Nie do zastąpienia

Jako że wszystkie pojedyncze opowiadania, jakie napisałam od początku istnienia tego bloga, prędzej czy później na nim lądowały, opowiadanie stworzone na potrzeby antologii nie może do nich nie dołączyć.
Także tego, przedstawiam oparte na wątkach autobiograficznych (które uważni czytelnicy MLW mogą wychwycić) opowiadanie pt. Nie do zastąpienia.


      Usiadłam w ostatniej ławce i pochyliłam głowę, zasłaniając twarz rozpuszczonymi włosami. Miałam świadomość, że to nie ochroni mnie przed wzrokiem ludzi z klasy, a może nawet ściągnie go na mnie, jednak mając taką barierę, czułam się trochę pewniej. Wyjęłam z torby brudnopis i zaczęłam w nim bazgrać, jednocześnie modląc się w myślach, aby nikt nie usiadł obok mnie. Bóg nie wysłuchał moich próśb – gdy zadzwonił dzwonek na lekcję i sala zaczęła zapełniać się spóźnialskimi, podeszła do mnie nieznana dziewczyna, pytając:
      – Mogę usiąść? Wiesz, mamy w klasie sporo osób, nie ma innych miejsc.
      – Jasne – odparłam cicho, starając się nie patrzeć na nią w widoczny sposób.
      Wyczułam, że nieznajoma chce nawiązać ze mną kontakt wzrokowy, jednak nie udało jej się. Przed rozmową uratowała mnie wychowawczyni, która weszła do sali.
      – Witam klasę pierwszą „a” – powiedziała. Odpowiedział jej jedynie pomruk. – Przypominam, że nazywam się Judyta Cieślińska i spędzę z wami najbliższe trzy lata. Wczoraj poznaliśmy się tylko trochę, mam nadzieję, że dziś dowiemy się o sobie czegoś więcej.
      Spojrzałam w kierunku biurka. Młoda nauczycielka z uśmiechem na twarzy otwarła dziennik.
      – Kiedy wyczytam wasze nazwisko, proszę, żebyście wstali i powiedzieli dwa zdania o sobie, dobrze? – poprosiła.
      Otrzymała taką samą odpowiedź jak wcześniej. To jej nie zniechęciło – wesołym tonem zaczęłam sprawdzać listę obecności. Pamiętając z poprzedniego dnia, że mam czwarty numer w dzienniku, odłożyłam na chwilę ołówek i przygotowałam się do wstania z miejsca.
      – Monika Borucka – usłyszałam.
      Podniosłam się z westchnieniem. Uśmiech nauczycielki, zdradzający nastrój całkowicie inny od mojego, peszył mnie. Mimo to udało mi się powiedzieć:
      – Cóż... Nazywam się Monika. Interesuję się... historią. Lubię... czytać i... oglądać filmy. Poza tym myślę, że... że całkiem dobrze rysuję. I to tyle.
      – Dziękuję ci.
      Wychowawczyni skinęła głową. Z ulgą usiadłam na miejscu. Wróciłam do bazgrania w zeszycie, jednocześnie zaczęłam ignorować resztę klasy. Zapamiętałam jedynie, że dziewczyna siedząca obok mnie ma na imię Ewelina. Gdy mówiła, zerknęłam na nią – była blondynką ubraną w kolorową sukienkę sięgającą do kolan. W porę odwróciłam wzrok – poczułam, jak patrzy na mnie przy siadaniu, jednak nasze spojrzenia nie spotkały się.
      Tego dnia zajęcia szkolne sprowadzały się do trzech godzin lekcyjnych spędzonych z wychowawczynią. Widziałam, jak młoda kobieta dwoi się i troi, walcząc o naszą uwagę przez opowiadanie nam o zaletach placówki, którą wybraliśmy, zaplanowanych wycieczkach i wydarzeniach związanych z życiem szkoły. Chociaż naprawdę to doceniałam, należałam do grona osób, które miały inne przedmioty zainteresowań niż to, co wydarzy się przez najbliższe miesiące. Nie okazywałam tego co prawda tak jawnie jak niektórzy, jednak moje myśli odpływały w kierunku ostatnich dni wakacji.
      Nie mogłam powiedzieć, że nie byłam przygotowana na to, co się stało: spodziewałam się tego. Nie mogłam też powiedzieć, że byłam przygotowana: trudno przygotować się na odejście przyjaciela. Ciągle była gdzieś nadzieja, że to jednak się nie stanie. Mój kot, Filemon, bo to o nim mowa, chorował już dłuższy czas. Nic nie dały wizyty u weterynarza, tabletki, kroplówki, specjalne karmy. Szczególnie to ostatnie nie było zbyt pomocne, skoro on i tak nie chciał nic jeść. Chudł w oczach, był coraz bardziej osłabiony. Pewnego ranka nie dał rady dojść do kuwety, by się załatwić. Kilkanaście godzin później już nie żył.
      Był ze mną trzynaście lat. Trzynaście cholernie długich lat. Nie pamiętałam czasów przed pojawieniem się w domu zwierzęcia, w końcu taki stan trwał tylko przez pierwsze trzy lata mojego życia, jednak jakimś cudem pamiętałam dzień, w którym po powrocie do domu tata wcisnął mi do rąk małą futrzaną kulkę. Radości było co niemiara... radości, która wtedy miała się nie skończyć.
Tym, czego nie mogłam odmówić mojemu największemu przyjacielowi, były zachowane do ostatniej chwili wyczucie i takt, a raczej ich niezmienny brak, szczególnie widoczny w tych ostatnich godzinach. Zmieniałam właśnie szkołę – skończyłam gimnazjum, miałam zacząć liceum. Pamiętałam dobrze, jak w dniu rozpoczęcia roku szkolnego trzy lata wcześniej Filemon przyszedł dodać mi otuchy tuż przed wyjściem i chciałam, by tak było i tym razem. Ba, chciałam być pocieszana właśnie przez niego przed egzaminem maturalnym. Tymczasem pewnego wieczoru, trzy dni przed pierwszym września, gdy po raz ostatni sprawdzałam, czy na pewno mam odpowiednią ilość zeszytów, moja siostra weszła z płaczem do mojego pokoju i poinformowała, że to już.
      Byłam najbardziej związanym z Filemonem członkiem rodziny. To do mnie przychodził, gdy płakałam, to moje pieszczoty znosił najcierpliwiej. Paradoksalnie to ja zaczęłam płakać jako ostatnia. Mama i siostra wylały morze łez, siedząc nad pudełkiem z martwym kotem w środku, w przypadku taty był to jedynie mały staw, jednak musiał sięgnąć po chusteczkę, by otrzeć oczy. Ja musiałam przyjrzeć się dokładnie, dotknąć kilkakrotnie jego futerka i pójść do łazienki – dopiero tam potrafiłam dać upust emocjom. Tak jak mój kot, musiałam się schować. Jedyna i najgorsza różnica była taka, że ja w ukryciu tylko płakałam – on potrzebował koca odgradzającego go od ludzkiego wzroku, by odejść.
      Trzy dni to mało, aby pozbierać się po takiej stracie. Próbowałam mówić sobie, że to zwykły kot. Mogłam przypuszczać, że sporo osób by tak powiedziało. To jednak nie dawało efektów. Po trzynastu latach wspólnego życia i prawdziwej przyjaźni nie można sobie wmówić, że to nic...
Z zamyślenia wyrwał mnie głos Eweliny:
      – Przepraszam cię, ale możemy już iść do domu, chyba że chcesz tu zostać dłużej...
      Rozejrzałam się. Faktycznie, niewiele osób zostało już w sali, a nie opuścili jej głównie dlatego, że mieli jeszcze coś do załatwienia z nauczycielką. Rzuciłam w stronę koleżanki krótkie podziękowanie, szybko wsunęłam zeszyt do torby i wyszłam. Blondynka pobiegła za mną, wołając:
      – Stało ci się coś? Rozpłakałaś się w międzyczasie.
      Znieruchomiałam. Dałam radę jedynie unieść dłoń do policzka. Zdenerwowałam się, gdy poczułam pod palcami wilgoć. Miałam jedynie nadzieję, że nikt nie zwrócił na to uwagi.
      – Nikt nie zwrócił na ciebie uwagi – powiedziała Ewelina, jakby czytając mi w myślach – ale ja widziałam i nawet się przestraszyłam. Nie znamy się, a ja tam z biologii nigdy dobra nie byłam, to pomyślałam, że może tak się zaczyna jakiś atak czy coś i powinnam zareagować...
      – Nic się nie zaczyna! – powiedziałam odrobinę zbyt ostrym tonem. Trochę spokojniej dodałam: – Dzięki za troskę i... na razie.
      Wsunęłam słuchawki do uszu, włączyłam muzykę na telefonie i ruszyłam na przystanek. Liczyłam się z tym, że być może nowa znajoma będzie podróżować w tym samym kierunku co ja, jednocześnie miałam nadzieję, że będzie na tyle ostrożna, by już nie próbować wytwarzać między nami porozumienia.
      Faktycznie byłyśmy skazane na jazdę tym samym autobusem, jednak Ewelina zachowała się bardzo uprzejmie, siadając w innej jego części niż ja. Uśmiechnęła się jedynie, gdy na sekundę złapałyśmy kontakt wzrokowy. Była zwrócona tyłem do mnie, przez co nie czułam się zobowiązana skupiać na niej uwagi – byłoby mi trudniej, gdyby nasze spojrzenia spotykały się co chwilę. Zdążyłam nawet zapomnieć o niej na chwilę, nie zwróciłam nawet uwagi na to, czy wysiadła już z autobusu, czy może jedzie dalej.
      Tuż po tym, jak weszłam do domu, mama zagaiła mnie:
      – I jak tam pierwszy dzień w szkole? Poznałaś kogoś?
      – Siedziałam dziś z jedną dziewczyną, bo nie miała miejsca – odparłam – ale nie rozmawiałyśmy.
      Rzuciłam torbę do pokoju, umyłam ręce, po czym usiadłam przy stole w kuchni. Mama zajęła miejsce naprzeciwko mnie.
      – Nie możesz zamykać się na nowe znajomości z powodu śmierci kota – powiedziała.
      – Nie zamykam się na nowe znajomości – zaprzeczyłam. – Zamieniłam z nią dwa zdania. Po prostu... nie wiem, czy jestem gotowa na przyjaźń.
      – Nikt nie mówi o przyjaźni, kochanie. Wystarczy, że będziesz miała kogoś, do kogo będziesz mogła czasem się odezwać.
      Przemilczałam tę uwagę mamy. Dla mnie nawet taka relacja – na zasadzie odezwania się do siebie raz na jakiś czas – wymagała sporego zaangażowania, na które nie byłam gotowa. To nie była jedynie wina odejścia Filemona, ale też przerwania kilku znajomości z gimnazjum. W pewnym momencie przestałam dostawać odpowiedzi na wiadomości. Z jednej strony nie żałowałam utraty kontaktu z niektórymi osobami, na których przyjaźni tak naprawdę mi nie zależało, jednak z drugiej było mi zwyczajnie przykro, że – mimo starań z mojej strony – byłam przez większość wakacji ignorowana, tym bardziej że w moim życiu był to trudny etap. Nie chciałam przeżyć podobnego rozczarowania po zakończeniu liceum, więc szkoda było mi czasu na angażowanie się w nowe „przyjaźnie”.
      Porozmawiałam jeszcze chwilę z mamą „o pogodzie”, po czym zniknęłam w moim pokoju. Włączyłam laptopa, założyłam słuchawki – nie byłam typem człowieka katującego domowników swoją muzyką, która niekoniecznie musiała wpasowywać się w ich gust – i zaczęłam słuchać piosenki Echo Jasona Walkera. Towarzyszyła mi od śmierci Filemona. Lubiłam sobie przy niej popłakać, jak przy każdej piosence, która była związana z jakimś ważnym wydarzeniem w moim życiu. Stoję nad przepaścią i krzyczę swoje imię wniebogłosy jak głupek. Czasami, kiedy zamykam oczy, udaję, że wszystko w porządku, ale to nigdy nie wystarcza. W ostatnich dniach często zamykałam oczy i mówiłam sobie, że jest dobrze. Że nie mam zmartwień. Że osoby, których potrzebuję, są przy mnie.
      Nigdy nie wystarczało.
* * *
      Wrzesień był spokojnym miesiącem. Szkolne sprawy toczyły się powolnym rytmem. Złożyło się tak, że na wszystkich przedmiotach siedziałam w ławce z Eweliną, zdarzało nam się też ćwiczyć razem na wf-ie, gdy nauczycielka ogłaszała ćwiczenia w parach, jednak unikałam okazji do dłuższej rozmowy. Na przerwach lub podczas oczekiwania na autobus do domu ja wyjmowałam książkę z torby i zagłębiałam się w lekturze, czasami jedynie słuchałam muzyki, natomiast moja znajoma z ławki znajdowała sobie kogoś, z kim mogła porozmawiać. Gdy łapałyśmy w takich chwilach kontakt wzrokowy, zawsze uśmiechała się, ale nigdy nie podchodziła i nie próbowała zacząć rozmowy, tak jakby wyczuwała, że nie mam na to ochoty. Wiedziałam, że dałam jej to do zrozumienia w pierwszym dniu szkoły, kiedy to dosyć oschle ją potraktowałam, ale z drugiej strony wyglądała na kogoś, kto nie poddaje się tak łatwo.
      Na początku października zrozumiałam, że Ewelina szukała dobrego tematu do porozmawiania. Pewnego dnia na godzinie wychowawczej Judy, jak zdążyliśmy zacząć nazywać naszą wychowawczynię i jednocześnie nauczycielkę angielskiego, powiedziała:
      – Moi kochani. Dzisiaj będziemy rozmawiać o czymś, co jest bardzo poważne, ale jednocześnie bliskie każdemu z nas. – Zawiesiła na chwilę głos, czekając na reakcję klasy. Nikt nie kwapił się do odgadnięcia tematu lekcji, więc kontynuowała: – Marzenia. Każdy z nas jakieś ma, prawda?
      Kilka osób potaknęło głośno. Ja sama ograniczyłam się do pojedynczego skinięcia głową. Judy podeszła do tablicy i napisała na niej drukowanymi literami słowo „marzenie”.
      – Spróbujcie zdefiniować to słowo – poprosiła.
      Natychmiast zaczęły padać propozycje:
      – Coś, czego pragniemy.
      – Coś, o czym myślimy przed zaśnięciem.
      – Cel, jaki chcemy osiągnąć.
      Lista nie miała końca. W końcu nauczycielka przerwała klasową burzę mózgów.
      – Wszyscy macie rację – powiedziała. – A czy możecie podać konkretne przykłady marzeń?
      Tym razem zrobiło się jeszcze głośniej. Nie mogłam nie przyznać, że wskazać konkrety było prościej niż górnolotnie opowiedzieć, czym tak właściwie jest marzenie. Wśród przykładów usłyszałam wyjazd na koncert, spotkanie z idolem, dobrą pracę czy wyjście dobrze za mąż. Moja koleżanka z ławki wymieniła osiągnięcie sławy. Ja nie odezwałam się ani słowem, chociaż miałam również swój przykład.
      Powoli wpadałam w zamyślenie, kiedy wychowawczyni zadała kolejne pytanie.
      – A czy marzenia zawsze da się spełnić?
      – Nie.
      Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że to ja zaprzeczyłam na głos. Judy obdarzyła mnie krótkim uśmiechem, wyraźnie zadowolona, że zaczęłam udzielać się także na lekcjach wychowawczych – wcześniej widziała mnie w akcji tylko na języku angielskim, jako że radziłam sobie z tym przedmiotem całkiem nieźle. Zachęciła mnie do mówienia, dopytując:
      – Dlaczego tak uważasz?
      Wzruszyłam ramionami, po czym odpowiedziałam:
      – Po prostu wiem, że tak jest. Ja na przykład marzę o tym, żeby mój przyjaciel był znowu przy mnie, ale to niemożliwe, bo zmarł przed miesiącem. Mogę sobie marzyć, ale to nie zwróci mu życia.
      Wychowawczyni wyglądała, jakby zmartwiła ją moja odpowiedź. W klasie zapadła krępująca cisza. Przerwał ją ktoś z klasy, mówiąc:
      – Ale przecież... nawet gdy umrze nam przyjaciel, możemy znaleźć nowego, prawda?
      – Myślisz, że to takie proste? – odważnie wdałam się w dyskusję. – Nawet jeśli będzie ktoś nowy, to to nie będzie ta sama osoba, co przedtem. Przyjaciela nie można zastąpić.
      Nie usłyszałam odpowiedzi, zagłuszonej przez szum mojej własnej krwi napływającej mi do głowy. Zacisnęłam zęby, próbując się nie rozpłakać. Dotarły do mnie dopiero słowa Judy:
      – Nie kłóćmy się o to. Może ktoś inny chce się wypowiedzieć?
      Szansę na wypowiedzenie się odebrał innym dzwonek na przerwę. Chwyciłam torbę i wstałam, chcąc jak najszybciej opuścić salę, jednak nauczycielka kazała mi zostać. Gdy reszta klasy opuściła pomieszczenie, oparła się o biurko.
      – Powiedziałaś, że przed miesiącem zmarł twój przyjaciel. Myślę, że teraz wiem, dlaczego od początku szkoły jesteś markotna i nie zadajesz się z kolegami z klasy. Może chciałabyś o tym porozmawiać?
      – Dziękuję, ale nie – odparłam natychmiast. Poczułam się w obowiązku wyjaśnić, dlaczego nie chcę rozmowy: – Nie chcę o tym mówić, bo pani powie, że jestem dziecinna.
      – Rozpacz po śmierci przyjaciela to nic dziecinnego.
      – Ale... to nie jest taki przyjaciel, o jakim pani pewnie myśli.
      – A jaki?
      – Kot. Trzy dni przed początkiem szkoły zdechł mój kot.
      – Ile był z tobą?
      – Trzynaście lat.
      – Nadal uważam, że to nic dziecinnego. Całkowicie cię rozumiem.
      Jej odpowiedź wytrąciła mnie z równowagi. Sądziłam, że uzna mnie za niedojrzałą i każe mi się ogarnąć, a tymczasem czułam, że powiedziała to szczerze.
      – Naprawdę mnie pani rozumie? – zapytałam.
      – Tak. Wiem, co teraz czujesz, i to nie są tylko puste słowa. Też miałam kota, kiedy byłam młodsza, i też był ze mną dosyć długo, bo jedenaście lat. Przez pierwszy tydzień po jego odejściu wieczorami płakałam jak głupia. Pogodziłam się z tym dopiero po kilku miesiącach, chociaż ciągle zdarza mi się wspominać tę stratę.
      Po tych słowach poczułam się odrobinę lepiej. Podziękowałam nauczycielce za rozmowę. Przytuliła mnie krótko w geście pocieszenia, zapewniając przy tym, że zawsze mogę do niej przyjść, gdy będę chciała się wyżalić.
      Stałam już na korytarzu, gdy przyszło mi do głowy jedno pytanie. Wróciłam do sali.
      – Proszę pani... - zagadnęłam. – Co takiego się stało, że pogodziła się pani z odejściem swojego kota?
      – Obawiam się, że moja odpowiedź może ci się nie spodobać – przyznała Judy.
      – I tak chciałabym wiedzieć.
      – Najpierw przestałam marzyć o jego powrocie, a potem zrozumiałam, że da się zastąpić przyjaciela.
      Nie odpowiedziałam. Skinęłam tylko głową na pożegnanie i pobiegłam na autobus.
      W drodze na przystanek zastanawiałam się nad słowami wychowawczyni. Wiedziałam, że przyjdzie moment, w którym będę całkowicie pogodzona z odejściem Filemona – już teraz, po ponad miesiącu, czułam się lepiej niż w pierwszych dniach. Nie rozumiałam jednak, jak można zastąpić przyjaciela. Jakkolwiek dziwne by to nie było, nie wyobrażałam sobie, że kiedykolwiek ktoś mógłby być dla mnie ważny tak, jak był mój kot.
      Na przystanku Ewelina podeszła do mnie i stwierdziła:
      – To dlatego taka jesteś! Bo masz żałobę!
      – Taka, czyli jaka? – zapytałam.
      – No, wycofana. Z nikim nie rozmawiasz, wiecznie tylko nos w książce albo słuchawki w uszach. Tylko na wf-ie się do mnie odzywasz, albo jak ci się długopis zapodzieje. To dlatego, że tęsknisz?
      Skinęłam głową w odpowiedzi. Liczyłam na to, że Ewelina skończy temat i pozwoli mi pozostać sam na sam z własnymi myślami, ale tym razem nie odpuściła mi rozmowy. Zapewne w innej sytuacji nie uległabym jej, ale rozmowa z wychowawczynią sprawiła, że nabrałam odwagi do dalszych wyznań. Opowiedziałam koleżance o Filemonie, o trzynastu wspólnych latach i jego odejściu. Spodziewałam się, że otwarcie mnie wyśmieje, ale zamiast tego przytuliła mnie mocno. Zaskoczyła mnie tym gestem, ale nie odepchnęłam jej. Zdobyłam się nawet na odwzajemnienie uścisku.
      – Nie uważasz, że to głupie, że tęsknię za kotem? – spytałam, odsuwając się od niej.
      – Dlaczego miałabym tak uważać? – zdziwiła się. – Był twoim przyjacielem przez tyle lat... Chyba zdziwiłabym się, gdybyś opowiedziała mi tę historię i stwierdziła, że nie tęsknisz.
      – Może masz rację...
      – Na pewno mam rację – zapewniła mnie z uśmiechem.
      Na przystanek przyjechał nasz autobus. Gdy wsiadłyśmy do pojazdu, wspomniałam jej o rozmowie z wychowawczynią i zapytałam:
      – Jak myślisz, co miała na myśli, jak mówiła o zastępowaniu przyjaciela? Bo ja sobie nie wyobrażam mieć kogoś na miejscu Filemona.
      Ewelina wzruszyła ramionami. Dopiero po chwili stwierdziła:
      – Nie wiem, w sumie nigdy nie byłam w takiej sytuacji. Raczej zgadzam się z tobą, że przyjaciela nie da się zastąpić, ale może chodzi o to, że będzie jeszcze w twoim życiu ktoś wyjątkowy? Wiesz, ktoś taki, kto może nie będzie dla ciebie ważny w taki sam sposób, jak twój kot, tylko w trochę inny, ale jednak ważny. Sama mam dwie przyjaciółki i jedna nie zastąpiłaby mi drugiej, ale każda pomogłaby mi w przypadku odejścia tej drugiej. Rozumiesz, o co mi chodzi?
      – Chyba rozumiem...
      Zobaczyłam mój przystanek, więc podeszłam do drzwi, aby wysiąść z autobusu. Koleżanka z klasy podążyła za mną.
      – Mieszkasz tutaj? zapytałam, gdy już obie wyskoczyłyśmy na chodnik.
      – W tej dzielnicy, ale powinnam wysiąść przystanek dalej. Nie przejmuj się, mogę przejść kawałek, a przynajmniej porozmawiamy jeszcze chwilę.
      – To skoro już wysiadłyśmy razem... może przyjdziesz do mnie? Mam dziś wolną chatę, a na jutro chyba nie mamy wiele nauki, to pogadamy swobodnie i... trochę dłużej.
      – Jasne!
      W milczeniu podeszłyśmy pod mój blok. Wspięłyśmy na ostatnie piętro, gdzie było moje mieszkanie. Zaprosiłam koleżankę do środka i zaproponowałam jej coś do picia. Poprosiła o herbatę, więc pokazałam jej mój pokój, gdzie mogła zaczekać, po czym zniknęłam w kuchni. Cała ta sytuacja zestresowała mnie trochę – w tamtym momencie miałyśmy jeszcze temat do rozmowy, ale co dalej? Czy nie będę żałować, że zbliżyłyśmy się trochę do siebie? Z trudem opanowując drżenie rąk, dokończyłam przygotowywanie herbaty. Po chwili dołączyłam do Eweliny z dwoma kubkami wypełnionymi gorącym napojem.
      – Pokażesz mi zdjęcia swojego kota? – zapytała.
      Sięgnęłam na półkę po album, cały poświęcony Filemonowi. Blondynka oglądała zdjęcia z wyraźnym zaciekawieniem.
      – Ładny – przyznała. Wskazała na jedno ze zdjęć, na którym trzymam kota na rękach, i dodała: – Widać, że byliście z sobą zżyci.
      Uśmiechnęłam się tylko delikatnie w odpowiedzi. Oddała mi album, upiła łyk herbaty. Patrząc na mnie, powiedziała:
      – Nie musisz być taka zamknięta w sobie. Możemy się zaprzyjaźnić, jeśli potrzebujesz kogoś bliskiego. Czuję, że się dogadamy.
      Nie odpowiedziałam od razu. Miałam wrażenie, że mogłabym zaufać Ewelinie, ale ciągle się tego bałam. Pamiętałam też jej słowa o tym, że ma już dwie przyjaciółki – nie chciałabym być „tą trzecią”, którą Ewelina zna najkrócej i którą zapewne porzuci jako pierwszą, gdy w jakiejś sytuacji przyjdzie jej wybierać. Po dłuższym milczeniu wypomniałam jej tamte słowa, co skwitowała krótkim śmiechem.
      – Mogłam doprecyzować – stwierdziła. – Owszem, mam dwie przyjaciółki, ale jedna z nich to moja siostra, a druga to kuzynka. Są moją rodziną i jakieś relacje z nimi zawsze będę miała, a że aktualnie są więcej niż dobre, to chyba dobrze, nie? A ty byłabyś przyjaciółką z wyboru. Nie porzuciłabym cię, na pewno nie dla kogoś z rodziny.
      Poczułam ulgę. Wiedziałam, że trochę czasu minie, zanim w pełni zaufam Ewelinie, ale rzekłam:
      – Zgoda. Możemy się zaprzyjaźnić.
      Z uśmiechem na ustach podała mi mój kubek. Wzięła do ręki swój, stuknęła jego brzegiem o brzeg mojego i upiła łyk herbaty.
* * *
      Szybko polubiłam towarzystwo Eweliny. Chociaż wzbraniałam się przed nazywaniem jej moją przyjaciółką, bo to dla mnie mocne określenie, była osobą, z którą rozmawiałam najczęściej i która wiedziała o mnie najwięcej. Bardzo dobrze spędzało nam się razem czas, dzięki czemu kolejne tygodnie mijały niewyobrażalnie szybko. Zanim się obejrzałam, nadszedł początek grudnia. Rozpoczynały się przygotowania do świąt Bożego Narodzenia. Nie cieszyłam się na te święta – miały być pierwszymi od odejścia Filemona. Powoli przyzwyczajałam się do jego nieobecności na co dzień, jednak przerażała mnie perspektywa spędzenia bez niego właśnie tych kilku specjalnych dni w roku. Przez długi czas nie potrafiłam poczuć świątecznej atmosfery, która zazwyczaj przychodziła do mnie dość szybko, czasem nawet już pod koniec listopada.
      Oczekiwanie na święta oznaczało także przygotowania do ich obchodów w szkole. Jedną z godzin wychowawczych rozpoczęliśmy od ustalenia, kto komu kupuje prezent.
      – Sara, przygotuj karteczki z nazwiskami, zaraz wylosujecie się na wigilię klasową – rzuciła Judy w stronę przewodniczącej klasy.
      Westchnęłam, zaczynając psychicznie nastawiać się na wylosowanie kogoś, kogo praktycznie nie znam, i kupowanie tej osobie prezentu, który z pewnością jej się nie spodoba. Niespodziewanie ręka Eweliny wystrzeliła w górę.
      – Proszę pani, czy ja i Monika możemy nie brać udziału w losowaniu? Chciałybyśmy kupić prezenty sobie nawzajem.
      – Myślę, że nie będzie z tym problemu – odparła wychowawczyni i zwróciła się w stronę klasy: – Ktoś jeszcze chce tak zrobić? – Nikt się nie zgłosił. – Sara, wykreśl Ewelinę i Monikę z listy.
      – Co ty robisz? – syknęłam do mojej koleżanki z ławki. – Przecież zawsze się losowało.
      – Trzymamy się razem, będzie ci łatwo wybrać prezent dla mnie, a nawet jeśli nie trafisz, to ja się nie obrażę, a ktokolwiek inny może ci nie odpuścić. Poza tym już wiem, co kupię dla ciebie – wyjaśniła.
      Nie wiedzieć czemu, przeraziła mnie wizja otrzymania prezentu od Eweliny. Nie miałam pojęcia, na jaki dokładnie pomysł mogła wpaść, ale znałam ją na tyle dobrze, aby wiedzieć, że to zdecydowanie szalony pomysł.
      W tym przekonaniu utwierdziły mnie kolejne dni. Kiedy spacerowałyśmy razem po galerii handlowej, nie przypatrywała się niczemu w szczególny sposób, nie dając mi wskazówek, co wybrała jako prezent dla mnie. Oprócz tego zdarzało jej się rozmawiać z Judy lub z moimi rodzicami i nagle przerywać rozmowę, gdy znajdowałam się zbyt blisko. Wyczuwałam konspirację i miałam wrażenie, że dotyczyła prezentu od niej, jednak ciągle nie miałam pojęcia, co to może być.
      Zagadka miała rozwiązać się dopiero dwudziestego drugiego grudnia, w dniu wigilii klasowej. Ewelina od rana uśmiechała się do mnie dwuznacznie. Gdy przyszło do rozdawania prezentów, nachyliła się do mojego ucha i powiedziała:
      – Nie zmartw się, kiedy nie dostaniesz prezentu. To coś specjalnego, moja mama przywiezie to, jak skończy się wigilia klasowa.
      Faktycznie, byłam jedyną osobą, która nie otrzymała upominku. Chociaż ja i moja koleżanka, która z własnej woli kupić mi prezent, ściągnęłyśmy na siebie uwagę kilku osób z klasy, zarówno ona, jak i wychowawczyni zdawały się tym nie przejmować. Wtedy upewniłam się, że Judy wiedziała o wszystkim, chociaż ja sama jeszcze nie wiedziałam, czym właściwie jest to „wszystko”.
      Czterdzieści minut przesiedziałam jak na szpilkach. Kiedy impreza zaczęła zdecydowanie mieć się ku końcowi, Ewelina nagle zaczęła się zbierać. Wcisnęła mi do rąk mój płaszcz, prędko nałożyła na siebie swoją kurtkę i zgarnęła otrzymany ode mnie prezent. Rzuciła w kierunku wychowawczyni krótkie pożegnanie, po czym – ciągnąc mnie za rękę – wyszła z klasy. Podczas gdy ja w biegu ubierałam się, ona zadzwoniła do swojej mamy, by powiedzieć jej, że może już przyjeżdżać.
      Czekałyśmy przed szkołą jedynie pięć minut. Ewelina zdawała się być bardziej podekscytowana ode mnie. Podbiegła do samochodu, zanim jeszcze zdążył dobrze się zatrzymać. Otworzyła bagażnik i wyjęła z niego pudło opakowane w świąteczny papier. Zdziwiły mnie tajemnicze dziury wycięte w bokach pudła. Nie pozwalając mi nawet przywitać się ze swoją mamą, Ewelina zaczęła mówić:
      – Zanim dam ci ten prezent, chciałabym ci coś powiedzieć. Wiem, że ten prezent nie będzie spełnieniem twoich marzeń, bo wiem z jednej godziny wychowawczej, jakie jest twoje marzenie, ale może to będzie mały krok do zrozumienia paru rzeczy. Pamiętasz, jak rozmawiałaś z Judy o przyjaciołach? Powiedziała ci, że da się zastąpić przyjaciela. Spytałam ją później, co miała na myśli i wyjaśniła mi, że wkrótce po śmierci swojego kota sprawiła sobie nowego, który nie był identyczny z poprzednim, ale był równie bliski jej sercu i szybko zaczął być jej nowym przyjacielem. Mam nadzieję, że się nie pomyliłam i tak będzie również w twoim przypadku. A teraz otwieraj.
      Już w trakcie jej przemowy domyśliłam się, co takiego kryje się w pudle, jednak musiałam je otworzyć, by ostatecznie się przekonać. Ewelina pomogła mi, trzymając pudełko, gdy ja rozrywałam papier. Po zdjęciu pokrywki moim oczom ukazał się kilkumiesięczny kociak. Miał długie, szare futro i niebieskie oczęta, którymi spoglądał na mnie zza łapki. Wyjęłam z kieszeni rękawiczki, które wsunęłam na dłonie, po czym wzięłam kota na ręce i zaczęłam go głaskać.
      – Jest... piękny – wyszeptałam, czując, jak łzy napływają mi do oczu. – Nie wiem tylko, czy...
      – Twoi rodzice już się zgodzili, rozmawiałam z nimi – przerwała mi koleżanka. – A ty na pewno dasz sobie radę, wiem o tym.
      Łzy popłynęły mi po policzkach i spadły na futro trzymanego przeze mnie zwierzaka. Ewelina nieporadnie przytuliła mnie, uważając, by przypadkiem nie przygnieść kota.
      – Wiesz, co ci powiem? odezwałam się po chwili, gdy czułam, że mój głos nie będzie już się trząsł, a kolejne słowa nie spowodują następnego wybuchu płaczu. – Już dawno zrozumiałam, że można zastąpić przyjaciela, przyjaciółko.
      Poczułam, że przytula mnie jeszcze mocniej. Jednocześnie otoczona moimi ramionami kulka zamiauczała głośno.
      To były pierwsze święta bez Filemona, ale nie były to pierwsze święta bez kota – na takie musieliśmy poczekać. Filemona zastąpił Albert i nie miałam ochoty zastanawiać się nad tym, co będzie, gdy i on odejdzie, zresztą wiedziałam, że będzie miał na tyle dobrą opiekę, że nie jeszcze długo to nie nastąpi.
      Nowy pupil był wspaniałym prezentem, ale jeszcze piękniejszy był ten, który otrzymałam dodatkowo, w niematerialnej formie: podwójna przyjaźń.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz