Pojaśniało...

Opowiadanie brało udział w II edycji konkursu "Literacka Zimówka" organizowanego przez Powiatowy Młodzieżowy Dom Kultury w Będzinie, w którym zdobyło drugie miejsce w kategorii szkół ponadgimnazjalnych.


     Pierwszy raz od kilku lat sypnęło śniegiem na właściwe święta. Dwudziestego czwartego grudnia o poranku za oknem powitał mnie biały krajobraz, tak różny od odcieni szarości, które od kilku tygodni widziałam codziennie rano. Nie wiedząc, czy mam się cieszyć z powodu pięknej pogody i nadchodzącej przerwy świątecznej, czy może raczej przygotowywać się psychicznie na opóźnienia autobusów, sięgnęłam po swoją najcieplejszą kurtkę i najlepsze zimowe buty. Odpowiednio przygotowana, wyruszyłam na przystanek autobusowy.
     Do pracy dotarłam spóźniona jedynie pięć minut. Właściciel restauracji, w której byłam kelnerką, siedział przy barze. Na mój widok postukał palcem w swój zegarek.
     – Przepraszam, to ta pogoda – rzuciłam, przechodząc obok niego w drodze na zaplecze.
     Uśmiechnął się krótko w odpowiedzi. Zależało mu na biznesie i na sumienności pracowników, jednak wiedziałam, że nie czeka mnie zbyt surowa kara – zdarzało mi się spóźniać, do czego mój szef zdążył się przyzwyczaić przez pół roku mojej pracy w tym miejscu.
     – Będę miał dla ciebie specjalne zadanie – zwrócił się do mnie, gdy, w pośpiechu zawiązując w pasie fartuszek będący częścią służbowego ubrania, wyszłam na salę. – Dzisiaj to ty zostaniesz po zamknięciu, żeby posprzątać, ogarnąć wszystko... Wiesz, o co chodzi, już kilka razy to robiłaś.
     Nie wiedziałam, jak zareagować na to polecenie, wpatrywałam się więc tylko w niego w osłupieniu. Rozumiałam swoją „winę”, jednak tego dnia wracałam do domu na święta i nie chciałam spóźnić się na pociąg – to właśnie powiedziałam szefowi.
     – Każdy z nas ma jakieś przedświąteczne zobowiązania – odparł. – Zamykamy dzisiaj wcześniej, jestem pewny, że się wyrobisz.
     Westchnęłam krótko i bez dalszej dyskusji zaczęłam wypełniać swoje obowiązki. W ferworze pracy udawało mi się zapomnieć o moim problemie, jednak od czasu do czasu, gdy zerkałam na zegar, powracało zdenerwowanie związane z perspektywą spędzenia Wigilii na dworcu w oczekiwaniu na kolejny pociąg zamiast w ciepłym domu.
     Kilka minut przed czternastą ostatni goście opuścili restaurację, niedługo potem ich śladem podążyli moi współpracownicy, którzy życzyli mi wesołych świąt. Zamknęłam za ostatnim z nich drzwi wejściowe do restauracji i odwróciłam się w kierunku sali. Wzięłam głęboki wdech i zabrałam się za sprzątanie. Zajęło mi to więcej czasu, niż sądziłam – gdy po skończonej pracy zerknęłam na zegar, wskazywał piętnastą trzydzieści. Za pół godziny odjeżdżał mój pociąg. Wiedziałam, że na niego nie zdążę – przy sprzyjających warunkach pogodowych samo dotarcie do dworca z mojego miejsca pracy zajmowało mi dwadzieścia minut autobusem. Zrezygnowana oparłam się o bar. Nagle zaskoczyło mnie pukanie do drzwi. Uniosłam wzrok, by zobaczyć pana Zenka. Pan Zenek był zaprzyjaźnionym bezdomnym, często przychodził do naszej restauracji; zdarzało mu się pomagać przy porannym odbiorze towaru lub właśnie w sprzątaniu, za co otrzymywał „zapłatę” w postaci resztek jedzenia, których nie wydaliśmy w ciągu dnia. Nie wiedziałam, czy odbywa się to za plecami właściciela, czy za jego milczącą zgodą – mimo otrzymanej już kilkunastokrotnie pomocy od bezdomnego nigdy nie byłam świadkiem jego konfrontacji z właścicielem – jednak pan Zenek był tak pomocny i sympatyczny, że nie sposób było mu odmówić.
     – Dzień dobry – powitałam go, otwierając drzwi.
     – Miło widzieć piękną panią – odpowiedział. – Czy mogę w czymś pomóc?
     – Dzisiaj nie trzeba. Zamknęliśmy wcześniej, właśnie skończyłam sprzątanie – przyznałam z żalem. – Ale i tak mam coś dla pana.
     Podałam mu przygotowaną za barem reklamówkę z trzema pudełkami resztek dla niego i jego znajomych, których znałam ze słyszenia. Spojrzał na mnie pełnym wdzięczności wzrokiem, którego miałam długo nie zapomnieć.
     – Panienko, nie trzeba było... w niczym dzisiaj nie pomogłem...
     – Proszę pana, jest Wigilia. Niech pan ma coś od życia. To i tak by się zmarnowało, dlaczego ma pan nie skorzystać?
     Ucałował moje dłonie, złożyliśmy sobie życzenia wesołych świąt, po czym pan Zenek opuścił lokal. Zrobiło mi się ciepło na sercu – na dobrą sprawę bezdomny będzie miał lepszą Wigilię niż ja. Po chwili zaczęłam zbierać się do wyjścia. W zamyśleniu nie zauważyłam właściciela restauracji, który musiał wejść do środka, gdy przebierałam się na zapleczu.
     – Minąłem się właśnie z Zenkiem. Był tutaj?
     Kojarzył imię bezdomnego, więc pewnie się znali. Ciągle jednak nie wiedziałam, czy wie o tym, co dzieje się w restauracji podczas jego nieobecności. Po chwili zastanowienia skinęłam głową potwierdzająco. Właściciel uśmiechnął się.
     – Nie bój się, wiem o tym, co robi. Pomógł ci?
     – Dzisiaj nie, przyszedł trochę za późno, ale jest Wigilia i pomyślałam...
     Uciszył mnie uniesieniem dłoni.
     – Spokojnie, wiem, o czym mówisz. Ale teraz nie o tym. O której masz pociąg do domu?
     Spojrzałam na zegar. Piętnasta pięćdziesiąt cztery.
     – Za sześć minut.
     Zacisnął usta w geście zastanowienia.
     – Na dworzec już nie zdążę cię odwieźć, nie przy tej pogodzie, ale na Wigilię powinniśmy się wyrobić. Gdzie mieszkasz?
     Dopiero po chwili zrozumiałam, o czym mówi. Zaczęłam jąkać się i trząść.
     – Nie musi pan, na-naprawdę...
     – To przeze mnie musiałaś zostać dłużej i nie zdążysz na rodzinną wigilię, muszę naprawić swój błąd. Chodź.
     Po dwóch godzinach podróży dotarliśmy pod mój dom. Z krótkiej rozmowy, którą odbyliśmy w tym czasie, dowiedziałam się czegoś smutnego – mój szef nie ma rodziny, z którą mógłby spędzić święta: jego żona odeszła od niego parę lat wcześniej, rodzice zmarli wkrótce potem, brat wyprowadził się do Anglii, a dalsza rodzina nie była nim zainteresowana. Właśnie dlatego poświęcił się prowadzeniu restauracji, która dawała mu pieniądze, ale przede wszystkim – zajmowała czas. W przypływie współczucia zaproponowałam mu, żeby został na mojej rodzinnej Wigilii.
     – My zawsze mamy talerz dla niespodziewanego gościa, a pan właśnie takim jest. Nikt nie powinien spędzać tego dnia sam. Nawet pan Zenek ma z kim dzisiaj być – przekonywałam go. – Niech pan się zgodzi, proszę.
     Westchnął ciężko i – wysiadając razem ze mną z samochodu – powiedział:
     – No dobrze...
     Tak jak się spodziewałam, mężczyzna został ciepło powitany w moim domu. Starał się jak najlepiej pomóc w kuchni, szybko też znalazł wspólny język z moim ojcem. Nie spodziewałam się, że człowiek, którego postrzegałam jako bądź co bądź surowego, chłodnego i trochę wycofanego, może kryć w sobie tak dużo ciepła. Tamta Wigilia stała się dla mnie jedną z najważniejszych i czułam, że tak samo będzie z moim szefem.
     Gdy przyszłam do pracy pierwszy raz po świętach – znowu spóźniona kilka minut – właściciel zatrzymał mnie na krótką rozmowę, zanim jeszcze zdążyłam się przebrać i rzucić w wir pracy.
     – Chyba powinienem znowu zatrzymać cię po godzinach – powiedział.
     Zazwyczaj brałam takie polecenia poważnie, jednak miałam wrażenie, że tym razem za jego słowami kryje się jakiś żart. Wyłapał moje pytające spojrzenie i wyjaśnił:
     – W Wigilię zrozumiałem, że tęsknię za spędzaniem świąt w rodzinnym gronie. Zadzwoniłem do mojego brata i zaprosiłem go do siebie na kilka dni. Przyjedzie z rodziną najpierw na kilka dni w styczniu, potem na Wielkanoc. Kto wie, jak będzie dalej... W każdym razie, możliwe, że gdyby ktoś inny został po godzinach dwudziestego czwartego, nie zrozumiałbym tego. Dziękuję.
     Skinęłam tylko głową w odpowiedzi i udałam się na zaplecze. Po drodze zerknęłam do kuchni – jak wielkie było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam tam pana Zenka, ochoczo zamiatającego podłogę.
     – A pan co tu robi? – zapytałam.
     – W końcu go zatrudniłem – odpowiedział mi właściciel, stając tuż za moimi plecami. – I tak dużo nam pomaga, zasługuje na lepszą zapłatę niż wręczane potajemnie pudełka z resztkami.
     Uśmiechnęłam się do siebie. Przebrałam się w ubranie służbowe i wyszłam na salę, pełną niezwykłego światła. Znowu pojaśniało... Za oknem leżał świeży srebrzystobiały śnieg...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz