Sąsiedzi

Opowiadanie Sąsiedzi zdobyło wyróżnienie w VII Diecezjalnym Konkursie Literackim i Fotograficznym Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią.


Temat: Nowa wyobraźnia miłosierdzia – być bliźnim dla potrzebującego człowieka

      To był zwykły, wrześniowy dzień. Marek wracał do domu z pracy. Gdy wchodził po schodach w bloku, w którym mieszkał, minął go mężczyzna o blisko-wschodniej urodzie. Marek dałby sobie rękę uciąć, że nigdy wcześniej go nie widział. Nieznajomy wyglądał podejrzanie. „Czego on tu szuka? Kto może mieć takich znajomych?”, pomyślał Marek.
      - Cześć, kochanie! - zawołał w głąb mieszkania, zamykając drzwi.
      - Cześć! - odpowiedziała mu Karolina, jego żona.
      Wszedł do kuchni. Na stole czekały już dwa talerze z parującą zupą. Małżonkowie usiedli naprzeciwko siebie i w milczeniu zaczęli jeść. Dopiero po chwili Marek odezwał się:
      - Minąłem się na klatce z jakimś Arabem. Wiesz może, kto to?
      - Nie mów o nim tak pogardliwie – odparła.
      Marek machnął ręką lekceważąco.
      - Oj, nie rozmawiajmy o tym. Powiedz mi tylko, czy go znasz.
      Karolina skinęła głową.
      - Nazywa się Omar, jest uchodźcą z Syrii – wyjaśniła. - Wprowadził się dzisiaj z rodziną do tego pustego mieszkania piętro wyżej.
      - Z rodziną? Jest ich więcej? - zdziwił się.
      - Ma żonę i dwoje dzieci – potwierdziła.
      - Skąd to wiesz?
      - Rozmawiałam z nimi, kiedy przyjechali rano. On dobrze mówi po polsku, żona i dzieci trochę gorzej. Myślę, że są w porządku.
      „W porządku?!”, przeszło Markowi przez myśl. Nie chciał wdawać się w kłótnie z Karoliną, jednak zagotowało się w nim. Nie cierpiał ludzi takich jak ich nowy sąsiad. Uważał, że ich miejsce jest tam, skąd pochodzą, a nie w Europie, gdzie zabierają rodowitym mieszkańcom miejsca pracy i planują zamachy terrorystyczne. Nigdy nie wiadomo, kim mógł okazać się ten cały Omar.
      Kilka dni później sąsiedzi spotkali się ponownie. Gdy Marek wychodził z mieszkania, Syryjczyk zbiegał akurat po schodach; przez nieuwagę potrącił mężczyznę.
      - Uważaj trochę! - zawołał za obcokrajowcem, ale ten nie zareagował.
      Marek przeklął w myślach, wzruszając jednocześnie ramionami. „Czego się po takim spodziewać!”.
      Czasem mijali się na schodach, czasem na ulicy, jak to sąsiedzi. Ale to Omar zawsze pierwszy mówił „dzień dobry” uśmiechając się przy tym serdecznie. „I czego się tak szczerzysz?” - myślał wtedy Marek i niechętnie odpowiadał na pozdrowienie.
      - Czemu ten cały Omar – powiedział pewnego dnia żonie – jest taki zadowolony? Tak mu u nas dobrze?
      - Ma dach nad głową, spokój i pracę – odpowiedziała Karolina – to jest zadowolony.
      - Pracę? Myślisz, że ktoś chciałby zatrudnić takiego... kogoś?
      - No tak. Czasem pracuje chyba nawet całą dobę. Dyżury jakieś, czy co...
      Marek machnął ręką.
      - Dyżury? Pewnie knuje coś po nocach z takimi jak on. Trzeba mu się będzie lepiej przyjrzeć.
      - Daj spokój, czepiasz się go przy byle okazji. To zwyczajni ludzie. Jak ty i ja – powiedziała Karolina.
      - Jak możesz nas porównywać z takimi...
      Karolina odwróciła się na pięcie i wyszła z pokoju.
      Na początku grudnia Marek jechał do pracy autobusem. Karolina wczesnym rankiem wybrała się na jakieś spotkanie i zabrała ich wspólny samochód, więc musiał skorzystać z komunikacji miejskiej. Autobus nie był zatłoczony i jechał punktualnie, ale i tak podróż dłużyła się Markowi niemiłosiernie. Był już prawie na miejscu, gdy nagle rozległ się huk i pisk. Potem była tylko ciemność.
      Marek ocknął się w szpitalu. Do jego uszu dotarły odgłosy urządzeń monitorujących funkcje życiowe. Gdy otworzył oczy, zobaczył nad sobą... Omara, swojego nowego sąsiada.
      - Gdzie... gdzie ja jestem? I... co pan tutaj robi? - zapytał z trudem.
      - Jesteśmy w szpitalu. Brał pan udział w wypadku. Pracuję tutaj, operowałem pana, gdy pana tu przewieziono.
      - Na... naprawdę?
      Próbował się podnieść, jednak lekarz gestem zabronił mu się ruszać. Stwierdził, że Marek ma dużo obrażeń i nie powinien się przemęczać. Omar przeszedł do kolejnego pacjenta, przedtem jednak skinął ręką w stronę przeszklonych drzwi. Na ten znak na sali pojawiła się Karolina. Od razu zaczęła wyjaśniać mężowi, co się stało. Okazało się, że w autobus, którym Marek jechał do pracy, uderzył samochód, który nie zatrzymał się na skrzyżowaniu. Większość pasażerów miała jedynie lekkie obrażenia, jednak Marek znajdował się blisko miejsca, w które uderzył pojazd, więc wyszedł z wypadku w cięższym stanie.
      - Lekarz mówi, że miałeś jakieś urazy wewnętrzne, ale wyliżesz się. Masz złamaną lewą rękę, podobno trochę czasu minie, zanim wróci do pełnej sprawności, ale nie powinno ci to sprawiać problemów – opowiedziała. - Omar uratował ci życie, wiesz? Rozmawiałam z nim, to on cię operował...
      - Wiem, mnie też to mówił – przerwał jej Marek.
      - Tyle mu teraz zawdzięczamy...

      Po dwóch tygodniach Marek mógł wrócić do domu. Przez kilkanaście dni spędzonych w szpitalu miał czas, żeby pomyśleć o swoim sąsiedzie i o tym, jakie relacje były między nimi. Postanowił porozmawiać o tym z żoną.
      - Wiesz... - zaczął. - Myślałem, że tacy ludzie jak on są, jakby to powiedzieć... bez uczuć. A okazało się, że mi pomógł.
      - Myślę, że teraz my powinniśmy mu pomóc – zasugerowała Karolina.
      - Ale przecież on ma już pracę... - Marek zawahał się.
    - No tak, ale praca to nie wszystko. A może jego rodzina potrzebuje pomocy przy remoncie mieszkania, dowiedziałam się, że go planują. Ty mógłbyś za jakiś czas wykonać jakieś drobne prace, ja mogę zająć się sprzątaniem. Albo mogę pomagać ich dzieciom w nauce.
Mężczyzna przyznał żonie rację.
      - Rzeczywiście, zawsze znajdzie się coś, z czym rodzina z Syrii nie poradzi sobie sama wśród obcych i często nieżyczliwych ludzi.
      Karolina uśmiechnęła się ironicznie, sprawiając, że jej mąż z zawstydzeniem opuścił wzrok. Jeszcze tego samego dnia Marek odwiedził sąsiadów. Akurat wybierali się na spacer, więc powiedział krótko:
      - Nie będę państwu przeszkadzać, chciałem tylko powiedzieć, że gdyby potrzebowali państwo jakiejkolwiek pomocy... to wiedzą państwo, gdzie mieszkamy. 
      - Dziękujemy bardzo – odpowiedział Omar z uśmiechem.
      - To ja dziękuję. Za uratowanie mi życia.
      - O nie, to nie ja panu uratowałem życie – zaprzeczył Syryjczyk. Uniósł palec wskazujący do góry i stwierdził: - To Bóg nad panem czuwał i pozwolił panu żyć. Ja mu tylko trochę pomogłem.
      - Bóg? Pan jest katolikiem? To znaczy... - Marek zawahał się – chrześcijaninem?
      - Jestem muzułmaninem. Ale przecież Bóg jest tylko jeden.

2 komentarze:

  1. Kurczę. Krótko, na temat, dosadnie, prosto i pięknie. Bardzo mi się podoba to opowiadanie. Gratuluję wyróżnienia, nie dziwię się, że je otrzymałaś :)
    Osobiście nie miałam jeszcze do czynienia z obcokrajowcami na tyle, by mieszkać obok jakiegoś, ale jeśli w przyszłości będzie mi to dane, postaram się mieć do nich taki sam stosunek, jak Karolina. To w końcu ludzie jak ja czy moja rodzina.
    Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :)
      Ja też jeszcze nie miałam do czynienia z obcokrajowcami w takim stopniu, ale chyba najlepiej mieć właśnie taką postawę jak Karolina.
      Również pozdrawiam. ;)

      Usuń