niedziela, 9 lipca 2017

"Tak się boję o siebie"

Zaczynam pisać tego posta, zastanawiając się, czy przy jego zakończeniu na blogu zawiśnie już nowy szablon, czy może jednak nie. Generalnie szablon jest już gotowy i ja wiem, jak wygląda, ale szabloniarka musi jeszcze wrzucić go na DeviantArt i wysłać mi link do pobrania i nie wiem, czy zrobi to jeszcze dzisiaj, czy już jutro. Zobaczymy.



Nie lubię takich dni jak dzisiaj. Nie dlatego, że był całkowicie fatalny, tylko dlatego, że był częściowo fatalny. Wolę, jak mogę sobie po całym dniu powiedzieć Dzisiaj było dobrze albo Dzisiaj było źle, a ja nie mogę powiedzieć żadnego, a raczej - mogę powiedzieć oba. Z rana pokłóciłam się z mamą i to tak, że się popłakałam (niby nic nowego, bo płaczę podczas/tuż po kłótni odkąd tylko pamiętam, ale ostatnio to się dzieje jakoś często); potem przyszedł bratanek, więc i atmosfera w domu się rozluźniła, i mnie samej jakoś przeszło; potem był kościół i trochę odeszły mi chęci do czegokolwiek, bo jakoś szczególnie mnie dzisiaj tam nosiło, a było mi głupio wyjść, jak już się wybrałam; a po powrocie do domu to już w ogóle zaczął się odlot, bo z jednej strony nasłuchałam się piosenek z pogranicza głupawych i nawet zahaczyłam o znany weteranom tego bloga flow, ale z drugiej jestem bardzo udręczona. Wiem, że to, co teraz powiem, jest mega głupie, bo wokół tej sprawy przez ostatnie dwa miesiące kręci się całe moje życie, ale... zastanawiam się, czy jechać w te wakacje do Krakowa. Nawet nie chodzi o to, czy ostatecznie trafię do miasta i czy natrafię, no, na kogoś, ale jestem skłonna zrezygnować z wyjazdu do kuzynki pod Kraków. Bo co, jeśli jednak nie będzie okazji pojechać do Krakowa w tym czasie? Chyba już wolę przesiedzieć te kilka dni w domu i zostać przy oglądaniu Szkoły, niż pojechać tam, wynudzić się na śmierć i jeszcze kompletnie rozczarować. No ale czy nie będę żałować, jeśli się nie wybiorę, jeśli nie dam sobie przynajmniej małej szansy? Może lepiej podjąć ryzyko?
W jednej rzeczy psycholożka miała rację - potrzebuję asekuracji, bycia pewną. A myśl o tym wyjeździe do kuzynki napełnia mnie - jak na razie - niepewnością. Zresztą przez dzisiejszy dzień mam ochotę wrócić do psycholożki, przynajmniej na to jedno spotkanie, żeby usłyszeć diagnozę. Sama sobie postawiłam milion diagnoz - był borderline, afektywna dwubiegunowa, depresja, nerwica, dziś stwierdziłam, że pasuje do mnie osobowość paranoiczna, możliwe, że po prostu mam wszystkiego po trochu albo nie mam niczego - ciekawie byłoby wiedzieć, co jest prawdą. Ale z drugiej strony boję się diagnozy, poza tym dzisiaj mam taki humor, a jutro, pojutrze, za tydzień mi się poprawi i pewnie będę żałowała, że w ogóle chciałam wrócić.

Przy okazji poszukiwań postu o flow, który podlinkowałam gdzieś wyżej, wróciłam do starych wpisów i dziwi mnie, jak bardzo różne moje oblicza tu pokazuję. No bo kto napisał dzisiejszy post? Na pewno nie tamta dziewczyna, która ciągle gadała jak nakręcona o nazistach i prawie płakała w rocznicę śmierci Hessa. Ani nie ta wariatka, która biegała na pocztę, bo jej się uwidziało pisać list do aktora. Na jedno to dobrze, bo przez to, że jestem tu w niemalże stu procentach szczera, nie mam potrzeby zakładać nowego bloga, tak jak to było dwa lata temu, bo to konto od początku miało być miejscem, w którym nie ma prawie żadnych tabu, ale mam wrażenie - nie, nie mam wrażenia - boję się, że z boku może to dziwnie wyglądać. Ale skoro taki obraz siebie chciałam kreować, to niech będzie.



Poza wahaniami nastrojów niewiele się u mnie dzieje, przynajmniej niewiele się działo od ostatniego postu. Dalej oglądam Szkołę. Sporo czytam, wczoraj miałam taką fazę na czytanie, że szok. Ciągle nie piszę, chociaż jestem na dobrej drodze do spotkania się z weną, bo wczoraj wymusiłam z siebie kilka słów.

A teraz idę, bo muszę się trochę podbudować. Jutro będzie futro nowy szablon, tak sądzę. I może więcej motywacji.

2 komentarze:

  1. Nie kłócę się z rodzicami, bo wcześniej, nim się rozpoczną, uciekam do swojego pokoju. Przykro, że aż się popłakałaś.
    "Zamiast wierzyć lub nie, wątpię. I wątpienie jest moją religią", jak to mówił mój ukochany bohater literacki. Jeśli czujesz się niepewnie, może pisz sobie kartkę z podziałem na "za" i "przeciw", to mogłoby pomóc.
    Patrząc na ilość objawów, ich zróżnicowanie, samemu dość trudno postawić sobie diagnozę. Mnie wystarczy świadomość, że na pewno mam jakieś zaburzenia i otarłam się o depresję, staram się być psychologiem sama dla siebie i swoje smutki, żale i tym podobne przelewać na papier i wkładać w usta bohaterów, to mi pomaga. W każdej chwili może przyjść gorszy czas, kiedy stanę się furiatem lub milczącą amebą, nauczyłam się jednak sobie z tym radzić. Dopóki nie odwali mi całkowicie, będę unikała specjalistów.
    Człowiek jest swoim największym wrogiem, trzeba z samego siebie uczynić najlepszego przyjaciela, by się nie stracić w świecie.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam taki problem, że część moich kłótni toczy się już w moim pokoju, skąd nie mam gdzie uciec. Chociaż łazienka też wydaje się dobrą opcją.
      Kilka lat temu często robiłam takie kartki i faktycznie pomagały, potem od tego odeszłam, ale chyba dobrze byłoby wrócić.
      Sama wolę trzymać się myśli o konkretnym zaburzeniu, chociaż wiem, że sama stuprocentowo dobrej diagnozy sobie nie postawię - tak naprawdę nie wiem, czy postawiłby ją psycholog, który nie wie, jaka jestem na co dzień i ma tylko to, co sama powiem na dwóch wizytach. Niby nie wiadomo, czy specjalista nie mógłby pomóc, ale chyba też wolę poczekać, aż będzie naprawdę źle.
      Mądre zdanie, chyba to zapamiętam.

      Usuń