poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Humorki

Ej, ja myślałam, że nie mogę o poranku i w ciągu dnia czuć się gorzej niż w te dni, kiedy idę spać o drugiej w nocy i budzę się jeszcze przed dziewiątą. Dziś się okazało, że jednak mogę. Niby poszłam wczoraj spać wcześnie, bo jakoś po jedenastej, ale obudziłam się po drugiej w nocy i nie spałam tak aż do siódmej (wstawaliśmy o dziewiątej, ale jeszcze sobie potem usunęłam na godzinę). Takim trupem jak dziś dawno się nie czułam, naprawdę. Już wolę nie kłaść się do oporu i potem przespać te marne pięć godzin, ale pod rząd, niż tak się męczyć. 


Na tych wakacjach oprócz mnie i moich rodziców jest jeszcze mój brat i siedmioletni bratanek. Bratanek bywa kochany, ale miewa też swoje humorki i przez te humorki zrobiło mi się żal wszystkich rodziców, którzy tak na codzień muszą swoje dzieci ogarniać. Aż wypytałam swoich rodziców, jakim byłam dzieckiem w bratanka wieku i przyznałam się, że ich trochę pożałowałam. Uspokoili mnie, mówiąc, że jako siedmiolatka byłam już raczej ogarnięta.


Dzisiaj trochę chodziło mi po głowie to moje nieszczęsne opowiadanie, ale wymyśliłam na to sposób, dzięki któremu faktycznie chwilę nad tym nie myślałam i z którego będą jeszcze inne korzyści. A mianowicie - zamiast myśleć, czytałam! To takie proste, prawda? Przebrnę przez książkę, nie będę się zadręczać moimi wyobrażeniami, no żyć nie umierać! Co prawda dzisiaj ostatecznie nie skupiłam się przy czytaniu na treści, tylko na czymś jeszcze innym, czyli na moim bólu głowy, ale to chyba głównie wina tego zmęczenia. Niby nie powinnam cieszyć się z bólu, no ale ej, przynajmniej faktycznie nie myślałam o pisaniu. Jeśli coś wydaje się głupie, ale działa, to wcale nie jest aż takie głupie. 


Na koniec pora na kolejną porcję zdjęć. 





Kończę, bo - jak wspominałam - jestem padnięta jak mało kiedy. Do przeczytania!

niedziela, 20 sierpnia 2017

Ślimaczy atak naturalny

No i mija pierwszy dzień wakacji na wsi. Wzięłam ze sobą inne książki niż chciałam (porzuciłam Sherlocka Holmesa), nie wzięłam też w końcu zeszytu, w którym mogłabym ewentualnie coś pisać (bo pojawił się taki pomysł), ale przetrwam i w takim układzie. Generalnie myślałam, że w tym pierwszym dniu będę chodzić po ścianach, ale dzięki temu, że jest dobry zasięg i mogę korzystać z telefonu, nie jest to tak uciążliwe. Tylko w głowie kłębią mi się pomysły na opowiadanie. Będzie przynajmniej co spisywać po powrocie, no i będę bardziej doceniać to, że mam dostęp do komputera na codzień.

Ogólnie to nawet mi się tu podoba, bo okolica jest ładna i domek jest ładny, ale natura mnie zdążyła zaatakować. To znaczy nie bezpośrednio, ale po deszczu powyłaziły ślimaki bez skorup i jak zobaczyłam takie stadko wesoło hasające po trawie, to spanikowałam. Co prawda mam nad nimi w razie czego przewagę w szybkości i wielkości, ale one mają liczebną. Muszę pamiętać, żeby unikać ich terytorium.
Żebym nie była gołosłowna, wstawię na bieżąco kilka zdjęć - na szczęście obecny telefon mi na to pozwala.





Jak będę coś jeszcze miała z kolejnych dni - a pewnie będę miała - to oczywiście też się podzielę.


Kończę, bo w sumie się dzisiaj nie wyspałam, a jeszcze mam za sobą podróż. Dziwnie się czuję, publikując posta tak wcześnie, ale czasem - jak widać - trzeba.
Dobranoc!

piątek, 18 sierpnia 2017

Komputerowa praca wakacyjna

No i poszło. Opublikowałam dzisiaj pierwszy rozdział nowego opowiadania. Jakoś dziwnie się stresuję jego publikacją, najbardziej ze wszystkich opowiadań. Myślałam, że to dlatego, że w pewnym stopniu bazuje na mojej aktualnej fascynacji, ale potem pomyślałam sobie, że przecież właściwie w każdym opowiadaniu, które pisałam lub piszę, była mniejsza lub większa część mojego własnego życia i/lub sporo mniej lub bardziej aktualnych fascynacji, więc to chyba nie to. Może to po prostu dlatego, że jest nowe? Możliwe.


W niedzielę jadę na wakacje na tydzień (w kolejną niedzielę wracam), co prawda nie na tę wieś, co zawsze, ale też do jakiejś zapadłej dziury. Mam z tym problem. No, nie z samym faktem jechania, tylko z tym, że jak na złość mam fazę na robienie tych wszystkich rzeczy, do których potrzebuję kompa. Mogłabym godzinami pisać opowiadanie, grać w gry (akurat wczoraj znowu mi się zachciało) czy nawet zwyczajnie oglądać Szkołę albo siedzieć na YouTube. A teraz będę miała przerwę, kolejną zresztą. Co prawda z doświadczenia wiem, że przerwy nie są takie złe, bo jak wrócę, to docenię ten dostęp do kompa i wszystkiego, no i w tym czasie przeczytam jakąś książkę czy coś, ale boję się, że mnie będzie skręcało z braku dostępu do niektórych rzeczy. Dostęp do Internetu co prawda będzie (przynajmniej mam nadzieję, bo to zależy od tego, jaki będę miała zasięg) i może nawet uda mi się tutaj coś napisać, ale i tak będzie pewnie jakoś tak... pusto. Chyba będę musiała zabrać ze sobą dużo książek. Moja mama twierdzi, że i tak nie przeczytam więcej niż dwóch, ale przyjmując, że będę czytać w każdej wolnej chwili, to i tak będę robić to bardzo często. W sumie zawsze mogę wziąć ze sobą angielskie wydanie Sherlocka Holmesa (mam takie), bo to są tylko dwa tomy, ale zbierające razem wszystkie części serii o SH. Faktycznie przeczytam wtedy dwie książki, ale za to ile pracy z tym będzie. I na wszelki wypadek coś do tego dobiorę.


Dobra, starczy tego. Zamiast siedzieć i narzekać, powinnam pójść wziąć się do pracy.
Bez odbioru.

czwartek, 17 sierpnia 2017

Życie jest piękne

Dzień dobry! A może raczej dobry wieczór? Nie no, dzień dobry też, w razie gdyby ktoś czytał rano.


Ja nie wiem, czy to nie podpada przypadkiem pod jakieś zaburzenie psychiczne, ale film Tytus, Romek i A'Tomek wśród złodziei marzeń stał się moim lekiem na całe zło, takim trochę narkotykiem. A zwłaszcza scena z 23:30, wspomniana przedwczoraj. Nie zaprzestałam jej oglądania i przez to ciągle chodzę zadowolona i uśmiechnięta, a jak mi dzisiaj humor na chwilę zjechał, to sobie dopaliłam YouTube'a, znalazłam film i znowu świat jest kolorowy. Od wczoraj chodzę po domu i powtarzam przy każdej możliwej okazji, że życie jest piękne, życie jest cudowne i inne takie. Aż mama się mnie pytała, czy przypadkiem nie poznałam jakiegoś chłopaka przez Internet (odpowiedź brzmi: nie. Żeby nie było). A potem pytała, czy już się pozbyłam kompleksów, bo jeszcze dwa tygodnie temu narzekałam, że mam za duży nos. Nie pozbyłam się, po prostu przestałam narzekać na głos. I zaczęłam twierdzić, że życie jest piękne. Tak bez związku z czymkolwiek. Po prostu ten film mnie napawa optymizmem. Dziwne, a jednak.
A najlepsze w tej historii jest to, że powód mojego optymizmu poza tym blogiem pozostanie tajemnicą. No bo ej, nie wyobrażam sobie przyznać się rodzicom do tego, co oglądam w necie, chybaby mnie wyśmiali. Tak samo jak nie przyznałam się nikomu, dlaczego tak właściwie oglądam Szkołę, bo tego też sobie nie wyobrażam, ale to już trochę inna historia. Zresztą, miałam o tym już nie mówić. No to nie mówię.


W ogóle, zrobiłam dzisiaj coś, co jeszcze rok temu byłoby dla mnie nie do pomyślenia. Mianowicie zapomniałam, która rocznica śmierci Rudolfa Hessa dzisiaj wypada. O tym, że to dzisiaj, pamiętałam, bo mi się data już wryła w mózg, ale rano zawiesiłam się i dobrych kilkanaście minut próbowałam się doliczyć, czy to na pewno w tym roku jest okrągła rocznica, czy może jednak za rok.
Sprawdziłam na Wikipedii. W tym roku.
Jest to nie do pomyślenia, bo jeszcze rok temu byłabym na 200% pewna, a dziś wspomogłam się netem. Schodzę na psy.



Poza tym standardowo nic się nie działo. Jestem podekscytowana, bo porobię sobie coś jeszcze, potem pójdę spać, a jak wstanę, to zostanie mi tylko kilka godzin do startu nowego bloga. Dawno tak się nie jarałam nowym opowiadaniem. A najbardziej to cieszy mnie to, że pierwszy raz w życiu mam kilka rozdziałów do przodu. Oprócz jutrzejszego na Bloggerze wylądował drugi i trzeci; czwarty jeszcze kończę pisać, a potem będę musiała go jeszcze kilka razy przeczytać, żeby tu coś dopisać, tu coś zmienić, tak, żebym była zadowolona i pewna, że chcę to wrzucić do netu.
Gdybym miała taki zapał do pozostałych opowiadań, to świat byłby piękniejszy, nie mówiąc już o robieniu rzeczy niezwiązanych z kompem. Ale na to jeszcze mam czas.


Dobra, idę kończyć ten czwarty rozdział. Mam zapał do tylko jednej rzeczy, ale jak już go mam, to żal nie wykorzystać.

środa, 16 sierpnia 2017

Gdy kochamy

Hm. Przyznaję, że mam problem.
Doczytałam właśnie regulamin szabloniarni, na której zawsze zamawiałam szablony, i dobrze, że to zrobiłam, bo okazało się, że został zaktualizowany i muszę mieć przynajmniej jeden, a najlepiej dwa posty na blogu, żeby zamówić szablon (wcześniej nie trzeba było mieć żadnego, tak mi się przynajmniej wydaje, chociaż pamięć może mnie mylić).
Postawiło mnie to przed problemem natury logistycznej, bo miałam zamówić szablon jakoś teraz i zacząć publikować dopiero we wrześniu, a tak to musiałabym zacząć teraz, wiecie, żeby zamówić szablon jeszcze w wakacje i nie dokładać potem pracy szabloniarce, jak już zacznie chodzić do szkoły (bo wiem, że jest młodsza ode mnie). Poza tym miałam już wybrane konkretne dni, w których mogłabym zacząć w zależności od tego, czy miałabym publikować co miesiąc, czy co dwa tygodnie, bo chciałam być regularna, a w takim układzie muszę wybrać inaczej.
Tak sobie nad tym myślę i wymyśliłam, że w takim układzie chyba po prostu wybiorę dzień tygodnia i godzinę (skłaniam się ku piątkowi o 18:00), o której będę publikować, a częstotliwość publikacji (co dwa-trzy, max. cztery tygodnie) będzie zależała od tego, ile będę miała pracy na studiach i rozdziałów na zapas.
Mogę chyba już powiedzieć więc oficjalnie, że nowy blog wystartuje w najbliższy piątek (18 sierpnia) o 18:00. Kolejny będzie za dwa lub trzy tygodnie, jeszcze zobaczę.
Link: https://gdy-kochamy.blogspot.com/
Opis:
Ona - nastolatka, on - czterdziestolatek.
Połączeni miłością pełną przeciwności losu i tajemnic. Czy dostaną szansę, by być ze sobą "na zawsze"?
Ten opis wydaje mi się mega słaby, ale w sumie opisów pisać nigdy nie umiałam, tak samo jak streszczeń i recenzji bez spoilerów, a to chyba i tak jest najlepsze, na co mnie stać.

A na szablon polecą te dwa zdjęcia:



Ogólnie to mam wrażenie, że niżej w swojej twórczości upaść nie mogłam (gorzej czułabym się chyba tylko przy planowaniu opowiadania, w którym główna postać bazuje na Breiviku albo w ogóle jest nim, ale to nieważne). Ale w sumie raz się żyje, nie? Najwyżej się w pewnym momencie spalę ze wstydu i będzie koniec mojego życia.
Dobra, nie dywagujmy już.
W sprawie nowego opowiadania powiem jeszcze tylko tyle, że miałam sporo roboty z wymyślaniem nazwisk do niego (bo jest ich stosunkowo sporo) i moja kreatywność przekroczyła wszelkie granice.
Więcej w tej sprawie w piątek już na nowym blogu.


To chyba tyle z mojej strony. Mam wrażenie, że ta notka jest chaotyczna, ale piszę ją a) w emocjach i b) ogarniając jednocześnie nowego bloga (ciągle mam wrażenie, że coś tam albo tu pominęłam). Myślę, że najważniejsze informacje da się mimo wszystko wyciągnąć.

wtorek, 15 sierpnia 2017

Dzieckiem będąc

To wcale nie jest tak, że nie pisałam przesz kilka dni i dzisiaj też się zbierałam pół dnia, bo mi się nie chciało.
No dobra, po części to dlatego, ale poza tym moje życie jest w ostatnich dniach tak monotonne, że mnie samej jest słabo. Mogłabym napisać kolejnego posta w stylu "o boże oglądałam Szkołę i znowu Mancewicz był" (bo to prawda), ale to się robi nudne, a jeżeli ja sama tak myślę, to chyba faktycznie pora takie posty ograniczyć. Mojego szczęścia to nie ograniczy, a przynajmniej nie będzie tu w kółko o tym samym.


W sumie to nie mam za wiele dziś do powiedzenia (poza tym, co powyżej). Muszę się tylko pochwalić pewnym odkryciem.

Czy doszliście kiedykolwiek do wniosku, że jesteście zdrowo stuknięci i odkryliście tego powód? Bo ja tak, i ten powód znalazłam dwa dni temu.
Zaczęło się od piosenki Załoga G zespołu Hurt, którą sobie przedwczoraj tak jakoś z nudów włączyłam. Są w niej wymienieni Tytus, Romek i A'Tomek. Przypomniał mi się przez to film o nich, który oglądałam, kiedy miałam jakieś 10 lat. O, ten:


Zaczęłam sobie odświeżać niektóre sceny i jak znalazłam jedną, to po prostu odpadłam. Zaczyna się w okolicach 23:30 i polecam się z nią zapoznać, żebyście mogli ogarnąć powagę sytuacji. Albo nie, nie polecam, bo jeszcze wam odbije jak mnie. Zresztą, wasz wybór.
Kontynuując, jak obejrzałam tę scenę, to sobie uświadomiłam jedną rzecz: ja po prostu nie mogę nie być jebnięta, skoro takie filmy oglądałam w dzieciństwie.
Potem sobie z kolei pomyślałam, że uświadomienie sobie powodów mojego skrzywienia umysłowego to chyba najpozytywniejsza rzecz tych dwóch dni. Gorzej czuję się ze świadomością, że odkąd przypomniałam sobie ten film, widziałam wyżej wspomnianą scenę przynajmniej kilkanaście razy, bo mi się podoba. Obiektywnie jest dziwna (jak cały film zresztą), ale subiektywnie mi się podoba.
A najgorzej to czuję się z tym, że w dzieciństwie robiłam to samo... bo też mi się podobała.
Chyba byłam dziwnym dzieckiem...

Ale tak sobie myślę - chyba nie ma co źle się czuć, jeżeli przez tę scenę czuję się dobrze? Nie umiem tego nawet do końca wyjaśnić - może mieć to związek z okresem, w którym po raz pierwszy oglądałam ten film - ale przez tę scenę czuję się szczęśliwa. I to jest takie niezmącone szczęście. Przez te dwa dni z nikim się nie pokłóciłam ani nie miałam pesymistycznych myśli, a dni w ogóle bez pesymistycznych myśli zdarzają mi się stosunkowo rzadko.
Muszę częściej odkrywać jakieś filmy z dzieciństwa, od razu się wtedy lepiej robi.


To tyle na dziś. Nie obiecuję terminu, w którym się odezwę, bo możliwe, że znowu będę miała serię nudnych dni, ale równie dobrze jutro może stać się coś wystrzałowego, czym od razu zechcę się podzielić. Teraz spadam się myć, a potem - opowiadania, nadchodzę!


PS. To setny post w tym roku, yay! :D

piątek, 11 sierpnia 2017

Tortury autora

Hm... Powiem wam, że jestem w kropce, jeśli chodzi o to nowe opowiadanie. Właśnie mi się przypomniało, że od dwudziestego pierwszego mam jechać na kilka dni na wieś, w to miejsce, w którym byłam dwa lata temu na jakiś czas i z którego publikowałam posty przez telefon. Cieszyłam się z tego i nadal się cieszę, bo bardzo lubię pobyty tam, tamtą okolicę i jej atmosferę. Problem jest taki, że będę tam odcięta od kompa. Byłam tego świadoma od początku i nawet sobie dzisiaj zaplanowałam, że na tydzień przykleję się do oglądania Szkoły i pisania po to, żeby bez żalu zrobić sobie tę tygodniową przerwę i na przykład przeczytać kilka książek, ale teraz pomyślałam, że przez to opóźnią mi się prace nad nowym blogiem. Niby mogłabym zaplanować rozdział i takie tam, ale miałam wystartować dopiero z szablonem, który - jeśli zamówię teraz - najprawdopodobniej dostanę właśnie podczas tygodnia na wsi. Przez moment miałam szalony pomysł, żeby zrezygnować z tego wyjazdu, ale nie mogę zrezygnować ze względu na mojego bratanka, który będzie z nami te kilka dni i chyba by mi nie wybaczył, gdyby mnie tam nie było. A blog, zwłaszcza nowy, chyba nie jest tego wart, prawda?
Dlatego plan jest taki. Przez tydzień po prostu będę pisała tyle, ile mogę (z moim zapałem do pisania rozdziały na zapas są bezcenne, im więcej ich będę miała na starcie, tym lepiej); podczas wyjazdu odpocznę sobie od wszystkiego, a po powrocie zamówię szablon i zabiorę się za sprawy bardziej organizacyjne. O.

Całe szczęście, że mam jeszcze we wrześniu wakacje. Przez ten wyjazd dramatycznie skurczył mi się czas, który będę miała w sierpniu dla siebie i w innym układzie po powrocie pocałowałabym już rok szkolny, a tak to mam jeszcze zapasowy miesiąc.


Zastanawiam się w ogóle, czy będę zadowolona z siebie na koniec wakacji. Miałam mnóstwo planów i na razie końca realizacji któregokolwiek z nich nie widać. Oglądanie Szkoły, nauka włoskiego, czytanie i pisanie, nie mówiąc o graniu w gry... Ech, czarno to widzę. Chyba jedyny plan, z którego niedokończonej realizacji będę zadowolona, jest przygoda z psychologiem, bo niepójście na trzecią wizytę oznacza zaoszczędzone sto złotych. Co prawda można też na to spojrzeć tak, że przez pierwsze dwie wizyty straciłam dwie stówy, ale czasem trzeba być optymistą.
Nie no, tak na serio to jeszcze wszystko się może zdarzyć. A nuż będę zadowolona.



Kurde, mam wielką ochotę uchylić rąbka tajemnicy i pochwalić się tu zdjęciami, które wybrałam na szablon na nowego bloga (opisu ciągle nie mam gotowego, bo nie wiem, jak to zrobić, żeby nie było w nim największego możliwego spoileru), ale z drugiej strony szablon zawsze był tajemnicą tak długo, jak to tylko możliwe. No nie wiem. Może przy zamawianiu się pochwalę.
Ale ja tych moich czytelników torturuję... masakra. Ale za to humor mam dobry. :) To głównie przez to nowe opowiadanie, bo pierwszy raz od jakiegoś czasu czuję, że tworzę coś, co jest naprawdę dobre i co mi się autorsko podoba.

Koniec tego gadania! Powinnam robić, a nie mówić. Zmykam więc, by porobić coś konkretniejszego niż zastanawianie się.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Samotnych przygód ciąg dalszy

Witam was w ten piękny burzowy wieczór!
To znaczy, w sumie bardziej burzowa była ostatnia noc, ale moje miasto zostało pominięte i dopiero jakoś wpół do dziewiątej wieczorem dzisiaj niebo się zachmurzyło i zaczęło grzmieć, ale to tak grzmieć, że jakbym się bała burzy, to bym się dzisiaj bała bardzo.



Wczoraj się coś takiego działo, czym chciałam się pochwalić, ale wyleciało mi z głowy, co to dokładnie miało być. Przypomniałam sobie tylko, że chciałam ponarzekać, że jak niosłam torbę z zakupami na ramieniu, to mi ta torba przetarła skórę aż do krwi. Do teraz mam ślad, ciekawe, jak długo mi to zostanie.
A dzisiaj? Dzisiaj też w sumie nic się nie działo. Tylko jak byłam na zakupach, to zapunktowałam u kasjerki. Widziałam, że chce od wszystkich jak najbardziej zgodne, bo dzisiaj nie mieli za bardzo z czego wydawać, a że stałam w kolejce do pani, która jest bardzo sympatyczna, to wyzbierałam zgodne co do grosza i tak zapłaciłam. Mnie samej się wtedy miło zrobiło, tej pani pewnie też. Potem za to pudełko z borówkami otwarło mi się w siatce, część wyzbierałam, ale kilka i tak zostało i się pogniotło. Najgorzej! Z późniejszych rzeczy to tyle, że wysiedziałam do drugiej w nocy. To mój osobisty rekord, bo tak długo chyba nigdy nie siedziałam, a jeśli siedziałam, to nie pamiętam. A wstałam już po dziesiątej. Wychodzi to ze mnie teraz, bo najchętniej poszłabym już spać, ale rano było lepiej niż się spodziewałam.



Podsumowanie tych kilku dni? Dotarłam do, powiedzmy, trzech czwartych trzeciego rozdziału nowego opowiadania. Do pozostałych napisałam tak po zdaniu. Jak tak dalej pójdzie, to jutro, ewentualnie w weekend, powinnam dać tutaj znać, o czym będzie to nowe opowiadanie. Zastanawiam się tylko nad oficjalnym opisem, bo o ile tutaj mogę napisać dwa bardzo potoczne zdania, to oficjalny tekst będzie wisiał na blogu i prawdopodobnie pójdzie też do katalogów. Chociaż przyznaję, że zastanawiałam się nad właśnie nad odpuszczeniem sobie opisu i katalogów, bo mi się tego nie chce, szczerze mówiąc, ogarniać. Niech sobie ludzie raz w ciemno wchodzą. Chyba że mnie natchnie na jakieś ładne trzy zdania, bo w sumie jakiś zarys mam. Zobaczę.
No i oglądałam sobie Szkołę. Naprawdę cieszę się z postępów, jakie poczyniłam w odcinkach.


I to w sumie tyle z opowiadania. Spadam, bo w sumie coś bym sobie jeszcze napisała albo chociaż obejrzała.
Dobranoc!

wtorek, 8 sierpnia 2017

Samotne przygody

Joł joł joł!

A więc od wczoraj siedzę sama w domu. Jest spoko, jak zwykle. Siedzę sobie, jem śmieciowe jedzenie (oraz piję kakao wpół do jedenastej wieczorem), jednym okiem oglądam telewizję/filmy, drugim oglądam Szkołę/piszę opowiadanie. Smutna wieść jest taka, że starych opowiadań nawet nie tknęłam, dobra jest taka, że nowego napisałam już około dwa rozdziały (kończę właśnie drugi rozdział, ale mam też upisany fragment, który poleci na początek trzeciego). Prawdopodobnie zrobię tak, że jak skończę trzeci rozdział nowego opowiadania, to zamówię szablon na bloga i do jego otrzymania zrobię sobie przerwę od pisania na rzecz pozostałych opowiadań. Ewentualnie dziś/jutro będę pisać dwie-trzy rzeczy równocześnie. Ta druga opcja chyba jednak jest bardziej prawdopodobna, bo żal mi opuszczać to nowe opowiadanie, skoro tak dobrze mi idzie. A szablon będzie super, obiecuję wam to. Może zresztą już bym go zamówiła? Nie, to już jutro.



Wczoraj w sumie niewiele robiłam, jeśli chodzi o rzeczy inne niż te wspomniane wyżej. Byłam tylko na zakupach. Dzisiaj za to byłam w Katowicach. Najpierw pojechałam do Silesii. Miałam sobie kupić w Empiku książkowy kalendarz na rok akademicki, ale możliwe, że dostanę taki od uczelni - wiem, że w zeszłym roku takie rozdawali - a jak nie, to sobie kupię na jesieni. Po Empiku był Starbucks i truskawkowe frappuccino. Krótko mówiąc, było dobre. A na koniec wycieczki wyszłam z Silesii i odwiedziłam cmentarz żydowski.



Według kartki na niej furtka była otwarta, ale nie odważyłam się wejść - zdjęcia zrobiłam przez płot. Jak kiedyś będę tam z kimś, to może wejdziemy.


Na razie to chyba tyle ode mnie. Muszę iść spać, bo stosunkowo wcześnie wstałam i już padam na ryj. Poza tym zabiłam przed chwilą samodzielnie pająka i może przez sen odreaguję.

niedziela, 6 sierpnia 2017

Szczęśliwość

Prawdopodobnie zabijecie mnie za to, o czym będę dzisiaj opowiadać, zwłaszcza na początku, ale tak się cieszę, że aż żal to pominąć.
[pięć minut później] Ech, chciałam to jakoś rozpisać, ale coraz bardziej widzę, jak żałośnie to będzie wyglądało, więc krótko. Od wczorajszego popołudnia do dzisiejszego południa obejrzałam dwa odcinki Szkoły, przy czym w obu pojawił się Mancewicz, oraz ośmiominutowy filmik z jego udziałem, którego wcześniej naszukałam się przez pół dnia (wieczorem się okazało, że po prostu robiłam to źle. olśnienie przyszło nagle) - cieszę się, że się nie poddałam, bo bardzo mi przypadł do gustu. Poza tym ostatniej nocy on znowu mi się śnił. Sen miał dwie części, pierwszej dokładnie nie pamiętam, a w drugiej byłam w teatrze na przedstawieniu, w którym on zagrał, i praktycznie przez całe przedstawienie ukradkiem zerkał na mnie, siedzącą w pierwszym rzędzie.
No i jak to wszystko się na siebie nałożyło w stosunkowo krótkim czasie, to mi tak poziom szczęścia urósł, że to prawie niemożliwe. A już w ogóle niemożliwe jest to, że dzisiaj nic mi tego szczęścia nie popsuło, tylko cały czas jest mi tak lekko... Ach, co ta fascynacja robi z człowiekiem...



Dzisiaj w drodze do kościoła ja i moi rodzice spotkaliśmy mojego kolegę z podstawówki (rok młodszy, ale kontakt mieliśmy dobry) w towarzystwie dwóch Świadków Jehowy. A on trzeci, jak ustaliliśmy. Przyznaję, że nie spodziewałabym się tego po nim, ale trochę się wkurzyłam, jak rodzice zaczęli nad tym dyskutować. No ja wiem, że Świadkami to ogólnie wszyscy gardzą i że to taka sekta jest, ale chyba mamy prawo wybierać, w co wierzymy i takie tam, a innym nic do tego? Ogólnie to rodzice mieli szczęście, że mam dziś dobry dzień, jakbym miała gorszy, to bym dążyła do zmasakrowania ich w tej dyskusji.
Potem z ciekawości znalazłam w Internecie test, który na podstawie poglądów stwierdza, do jakiej religii albo wyznania pasujesz. Wyszło mi, że powinnam zostać neopoganką, ewentualnie dołączyć do New Age albo zostać buddyjką. Każda z tych opcji wydaje się kusząca. Co prawda oficjalną zmianę wyznania musiałabym jeszcze przemyśleć, ale zgłębić temat mogę.



A jutro zostaję sama w domu! Będzie party! Nie no, żartuję, nie będzie imprezy. To znaczy będzie, ale zrobię ją sama ze sobą. Rozważałam kupno piwa na tę okazję, ale mi nawet na trzeźwo odwala, więc wolę nie pić. Podobno siostra mi jakieś kupiła w Chorwacji, ale nie zdążyła mi dowieźć, a szkoda, bo a nuż by się przydało. Będzie na inną okazję.
Ale wracając. Moje plany na samotny pobyt w domu są bardzo jasne. Jutro rano zrobię sobie szybkie zakupy - właściwie powinnam powiedzieć "możliwie najszybsze", bo najpierw idę do jednego sklepu po legalne rzeczy, czyli takie, do których mogę przyznać się rodzicom i które kupię za ich pieniądze, a potem do drugiego, gdzie kupię za własne pieniądze rzeczy nielegalne. Piwo do nich nie będzie należało, jak już ustaliliśmy, ale bycie samemu w domu to dobra okazja na spożycie produktów wysokokalorycznych typu ciastka. Także tego.



Dobra, koniec wygadywania się na ten moment. Jutro znowu napiszę, bo samotność to jednak jest dla mnie źródło tematów (zazwyczaj, ale czuję, że jutro naprawdę tak będzie).


Zapomniałabym! Gdyby ktoś pytał o ten filmik, co to się go naszukałam, i chciał go obejrzeć - proszę bardzo:


piątek, 4 sierpnia 2017

Dziwne sny

Hejka!


Dziś przychodzę z postem z serii "dziwne sny". Chyba powinnam stworzyć osobną etykietę na potrzebę takich... ale nie chce mi się wyszukiwać wszystkich takich postów, więc chyba jednak nie.
W każdym razie. Dzisiaj rano przyśnił mi się ostatni dzień liceum. Biegałam jak wariatka po szkole, tak jak wszystkie inne osoby, i rozkminiałam, dlaczego poznaliśmy w ciągu trzech lat nazwiska wszystkich nauczycieli (którzy zgadzali się z tymi, którzy faktycznie mnie uczyli) oprócz jednego - drugiego nauczyciela historii; w mojej szkole uczy tylko jeden historyk, a we śnie tym drugim był nikt inny jak Jan Mancewicz (i nie mylę się z nazwiskiem, bo faktycznie przyśnił mi się jako on, a nie jako jego postać ze Szkoły). Oczywiście nie byłabym sobą, gdyby nie było w tym elementu ekscytacji - w pewnym momencie mijałam go na schodach i przypadkiem nasze dłonie się zetknęły, on nawet nie zareagował, ale ja bardzo się podjarałam.
Potem czas zakończenia roku stał się okresem przedświątecznym. Siedziałam na ławce przed moją szkołą, ogólnie to było bardzo ciepło. Zostawiłam plecak na ławce i poszłam do szkoły, gdzie mój nauczyciel wosu zaczął mnie gonić (a ja bardzo przed nim uciekałam), żeby dać mi kartkę z tekstem na akademię. Wróciłam na zewnątrz, a tam całe podwórko zasypane, i musiałam się przez zaspy śniegu przedzierać najpierw w poszukiwaniu plecaka, a potem w celu powrotu do szkoły.
W trzeciej i ostatniej części byliśmy na wycieczce. Ogólnie siedzieliśmy przed jakąś starożytną ścianą i patrzyliśmy, jak jacyś goście w samych spodniach wchodzą na drabiny i ją myją. Jedna z dziewczyn stwierdziła, że ona też tak chce, więc podeszła do jednej z drabin i chciała na nią wejść, ale ta ciągle się składała i nic z tego nie wyszło. Ciekawostką są osoby, które były opiekunami na tej wycieczce, a były to: moja mama, Dorota Godzic - czyli aktorka, która gra profesor Kremer w Szkole, oraz moja wychowawczyni i matematyczka w jednym ze starszych klas podstawówki. Tej ostatniej zresztą opowiadałam potem o moich wynikach matur.

I na tym sen się skończył. Mam wrażenie, że naprawdę przedawkowałam Szkołę. I szkołę też, bo ostatnio trochę myślałam o tym, jak to było przed maturą i że poszłabym już na studia. Z jednej strony chyba powinnam przestać, ale z drugiej i tak się cieszę, że śnią mi się takie rzeczy. Lepsze to niż jakby mi się miały śnić jakieś creepy stwory po tych wszystkich miejskich legendach, z którymi się zapoznałam. I tak mam wystarczające schizy, jak siedzę po ciemku w pokoju, w snach tego nie potrzebuję.



Na dziś to tyle, bo nic specjalnego się nie działo. Tylko tyle, że nie odpaliłam dziś Simsów. Zrobiłam krok do przodu w zwalczaniu marnowania czasu. Jeszcze tylko zaktualizuję opowiadania i zacznę uczyć się włoskiego i będzie super.

czwartek, 3 sierpnia 2017

Radosna? twórczość

No hej!


Wczoraj to nic specjalnego się nie działo, poza tym, że - znowu - byłam odebrać paczkę w Paczkomacie. Paczka zawierała te dwie rzeczy:


Bransoletka z karneolu, bo mi się podoba, i książka, bo wydaje mi się, że może mi pomóc w byciu lepszą osobą. Wiem, że to takie oklepane hasło, ale jeżeli mogę coś poprawić, to postaram się poprawić. I tyle.


No i w końcu obejrzałam Zabawną buzię, tak jak zapowiadałam. Chciałam przez moment powiedzieć, że to jeden z lepszych filmów, jakie ostatnio widziałam, ale ostatnio w sumie żadnego filmu nie widziałam, chyba że nie w całości albo po raz setny, więc po prostu powiem, że bardzo mi się spodobał.



A dzisiaj... dzisiaj jeszcze mniej specjalnych rzeczy się działo. Ogólnie to zamulałam w domu. Tu trochę poczytałam, tu oglądałam Szkołę, tu pograłam w Simsy...
Jedyne, o czym ewentualnie mogę wspomnieć, to to, że napisałam rozdział. Pierwszy. Do nowego opowiadania.
Ja wiem, że powinnam napisać inny rozdział, bo któryś z kolei dla któregoś z trwających opowiadań, ale nowe opowiadanie było jedynym, do którego potrafiłam się naprawdę zabrać. Pomysł siedzi we mnie od początku maja, przeszedł wiele modyfikacji, a dziś nadszedł ten moment, kiedy poczułam, że muszę zacząć go z siebie wyrzucać. Ale publikować zacznę dopiero za jakiś czas, jak napiszę trochę rozdziałów do przodu albo przynajmniej jak zaktualizuję wszystkie zaległe opowiadania. No i jak dostanę szablon, który dopiero muszę zamówić. Jeśli chodzi o aktualizacje, to optymistycznie zakładam, że w przyszłym tygodniu ogarnę wszystkie opowiadania - do rozdziału na Życie jest podróżą coś tam wczoraj dopisałam, na Gorycz rozkoszy mam pomysł, z Podróżą do III Rzeszy może być problem, ale może w samotności mnie natchnie czy coś.


Z tą optymistyczną myślą was zostawiam. Rozdziały same się nie dokończą, odcinek Szkoły też nie, pora to zrobić.

wtorek, 1 sierpnia 2017

Mimo wszystko

Witam państwa bardzo serdecznie w nowym miesiącu!
Ogólnie to miałam napisać wczoraj, ale w sumie nie było o czym, więc piszę dziś.


Tym razem mogę powiedzieć, że na 100% nie jadę do kuzynki. Szykuje się kilkudniowa zamułka przed magicznym pudełkiem! Co prawda plany się trochę pozmieniały, bo rodzice mieli pojechać w czwartek, ale w piątek kuzynka ma mieć jakąś naprawę w domu, więc jadą w poniedziałek i utrudni mi to życie, bo będę miała w tym tygodniu do odebrania paczkę, której nie chcę w domu pokazywać, ale to nic. Jakoś dam radę.
Poza tym ten przesunięty wyjazd uratował mnie przed nieprzespaną nocą. Sprawa wygląda tak, że jutro w południe oraz o 5 rano w nocy z soboty na niedzielę w TV leci Zabawna Buzia, i stwierdziłam, że chcę to obejrzeć, ale żeby było w tym trochę przygody, no to obejrzę w nocy, ale że nie wiem, czy bym się obudziła w porę, to stwierdziłam, że w ogóle się nie położę. A ta zmiana planów zmotywowała mnie do tego, by załatwić sobie oglądanie jutro. Ja nie mówię, że i tak nie zarwę sobie jakiejś nocy, ale przynajmniej będę mogła bez wyrzutów sumienia położyć się spać, jak mnie zetnie o trzeciej, a tak to byłoby ciężko.


Uwaga, bo nadchodzi aktualizacja czytelnicza. W tym tygodniu skończyłam:

→ Ptaki ciernistych krzewów - ogólnie oceniam 10/10. Abstrahując od tła obyczajowego, momentami czułam się, jakbym czytała o sobie samej, naprawdę. Nigdy się tak nie czułam przy książce, a jeżeli się czułam, to bardzo dawno*; jest to oczywiście na wielki plus, bo przez to chyba mogłam jakoś tak lepiej odebrać tę książkę. A końcowy cytat to już w ogóle rozjebał system:

Ptak z cierniem w piersi wypełnia niezmienne prawo. Coś niezrozumiałego pcha go, by przebił się i zginął, śpiewając. W chwili gdy cierń wchodzi w ciało, nie pojmuje jeszcze, że to śmierć. Śpiewa i śpiewa, aż zabraknie mu tchu. Lecz my, gdy wbijamy ciernie w nasze piersi, jesteśmy świadomi, a mimo wszystko robimy to. Mimo wszystko.

Moje serce jest złamane przez prawdziwość tej końcówki, serio. Ostatni raz tak miałam po Jednym z nas.
*Jak to pisałam, to przypomniała mi się Ala Makota, czyli ostatni raz tak było w zeszłym roku. Ale innych przykładów już nie znajdę.

Wszystkie jasne miejsca - to z kolei w ogóle do mnie nie przemówiło. Może dlatego, że nie polubiłam głównych bohaterów. Ja wiem, że temat jest poważny i takie tam, ale jednak musieliby być inaczej wykreowani, żebym mogła ich polubić czy coś. Zwłaszcza Finch mnie irytował.

A dzisiaj zaczęłam czytać Oro. Wydaje mi się, że ta książka wywarłaby na mnie lepsze wrażenie, gdybym czytała ją wtedy, kiedy pierwszy raz o niej usłyszałam, czyli w gimnazjum, ale czyta się przyjemnie. No i główna bohaterka wywarła na mnie lepsze wrażenie niż bohaterowie WJM.



Dobra, spadam, bo przez Simsy się we wszystkim zapuściłam, a mam jeszcze większą niż wcześniej ochotę na pisanie opowiadań, żal tego nie wykorzystać.