wtorek, 4 lipca 2017

Znowu są wakacje!

Miałam od wczoraj napisany cały akapit o kryzysie twórczym, w którym generalnie się żaliłam, jak mało ostatnio napisałam i jak mi z tym źle, ale w końcu mi przeszło i stwierdziłam, że usunę. To znaczy kryzys twórczy mi nie przeszedł, bo dzisiaj nic nie tknęłam z pisania, ale całkowicie przeszedł mi kryzys emocjonalny i pomyślałam, że nie będę tu wylewać żali niepotrzebnie.


Odwołać wizytę u psychologa odwołać miałam najpierw w piątek, potem wczoraj - skończyło się na tym, że zrobiłam to dziś, godzinę przed spotkaniem. Ale przynajmniej wniosło to trochę realizmu do mojej wymówki o nagłym pojawieniu się spraw do załatwienia, tak mi się wydaje. No bo kto w piątek wie, że właśnie we wtorek w południe będzie musiał być gdzieś indziej niż planował, jeżeli ma to być niespodziewane?
Babka się zapytała, czy umówić mnie od razu na kolejne spotkanie. Powiedziałam jej, że zadzwonię w tej sprawie. Na razie nie mam w planach dzwonić, a potem może nawet zapomnę. Trochę się cykam, że psycholożka mnie zacznie po jakimś czasie ścigać i to ona zadzwoni, ale jest nadzieja, że ona też zapomni, w końcu nie jestem jej jedyną klientką i byłam u niej tylko dwa razy. Najgorzej będzie, jak na nią kiedyś wpadnę na ulicy i mnie rozpozna czy coś. Oby nie.



W ogóle dopiero teraz, jak zaczął się lipiec, naprawdę poczułam, że są wakacje. Niby w połowie maja, jak skończyły się matury i mogłam wyczilować, to czułam się podobnie, ale dopiero teraz czuję to tak poważnie. I nawet jestem już pozytywniej nastawiona do mojego wyjazdu do Jeleniej Góry na wakacje, i już tak nie zazdroszczę siostrze wizyty w Wenecji. To znaczy, nadal zazdroszczę, ale myśl o tym nie budzi już we mnie żądzy mordu. W chwilach załamania myślę sobie, że jak już będę za te 10-15 lat bogata, będę miała własne miejsce na świecie (czyt. mieszkanie czy coś) i może do tego pięć kotów albo jakąś miłość, to wtedy sobie pozwiedzam. I nie, że tylko Wenecja - po drodze nadrobię Rzym, Londyn, Paryż, Amsterdam, i może jeszcze Oslo i Berlin.
Aha, i poprawiło mi się w jeszcze jednej sprawie. Nie ubolewam już tak nad tą moją kolejną niespełnioną miłością, nawet wyjazdem do Krakowa (lub jego brakiem) przestałam się tak przejmować. Co ma być, to będzie - jak będzie to, czego po cichu pragnę, to będzie wspaniale, a jak nie, to też dobrze.
Jedyna rzecz, która mnie teraz martwi, to to, że na wyjeździe będę przez osiem dni odcięta od oglądania Szkoły. Przecież ja tego nie przeżyję. ;_; To jest jedyny serial, jaki oglądam z takim zaangażowaniem, a zostanie mi to odebrane. Ale z drugiej strony, w zeszłym roku w wakacje byłam tak odcięta od filmów z Karlem-Ottonem i na złe mi to nie wyszło. Może przynajmniej przeczytam w końcu coś poważnego - jak będę miała ze sobą tylko jedną, góra dwie książki, to nie będę miała wyboru. Także tego. Ogólnie to nie powinno być źle. Mam jeszcze trochę czasu, to pooglądam możliwie najwięcej, tak na zapas, i będzie git.


A teraz spadam, bo został mi jeden odcinek do końca drugiego sezonu Szkoły i chcę to mieć dzisiaj za sobą. To znaczy przed spaniem, bo chcąc nie chcąc skończę jutro.
Żegnam!


PS. Naszła mnie jeszcze refleksja o tym, że ostatnio mam mega wahania nastrojów i to rzutuje na tego bloga, a jeśli sama to widzę, to znaczy, że jest źle. Umówmy się, że to było przez tą akcję z psychologiem i teraz już będzie lepiej, okej? A jak znowu zacznę narzekać bez wyraźnie określonego powodu, to niech ktoś do mnie przyjedzie i mnie strzeli w pysk.

2 komentarze:

  1. Kryzys twórczy - nawet, gdyby mnie dopadł w swoje ręce, to mu się nie dam, bo jestem cholernym grafomanem; jak się zdarza dzień, kiedy nic nie piszę, to znak, że jestem albo cholernie zmęczona, albo chora, albo niemożliwie zarobiona. Czyli rzadko.
    Jeśli psycholog zadzwoni, chyba można powiedzieć, że już się nie chce przychodzić. Wiem, że przy trzecim spotkaniu powinna być postawiona diagnoza stanu psychicznego, ale skoro uważasz, że nie chcesz tam już więcej iść, to nikt ani nic nie powinno Cię do tego zmusić. A jeśli spotkasz ją kiedyś na ulicy, pozdrów skinieniem głowy i się uśmiechnij, niech zobaczy, że wszystko w porządku.
    Trzymam kciuki za Twoje plany (nie marzenia!) na przyszłość ;)
    Que sera, sera, jak to to mówią - czasami takie podejście jest zdecydowanie lepsze od ciągłego zamartwiania się.
    Może nie strzelę Cię w pysk, jak zaczniesz narzekać, ale mogę zasadzić kopa w zadek.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, szkoda, że ja tak nie mam. Ale podobno nowe nawyki da się szybko wyrobić - gdybym zaczęła dziś, do końca wakacji pisałabym całkiem sporo...
      Właściwie to wygląda jak dobre rozwiązanie.
      Dziękuję :)
      Masz mój adres, także jak zacznę narzekać, to ja na tego kopa będę czekała. ;)

      Usuń