmienić humor. Poza tym zapowiada się 8/9 dni (w zależności od podejścia w dniu powrotu) bez oglądania Szkoły, na co na głos narzekałam, ale po cichu uważam, że może wyjść mi to na dobre. Nie wiem co prawda, jak to odbije się na moim życiu po powrocie do domu, bo albo będę oglądać dwa razy więcej odcinków dziennie niż wcześniej, albo przez kolejnych kilka dni nie będę oglądać wcale, ale mam wrażenie, że na pewno w pozytywny sposób odbije się na moim nastawieniu - jeśli będę oglądać, to z takim optymistycznym nastawieniem, jak na samym początku, a jak nie będę, to przynajmniej spożytkuję czas na coś innego, a to mi raczej nie zaszkodzi. Co prawda najlepiej by było, gdybym znalazła jakiś złoty środek pomiędzy wszystkim, a nie sądzę, że mi się to uda, ale to nic. A nuż się wszystko dobrze ułoży.
No i pozbyłam się w końcu wyrzutów sumienia związanych z niepisaniem. Stwierdziłam, że chyba jednak wolę nie pisać nic niż na siłę napisać coś tak złego, że nawet mnie się nie spodoba. Mam jeszcze czas na napisanie paru rzeczy.

Moim jedynym i największym problemem jest tylko to, czy chcę w końcu jechać do kuzynki na parę dni, czy może jednak nie. Z jednej strony kusi mnie posiedzenie sobie parę dni na wsi i perspektywa wyjazdu na jeden dzień do Krakowa, ale z drugiej gdybym nie pojechała, to mogłabym posiedzieć kilka dni samej w domu i robić co tylko chcę, z korzystaniem z laptopa na czele - tak na dobrą sprawę na laptopie wszystko się opiera, bo laptop daje mi możliwość robienia kilku ważnych rzeczy, czyli pisania, grania i oglądania, bez tego mam tylko czytanie i ewentualnie naukę włoskiego, ale na to muszę mieć naprawdę dobry humor (do pisania w sumie też, ale to swoją drogą), a jak zostanę do tego przymuszona, to i tak na koniec będę chodzić po ścianach. No i nie przegapię przejazdu Tour de Pologne przez moje miasto. A do Krakowa jako do miasta zawsze mogę sobie pojechać przy innej okazji, jakbym się bardzo postarała, to nawet samą by mnie rodzice puścili.
Cóż, zobaczymy, jak to się ułoży. Najważniejsze to wierzyć, że cokolwiek się ostatecznie wydarzy, to będzie pozytywnie.


I z tą myślą was zostawiam. Tak jak w zeszłym roku, jakieś zdjęcia powinny się czasem pojawić na fanpage, jednak w kwestii bloga - do zobaczenia w przyszłym tygodniu!

czwartek, 13 lipca 2017

Początek życia studenta

Dzień dobry, dziś wita was osóbka oficjalnie przyjęta na Wydział Filologiczny Uniwersytetu Śląskiego! Wczoraj w netach pojawiły się listy przyjętych i dostałam się na obydwa kierunki, dzisiaj musiałam tylko pojechać złożyć dokumenty. Ostatecznie zdecydowałam się na specjalność: kultura i literatura angielskiego obszaru językowego, bo może być ciekawie, a włoskiego i tak miałam się sama uczyć, także mi nie przepadnie.


Poza tym, że przeszłam przez rekrutację i jestem już oficjalnie studentką, swoje wakacje nadal marnuję. Tu niby coś poczytam, tu coś spróbuję napisać, tu gdzieś pójdę, ale i tak moim największym osiągnięciem (poza studiami) jest obejrzenie stu sześćdziesięciu odcinków średnio ambitnego serialu. Na jedno to może dobrze, bo ograniczam okazje, w których mogłabym umrzeć (nie potrąci mnie auto, nie zatnę się kartką ani nic), ale z drugiej strony mam wrażenie, jakby jakaś ambicja we mnie umarła czy coś. Jeszcze trzy miesiące temu nie pomyślałabym, że będę coś robić w wakacje z aż takim zaangażowaniem i padnie akurat na serial. No dobra, plany serialowe też były, ale miałam dokończyć Sabrinę i obejrzeć Kojaka, a nie, kurde, Szkołę. Czułabym się usprawiedliwiona, gdybym musiała się zmuszać tylko ze względu na moją fascynację pewną osobą, ale kurczę, im dalej w odcinki, tym większą przyjemność mi to sprawia.
Upewnia mnie to w tym, że chyba jednak powinnam jechać do kuzynki na te parę dni, jak już się z rodzicami wybierzemy. Koniecznie z książkami, najlepiej bez kompa. Żeby się oderwać od tego odmóżdżania czy coś.



Dobra, idę, bo się późno zrobiło, a ja jestem zmęczona, zresztą i tak mi się tematy skończyły tak w sumie. Może jutro skleję coś dłuższego.

poniedziałek, 10 lipca 2017

Sytuacje bez wyjścia

Tadaaaam! Mam nowy szablon!
Zamawiałam go parę tygodni temu, jak jeszcze myślałam, że u psychologa zawitam więcej razy niż dwa i wiecie, ten cytat (How do you run from what's inside your head? czyli w wolnym tłumaczeniu Jak możesz uciec przed tym, co jest w twojej głowie?) to miała być taka metafora tego, że mam niepoukładane w głowie i muszę się leczyć. Chociaż do tego, że mam niepoukładane w głowie i że moje własne myśli są tym, co jednak najczęściej zwraca się przeciwko mnie, i tak nawiązuje. A zdjęcia tak naprawdę nie wiem, czemu wybrałam. Zastanawiałam się nad nowym szablonem i tak jakoś mnie tknęło, że chcę mieć szablon z Mią Wasikowską w wydaniu Alicja w Krainie Czarów. Bo mam sentyment - co prawda tylko do filmu (książki nigdy nie przeczytałam) i tylko do pierwszej części, ale to nic. Właściwie to od zdjęć się zaczęło, bo obrazek z cytatem wyświetlił mi się przy okazji (z tego, co się zorientowałam, pochodzi właśnie z Alicji..., ale na 100% pewna nie jestem) i stwierdziłam, że mi pasuje.
Tyle z fascynującej historii tego szablonu. Jeśli chodzi o ocenę, uważam, że jest cudowny! ❤ Wiem, że mówię to zawsze, ale naprawdę skradł moje serce i chyba zostawię go na dłużej. Do końca wakacji raczej mi się nie znudzi, a na studiach raczej o szablonie nie będzie mi się chciało myśleć, także...



Jeśli chodzi o dzisiaj, to nie będę się rozpisywać, bo nic szczególnego się nie działo. Tylko ten Kraków ciągle mnie dręczy. Z jednej strony naprawdę chciałabym pojechać, bo a nuż będę miała okazję pochodzić po mieście, a jak nie będę miała, to będzie to okazja do nadrobienia paru rzeczy - samouczek do włoskiego pod jedną pachę, trzy książki pod drugą i nara, mogę siedzieć na wsi. Z drugiej jednak strony wiem, że przesiedzenie tych kilku dni w domu też da mi szansę do nadrobienia paru rzeczy, bo i będę mogła pisać opowiadania (bo chociaż na razie ciągle nie piszę, to zaczyna mnie napełniać energia i wiem, że jeżeli zacznę, to szybko nie skończę), i mogłabym obejrzeć jakiś film z własnego wyboru, i nawet poczytać bym mogła, a jak nie, to przynajmniej nie miałabym wielkich zaległości w oglądaniu Szkoły. I jedna, i druga opcja naprawdę, naprawdę kusi i ja już nie wiem, na co się mam zdecydować. Pierwsza opcja wydaje się dobra z tego względu, że moja mama jedzie do sanatorium w sierpniu/wrześniu i - nie narzekając - będzie mi łatwiej wykonywać zadania związane z kompem, może nawet udawałoby mi się przemycać jakieś śmieciowe jedzenie za plecami taty, więc odbiłabym sobie te dni hipotetycznie spędzone na wsi, również wyjazdu na kilka godzin do Krakowa jako miasta mogłabym być pewna, gdybym się odpowiednio postarała, no ale jednak...
No cóż. Przemyślę to jeszcze i takie tam.

Mój problem z przemyśliwaniem rzeczy jest taki, że jak o czymś nie myślę, to nigdzie to nie prowadzi, a jak już myślę, to za bardzo kombinuję i też to nigdzie nie prowadzi. Tak samo jest z kierunkiem studiów - mam wybrane dwa, w środę będzie ogłoszenie wyników rekrutacji, a ja dalej nie wiem, który kierunek wybiorę, jeżeli bez problemu dostanę się na oba.
Ogólnie to zapowiada się ciężki tydzień i ciężki miesiąc, jeśli chodzi o wybieranie. Obym tylko w ostatecznym rozrachunku była zadowolona.


Bo dawno nie było nic z netu, a przy pogodzie, która jest, ten gif pasuje.

Dobranoc!

niedziela, 9 lipca 2017

"Tak się boję o siebie"

Zaczynam pisać tego posta, zastanawiając się, czy przy jego zakończeniu na blogu zawiśnie już nowy szablon, czy może jednak nie. Generalnie szablon jest już gotowy i ja wiem, jak wygląda, ale szabloniarka musi jeszcze wrzucić go na DeviantArt i wysłać mi link do pobrania i nie wiem, czy zrobi to jeszcze dzisiaj, czy już jutro. Zobaczymy.



Nie lubię takich dni jak dzisiaj. Nie dlatego, że był całkowicie fatalny, tylko dlatego, że był częściowo fatalny. Wolę, jak mogę sobie po całym dniu powiedzieć Dzisiaj było dobrze albo Dzisiaj było źle, a ja nie mogę powiedzieć żadnego, a raczej - mogę powiedzieć oba. Z rana pokłóciłam się z mamą i to tak, że się popłakałam (niby nic nowego, bo płaczę podczas/tuż po kłótni odkąd tylko pamiętam, ale ostatnio to się dzieje jakoś często); potem przyszedł bratanek, więc i atmosfera w domu się rozluźniła, i mnie samej jakoś przeszło; potem był kościół i trochę odeszły mi chęci do czegokolwiek, bo jakoś szczególnie mnie dzisiaj tam nosiło, a było mi głupio wyjść, jak już się wybrałam; a po powrocie do domu to już w ogóle zaczął się odlot, bo z jednej strony nasłuchałam się piosenek z pogranicza głupawych i nawet zahaczyłam o znany weteranom tego bloga flow, ale z drugiej jestem bardzo udręczona. Wiem, że to, co teraz powiem, jest mega głupie, bo wokół tej sprawy przez ostatnie dwa miesiące kręci się całe moje życie, ale... zastanawiam się, czy jechać w te wakacje do Krakowa. Nawet nie chodzi o to, czy ostatecznie trafię do miasta i czy natrafię, no, na kogoś, ale jestem skłonna zrezygnować z wyjazdu do kuzynki pod Kraków. Bo co, jeśli jednak nie będzie okazji pojechać do Krakowa w tym czasie? Chyba już wolę przesiedzieć te kilka dni w domu i zostać przy oglądaniu Szkoły, niż pojechać tam, wynudzić się na śmierć i jeszcze kompletnie rozczarować. No ale czy nie będę żałować, jeśli się nie wybiorę, jeśli nie dam sobie przynajmniej małej szansy? Może lepiej podjąć ryzyko?
W jednej rzeczy psycholożka miała rację - potrzebuję asekuracji, bycia pewną. A myśl o tym wyjeździe do kuzynki napełnia mnie - jak na razie - niepewnością. Zresztą przez dzisiejszy dzień mam ochotę wrócić do psycholożki, przynajmniej na to jedno spotkanie, żeby usłyszeć diagnozę. Sama sobie postawiłam milion diagnoz - był borderline, afektywna dwubiegunowa, depresja, nerwica, dziś stwierdziłam, że pasuje do mnie osobowość paranoiczna, możliwe, że po prostu mam wszystkiego po trochu albo nie mam niczego - ciekawie byłoby wiedzieć, co jest prawdą. Ale z drugiej strony boję się diagnozy, poza tym dzisiaj mam taki humor, a jutro, pojutrze, za tydzień mi się poprawi i pewnie będę żałowała, że w ogóle chciałam wrócić.

Przy okazji poszukiwań postu o flow, który podlinkowałam gdzieś wyżej, wróciłam do starych wpisów i dziwi mnie, jak bardzo różne moje oblicza tu pokazuję. No bo kto napisał dzisiejszy post? Na pewno nie tamta dziewczyna, która ciągle gadała jak nakręcona o nazistach i prawie płakała w rocznicę śmierci Hessa. Ani nie ta wariatka, która biegała na pocztę, bo jej się uwidziało pisać list do aktora. Na jedno to dobrze, bo przez to, że jestem tu w niemalże stu procentach szczera, nie mam potrzeby zakładać nowego bloga, tak jak to było dwa lata temu, bo to konto od początku miało być miejscem, w którym nie ma prawie żadnych tabu, ale mam wrażenie - nie, nie mam wrażenia - boję się, że z boku może to dziwnie wyglądać. Ale skoro taki obraz siebie chciałam kreować, to niech będzie.



Poza wahaniami nastrojów niewiele się u mnie dzieje, przynajmniej niewiele się działo od ostatniego postu. Dalej oglądam Szkołę. Sporo czytam, wczoraj miałam taką fazę na czytanie, że szok. Ciągle nie piszę, chociaż jestem na dobrej drodze do spotkania się z weną, bo wczoraj wymusiłam z siebie kilka słów.

A teraz idę, bo muszę się trochę podbudować. Jutro będzie futro nowy szablon, tak sądzę. I może więcej motywacji.

czwartek, 6 lipca 2017

Będzie fajnie

Paradoksalnie dzisiejszy dzień nie był tak zły, jak się spodziewałam, że będzie. Paradoksalnie, bo kiedy jest u nas sam bratanek, to potem czuję się wypluta, a dzisiaj były dodatkowo córki kuzynki, a nie było tak źle. Może to dlatego, że dzieci zajmowały się sobą nawzajem i nie musiałam za nikim biegać.


Wczoraj z przerażeniem zdałam sobie sprawę, że wraz z rocznicą bloga zbliża się dzień zmiany opisu konta, czyli tego miejsca, gdzie teraz widnieje Życie jest niezdrowe..., a wcześniej było Nie ma zdrowych ludzi, są tylko niezdiagnozowani. Zdążyłam już zrobić research i po przejrzeniu mnóstwa tekstów bardziej nadających się na motto niż opis znalazłam dwa hasła, które mogłyby ewentualnie ujść: Przekonań nie zdobywa się łatwo oraz Zero nienawidzi innych liczb. Nie wiem, które wybrać, bo pierwsze wydaje mi się mniej lub bardziej podniosłe, tak jak dwa poprzednie, z kolei drugie jest podobnie przewrotne. Sama nie wiem, ale jeszcze się zastanowię.
Poza tym spodobało mi się hasło Nigdy nie jesteśmy tak bardzo bezbronni wobec cierpienia jak wtedy, gdy kochamy. Też gdzieś wykorzystam.
Wszystkie cytaty z Freuda.


Dowiedziałam się dzisiaj od mamy, że siostra rozważała zabranie mnie na urlop do Chorwacji, ale że termin wyjazdu przypadł na tydzień rekrutacji na studia, to nawet mi nie zaproponowała. Z jednej strony żal mi tej Wenecji, no i miło, że w ogóle o tym pomyślała, ale z drugiej pewnie i tak bym się nie zdecydowała, bo do Chorwacji nigdy mnie nie ciągnęło, to może nawet dobrze, że tak się wszystko złożyło.


Załatwiłam sobie też u mamy kupno jednej torby dżinsowej na ramię, którą widziałam w jednym sklepie w Bytomiu. Będziemy tam jeszcze raz w przyszłym tygodniu, na 80% kupię ją wtedy i będę mogła pochwalić się wzorem. 20% to ryzyko, że jej nie będzie, wtedy zamówię przez neta i pochwalę się relatywnie później. Będzie fajnie.



Kończę już tego posta, bo w sumie wyczerpały mi się tematy. Napisałabym jakiś rozdział, ale nie chcę zamęczać domowników odgłosami gwałcenia klawiatury, więc po raz (mam nadzieję) ostatni odłożę to na jutro. Czuję delikatny przypływ weny, więc tym razem naprawdę powinno się udać. Dzisiaj w zamian za to pooddaję się jeszcze mojej ulubionej rozrywce ostatnich dwóch miesięcy, bo pora jeszcze wczesna, a na nic innego nie mam warunków.
Dobranoc!

środa, 5 lipca 2017

Wariatkowo

Dzisiaj był całkiem zwariowany dzień. Może poza moją głową nic specjalnego się nie działo, ale moje życie się trochę ubogaciło.

Zaczęło się od tego, że około trzynastej ni z tego, ni z owego obudził się mój niekarmiony od kilku lat potworek i zaczęłam buszować na Wikipedii wśród artykułów dotyczących miejskich legend. Z niektórymi rzeczami zapoznałam się już jako kompletna małolata i w ogóle mnie nie zadziwiły, choć zasiały niepokój, a inne, te wcześniej nieznane - zaciekawiły. Już kiedyś miejskie legendy były dla mnie źródłem inspiracji - gdyby nie Kilroy was here, prawdopodobnie nigdy nie obejrzałabym Złota dla Zuchwałych, poza tym z tej części Wikipedii zrzynałam artykuły do szkolnej gazetki w podstawówce; teraz też mogą być źródłem, może nie tyle inspiracji, co wymówek. Wiecie, ludzie będą chcieli mnie na studiach wyciągnąć na melanż, a ja na to: Nie, bo boję się czarnej wołgi i złodziei nerek, chyba jednak zostanę w domu. W ostateczności powołam się na fakt, że w dawnych latach w bliższej lub dalszej okolicy zdarzały się przypadki brutalnych morderstw, a ja, jako osoba do przesady przewrażliwiona na tym punkcie, wolę nie kusić losu, kiedy nie muszę.
Poza tym legenda o czakramie wawelskim zainspirowała mnie do podjęcia decyzji o wybraniu się na Wawel, jak już będę w Krakowie. I niech będzie, że to jedyna ważna rzecz, którą chcę tam zaliczyć. Przynajmniej się nie zawiodę, jak nie spotkam żadnej sławy, a przy okazji może odnajdę jakieś miejsce mocy czy coś.


Potem pojechałyśmy z mamą na zakupy. Kupiłam sobie dwie bluzki, spodnie i - uwaga - wojskową kurtkę - wojskową, czyli ciemnozieloną i skrojoną tak, jak niektóre mundury, które widywałam w filmach wojennych. Zdecydowanie najlepszy zakup ostatnich miesięcy - po niepowodzeniach związanych z golfem (chociaż z tego jeszcze nie zrezygnowałam) i bojówkami należało mi się.

A w Matrasie znalazłam taką ciekawostkę:


Byłam przekonana, że ze stacjonarnych księgarni Wybaczcie mi już zostało wycofane, zresztą przypomina mi się, że w necie na stronie Matrasa dłuższy czas wisiało jako niedostępne, a tu proszę.
Przez moment miałam żal, że musiałam zamawiać przez Internet, jak w stacjonarnym sklepie było do dostania, ale potem się okazało, że jeszcze na tym zarobiłam, bo egzemplarz z Matrasa miał naklejkę z ceną 31,50, a ja zapłaciłam 28,60, w tym koszt przesyłki. Także tego.


A po powrocie gubiłam się na YouTube. Posłuchałam starych piosenek, pooglądałam dziwne filmiki i nawet mnie to nie zdołowało, ba, poprawiło mi to humor! To znaczy, że nie jest ze mną źle.


Jutro będę mieć w domu istne wariatkowo, bo ma przyjechać w odwiedziny ciocia z kuzynką i dwiema córkami drugiej kuzynki (7 i bodajże 4 lata), i jeszcze bratanek ma przyjść. Jak mnie gdzieś nie wywiozą na wieczór, to będzie fajnie. Naprawdę, mam nadzieję, że w tym wszystkim nie zwariuję.


No dobra, to pora przygotować się na jutro. Jakieś 10 minut Szkoły, a potem - spać!

wtorek, 4 lipca 2017

Znowu są wakacje!

Miałam od wczoraj napisany cały akapit o kryzysie twórczym, w którym generalnie się żaliłam, jak mało ostatnio napisałam i jak mi z tym źle, ale w końcu mi przeszło i stwierdziłam, że usunę. To znaczy kryzys twórczy mi nie przeszedł, bo dzisiaj nic nie tknęłam z pisania, ale całkowicie przeszedł mi kryzys emocjonalny i pomyślałam, że nie będę tu wylewać żali niepotrzebnie.


Odwołać wizytę u psychologa odwołać miałam najpierw w piątek, potem wczoraj - skończyło się na tym, że zrobiłam to dziś, godzinę przed spotkaniem. Ale przynajmniej wniosło to trochę realizmu do mojej wymówki o nagłym pojawieniu się spraw do załatwienia, tak mi się wydaje. No bo kto w piątek wie, że właśnie we wtorek w południe będzie musiał być gdzieś indziej niż planował, jeżeli ma to być niespodziewane?
Babka się zapytała, czy umówić mnie od razu na kolejne spotkanie. Powiedziałam jej, że zadzwonię w tej sprawie. Na razie nie mam w planach dzwonić, a potem może nawet zapomnę. Trochę się cykam, że psycholożka mnie zacznie po jakimś czasie ścigać i to ona zadzwoni, ale jest nadzieja, że ona też zapomni, w końcu nie jestem jej jedyną klientką i byłam u niej tylko dwa razy. Najgorzej będzie, jak na nią kiedyś wpadnę na ulicy i mnie rozpozna czy coś. Oby nie.



W ogóle dopiero teraz, jak zaczął się lipiec, naprawdę poczułam, że są wakacje. Niby w połowie maja, jak skończyły się matury i mogłam wyczilować, to czułam się podobnie, ale dopiero teraz czuję to tak poważnie. I nawet jestem już pozytywniej nastawiona do mojego wyjazdu do Jeleniej Góry na wakacje, i już tak nie zazdroszczę siostrze wizyty w Wenecji. To znaczy, nadal zazdroszczę, ale myśl o tym nie budzi już we mnie żądzy mordu. W chwilach załamania myślę sobie, że jak już będę za te 10-15 lat bogata, będę miała własne miejsce na świecie (czyt. mieszkanie czy coś) i może do tego pięć kotów albo jakąś miłość, to wtedy sobie pozwiedzam. I nie, że tylko Wenecja - po drodze nadrobię Rzym, Londyn, Paryż, Amsterdam, i może jeszcze Oslo i Berlin.
Aha, i poprawiło mi się w jeszcze jednej sprawie. Nie ubolewam już tak nad tą moją kolejną niespełnioną miłością, nawet wyjazdem do Krakowa (lub jego brakiem) przestałam się tak przejmować. Co ma być, to będzie - jak będzie to, czego po cichu pragnę, to będzie wspaniale, a jak nie, to też dobrze.
Jedyna rzecz, która mnie teraz martwi, to to, że na wyjeździe będę przez osiem dni odcięta od oglądania Szkoły. Przecież ja tego nie przeżyję. ;_; To jest jedyny serial, jaki oglądam z takim zaangażowaniem, a zostanie mi to odebrane. Ale z drugiej strony, w zeszłym roku w wakacje byłam tak odcięta od filmów z Karlem-Ottonem i na złe mi to nie wyszło. Może przynajmniej przeczytam w końcu coś poważnego - jak będę miała ze sobą tylko jedną, góra dwie książki, to nie będę miała wyboru. Także tego. Ogólnie to nie powinno być źle. Mam jeszcze trochę czasu, to pooglądam możliwie najwięcej, tak na zapas, i będzie git.


A teraz spadam, bo został mi jeden odcinek do końca drugiego sezonu Szkoły i chcę to mieć dzisiaj za sobą. To znaczy przed spaniem, bo chcąc nie chcąc skończę jutro.
Żegnam!


PS. Naszła mnie jeszcze refleksja o tym, że ostatnio mam mega wahania nastrojów i to rzutuje na tego bloga, a jeśli sama to widzę, to znaczy, że jest źle. Umówmy się, że to było przez tą akcję z psychologiem i teraz już będzie lepiej, okej? A jak znowu zacznę narzekać bez wyraźnie określonego powodu, to niech ktoś do mnie przyjedzie i mnie strzeli w pysk.

niedziela, 2 lipca 2017

Kryzysy

Witam w lipcu! I przy okazji w połowie roku, bo dziś o 12:00 minęła dokładnie połowa roku.

Miałam napisać wczoraj, ale wieczorem miałam mały kryzys emocjonalny i chociaż szybko mi się poprawiło, to do pisania się już jakoś nie zebrałam.


A więc wczoraj byłam sobie w Katowicach. Do Starbucksa w końcu nie poszłam, bo najpierw snułam się po Silesii, a potem nie zdążyłabym na autobus, bo kolejka była, a nie chciałam wracać za późno do domu. W ogóle nie poczułam, że byłam w tych Katowicach, bo nic sobie nie kupiłam, nawet głupiego picia, ani nigdzie nie byłam na spacerze - głównie przez pogodę, bo w każdej chwili mogło się rozpadać. Chociaż tak jak planowałam, wmówiłam rodzicom, że kupiłam sobie książki w Empiku. Mama się mnie spytała, czy wiem, o czym są Ptaki ciernistych krzewów - odpowiedziałam, że gdybym nie wiedziała, to bym sobie nie kupiła.


W ogóle ten weekend był jakiś dziwny. Zazwyczaj, jak jestem sama w domu, to potrafię włączyć jakiś film na telewizorze i wziąć się na przykład za pisanie opowiadań, a tym razem i tak kończyło się tym, że albo krążyłam po necie, albo oglądałam Szkołę. Chociaż jeśli chodzi o oglądanie, to oglądałam też Wielką Ucieczkę, bo leciała dziś w magicznym pudełku, to włączyłam. Oprócz tego po raz trzeci od dwóch lat nie obejrzałam w całości Zabawnej Buzi, tego filmu z Audrey Hepburn, bo zaczął się w tv akurat jak się szykowałam do kościoła. Serio chciałabym to kiedyś obejrzeć, ale samej z siebie jakoś trudno mi się zebrać (a to trwa - jak wspominałam - dwa lata), a jak jest w telewizji, to ciągle coś wypada. Może to jest kwestia psychologii, w sensie że za mało tego chcę? Skoro Bitwę o Ardeny w końcu widziałam w magicznym pudełku i to przed upływem roku od pojawienia się od tego pragnienia... No nie wiem. Trzeba przemyśleć tę sprawę.



A już za dwa tygodnie kolejna, bo druga, rocznica istnienia tego bloga. Nie dość, że szybko to zleciało, to jeszcze ostatnio byłam tak zakręcona, że nawet nie pomyślałam nad czymś specjalnym na tę okazję. Prawdopodobnie skończy się to jedynie jakąś wzmianką o tym, ewentualnie zrobię jakiś tag czy coś, bo średnio będę miała czas na coś więcej - jestem wystarczająco zakręcona i zamyślona bez żadnych spraw na głowie, a jeszcze muszę się akurat w tym czasie rekrutować na studia. Najwyżej za rok zrobię coś naprawdę odlotowego.
Może wystarczy to, że będę miała akurat nowy szablon? A będzie naprawdę fajny, bo już mam nagłówek na mailu. Chyba zostawię sobie ten szablon na dłużej. Nie żebym nie myślała tak przy każdym nowym... Nieważne. Będzie dobrze.



Odmeldowuję się. Trzeba jeszcze dokończyć odcinek Szkoły, a potem - do spania!

PS. A może rocznicę bloga uogólnię do rocznicy "nowego" konta na Bloggerze i po prostu zaktualizuję któreś opowiadanie? Teoretycznie jest to do zrobienia...