Gdy pada śnieg...

Opowiadanie Gdy pada śnieg... zdobyło trzecią nagrodę w kategorii szkół ponadgimnazjalnych w powiatowym konkursie literackim Literacka Zimówka.



      Mieszkańcy mojego miasta nigdy nie obawiali się nadejścia zimy jako kalendarzowej pory roku. Ramy czasowe widywane w kalendarzach nic nie oznaczały. To, co od lat napawało nas przerażeniem, to związane z najchłodniejszymi miesiącami opady śniegu. Większość z nas na co dzień cieszyła się dobrym zdrowiem, jednak zawsze wystarczyło zaledwie kilka godzin zalegania białego puchu na ulicach, by proporcje odwracały się o sto osiemdziesiąt stopni. Zaczynało się od kaszlu i bólu głowy – na to narzekali niemalże wszyscy, których znałam. Niektórzy mieli szczęście – ich choroba nie posuwała się, a migrena oraz „intensywne wypluwanie płuc”, jak nazywałam uporczywy kaszel, ustępowały wraz z roztopami. Niestety byli też tacy, którzy mieli inne objawy, na przykład wysypkę i gorączkę doprowadzającą do majaczenia. Najwięksi pechowcy nigdy nie zdrowieli – umierali jeszcze przed końcem zimy.
      W dzieciństwie nie rozumiałam, że wszystkie choroby czy śmierci są powiązane ze śniegiem. Sama cieszyłam się, gdy zaczynał padać, a własny kaszel tłumaczyłam sobie nadejściem chłodniejszych dni. Teraz, gdy miałam już siedemnaście lat, zauważałam tę oczywistą zależność.
Podobnie jak inni mieszkańcy, nie wiedziałam, dlaczego falę zachorowań w naszym mieście wywołuje właśnie śnieg. Domyślałam się jednak, że jest to w jakiś sposób powiązane z przeszłością okolicy. Niedaleko miasteczka znajdowała się opuszczona fabryka, o której tak naprawdę nic nie wiedzieliśmy. Czułam, że stało się tam coś, co zmieniło wpływ pogody na ludzi. Zastanawiałam się nad wycieczką w to miejsce, poszukaniem tam odpowiedzi.
      Pewnego zimowego dnia ja i mój przyjaciel Gerry wracaliśmy do domu ze szkoły. Wychowywaliśmy się razem, nasze domy stały obok siebie. W powietrzu wirowały płatki śniegu, biały puch powoli zbierał się na chodnikach. Kaszlnęłam kilkakrotnie.
      - Dobrze się czujesz, Leslie? - spytał chłopak z wyraźnym zmartwieniem w głosie.
      - Tak, tak – uspokoiłam go. - Jest... standardowo, tylko to „wypluwanie płuc”.
      Zgodnie uśmiechnęliśmy się. Żartobliwe nazywanie objawów chorobowych było jedynym jasnym elementem w dniach pełnych strachu o własne zdrowie i życie.
      - Przyjdę dziś do ciebie – zaproponowałam.
      - Ty byłaś u mnie wczoraj. Dziś ja przyjdę.
      Zgodziłam się. Gerry troszczył się o mnie, nie chciał narażać mnie na kontakt ze śniegiem. Lubiłam go za to, ze poświęca mi tyle uwagi. Nie mogłam wymarzyć sobie lepszego przyjaciela. Pojawił się u mnie pół godziny po powrocie do domu. Zabrałam ciastka i sok z kuchni, po czym ukryliśmy się w moim pokoju.
      - O czym myślisz? - spytał.
      Zapatrzyłam się za okno, na padający śnieg. Myślałam o opuszczonej fabryce i mojej planowanej wycieczce w to miejsce. Powiedziałam mu o wszystkim.
      - Po co chcesz tam iść? - zapytał.
      - Nie wiem – stwierdziłam. - Po prostu czuję, że muszę. Tam może być odpowiedź.
      - Odpowiedź?
      - Wyjaśnienie tych wszystkich chorób i śmierci. To na pewno nie przypadek, że gdy śnieg pada, ludzie chorują, i myślę, że to mogło zacząć się właśnie tam.
      - Kiedy chcesz tam iść? - dopytał po chwili milczenia.
      - Jak najszybciej. Myślałam o jutrze.
      Na jego twarzy pojawił się uśmiech, z każdą chwilą coraz większy.
      - Pójdę z tobą! - stwierdził tonem nieznoszącym sprzeciwu.
      Tak jak zaplanowaliśmy, kolejnego dnia wyruszyliśmy na „wycieczkę” do fabryki. Właściwie... pójście tam było całym naszym planem. Nie mieliśmy pojęcia, jak dotrzeć do celu ani ile czasu tam spędzimy. Dopiero w drodze zrozumiałam też, że całodniowe wystawianie się na działanie śniegu nie było najlepszym pomysłem. Na szczęście tego dnia nie padało, jednak ulice pokryte były grubą warstwą puchu – sama zanurzałam się w nim po kostki. Po kilkunastu minutach marszu podzieliłam się moimi obawami z przyjacielem.
      - Może pobiegniemy? - zaproponował. - Dotrzemy na miejsce szybciej, a więc będziemy krócej narażeni na działanie śniegu.
      - A co, jeśli coś szkodliwego jest już w powietrzu? Jak się zmęczymy, będziemy głębiej oddychać i...
      Gerry zakrył usta i nos szalikiem.
      - Mój dziadek tak robi, kiedy podbiera miód pszczołom – wyjaśnił.
      Ciągle opowiadał o swoim dziadku. Zrobiłam to samo, jednak nie byłam przekonana, czy to ma sens.
      - Myślisz, że to zadziała? - zapytałam.
      - Nie wiem – stwierdził, wzruszając ramionami. - Ale to chyba najlepsze, co możemy zrobić w naszej sytuacji.
      Skinęłam tylko głową. Zgodnie zaczęliśmy biec. Na niewiele się to zdało - zmęczenie sprawiało, że kaszel stawał się bardziej dokuczliwy, przez co częściej musieliśmy się zatrzymywać, aby odpocząć. Mimo częstych przystanków udało nam się dotrzeć do opuszczonej fabryki po około dwóch godzinach. Ku naszemu zdziwieniu teren nie był zabezpieczony, więc szybko i sprawnie podeszliśmy do budynku.
      - Wiesz... zaczęłam się bać – przyznałam.
      - Nie możesz teraz spanikować – odparł Gerry, ściskając moją dłoń. - Zaszłaś za daleko.
      Nadal trzymając się za ręce, weszliśmy do fabryki. Znaleźliśmy się na długim, ciemnym korytarzu. Serce biło mi jak szalone, jednak nie wiedziałam, czy to z powodu zmęczenia, czy ze zdenerwowania. Wydawało się, że korytarz nie ma końca. Było ciemno, tylko przez dziury w stropie prześwitywało słabnące, szare światło grudniowego popołudnia.
      Przerażeni, nie odzywaliśmy się do siebie, poruszając się powoli, prawie po omacku, zaglądając po drodze przez uchylone drzwi do opuszczonych pomieszczeń.
      Nagle, gdzieś daleko, coś trzasnęło. Dźwięk nie był głośny, ale w ciszy, która nas otaczała zabrzmiał przerażająco.
      Spojrzeliśmy na siebie i poszliśmy dalej bez chwili wahania. Gerry był naprawdę dobrym kumplem. Po chwili hałas się powtórzył. I chociaż był głośniejszy niż poprzednio, nie przeraził nas tak bardzo. Byliśmy już na niego przygotowani.
      - Może to szczury? - szepnął Gerry.
      - Coś ty! Co by tu żarły? - odszepnęłam.
      - One zawsze znajdą coś do jedzenia – burknął Gerry. - U mojego dziadka w piwnicy...
      - Przestań. Nie cierpię szczurów i opowieści o twoim dziadku.
      Gerry zamilkł. Zrobiło mi się głupio.
      - Przepraszam.
      - Jasne – usłyszałam w odpowiedzi. - Ja też się boję.
      Gerry był naprawdę dobrym kumplem. Odgłos znowu się powtórzył.
      - Patrz! - Gerry złapał mnie za ramię.
      Wyrwałam się i bezmyślnie pobiegłam do przodu, potykając się o jakieś cegły czy kawałki gruzu leżącego na podłodze. Ogromne, metalowe drzwi kiwały się na jednym zawiasie, pozostając – mimo swego ciężaru – w absurdalnej równowadze i obijały się o stalową framugę pod wpływem prawie niewyczuwalnego powietrza. Pchnęłam je i weszłam do znajdującego się za nimi niewielkiego pomieszczenia. Pomyślałam, że musiało znajdować się tam kiedyś biuro – zobaczyłam w nim jedynie krzesło i stół zawalone papierami. Podeszłam bliżej i wzięłam do rąk teczkę leżącą na skraju stołu. Kiedy ją otwarłam, krzyknęłam cicho.
      - Co się stało? - zapytał Gerry, podbiegając do mnie.
      Bez słowa pokazałam mu wypisany dużymi literami tytuł pierwszej strony – „Badania nad radioaktywnością”. Wymieniliśmy przerażone spojrzenia, po czym zabraliśmy się do przeglądania innych dokumentów. Wynikało z nich, że na terenie fabryki, gdy ta stała się już opuszczona, ktoś odkrył nowy pierwiastek. Z wyników badań zrozumieliśmy, że był radioaktywny, co czyniło go szkodliwym dla ludzi, ale tylko w określonych warunkach – największą toksyczność wykazywał, gdy temperatura osiągała wartości tuż poniżej zera, a więc w warunkach powstawania śniegu.
      Nagle usłyszeliśmy trzaśnięcie. Nie zastanawiając się, czy był to dźwięk wywołany przez szczury czy wiatr, odruchowo zabraliśmy kilka teczek i uciekliśmy. Skierowaliśmy się do ratusza miejskiego. Zanim urzędniczka, z którą rozmawialiśmy, zdążyła zareagować – zemdlałam.
      Ocknęłam się w szpitalu, po kilku dniach tam spędzonych. Zobaczyłam nad sobą moją mamę, która wyjaśniła mi, że kilka chwil w fabryce, najbardziej skażonym miejscu w okolicy, źle wpłynęło na mój organizm, który jednak bronił się wystarczająco wytrwale, by przeżyć.
      Nagle do sali wszedł Gerry i radosnym głosem powiedział:
      - Cześć! Mój dziadek kazał ci przekazać, że bardzo się cieszy, że kolejna zima będzie już spokojna.
      - Przestań w końcu opowiadać o swoim dziadku! - odpowiedziałam ze śmiechem.

2 komentarze:

  1. Hmm. Mam wrażenie, jakby nagle zostało przerwane, Brakuje mi takiej ostatecznej kropki w całej opowieści, niemniej mi się podoba :) Prosto, bez patosu, z pomysłem. Jest potencjał na coś większego.
    Gratuluję trzeciego miejsca :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama czułam niedosyt po napisaniu, ale miałam ograniczone możliwości - regulamin konkursu przewidywał max 3-stronicowe opowiadanie, ja wykorzystałam już 2,5. Tym bardziej jestem dumna z trzeciego miejsca ;)
      Dziękuję!

      Usuń